Secrets of London
[17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery (/showthread.php?tid=3202)

Strony: 1 2 3 4 5 6


RE: [17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery - Sophie Mulciber - 22.05.2024

Co za goguś! pomyślała Sophie. Bez dwóch zdań - Charles nadal był prawdziwym siusiumajtkiem. W dogryzaniu sobie chodziło o to, żeby na siebie nie skarżyć, a na drugi dzień o wszystkim zapomnieć. Kiełbaska w dżemie? Pfi, nie takie rzeczy wkładali sobie do jedzenia! Raz Leonard wsadził jej dżdżownice do kanapki. Sophie w pierwszym momencie w ogóle się nie zorientowała. Połknęła pierwszy kęs, po czym zauważyła obcego w swoim jedzeniu i zwymiotowała na buty Charlie'go. Młodszy z kuzynów zrobił o to wielką awanturę. Chciał oczywiście pobiec do ojca i naskarżyć, jednak Leonard siłą wyperswadował mu to z głowy. Sophie w odwecie posoliła chłopakom herbatę i nasypała pieprzu do ciasta. Norma.

Mulciberówna odetchnęła w duchu, kiedy pan Borgin postanowił stanąć po jej stronie. Odeszli od stołu, więc uznała, że cicha rozmowa będzie bezpieczna.
- Panie Borgin, naprawdę przepraszam… - Szepnęła i złapała go za nadgarstek. Serwetką zaczęła ścierać herbatę z jego rękawa, jednak na nic się to zdało. Wyciągnęła różdżkę, żeby użyć zaklęcia czyszczącego.
- Charlie to taki goguś, nie powinien skarżyć. Takie są zasady, panie Borgin. To… taka zabawa przy stole w dokuczanie. Czyli… - Spojrzała na mężczyznę, marszcząc lekko nos. Starała się dobrać odpowiednie słowa. Chciała się wytłumaczyć!- … dokuczamy sobie, ale w taki sposób, żeby nikt inny tego nie zauważył. Jeśli zrobi mi pan psikusa przy stole, to będę udawała, że nic się nie stało. - Wyjaśniła i musiała przyznać, że była trochę zła na Charlie'go. Przecież znał zasady!
- I to są te ciasteczka. Lubi pan cynamon? - Wyszczerzyła zęby w uśmiechu, wskazując dłonią na tacę pełną wypieków. Nadal jednak było jej wyraźnie głupio z powodu tego, co stało się przy stole.
Widząc, jak Stanley podrzucą monetą, spojrzała na niego pytająco.


RE: [17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery - Leonard Mulciber - 23.05.2024

Leo chętnie odpowiedziałby ojcu, gdyby się tylko akurat DYSKRETNIE nie krztusił. Bogowie mu świadkami, że wina spoczywała w pełni na Shopie i Charlsie!
Na pomoc niby przyszedł mu brat, aczkolwiek jego wątpliwa "pomoc" była, za przeproszeniem, gówno warta. Co najwyżej zrobiła mu małego siniaka.
- ...O czym mówisz? - wycharczał, gdy już odchrząknął porządnie. - Kiedyś robiłem ci kromki z masłem orzechowym, ogórkiem i szynką i jakoś nie narzekałeś...
Naturalnie wspominał czasy, kiedy byli dziećmi i kiedy to potrafił zrobić kanapki dosłownie ze wszystkim, bo czemu nie? Było to oczywiście już po śmieci matki.
- Pamiętasz, tato? - zwrócił się do rodziciela spokojnie. - Jadł, aż mu się uszy trzęsły.


RE: [17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery - Robert Mulciber - 27.05.2024

Wyjazd do Norwegii nie był czymś, co musieli ukrywać przed innymi członkami rodziny. Związany z rodzinnym biznesem, zaliczał się do grona tych spraw, o których mogli mówić otwarcie. Dlatego też nie miał większych oporów przed tym, aby poruszyć go przy stole; aby zadać wiążące się z nim pytanie.

