![]() |
|
[30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge (/showthread.php?tid=3281) |
RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 23.05.2024 W końcu dostał od niego to, co chciał - zasady tej gry. Zasady i h znajomości. Gdzie kończyła się i zaczynała ta miłość i oddanie - nie była fałszywa, jak ta relacja nie była, ale była jak każda inna ujęta w swoje ramy. Wyjątkowe, dostosowana do gry, do tego, czego potrzebował Flynn. Laurent potrzebował czasu, żeby znaleźć przestrzeń, której on tam potrzebował. Żeby waga, którą trzymał w dłoniach, zainspirowany Artemidą, w końcu przechyliła się w którąś ze stron. Gdzie Crow chciał być używany i jak go użyć? Jak zrobić z niego pożytek, jak ze wszystkich zasobów ludzkich, żeby jednocześnie trzymać się jego ram zadowolenia, żeby go nie skrzywdzić? Żeby nie skrzywdzić bardziej samego siebie. Żeby nie przegiąć i... Chciał myśleć - i nie otwierać więcej tych upiornych wrót, które otworzył z nim ostatnim razem. Tylko nie mógł. Nie potrafił myśleć o tym jako o czymś zatrważającym i pozostawiającym bez ciekawości. Nawet jeśli było to obrzydliwe i zdawało się złe. Wydawało się jednocześnie... Takie dobre. Kiedy zamiast sięgać do Nieba tarzało się w ziemi. - Jest coś gorszego niż dawanie komuś pierścionka, który ci zaraz zwróci? - Znów się uśmiechnął, trochę krzywo, bo przecież to była myśl bardzo krytyczna. - Niestety zażyczyłeś sobie takiego, który będzie pasował na mój palec. Więc będziesz jak książę z bajki o Kopciuszku. Tylko zamiast pantofelka - masz pierścionek. - Albo sprzedaj go i kup sobie coś ładnego. Z jakiegoś powodu miał wrażenie, że Edge by tego nie zrobił. Jak sroka... wrona... Prędzej schowa go pod poduszką. Albo zrobi. Żeby nie denerwować osoby, do której chciał wracać. Odetchnął następnie. - Co jest zabawą i pieszczotą niech taką zostanie. Wyznaczam wyraźną granicę , żebyś zaraz nie odebrał mylnego wrażenia, że myślę o tobie w kategoriach człowieka postanowionego niżej od siebie. - Wbrew temu, co było sugerowane. - Nie sądziłem, że się jeszcze spotykamy. Że przyjdziesz. - Mogli mówić sobie wtedy różne rzeczy, ale Laurent wielu rzeczy się nasłuchał i też wielu naszeptał. Rzeczywistość weryfikowała potem te szepty i słowa. - Gdybym widział, przygotowanym obrożę. - W końcu blask życia pojawił się w jego oczach wraz z kilkoma błyskami rozbawienia. - Już dałem ci kwiaty, pierścionek, który sobie zażyczyłeś... Jesteś fatalnym narzeczonym, nawet nie zaprosiłeś mnie na randkę. - Klęknąć. Laurent niechętnie klękał. Wyciągnął do niego ręce, żeby się przytulić. Albo jego przytulić do siebie? Żeby przesunąć nosem po skórze jego szyi, żeby pozwolić jego ciemnym włosom połaskotać swoje policzki i żeby jego cienie i martwica zmieszały się z jego światłem. Człowiek, który mógł go pochłonąć. - Szarp się więc na tym łańcuchu, Piesku . Udowodnię ci, że i tak cię oswoje. - Obrócił się wolno razem z nim, zostawiając własny cień dotyku na jego ciele, delikatny jak puch sowich piór. RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - The Edge - 23.05.2024 - Gdyby zwrócił go razem z ciastem, z którym go zeżarł? - Spróbował zażartować, ale zaśmiał się bardzo sztucznie i nerwowo, bo przecież Laurent trafił w sedno - nie było nic gorszego. Wolałby podciąć sobie żyły i zdechnąć gdzieś, gdzie nikt nigdy nie znajdzie jego ciała, niż usłyszeć „nie” od kogoś, kogo kochał. Oczywiście - wszystko miało swój koniec, wszystko się kończyło niezależnie od tego jak bardzo chciałeś to zatrzymać, ale to wcale nie znaczyło, że jemu łatwo było to zaakceptować. Kiedy trzy lata temu wrócił do cyrku, wcale nie planował tego zrobić - chciał tylko zobaczyć ich ostatni raz, zanim się zabije. Nie, nie było nic gorszego. A on najwyraźniej nie potrafił zażartować z tego, nie demaskując swoich kompleksów. - Oh, a przecież do mnie tak dobrze pasowałby ten but. - Buta też nie chciał. Jeżeli nie przyjmie tego pierścionka z powrotem, to „przypadkiem” zgubi go w jego stajni. - I to ty jesteś fatalny, zapomniałeś o podstawowych zasadach rządzących tym społeczeństwem, o narzuconych nam normach - ah jak przykro było słyszeć takie rzeczy dobiegające z własnych ust, ale to wszystko wciąż było żartem - i nie zapytałeś o zgodę moich rodziców. Żartował sobie, prawda? Dało się to szybko zweryfikować, kiedy Flynn zgodnie z niemą prośbą zakleszczył go w swoich ramionach i znów dało się wyczuć, jak bardzo wali mu