![]() |
|
[29.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [29.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas (/showthread.php?tid=2456) |
RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Laurent Prewett - 20.01.2024 Ach, bezpieczne tematy! Lawirowanie między tym, co powinno zostać powiedziane, a co trzeba przemilczeć dla własnego spokoju ducha! Dobierali to sobie obaj według własnej potrzeby. Żeby nie musieć usłyszeć czegoś, co by im się nie spodobało. Żeby nie potwierdziły się przypuszczenia, które z obawą snuły się między wierszami. Głowa się ruszała - usta potrafiły milczeć. Nicholas milczenie miał w zwyczaju i nie piętnował tego jako czegokolwiek złego. Nie, to było dobre. Musiało być dobre, bo pozwalało zachowywać swoją prywatność. Powietrze wydawało się przy nim rzeczą cenną, cisza wysadzana była diamentami. Laurent nie czuł się nijak skrępowany, żeby przy tym - mówić. I mówić to, na co właściwie miał ochotę. Zastanawiał się nadal nad tym, co może mu się spodobać, a co może go rozzłościć, zasmucić, wpłynąć na niego negatywnie, ale nie było to obarczone ciężarem, że zaraz odbije się na tarczy, która wyceluje w niego skryte za metalową taflą ostrze. Chyba cieszyło go to tak, jak dziecko cieszyło się z zostawiania ciasteczek i mleka świętemu Mikołajowi. Tak bardzo frywolnie, tak bardzo szczerze i głęboko. Bo przecież dziecko ci tego nie powie na głos, ale widzisz to po jego zachowaniu. - Mówisz o chorobie? - Czy może o kwestii pewności siebie? A może o tym, że wydawał się bezradny? Czasem to, jak ludzie go widzieli, potrafiło go rozdrażnić, ale to nie był jeden z takich przypadków. Drażniło go to wtedy, kiedy ktoś wchodził w jego kompetencje. Poza tym? To było wręcz słodkie i urocze, jak wzbudzał jakieś instynkty ochronne u ludzi wokół siebie. Jakby naprawdę był nieporadnym fajtłapą, który na każdym kroku może sobie zrobić krzywdę. Biorąc pod uwagę ostatni fenomen felernych wydarzeń to w sumie... ach, w sumie zawsze miał skłonności do przyciągania kłopotów, choć niekoniecznie ich szukał. - Jak chciałbyś wykorzystać to, że jestem chory? - Przechylił głowę, spoglądając na Nicholasa z ukosa z zaciekawieniem. Ciekaw tego, czy już jakieś wersje wydarzeń przychodziły mu do głowy. Mógłby, rzecz jasna, gdzieś pobiec do prasy... ale czy na pewno zrobiłaby się z tego jakaś sensacja? Na pewno, gdyby szczegóły były znane. Ale tych brakowało. Kompletnie brakowało. - Nie ty jedyny masz mnie za bezradną królewnę z wieży. Lubię nią być. - Przyznał bez bicia. Ale skoro pytał i jakoś odnosiło się to do tego zabawnego pytania o bezradność i bycie tym elementem, który trzeba nosić na rączkach, żeby czasem nie zrobiło sobie krzywdy... - Na wschodzie mawiają, że biała twarz kobiety może zakryć wiele defektów. Zauroczony człowiek syrenim śpiewem również przestaje dostrzegać wiele mankamentów. - Tak, był świadom swojej naiwności. Był świadom tego, jak łatwo jego serce zaczynało pragnąć zbliżenia, pragnęło poczucia bezpieczeństwa w silnych ramionach chociaż na parę chwil. Ale dotarło do niego coś bardzo ważnego - że teraz każdy, kto nie był ci najbliższy, mógł być twoim wrogiem. I tak, ze znużeniem, zaczął ten świat traktować. Czy był sens ukrywać, że słodycz słodyczą, że uwielbiał być tym niewinnym aniołem, a potrafił dla własnej przyjemności manipulować? I dla własnego bezpieczeństwa. Korzystał zarówno z tego, co tworzyły jego wady jak i zalety. Z niektórymi sobie radził, z innymi... Inne radziły sobie z nim. Dlatego potrzebował pomocy. Dlatego szukał pomocy. Nicholas pokazał, że jest bardzo przenikliwą i analizująca jednostką. Połączyłby kropki prędzej czy później, bo przecież osoby niewinne nie trafiały do Dantego. Osoby niewinne (jak i winne) nie wysadzały również całej jego baronii w przeciągu roku. - Zadośćuczynienia za grzechy. - Powiedział dość okrężnie, ale nie dlatego, że nie chciał mówić. Dlatego, że sam nie wiedział, czego ten człowiek może od niego chcieć. Zresztą Nicholas nie był mu na tyle bliski, żeby się tym dzielić. Bo nawet jeśli od Dante nie był, to nadal mógł z nim robić interesy, jeśli nie bezpośrednio to pośrednio. Chociaż... wydawało się, że nie. Przynajmniej Laurent chciał w to wierzyć. Heh... no właśnie - chciał. - Oswojony z abraksanem? Chcesz polatać? - Odbił od tematu, bo poczuł, że zbliżył się do granicy, w której zacznie gubić samego siebie, a nie chciał jej przekraczać. Za dobrze było mu w tym... kręcącym się w jego głowie świecie, w którym ułudnie nie panował teraz strach o cokolwiek. RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Nicholas Travers - 22.01.2024 - Nie określiłem się, więc może mi chodzić o ogół słabości. Nie zawsze musi być choroba. Choć tak. Jest czynnikiem utrudniającym funkcjonowanie podobnie jak strach.