Kiedy zainteresowała się tym Lorien, w odpowiedzi zdążył jedynie kiwnąć głową. Niczego od siebie w tym temacie nie dodał. Wyglądało bowiem na to, że wystarczająco dużo padło ze strony brata. Nie czuł się więc w obowiązku wszystkiego dodatkowo tłumaczyć. Zwłaszcza że niczego więcej do dodania tutaj nie miał.

- Doskonale. - zwrócił się zamiast tego do Richarda. Tutaj również dopilnował, żeby z jego strony nie padło przypadkiem zbyt wiele słów. To jedno zamykał temat. Pozwalało na nowo zająć się śniadaniem, które kiedyś należało wreszcie dokończyć. Zwłaszcza, że przecież żadne z nich nie zamierzało spędzać tutaj całego poranka. Mieli swoje sprawy. Każde z nich posiadało własne obowiązki.

A przynajmniej tak to wyglądało w przypadku Roberta.

Skupiony na kiełbasce, starał się tak po prostu ignorować wszystko inne, co działo się przy stole. Nie było to jednak proste w momencie, kiedy Sophie odciągnęła na bok Stanleya. I cholera jedna wie, co z nim robiła. O czym Ci dwoje ze sobą rozmawiali. Zdarzyło się nawet z raz czy dwa, że zerknął kontrolnie dokładnie w tym kierunku, w którym zniknęli jego syn i córka. Gdyby ktoś zwrócił w  tym momencie na niego uwagę, mógłby to dostrzec. A gdyby był to ktoś odpowiedni, być może nawet byłby w stanie wyciągnąć z tych obserwacji właściwe wnioski. Dostrzec te nieszczęsne obawy, którym Robert tak bardzo starał się nie pozwolić wybrzmieć.

Wreszcie musiał na kimś wyładować swoją irytację. Tę irytacje, która od kilku dobrych minut, stopniowo w nim narastała. Odłożył widelec, nóż, oderwał spojrzenie od talerza, którym starał się zająć. Starał się dość nieudolnie, skoro na każdym kroku coś zdawało mu się przeszkadzać; coś odciągało jego uwagę. Był trochę jak ta baletnica, która narzekała na wszystko. Włącznie z rąbkiem własnej spódnicy. Obwiniała wszystko i wszystkich, zarazem nie dostrzegając żadnej winy po swojej stronie.

- Domyślam się, że w Norwegii panowały nieco inne zasady, ale teraz jesteśmy wszyscy w Londynie, w moim domu, i co istotne, nie zamierzam się w tym temacie powtarzać. - zaczął. Nie podnosił głosu, jeśli nie od razu na jego słowa zareagowali, nie od razu skupili uwagę na jego osobie, to dał im na to jeszcze trochę czasu. Liczył na to, że spokój z jakim starał się to wszystko przekazać, okaże się wystarczający. - Bardzo, ale to bardzo, nie podoba mi się przebieg tego wspólnego śniadania. Wprowadzacie wiele chaosu. Zachowujecie się jak dzieci, jakbyście nadal mieli mleko pod nosem, choć każde z was jest już pełnoletnie. Swoją drogą jest to naprawdę bardzo rozczarowujące. - tutaj pozwolił sobie na moment zbłądzić spojrzeniem w kierunku brata. Czyżby w stosunku do niego również miał zastrzeżenia? Nawet jeśli tak było, niczego nie powiedział, zamiast tego kolejny raz spojrzał to na Charlesa, to na Leonarda. Sophie była nieobecna, tym samym ta pogadanka miała jej umknąć. Przynajmniej tym razem. - Mam nadzieje, że następnym razem weźmiecie pod uwagę, że nie jesteście tutaj sami. Każdy z nas ma prawo do tego, żeby móc w komfortowych dla siebie warunkach zjeść posiłek. Byłbym prawdziwie zawiedziony, gdyby ta sytuacja się jeszcze kiedyś powtórzyła.


tura do 29.05


RE: [17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery - Lorien Mulciber - 27.05.2024

Nie wnikała w szczegóły, bo te jej po prostu absolutnie nie interesowały. Miała swoje własne zajęcia w Londynie - kwestie niecierpiące zwłoki związane z powrotem do pracy; odwiedzenie rodziców i nieco dalszej rodziny; miliony małych spraw, którymi powinna się zająć natychmiast. Świeczkowo-kadzidełkowym biznesem Mulciberów nie zajmowała się nawet w kwestiach prawnych. I wolała, żeby tak pozostało.
Uzyskując potwierdzenie zarówno od Roberta jak i Richarda, skinęła tylko głową. Okej, zakodowane. Nie będzie ich. Jeśli jednak miała w tym czasie robić za niańkę dla dzieciaków… To już lepiej byłoby młodzież zabrać ze sobą i zamknąć na czas podróży w jakimś pierwszym lepszym igloo.

Obserwacja otoczenia była pierwszą, bardzo bolesną lekcją przez którą przechodził chyba każdy trybik w machinie Ministerstwa Magii. Robił to Richard wiedziony przyzwyczajeniami; robiła to też Lorien - analizując przebieg spotkania jakby było ciekawą rozprawą sądową. Najuważniej obserwowała z tego wszystkiego Roberta - najpierw: bo nijak nie reagował na wyskoki dzieciaków; potem: bo zaczął reagować tylko na to jedno… a może nie jedno?
Zbyt wiele elementów pasowało do siebie niczym w skomplikowanych puzzlach. Wywołana do tablicy za te całe obserwacje - pewnie by się uśmiechnęła ckliwie i rzuciła tylko tekstem w stylu “Oh, ma mio marito è belloccio e sexy”, wracając jak gdyby nigdy nic do picia stygnącej kawy.

Słuchała w milczeniu tyrady o zachowaniu przy stole, tym razem bacznie obserwując Charles’a i Leonarda. Łatwo byłoby ich sobie wyobrazić przykutych do krzeseł w sali Wizengamotu, oczekujących na wyrok. Pozwoliła przez chwilę myślom pobłądzić w tym kierunku. Pozytywne myśli zawsze działały cuda na jej migreny.
Można było nawet w tym wszystkim zapomnieć, że Lorien nadal siedziała przy stole. Dopiero stuknięcie pustej filiżanki o spodek przypomniało pewnie co poniektórym o tym, że wciąż jest obecna.
Jeśli chłopcy spodziewali się jakiegokolwiek wstawiennictwa czy obrony ze strony ciotki - no niestety mogli się tego nie doczekać. Znikąd pomocy, znikąd ratunku.
Zanim jednak Robert zdążył na nowo wrócić do swojego nieszczęsnego śniadania, Lorien nachyliła się do niego. Złapała delikatnie męża za przedramię, przysuwając się wystarczająco, żeby tego co szepnie nie usłyszał nikt. Zapach świeżej kawy mieszał się z jej jaśminowymi perfumami, a proste, czarne włosy zasłoniły jej twarz wystarczająco, by nawet sprawne czytanie z ruchu warg było w tym momencie niemożliwe.
- Przywołaj Sophie do porządku.- Powiedziała? Poprosiła? Ciężko stwierdzić.- Prowokuje chłopaków i zamęcza Borgina. To nie przystoi dziewczynie w jej wieku. - Skinęła lekko głową w stronę, w którą odeszła pasierbica. W tym momencie dla Lorien nie miało żadnego znaczenia jakie relacje łączą Roberta i Stanleya. Dbała tylko i wyłącznie o to jak ona wychodzi na tym wszystkim - nie potrzebowała w tym momencie bycia ocenianą przez współpracowników przez pryzmat źle wychowanej, niesfornej pasierbicy.
Nie czekała na jego odpowiedź, ale bezwiednie pogłaskała go po trzymanym przed sekundą przedramieniu w czułym geście. Najwyraźniej jednak wyczerpała zapas ciepłych uczuć, bo natychmiast po tym wyprostowała się z powrotem na krześle.