Wyjaśnił, gdyż chodziło mu ogólnie o pojęcie słabości. Choroby były faktycznie tym głównym czynnikiem, które wpływały problematycznie na ciało lub umysł. Osłabiając swojego nosiciela. Niczym wirus. Z ich dwójki, tylko Laurent się do tego przyznał. Nicholas, nadal ukrywał. Nawet rodzinie swojej nie powiedział prawdy. Swojemu uzdrowicielowi nakazując utrzymanie to w tajemnicy. Coś jak tajemnica lekarska. Starał się pilnować, aby nikt mu znany z otoczenia, nie był tego świadkiem. Laurent na pierwszy rzut oka nie wyglądał na silnego czarodzieja. Drobne ciało, podatne na stłuczenia, niczym strącona porcelana. Kolejnego pytania, Travers nie spodziewał się, że tak zostanie zadane. Czy chciałby go wykorzystać? Nie. Pytanie brzmiało ”Jak?”. Nie zastanawiał się nad tym. Nicholas przeniósł spojrzenie przed siebie. - Pomyślmy… Wezmę za przykład ostatnie wydarzenie, jakie miało u Ciebie miejsce. Gdybym był na miejscu tamtego śmierciożercy. Z taką wiedzą, mógłbym stwierdzić, że nie jesteś dla mnie zagrożeniem.Spojrzał na Laurenta, widząc jego zaciekawienie. - Podołałbyś walce ze mną? Zapytał, patrząc na niego swym chłodnym i tajemniczym spojrzeniem. Tym co zawsze. Wykazując tym samym zainteresowanie jego odpowiedzią. Jaka ona będzie? Czy takie scenariusze, Laurent brał pod uwagę? Czy sam dałby radę się obronić, gdyby w pobliżu nie miał nikogo? Nicholas nie miał powodu, do dokonania takiego czynu. Mieli umowę. Prędzej, mógłby być jego rycerzem, na czarnym koniu. Cieniem, chroniącym jego osobę. Motylem o dużych skrzydłach, które robiłyby za tarczę ochronną. Demonem, który swoją czarną aurą odtrąci każdego jego wroga. Inna miałaby się sytuacja, gdyby dostał zlecenie z "góry". Wtedy, sprawy miałyby się inaczej. Takowego, na szczęście nie było. - Więc, zgodziłbyś się, abym był Twoim Rycerzem na czarnym koniu? Pociągnął temat. Nie zaprzeczał temu, że Laurent był tą bezradną królewną. A obok, miał ochroniarza. O ile by go do siebie tak dopuścił. Prawdą było to, co rzekł jako następne. Niechroniony umysł ludzki, łatwo mógł zostać skażony przez czynniki zewnętrzne, działania innych. Jak wspomniał Prewett, syreny, wille, ta biała twarz kobiety, każde inne stworzenie miało dar uwodzenia innych na swój sposób. Znając ich umiejętności, Nicholas nie chciał paść ich ofiarą i się zgubić. Dlatego szukał sposobu, kogoś, kto nauczy go oklumencji. Ochrony własnego umysłu. Dołączając do Śmierciożerców, zrozumiał że i tutaj, ta umiejętność bardzo mu była potrzebna. Pytając o powód przybycia Dantego, otrzymał krótką i jakże konkretną odpowiedź.- Zadośćuczynienia… Powtórzył po Laurencie, przenosząc wzrok w kierunku morza, a następnie lasu, które znajdowało się kawał drogi przed nimi. To jedno słowo, mówiło bardzo wiele. Laurent nie chciał tego jednak kontynuować. Nicholas spojrzał na niego, kiedy ten dyplomatycznie zmienił temat na abraksany. Nie odpuści mu tego tematu. Na razie dał spokój. Samo wspomnienie o tym człowieku, mogło budzić nieprzyjemne wspomnienia. Chciał tego na razie Prewettowi oszczędzić. Biorąc pod uwagę to, że wiedział o jego chorobie. - Mogę spróbować. Gabrielu? Oswoił się z abraksanem. Pogładził po szyi Gabriela, okazując mu szacunek i może wdzięczność za to, że nie zwalił go. Lecz zadał i jemu pytanie, czy sam był gotów. I zechciałby z nim wznieść się ku pochmurnemu niebu. - Zgaduję, że latanie na abraksanie ma się zupełnie inaczej do latania na miotle. Czego powinienem się trzymać, aby nie spaść? Dopytał, trzymając lejce, ale raczej chyba nie to, powinno pomóc mu utrzymać równowagę w powietrzu. Może siodła? RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Laurent Prewett - 24.01.2024 Słabość. Czym jest słabość dla kogoś takiego jak Nicholas? Wszystkim, co jest obnażaniem się z rzeczy głębszych, które są bardzo personalne? Laurent uważał. Dostał przestrogę od Victorii, ale nie musiała nawet tego pisać. Dotarło to do niego aż za mocno, wbiło mu się w głowę. Kto jest przyjacielem, kto wrogiem? Nie potrafił żyć w paranoi. Jeszcze nie. Jego potrzeba bliskości była trucizną - to była prawdziwa słabość, wobec której czuł się bezradny. Jak zwykła dziwka płacąca swoim ciałem za odrobinę emocjonalnej więzi i poczucia bycia chcianym i docenianym. Od kurtyzany różnił go tylko status majątkowy i to, że przyjmował zapłatę w innej walucie niż ta fizyczna. Chociaż... chociaż dla bukietu kwiatów wręczonego do jego dłoni z ciepłem oddałby się cały. A to, czysto formalnie, przecież było już fizyczne, prawda? - Dlatego, że