RE: [17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery - Richard Mulciber - 27.05.2024

Cokolwiek mówił, zwracał uwagę – chłopcy go nie słuchali. Robili wszystko jakby, złośliwie? Testowali jego cierpliwość? Tak szybko zadomowili się, sprawdzając jak daleko sięga także cierpliwość Roberta? Richard zaczynał mieć już tego dosłownie dosyć. Nie tak ich wychowywał. Nie tak ich uczył zachowania w gościnie, czy w rodzinie, kiedy tutaj przyjeżdżali. W tej chwili, narobili mu wstydu. Nie mówiąc już o zachowaniu Sophie, która także wywinęła niejeden numer.

Słysząc nawoływanie syna obok, spojrzał na jego talerz, krytycznie oceniając zachowanie Leonarda. To samo spojrzenie jednak skierował na Charlesa. Nie odpowiedział na słowa Leonarda. Być może robili sobie kanapki samodzielnie, bez pomocy skrzata. Choć nie musieli, kiedy posiłki zawsze mieli odpowiednio przygotowywane. A ich skrzat domowy również znał się na swojej robocie. Nie mieli co narzekać na jego oddanie i pracowitość.

Odłożył sztućce na swój talerz, przerywając jedzenie śniadania już w momencie, jak Charles domagał się jego uwagi. Mając obecnie problem ze swoimi chłopakami, nie zarejestrował niepokojącego najpewniej spojrzenie brata, w stronę wyjścia, gdzie zniknęły jego dzieciaki. Richard miał już przejść do działania, kiedy usłyszał słowa brata. Skupił na nim spojrzenie, wysłuchawszy jego pouczenia. Zrozumiał to spojrzenie, jakie brat mu posłał. Pozwolił mu dokończyć, ale już wtedy kontrolnie obserwował Charlesa i Leonarda.

- Usiądziesz na moim miejscu.
Zwrócił się Richard do Charlesa, tonem rozkazującym i nieznoszącym sprzeciwu. Dał tym sposobem do zrozumienia, że był nie tylko zirytowany ale i mocno zawiedziony ich zachowaniem.

Wstał nawet od stołu, odsuwając krzesło. Talerze swój z Charlesem, zamienił miejscami. Tak samo kubki z napojami. Jeżeli Charles się ociągał, Richard patrzył na niego z góry wyczekująco. Tylko w ten sposób ich mógł rozdzielić, aby przestali zakłócać spokojne spożywanie posiłku pozostałym członkom rodziny. Usiąść między nimi. Tylko tym razem, na tym posiłku rodzinnym.

Jeżeli Charles posłucha ojca i zamieni się miejscami. Na tym nie było końca. Ponieważ w następnej kolejności, Richard zamierzał zamienić talerze Leonarda z Charlesem. Tak, że kiełbaskę z dżemem, miałby Leonard.

- Mocno się na was zawiodłem. Zjedzcie to co macie na talerzach.
Zwrócił się do nich z gniewnym tonem, niczym zawiedziony ojciec, zachowaniem swoich synów. Nie zwracał uwagi na to, że Lorien coś tam szeptała do Roberta. Skupiony był na czynnościowym rozdzieleniu chłopaków. Na tym dzisiejszym śniadaniu, nie mogli widocznie siedzieć razem. Obok siebie. Może to ich nauczy, aby nie wtrącać się do cudzego talerza.



RE: [17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery - Charles Mulciber - 27.05.2024

Charlie miał nadzieję, że ojciec stanie po jego stronie i upomni brata! Co gorsza, Leonard nic nie zrobił sobie z bólu braciszka, którego ulubiona kanapka została zbrukana kawałkiem mięsa. Charles złapał ojca za ramię.

- Tato... - Jęknął jeszcze raz. - To, że kiedyś jadłem takie rzeczy, nie znaczy, że będę jadł teraz! - Zaprotestował głośno, ale... właściwie to to pamiętał. I musiał przyznać, że połączenie było całkiem całkiem. Będzie musiał to powtórzyć, gdy tylko przyjdzie okazja!

Przekomarzania, kłótnie i bójki zaprzestał jednak Robert. Wujowi w końcu puściły nerwy i Charles poczuł, jak drobne włoski na jego karku stają dęba, a jego ciało znajduje się w pełni gotowości do ucieczki. Nie było jednak powodu, by uciekać. Wuj nie był przecież aż tak groźny...

- Przepraszam, wuju. - Wymamrotał, opuszczając wzrok na talerz. Nie oponował również, gdy Richard postanowił zamienić ich miejscami. Nie ociągał się zbytnio, zabrał tylko swoją kawę. I tak stracił już apetyt! - Też chciałbym w komfortowych warunkach zjeść posiłek. - Zgodził się, tylko pozornie nie wymieniając brata w kolejnym oskarżeniu, które miało pozostać niewypowiedziane. - Wybaczcie mi, ojcze, ciociu. Przepraszam, panie Borgin.

Na tego ostatniego tylko zerknął, a słowa w jego kierunku wyszły z jego ust ledwie słyszalne. Nie zamierzał zbytnio integrować się z nieznajomym, gdy miał problem z zachowaniem się wśród rodziny. Usiadł po prawicy Roberta i zwiesił głowę. Nie chciał już jeść, więc odsunął od siebie talerz, w dłoniach ściskając tylko kubek z kawą. Wystarczy jako śniadanie.


RE: [17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery - Stanley Andrew Borgin - 28.05.2024

Naprawdę nie musiała tego robić. W końcu każdemu mogło się zdarzyć. Każdy mógł mieć swój "pechowy" dzień - niektórzy częściej, inny rzadziej, a jeszcze inni codziennie. Do której grupy należała Sophie? Cóż, nie Borginowi było to doceniać, ponieważ jej nie znał i nie był w stanie tego określić. Jakikolwiek osąd w tej chwili byłby karygodny, a i lepiej było się odrobinę wstrzymać dla dobra wszystkich.

- I ani... - zastygł na moment, łapiąc się w ostatniej chwili na tym, aby nie powiedzieć "ojciec" w odniesieniu do Roberta - Robert, ani Richard nie zwracają na to uwagi? - zapytał - Nie słychana sprawa, aby tak się działo ale cóż... Nie mój dom, nie moje zasady, prawda? - wzruszył ramionami. Co innego mógł począć? Stanley musiał się bardzo pilnować, aby nie palnąć czegoś, czego mógłby później żałować albo czegoś, co mogło sprowadzić na niego gniew Mulcibera. Młodą Mulciberównę mogli przecież trzymać z dala od tej wszystkiego, wszak wojna nie miała w sobie nic z kobiety. To było czysto męskie zajęcie, a dodatkowo dlaczego miałaby ginąć w konflikcie, który jej nawet nie dotyczył bezpośrednio?

- Z własnego doświadczenia Ci powiem, że ludzie nie przepadają za tymi co skarżą. Za tymi co donoszą. Takich ludzi się po prostu unika - odparł na słowa, które wypowiedziała wcześniej o swoim kuzynie - Nie musisz się jednak obawiać. Nie będę robił ani psikusów, ani brał udziału w tym konflikcie. Jeszcze by tego brakowało, abym wygrał z każdym z Was i co by wtedy było? Problem... odrobinę? - dodał, przejeżdżając dłonia po twarzy. Nikt nie lubił szczurów. Nikt nie lubił donosicieli. Czy powinien wspomnieć młodej Sophie, że należałoby takiego zdrajcę potraktować cruciatusem, a najlepiej avadą? Tak, aby wszyscy inni dostrzegli jedną, prostą wiadomość - ze mną się nie zadziera? Nie, lepiej było tego nie robić - bo co jeżeli jej się spodoba?

- Umm... Nie mam nic przeciwko? - odpowiedział trochę zaskoczony. To było tak losowe pytanie, że nie bardzo wiedział co miał powiedzieć. Nie miał żadnego uczulenia na cynamonm, więc raczej nie?

- Coś jeszcze musimy zabrać? - zapytał, ignorując spojrzenie Sophie odnośnie jego rzutu monetą. Wypadła reszka, więc nie było tematu do kontynuacji - miała szczęście.