się nie określiłeś, dopytuję. - Ogół słabości brzmiał bardzo enigmatycznie. - Lubisz atakować w słabość człowieka? - Laurent przez te lata nauczył się tego, że słabości pozwalały ugryźć w odpowiedni miejsce, ale najskuteczniejszy atak wymierza się tam, gdzie istniały te najmocniejsze cechy. Te, które były superlatywami. Ale jak, przecież to nie ma sensu! - powiedziałby ktoś. Ależ miało. Nic nie bolało króla bardziej niż potłuczenie jego korony, która przecież była jego najmocniejszą stroną. - Zadam pytanie-pułapkę. - To nie tak, że uświadamiał Nicholasa, że pakował go w pułapkę. Taką słowną, rzecz jasna. To było żartobliwe. - Żartobliwie mówiąc. - Dodał, gładko przechodząc myślą do problemu Nicholasa z żartami. Jego kuzyn, Orion, też taki był. Żart go przeskakiwał całkowicie. - Jakie są moje mocne strony, skoro tak mocno dostrzegasz słabości? - Powinien być chyba bardziej spięty. Powinien się bardziej przejmować. Powinien w sobie posiadać jakiekolwiek odczucia strachu przed Śmierciożercami czy Dante. Tylko że Laurent usiadł już bardzo nisko - upadek nie był wtedy bolesny. Laurent bał się strasznie, że to, co powie lekarzom pójdzie dalej. Że nie mógł zaufać Guinevere czy Perseusowi. Ale oto był - i nadal był też blisko z tymi osobami. Uczył się ufać. Uczył się, że nie wszyscy jednak cię zdradzą. Na twarzy selkie pojawił się uśmiech - tak samo zadowolony jak w tamtej kafejce, jak w momencie, kiedy Nicholasowi nie pozostało nic innego jak poddać się w walce, którą Laurent wytoczył. Satysfakcja. To była twarz człowieka, który był zadowolony ze swojego osiągnięcia. - Widzisz... Śmierciożercy właśnie to stwierdzili. Tymczasem ja uznam, że to oni nie są zagrożeniem dla mnie. - Był jakiś błysk w jego oczach, kiedy spoglądał prosto w twarz Nicholasowi. Jesteś jednym z nich, kochanie? Udajesz tylko? Wcześniej było tak, że łącząca ich przeszłość była powodem do budowania barykady i strachu. Teraz ta wspólna przeszłość była mostem zaufania i komfortu. Oto jak strach przeradzał się w stabilny grunt. - Powiedziałbym, że możesz się przekonać, ale przecież bym przegrał. - Wrócił do spokojniejszego tonu, ale zadowolenie nie umykało z jego twarzy. Nie znał możliwości Nicholasa w walce, ale nie miało to dla niego znaczenia. Pobawiłby się w kotka i myszkę, chcąc być myszką, która da się w końcu kotu złapać. Bo nie było podniecenia, kiedy nie kończyłeś między kocimi pazurami. Albo pod motylimi skrzydłami. - A chciałbyś, Książę? W bajce Królowej Śniegu to nie Kai był bohaterem. Ale chętnie zamienię się miejscami. Kaiu, wyjmij również z mojego serca odłamek lodu i obroń mnie przed złym smokiem. - Ułożył palce na wysokości serca, jakby właśnie przyszło mu wejść na deski teatru, by wziąć udział w tym przedstawieniu. - Możemy polecieć. - Zgodził się rumak, zerkając na swojego jeźdźca. - Ma Pan pewny uścisk, to dobrze. Zalecam mocno się trzymać. - Tak poprzedzając jeszcze pytanie, które zadał. - Tak jak przy jeździe konnej - nogami siodła. - Bo to było najlepsze podparcie, jakie można było uzyskać. - W górę. - Na polecenie Laurenta Michael rozłożył skrzydła i wybił się w powietrze. Gabriel zaraz za nim, biorąc mały rozbieg. Niebo nie miało tajemnic dla abraksanów. Wiatr niósł je jakby nic nie ważyły i nie wdzierał się boleśnie do oczu tak jak powinien. Unieśli się w górę i skręcili nad wodę, nad te morskie fale ciemniejące pod grubymi kołtunami chmur zbierającymi się na niebie. RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Nicholas Travers - 27.01.2024 Dociekliwość Laurenta zaczynała być niebezpieczna. Jeszcze trochę, jeszcze więcej takich pytań, jak dziecięce ”dlaczego”, powtarzane jak mantra, aby dekoncentrować swojego rozmówcę, aby sam wpadł w pułapkę i odkrył się, powiedział za dużo. Jeszcze trochę, a Nicholas sam straci czujność. Nie mógł na to pozwolić. Wyczuł właśnie moment, gdzie nie powinien za wiele mówić, czy też pytać. Zaryzykował wejście na niebezpieczny temat. Nie określił się w pytaniu konkretnie, do czego nawiązywał, nie spodziewając się takiego obrotu sprawy. Nicholas westchnął, jakby rozmawiał z upierdliwym bądź ciekawskim dzieckiem.- Nie. Słabości kiedyś mogą i same człowieka wykończyć. Stwierdził, ogólnikowo i krótko. Nie chciał rozwodzić się nad tym tematem. Chciał go w sumie już zakończyć. Odpowiedział zapewne to, co by chciał usłyszeć Laurent. A może i nie? Może spodziewał się zupełnie innej odpowiedzi? Zaskakującej? Nie odpuścił. Prewett postanowił zadać mu pytanie pułapkę. Dodając, że to będzie żartobliwe. Travers wdzięczny był, za takie uprzedzenie. Pytanie jakie ułyszał od Laurenta, było co prawda zaskakujące i jakby, odwróceniem tego, o czym rozmawiali wcześniej. Tym razem chodziło o mocne strony. Nichlolas przyjrzał mu się, jakby zastanawiał nad udzieleniem odpowiedzi. Faktycznie, pytanie pułapka. - Mocne strony…Rzekł bardziej do siebie niżeli do niego. Musiał pomyśleć. Były takie. Tak samo widoczne co słabe. - Bystrość umysłu. Piękno ciała. Jako półselkie, możesz posiadać dar uwodzenia na różne sposoby. Choć na mnie to nie zadziała, może na innych. Odparł po chwili zastanowienia. Być może nie do końca mówiąc prawdę. Laurent poprzez obserwację ludzkich zachowań, w tym Nicholasa, potrafił go ocenić, choćby jego miejsce zamieszkania. Jakby umiał czytać z ludzi patrząc na nim z zewnątrz. Odnośnie uwodzenia, wystarczyło na niego spojrzeć, szczególnie na ciało bez odzieży i nie potrzeba było używania daru uwodzenia. Nie magia a samo spojrzenie na niego, działało na Nichoalasa. Trudno było się oprzeć Laurentowi, kiedy z nim przebywał i przechodzili do konkretnego etapu spotkania. Już kiedy poznali się pierwszy raz. Śmierciożercy nie są dla niego zagrożeniem? To było ciekawe spostrzeżenie. Ten błysk w oczach. Jakby próbowali ze sobą rozmawiać myślami. ”Żebyś tylko wiedział…” - pomyślał. Nie mógł jednak tego mu zdradzić. Nie dzisiaj. - Odważne podejście.Skomentował krótko jego wypowiedź. Gdyby zostawił to bez komentarza, nie wiadomo czy Laurent nie zacząłby się bardziej zastanawiać, szukać prawdy. Domyślać lub dociekać dalej? Mimo jego błysku w oku, Nicholas nie zdradzał niczego po sobie. Obojętny, neutralny, tajemniczy. Zamiana ról? Nicholasowi nie bardzo pasowała. Laurent zamienił role i bohaterów. Scena teatralna. Nie przypominało mu to niczego dobrego. A był świadkiem w sumie nieprzyjemnego zdarzenia. - W naszej, może być inny scenariusz. Mogę być Kai’em, który z odłamkiem lodu, chroni swoją Gerdę, jako rycerz. Czyż nie taki, zimny, pozbawiony emocji, poradzi sobie lepiej ze wszystkim? Chroniąc to, co dla niego ważne?Zapytał. Choć bardziej brzmiał twierdząco. Dlaczego mieliby się trzymać scenariusza, pisanego przez innych, skoro mogą napisać własny? Gabriel gotów był ruszyć i z nim polecieć. Abraksan poinstruował go, odnośnie pozycji siedzącej i trzymającej się. Aby czasem, nie wpaść do morza. Nad którym zapewne przyjdzie im lecieć. - Rozumiem.Przyjął do wiadomości, poprawiając się lekko i stosując do wskazówek. Laurent z Michaelem ruszyli. Gabriel z Nicholasem także. Rozbieg a potem wzniesienie w powietrze. Dla pewności, że nie zleci, Travers chwycił się przedniego łęku jedną ręką. Wiatr rozwiewał jego krótkie włosy. Było przyjemnie. Wygodniej niż trzymanie równowagi na miotle, gdyż siedlisko było pewniejsze i pełniejsze. Szczególnie przy korzystaniu z siodła. Rozejrzał się na boki, aby sprawdzić z zainteresowaniem rozpiętość skrzydeł swojego abraksana. Za chwilę znów spojrzał przed siebie, czując bryzę morską. RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Laurent Prewett - 30.01.2024 Rzeczywiście - jak dziecko. Dlaczego, czemu, jak to, skąd to się bierze? Szereg pytań regularnie wysuwał się z Laurenta, bo tak się składało, że poznanie było dokonywane tu obopólnie z różnych perspektyw. Nicholas obserwował i słuchał, zupełnie jak sam selkie. Robili to po prostu na inne sposoby. To była jedna wielka gra i chociaż człowiek nie był kartami pokera, to przecież tę rozgrywkę można było przyrównać właśnie do niego. Blondyn zrozumiał aż za dużo po tym felernym ataku. Chociażby zrozumiał, że jeśli sam nie zadba o swoje bezpieczeństwo to przecież nikt o nie nie zadba. Ale jak to? Z w zasadzie nieznajomym właśnie unosi się podczas przejażdżki nad wodą. Jedno zaklęcie Nicholasa i Laurent zatonąłby w morskich falach. Gdzie zaczynał się jego strach przed śmiercią, a gdzie zaczynało pragnienie adrenaliny i nie dbanie o nic? Ta granica zaczęła się zacierać. Za to otworzyła się nowa. Ta nowa mówiła, żeby nie wpuszczać hojnie nikogo z zewnątrz do miejsca, gdzie naprawdę ten obcy mógł zaszkodzić. Mogli rozmawiać o potrzebie bliskości, ochrony, poznaniu, zabawie. Zaufał Nicholasowi, że nie ma złych zamiarów względem Śmierciożerców. Ale teraz patrzył na niektórych ludzi i niemalże nonszalancko zastanawiał się: kto. Który z nich. Niemal, bo ścisk strachu był prawdziwy. To dzisiaj był wyzutą ścierką z emocji po wczorajszych przeżyciach. Laurent sam nie był pewien, dlaczego nie do końca ufał tamtemu zdaniu Nicholasa i czemu nie bardzo potrafił zaufać temu, co powiedział teraz. Nie był pewien, bo analizował to wszystko od początku, łączył wątki i wszystko mówiło, żeby nacisnąć przycisk: wszystko gra. Może to ta aura tego człowieka? Jego wyrachowanie? Nie