- Wracamy do stolika? - podniósł tackę, aby młoda dama nie musiała się męczyć - Naprawdę, nic się nie stało - dodał od siebie, widząc, że czuje się trochę nieswojo. Czyżby podprogowo starał się być dobrym bratem?




RE: [17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery - Sophie Mulciber - 30.05.2024

- Właśnie dlatego robi się to po cichu, żeby nie zwrócili uwagi. Ale Charles to czasami taka beksa.- Szeptała. Nie do końca wiedziała, dlaczego pan Borgin tak się zdziwił. Nigdy nie był dzieckiem? To znaczy - młodym dorosłym? Jeśli miał rodzeństwo albo kuzynów, to na pewno musiał czasami się z nimi wygłupiać.
Zgodziła się z opinią, że donosicieli się nie lubiło.
- Zgadzam się, panie Borgin. Dlatego Charlie obrywa najbardziej.- Pokiwała głową, zerkając na to, co działo się przy stole. Ojciec był zły, więc to najwyższy czas, żeby wrócić do stołu. Zaśmiała się jeszcze cicho, kiedy Stanley obiecał, że nie będzie robił jej psikusów.
- Ale proszę pomyśleć nad zrobieniem jakiegoś Charlie'mu.- Szepnęła na koniec, po czym wskazała Broginowi tacę pełną ciastek, i wrócili do stołu.
- Dziekuje za pomoc panie Borgin. Może ciasteczko?- Uśmiechnęła się do macochy, będąc w wyraźnie dobrym już nastroju.
Dopiero zaczynałam ogarniać sytuację przy stole.


RE: [17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery - Leonard Mulciber - 31.05.2024

Dzięki życiu spędzonemu przede wszystkim w Norwegii, Leonard nie miał aż tak wielkiego kontaktu z rodziną z Anglii, że o pocuciu bliskości nie wspominając. I być może to i lepiej, sądząc po tym, jak sztywnymi i nudnymi ludźmi byli. Przy czym zostanie nazywanym sztywnym i nudnym przez osobę równie chłodną w kontaktach, jak on, o czymś musiało już świadczyć. Gdyby nie obecność Sophie, sądziłby, że są z Charliem jakimiś dziwnymi wybrykami natury. Nie robili w gruncie rzeczy niczego złego i tylko przekomarzali się nieco jak to brat z bratem. Co w tym takiego dziwnego, czy niestosownego? Trochę jęczenia ze strony Charliego? Wuj Robert z całą pewnością nie miał pojęcia, czym jest prawdziwy "chaos". Nie to, żeby zamierzał demonstrować. Nie był głupcem, typem głośnym czy jakimś wielkim rozrabiaką, ale nigdy też nie pozostawał dłużny, kiedy się go zaczepiało. A Charlie miał oczywiście do tego talent, bo jakżeby inaczej.
W przeciwieństwie do brata, Leonard przyjął krytyczne komentarze i niepotrzebną jego zdaniem złość ze stoickim spokojem oraz niewielkim przejęciem. Miał ochotę wywrócić oczami, ale nie zrobił tego dla dobra ojcowskich nerwów.
- Zapewniam wuja, że nie zamierzaliśmy nikomu psuć śniadania naszymi drobnymi zaczepkami - zwrócił się do Roberta uprzejmie, nalewając sobie przy tym jednak herbaty, jak gdyby nigdy nic. W drobnych gestach chciał podkreślić, że ten robi z igły widły. - Być może to kwestia nadmiernego przyzwyczajenia do norweskiego poczucia humoru, który tutaj jest nie do końca zrozumiały - dodał lekkim tonem, mimo że jedno z drugim nie miało tak naprawdę nic wspólnego. - Wszystkim, którym popsuło to nieco smak, oczywiście bardzo przepraszam.
Uśmiechnął się szeroko i absolutnie nie zamierzając pokazywać, że czyjekolwiek działania, czy to ojca, czy to wuja na niego wpłynęły, wbił widelec w podsuniętą mu 'abominację' śniadaniową, a następnie podsunął sobie pod usta i ugryzł. Mogło smakować gorzej, ale nie było wcale aż tak źle.