uwierzyłby na pewno, że Nicholas nie jest wyrachowany, to chyba dlatego nie do końca wierzył w odpowiedź, która przy tym toku rozumowania zamieniła się w dyplomatyczną. - Co za fenomen. - Skomentował, wyprowadzając część tych myśli na zewnątrz, przyglądając się przez moment blondynowi, kiedy Michael dopasował niski lot nad wodą do Gabriela. Jeszcze wolny. Ale zaraz przyjdzie im pognać szybszym tempem nad niespokojnym morzem. - Bo ja celowałbym w słabości. Uderzyłbym tam, gdzie najbardziej boli. Niewprawionych graczy i nadmiernie wrażliwych pozbawia to broni. - Cień uśmiechu przesunął się po jego twarzy, kiedy przedstawił tę oczywistą dla niego odpowiedź człowiekowi, który zaprzeczył, że by tak uczynił. Ta niewzruszona pewność siebie - może to zakrawało w tym temacie u Nicholasa na arogancję? Dlatego uważał, że nie potrzebuje eksploatacji słabości, żeby cokolwiek wygrać? Rodziło to kolejne pytanie - w takim razie tak często dawał za wygraną w ich potyczkach, czy może faktycznie dlatego, że żadnej krzywdy nie chciał? Dopatrywał się już paranoicznie cieni tam, gdzie ich nie było. Aż sam lekko pokręcił do tych myśli głową z uśmiechem półgębkiem. Więc, w zasadzie... chyba tak. Chyba spodziewał się trochę innej odpowiedzi, ale ta nie była szokująca. Szokująca była odpowiedź na następne pytanie. - Nie działa? - Szok jednak szybko przeszedł w zrozumienie i szybką kalkulację. - Jesteś oklumentą? - Bardziej niż to, w jaki sposób Nicholas się o tym wypowiadał dziwiło go to, że dzielił się tymi informacjami. I znów - czemu go w sumie to dziwiło? To był mocny atut. Karta, którą można było bardzo sprytnie wykorzystać, jeśli spodziewałeś się ataku od drugiej strony. JEŚLI. Przecież Laurent wcale nie zamierzał go atakować. Zaraz jednak się uśmiechnął filuternie, z dozą rozbawienia w spojrzeniu. - Nie działa, mówisz. - I nie chodziło o śpiew. Bo tak, selkie potrafiły mamić i uwodzić, chociaż jego rodzina morska nie z tego słynęła - tym niesławą na nich ściągnęły syreny. Oni słynęli ze swojego umiłowania do błyskotek, beztroski i miłości do owoców morza. Każde z tych rzeczy było wielkich check pointem przy Laurencie. Darował sobie dalsze podpytywanie, bo chciał naprawdę wyciągnąć wszystko z siły skrzydeł Michaela. Komentarz z odwagą zamieniłby jednak osobiście na: głupie podejście. Bo to była z jego strony głupota. Oni zawsze byli zagrożeniem. - Uważaj, bo się zakocham tak jak we wszystkich romantycznych powieściach o wielkiej miłości, rycerzach i księżniczkach. - na resztę słów już miejsca nie było, bo abraksany wyrwały do przodu. Potężne, wielkie skrzydła niosły ich nad morzem. Michael zniżył lot i rozprysnął swoimi kopytami morską wodę, by prawie się w niej zanurzyć i znów odbić gwałtownie w górę, umykając przed większą falą. Zatoczyli łuk, gdy za bardzo oddalili się od lądu, by znów na niego powrócić. Wznieśli się ponad drzewa, z których zerwało się ptactwo i przez kilka chwil lecieli razem z memortkami, nim te nie zanurzyły się w leśnej gęstwinie. Widok z tej perspektywy, na te rzeki, jeziora, pola, łąki, lasy był powalający. To nie była monotonia krajobrazu - to była cała jego gama piękna, które chciało się uwiecznić na zdjęciu i zawiesić na ścianie. Nim dobrze dotarli do stadniny, gdy wracali spadły pierwsze, ciężkie krople zimnego deszczu, który z wiatrem morza i powiewem prędkości nieprzyjemnie chłostał skórą namawiając do zwolnienia i wylądowania na samej plaży. - Aaach, a liczyłem na to, że się nie rozpada. - Laurent transmutował gałąź w szeroki parasol, gdy już zsiedli z koni przed stajnią. Szeroki na tyle, żeby bez problemu się z Nicholasem pod nim zmieścili. RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Nicholas Travers - 02.02.2024 Prawda. Atakowanie drugą osobę w jej słabości, potrafi ją złamać. Jeżeli mówimy o czynnikach zewnętrznych. Jeżeli idąc tropem myślenia w celu zabicia kogoś bliskiego tej osoby. Bo jego samego, można na wiele sposobów. Wykorzystując jego własne słabe punkty, które tylko spotęgują jego porażkę czy śmierć. To byłoby dość proste. Tutaj, w tej rozmowie ograniczali się do choroby Laurenta. Niebezpiecznie jednak Nicholas skierował temat na śmierciożerców. Teraz musiał dyplomatycznie się z tego wykręcać, aby nie zbudzać podejrzeń. Być może też Nicholas rozmawiał z nim tak, aby sprzedać kłamstwo? Bo może faktycznie kierował się atakowaniem w słabe strony, ale niekoniecznie musiał się z tym zdradzać? Co by sam zrobił, gdyby ktoś ze śmierciożerców zamierzał zaatakować i pozbawić życia Laurenta, na jego oczach? Przejąłby się tym? Próbował powstrzymać? Czy mu w jakiś sposób na nim zależało? Bo nawet teraz, faktycznie, mógł rzucić zaklęcie i sprawić, że wpadnie do wody. Ale czy utonąłby? Biorąc pod uwagę abraksany mu wierne, nie odpuściłyby mu i mogły udać się go ratować. Wszystkie okoliczności trzeba brać pod uwagę. Nawet on sam mógł w każdej chwili zostać zrzuconym przez Gabriela. Szokująca odpowiedź Nicholasa, który przyznał, że wszelkie uroki magicznych stworzeń na niego nie działają. Tak, jest oklumentą. Ale na to pytanie mu nie odpowiedział. Posłał jedynie lekki uśmiech. Jak zwykle rzadko goszczący na swojej twarzy. Laurent nie mógł się jakoś pogodzić z taką myślą. Było to po nim widać, kiedy jeszcze mieli zrównane loty. - Ty na mnie działasz.Poprawił się, kiedy Laurent ponownie sobie to pytanie zadał, że nie działa. Laurent na niego działał. Nie musiał śpiewem, ale ciałem. Bo przecież z jakiegoś powodu, Nicholas go odnalazł. I nie urwali ze sobą kontaktu. Potrzebowali się wzajemnie z jednego jak na razie powodu. Miłość. Czym była? Jak i zakochanie. Tych cech Nicholas nie rozumiał. Były obłędem utrudniającym człowiekowi funkcjonowanie w życiu społecznym. Na te słowa Nicholas już nie odpowiedział. Pognał za nim na Gabrielu w dal nad wodą. Laurent pozostawił go z tymi słowami, bez oczekiwania na odpowiedź. Bezpieczniej dla Prewetta będzie, jeżeli się w nim nie zakocha. Całą podróż w powietrzu była wspaniała. Podobna to latania na miotle, więc nie wzbudzała zbyt dużej fascynacji. Był tutaj tylko inny środek powietrznego transportu. Ale i pogoda musiała się zmienić, kiedy wylądowali. Nicholasowi to nie przeszkadzało. Zsiadł z Gabriela, podziękował mu gestem pogładzenia jego grzywy. - Liczyłeś na więcej takich przejażdżek niż jedna na dzisiaj?Zapytał go, skoro młody selkie zaczął marudzić na deszcz. Nicholas nie miał uwag do pogody. Wolał pochmurne dni niż słoneczne. RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Laurent Prewett - 06.02.2024 Kochał poematy. Kochał wiersze, zatracał się w czułych i słodkich słówkach szeptanych jak tajemnica do ucha. Rozpływał się pod zdaniami, które wynosiły ten jeden, krótki moment na wyżyny. Przeżył to już. Przeżył to na jawie i przeżył to we śnie - tak intensywnym, że... może ciążyła nad nim jakaś klątwa, skoro po tym śnie pozostały mu siniaki, mokra pościel i wyrwana z nieba gwiazdka, która teraz zdobiła jego szyję, obleczona w złoto. Subtelna biżuteria - na pewno bardziej niż ta magiczna perła, którą nosił jako kolczyk. I ani jednego, ani drugiego, nie bardzo chciał zdejmować. To, że na niego działały i rozpalały jego głowę, doprowadzały do zupełnego zatracenia, nie znaczyło, że oczekiwał tego od wszystkich. Nie każdy był poetą. Nie każdy nawet powinien nim być. To nie poezji szukał w Nicholasie, więc jak mógłby na nią liczyć? Dobrze mu było przy tej stabilności. Mógł wokół niego panować mróz, ale nie czuł, żeby ten mróz go kąsał, nawet kiedy przechadzał się po śniegu nagimi stopami. To pewnie magia tego, że morze nigdy nie zamarzało. Nicholasowi było bardzo daleko do temperatur Antarktydy, żeby myśleć chociażby o tym, by słone fale niosły ze sobą krę. Od Nicholasa oczekiwał więc czegoś równie stabilnego i prostego, czego się doszukiwał. Prostego Ty na mnie działasz. Uśmiechał się, a uśmiech ten podobny był do pawich piór rozwijających się na ogonach. Człowiek piękniał, kiedy sam wierzył w swoją wartość - a Laurent w nią wierzył, kiedy oczy i słowa drugiego człowieka, jakiego miał przed sobą, nie pozostawiały mu nawet malutkiego pola do zwątpienia w prawdziwość tych słów i spojrzeń. - Czy pytanie jest podchwytliwe? - Zapytał, czekając, aż Nicholas wsunie się pod parasol - i nawet wysunął go trochę zachęcająco w jego kierunku, gotów mu tę parasolkę oddać zarówno z własnego widzi-mi-się jak i czysto-praktycznym. Nicholas był wyższy. Albo nieść samemu, jeśli nie zostanie przejęta. - Nie zastanawiałem się nad tym. - Zaprosił tutaj Nicholasa i w zasadzie niektóre zaproszenia były tylko wymówką. Nie zdziwiłby się nawet, gdyby Nicholas powiedział, że wcale nie chce polatać. Laurent otrzepał swoją koszulę z kropel deszczu, przesunął palcami po wilgotnych włosach, które robiły teraz praktycznie to, co chciały. Platynowe kosmyki w tym światłocieniu wydawać się mogły niemal białe. - Ostatnio bardziej niż do latania ciągnie mnie do morza. Myślałem nawet, czy nie zniknąć w nim całkowicie. - Było tu za dużo osób, które kochał i które kochały jego. Wiedział aż za dobrze, czym jest strata kogoś bliskiego i nie chciał, żeby ktokolwiek tęsknił i płakał za nim. Nadal zresztą trzymały go obowiązki, nawet jeśli odcinał się od nich, nie potrafiąc sobie ze wszystkim poradzić. - W morzu nie jest tak zimno, jak