RE: [17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery - Robert Mulciber - 01.06.2024

Po swojej przemowie dał im chwilę. Niedługą chwilę na to, żeby odpowiednio na jego słowa zareagować. Dostosować się do tutejszych zasad. Nie obchodziło go przy tym to, co na ten temat Charles oraz Leonard rzeczywiście myśleli. Robert trzymał się w tym przypadku zasady mówiącej, że dzieci i ryby głosem nie dysponowały. A nawet jeśli byłoby inaczej, to najpewniej nie miało paść z ich strony cokolwiek, co byłoby wartym uwagi.

Widząc, iż po jego tyradzie, do wszystkiego dołączył się również brat, zamierzał wrócić do śniadania. Pozwolić, żeby to on zajął się ostatecznymi porządkami. Pierw jednak przeszkodziły mu w tym przeprosiny, które padły ze strony Charlesa - jedyną odpowiedzią było w tym przypadku skinięcie głową - następnie zaś Lorien, chcąca przekazać mu jakieś swoje uwagi. Na samym końcu dołączył do tego wszystkiego jeszcze Leonard, który chyba niekoniecznie zrozumiał przesłanie. Tylko czy coś na to dało się jeszcze zaradzić?

Nie zamierzał wplątywać się w przepychanki słowne z ewidentnie źle wychowanym bachorem - bo jak inaczej miałby to określić? Zamiast tracić na to czas, jak i również siły, pochylił się w kierunku Lorien, skupiając się na tym, co żona miała mu do przekazania. Zmarszczył brwi, kiedy okazało się, że jej uwaga dotyczyła Sophie. Przeoczył? Zapewne tak właśnie było. Nie zamierzał się w tym przypadku oszukiwać. Cokolwiek by o niej nie powiedzieć, córka aniołkiem nie była chyba nigdy.

Całe szczęście wyglądało na to, że nadal pozostawała jednak dużo lepiej wychowana niż synowie brata. Wydawała się znać granice. Nie tworzyła samą swoją obecnością aż tak dużego zamieszania.

- Zwrócę na nią większą uwagę. - odpowiada. Po cichu, nie pozwalając na to, żeby słowa te dotarły do uszu pozostałych członków rodziny, którzy akurat znajdują się przy stole. Zarazem nie deklaruje jednak, że zajmie się córką teraz. Wszystko uzależnia od tego, co będzie działo się dalej. W jaki sposób potoczy się to śniadanie. Co nastąpi po tym, jak Sophie oraz Stanley powrócą wreszcie do stolika.

Prostuje się, wraca do talerza. Sięga ponownie po nóż i widelec. Udaje mu się nawet trochę zjeść. Dopić kawę, która nie smakuje już tak dobrze jak jeszcze kilka chwil temu. Decyduje się odstawić ją kawałek dalej. Wzdycha przy tym nieco ciężej. Gdyby nie dzieciarnia, zdążyłby wypić, zanim stała się nieznośna. Stało się jednak jak się stało.

Choć talerz ma już po chwili pusty, nie rusza się. Nie żegna. Nie opuszcza jadalni i nie udaje się do swojego gabinetu. Nie chce zostawiać ich wszystkich samych ze Stanleyem. Ryzykować, że stanie się tutaj za jego plecami coś, czemu mógłby przeciwdziałać. Nie wraca jednak do gazety. Nie nakłada sobie więcej jedzenia. Dochodzi do wniosku, że jeśli ma panować porządek, wszystkiemu trzeba nadać właściwy rytm.

- Leonardzie, ojciec wspominał, że zamierzasz niebawem zacząć prace w tutejszym szpitalu? - pozwala sobie zadać pytanie, na które odpowiedź w zasadzie go nie interesuje. Nie ma większego znaczenia. Przynajmniej w tym momencie.


tura do 04.06