tu. - I na potwierdzenie tych słów trochę przykurczył swoje ramiona, ale tylko na moment, bo zaraz się wyprostował jak od linijki. Ani myślał chodzić inaczej. - Wejdziesz jeszcze na chwilę? Migotek zadba o twoje ubrania. - Żeby je oczyścić i przede wszystkim wysuszyć. Gabriel i Michael pożegnali się, wkraczając do stajni prowadzeni przez Alexandra, który przyszedł je odebrać, rozsiodłać i ogrzać, a dwójka panów skierowała się do domu Laurenta. RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Nicholas Travers - 08.02.2024 Wyjątkowość. Stabilność. Tego potrzebował Laurent, aby być w miarę sobą przy Nicholasie. Tego w nim chciał. Tego w nim szukał. Czy może szukał jeszcze więcej? U każdego prawdopodobnie czegoś innego. Wyróżniającego, nie oklepanego. Travers widocznie był tym innym. O zimnym spojrzeniu. O lodowanym sercu. Otaczający się murem, zabezpieczającym jego zasady, postanowienia, odcięcia, nie dopuszczając do siebie nikogo. Lecz ten mur, miał dwa pęknięcia. Wokół niego mogła znajdować się zimna woda, lodowata, ale niezamarznięta. Tak. Jakby do Arktyki było mu zdecydowanie daleko. Nicholas mógł posiadać też inne cechy, które nie opisywały go jako kompletnego zimnego drania, na pierwszy rzut oka. Miał w sobie skryte inne cechy, emocje, tłumione przez dominujące. Wypuszczane jak słabe promienie słońca przez ciężkie burzowe chmury. Walczące z nimi, aby przebić odrobinę światła. U Nicholasa, światło chciało przebić się do ciemności jego wnętrza. Ciepło, chciało roztopić jego lody. Tym światłem, tym ciepłem, mógł być właśnie on. Laurent. Czy kiedykolwiek mu się to uda? Oznajmił mu kiedyś, że będzie próbował. On na niego działał. Gdy zsiedli i Laurent trochę ponarzekał na pogodę, Nicholas zadał pytanie, jakby to właśnie przejażdżka miała być głównym celem spotkania. Pytanie jakie usłyszał, było zaskakujące, ale szybko Travers zrozumiał. Wymówka. Pretekst, aby się spotkać. Przy okazji, dopełniając treść zawartą w liście. Odebrał od niego parasol, skoro był wyższy, będzie wygodniej jakby to Nicholas go trzymał niż Laurent miałby przemęczyć swoją rękę. Nie zastanawiał się nad tym.- Odpowiedź sama się nasuwa. Chcesz spędzić ze mną trochę czasu. Trochę więcej? Stwierdził po krótkim zastanowieniu. Jakby odpowiedział za niego. Analizując to zachowanie, pytanie o podchwytliwość. Potrzebował czyjegoś towarzystwa? Najwyraźniej. Nicholasowi nie przeszkadzał deszcz. Nie przejmował tym, że miał trochę zmoczone ubranie od kropel deszczu, czy nawet swoje włosy. To co po chwili powiedział Laurent, wprawiło Nicholasa w zastanowienie. Ukryć się w morzu i nie tam zostać? Brzmiało poniekąd jak chęć popełnienia samobójstwa. Ucieczką od wszystkiego. Czy było coś, czego się obawiał? Czy Dante mógł mieć wpływ na takie jego chęci? Czy chodziło o atak śmierciożercy? Tak nie mówił Laurent, jakiego zdążył do tej pory poznać. - I tak samo zimno, jak w moich ramionach?Uniósł brew zadając pytanie. Zauważył, że młody Prewett przykurczył ramiona, więc objął go swoim. Przyciskając do siebie. O ile na to pozwolił. Przecież go nie skrzywdzi. - Mogę nawet zostać na noc. Jeżeli chcesz. Zaproponował, kiedy zmierzali w kierunku budynku. Mimo stopniowo nasilającego się deszczu, możliwe że ubranie mogło trochę zmoknąć. Nicholas nie miał nic przeciwko temu, aby zostać u Laurenta na dłużej. Mogli w środku dokończyć to, co zostało przerwane podczas wspólnej kawy. RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Laurent Prewett - 10.02.2024 Podobno Laurent był całkiem niezły z wiwisekcji zwłok. Przynajmniej coś podobnego usłyszał parę lat temu. To nie mogło się aż tak różnić od wyciągania szkiełka z serca, prawda? O ile taka operacja była właściwa, bo co do tego zaczynał mieć wątpliwości. Nie powinno się próbować zmienić człowieka, kiedy ten żył życiem, w którym było mu dobrze. Nie powinno się na siłę pokazywać tęczy, skoro dobrze było w szarości. Patrząc na Nicholasa przecież nie mógł powiedzieć, że chciał go zmienić, skoro nawet niedostatecznie dobrze go znał. Chciał mu pokazać coś nowego - tylko czy pokazanie tego nie byłoby tym samym, co pokazanie ślepcowi świata, który na drugi dzień znów straci wzrok? Nie żal ci tak mocno tego, czego nigdy nie miałeś. Kiedy to posmakujesz, a potem stracisz - dopiero wtedy zaczyna naprawdę boleć. Laurent wierzył, że jego serce należy do morza i chyba nigdy się do nie zmieni. Musiało być więc tak samo chłodne jak morskie fale. - Gdybym nie chciał z tobą spędzić trochę czasu, trochę więcej, to czy w ogóle bym cię zapraszał? - Czy to znowu wchodziło na grę odpowiadania pytaniem na pytanie? Najwyraźniej. Nicholas miał całkowitą rację. Laurent należał do tej grupy ludzi, którzy potrafili tworzyć okazję, ale w gruncie rzeczy woleli je wykorzystywać. Dlaczego czasami podsuwał tylko myśl, by pomóc drugiej stronie okazję stworzyć. Było w tym coś pokrętnego, ale nieszczególnie uważał to za jedno z większych swoich dziwactw. Czasami jednak należało okazję stworzyć samemu, skoro chciało się coś dostać. Jak na przykład chciał towarzystwo Nicholasa w domu, który teraz nie był bezpiecznym schronieniem, przed którym do tej pory chował się przed światem i ludźmi. Trochę nie spodziewał się tego ruchu ze strony Nicholasa. Nawet nie przyszło mu więc do głowy, żeby się odsunąć, a kiedy już był przy nim... tak, kiedy byłeś przy kimś zawsze było cieplej. Lepiej. Uśmiechnął się i objął mężczyznę, żeby wędrówka przez murawę nie stanowiła problemu i było komfortowo. Jemu przynajmniej było dobrze. - Twoje ramiona są bardzo ciepłe. - Na tyle cieplutkie, że Laurent mógłby się tu teraz zatrzymać i dać się wymiziać jak złakniony dotyku kociak. Ale nie. Przede wszystkim nie, bo fujka - byli mokrzy. Po drugie nie - bo fuj, trzeba się umyć. Po trzecie nie, bo... do nie. Trzeba stosować w końcu dojrzałe argumenty, "nie bo nie" było jednym z najlepszych. - To też jest czułość, zdajesz sobie z tego sprawę? - Pił do tego twardego zapewnienia Nicholasa, że z jego strony nie można tego oczekiwać, ani nie można się tego spodziewać. Tymczasem było. Automatyczne? Wyuczone? Czy w ogóle bez zastanowienia, taki... impuls? - Wybacz, ale na noc cię nie zaproszę. - Uśmiechnął się trochę szerzej. Zażartowałby, że "ze mną trzeba chodzić, żeby zostać zaproszonym na noc", ale że Nicholas nie bardzo łapał żarty to sobie darował. - Dzień jest jednak jeszcze długi, jeśli ci się nie śpieszy. RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Nicholas Travers - 12.02.2024 Inny słowy mówiąc, przeprowadzili wzajemny eksperyment, zapoznawczy drugiej osoby. Badając jej przestrzeń, otoczenie, co lubi a czego nie. Wzajemnie poznali się od przeciwności, które przyciągały do siebie. Ciepło do zimna. Brąz i pomarańcz do czerni i szarości. Biały duży paw do małego czarnego motyla. Anioł do diabła. Dwóch blondynów różnego wzrostu. Poznali się dosłownie od środka, wychodząc z tym powoli na zewnątrz. Przechodząc do cech, zainteresowań i upodobań. To prawda, że nie można zmienić człowieka na siłę. Jeżeli on sam tej zmiany nie chce. Dobrze mu ze szkiełkiem w sercu, niż bez niego. Przynajmniej, ma nad nim kontrolę. Skupiając się, pilnując swojego otoczenia. Jakkolwiek by było. Laurent przyznał, słusznie zaznaczając, że gdyby nie chciał z nim spędzać czasu, tego listu by nie wysyłał. Rozpoczął znów grę słów pytających. Co sprawiło, że kącik ust Nicholasa uniósł się ku górze. - Skrycie to zaznaczasz w treści listów.Odparł, ale nie miał o to pretensji. Nawet mu to odpowiadało, że Laurent szukał powodu, aby go zaprosić. Jakby coś zaczęte, było niedokończone. W zaproszeniu, był ukryty przekaz, że chciałby go zobaczyć. I to co prawda, dość szybko. Niespodziewane. Nicholas nie kontynuował tej gry, gdyż przebywając na zewnątrz, parasol nie do końca ochroni ich przed deszczem. Choć objął go swoim ramieniem, niemal przytulając do siebie. Być może nie był wilkołakiem, ale ciepło organizmu miał dziedziczone? Czy może to pogoda i cała podróż na abraksanie, rozgrzała jego ciało? Czy jak wspomniał o czułości, którą mu teraz oferował, była tego powodem? Nie miał pojęcia. Szukał widocznie naukowego zrozumienia słów, wypowiedzianych przez Laurenta. Nie naturalnego, uczuciowego. Naukowego. Śmierć nigdy nie jest ciepła. Ale ciało ludzkie, żyjące, tak. Kiedy do Nicholasa doszły słowa o cieple jego ramion, spojrzał na niego, choć nie powiedział nic. Spoważniał. Jakby naruszył pewną własną granicę, zasadę? Laurent musiał wrócić do tego tematu, definicji czułości. - Tak. Zdaję sobie z tego sprawę.Odparł w końcu, po sekundach rozważania nad tym, co uczynił. Zrobił to świadomie? Najwyraźniej. Nie zaprosi go na noc? No tak. Nie znali się za dobrze aby to miało możliwość bytu. - Rozumiem. Co więcej miał dodać? Odbębni swoją gościnność u Laurenta i będzie musiał wrócić do siebie. Na co liczył? Nicholas sam nie wiedział. Nie czuł się co prawda urażony, bowiem uśmiech Laurenta mógłby odczytać na wiele sposobów. Żartował? Tak też mogło być. Ale prawda. Dzień był jeszcze długi. Mogli go dobrze wykorzystać. Dla siebie. Dotarli zapewne do posiadłości, wchodząc do środka. Nicholas zamknął parasol i pozwolił go odczarować do samej gałęzi, aby ją wyrzucić. Mogli zająć się wysuszeniem ubrań. Choćby zaklęciami. Czy może Laurent, miał coś innego w planie? |