serce. Jak proporzec falujący głośno na porywistym wietrze - głośno, intensywnie. Wzburzony czymś, na co nie miał wpływu. Laurent po prostu był obok, dotykał go i... to postanowienie, żeby go nie wykorzystywać, nie krzywdzić swoim pożądaniem... rozpływało się momentalnie - nagle mógłby nazrywać sobie tych kwiatów, bo przecież ogród, jaki miał przed sobą nie spustoszeje tak szybko. Skoro nie klęknął z pierścionkiem, to mógłby to zrobić w innym celu, a on dostałby jakąś nagrodę, mogąc wpleść palce w srebrne włosy jeszcze raz, znów widzieć łzy zbierające się na jego rzęsach. Kiedy Laurent się od niego odsuwał, Flynn poczuł się cholernie, obrzydliwie brudny. Cokolwiek się tutaj działo nie było dobre dla żadnego z nich. Zamarł, trzymając się ręką za brzuch i wpatrując w podłogę garderoby, kątem oka śledząc chłopaka, którego napotkawszy w gęstym lesie, wziąłby pewnie za wiłę. Ta pokusa była tak silna i tak wyraźna, a jednak nawet on - szaleniec całkowicie świadomy tego, że gdyby Laurent chciałby go tu i teraz, to dostałby go tu i teraz - rozumiał że nawet mając go dla siebie, nie poczułby się dobrze. To byłoby smutne, obarczone tymi wszystkimi słowami i niepewnością zbliżenie, po którym oboje rozeszliby się z ciężkim, gryzącym poczuciem winy. - Czy to miało brzmieć jak groźba? RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 23.05.2024 Pamiątka po kimś, kogo chcesz pamiętać. O czymś, co chcesz pamiętać. Nie musiało być dobre. Czasami nie było chciane. Mimo to zatrzymujesz to przy sobie. Kiedy o tym myślał to nie miał żadnej biżuterii, która pasowałaby do Fleamonta - tak mu się wydawało. Róża z kolcami? Nie miał pierścionka tak dosadnego. Nie posiadał żadnego z ptakiem, który by go przypominał. Nawet jeśli - to nie miał pojęcia, czy istniał taki pierścionek, który by się spodobał akurat jemu. Więc poszukał tego, który przyszedł mu do głowy jako pierwszy. Ponoć te pierwsze myśli zazwyczaj były najbardziej trafne. Nie wiedział, po co mu ten pierścionek i czemu chciał go zaraz oddawać, ale nie pytał - skupił się zresztą bardziej na daniu i na tym, jakie słowa płynęły między nimi niż na tym, żeby dociekać. Czujność, przynajmniej w tej sytuacji, została nieco uśpiona. Czy raczej - ciężar zaciekawienia został przeniesiony w innym kierunku, tak samo jak siły przerobowe jego mózgu. - Hm, uważaj, bo wyrobisz u mnie nawyk chowania dla ciebie ciastek po kątach. - Nie dało się wyczuć tej nerwowości w jego śmiechu, nie dało się jej nie czuć, kiedy było się tak blisko. Żart na żart. Pół-żart. Robiło się lepiej. Powoli świat wracał do równowagi, przynajmniej ten jego. Ułożył sobie osobę Flyna, wyrysował te swoje kreski, tak jak obiecał, poukładał na nowo rzeczywistość. Budowle zaczęły wyglądać tak samo, słońce świeciło tak... wróż. Burza błyskała tak samo. Ten świat nie wybuchał tylko dlatego, że wtargnął do niego ten wygnaniec, nożownik spod ciemnej gwiazdy, który miał wielkie marzenia o szczęśliwych zakończeniach. Przynajmniej do momentu, w którym nie przyszedł do Laurenta mógł w to śliczne zakończenie wierzyć. Każdy domek angielskiej rodziny wydawał się idealny, dopóki nie zajrzałeś za firankę. Nie posłuchałeś tego, co się dzieje za drzwiami. - Nie zapominam. Świadomie chce je zniszczyć. - Marzył wręcz o tym, jak o wielu innych rzeczach. O tym szczęśliwym zakończeniu również. Mijały lata, a on się coraz mocniej zbroił, tylko... wychodziło na to, że nie miał dla kogo. Nie było chętnego, mimo wszystkich tych wlepionych w niego, rozkochanych oczu, żeby zawalczyć razem z nim. Nie wiedział sam przez moment, czy to złe. Czy powinien zrobić ten krok dalej. Chciał i nie chciał. Chciał zarazem spać jak i znów zasnąć z zupełnego wyczerpania, zlepiony potem i z oczami sklejonymi łzami. I nie chodziło o to, że nie potrzebował dotyku - był pewien, że bez tego dotyku zupełnie się kończył. Jednocześnie nie chciał się od niego uzależniać. Nie chciał pazernie pragnąć go za bardzo, bo stawał się wtedy zbyt słaby, a ci, do których chciał wyciągać dłoń w końcu odchodzili. Bo wszystko, co piękne, musiało się skończyć. I zawsze kończyło się za szybko. Robił to jemu i robił to sobie. Nie wiedział, czy chce się przekonać czy to tez będzie tak jak zawsze. Nie chciał, żeby tak było. - Brzmi dla ciebie jak groźba? - Odsunął się całkiem, trzymając dłonie na jego barkach. I miał ochotę go przeprosić. Nie, nie za swoje ostatnie słowa. Za... chyba za całokształt. - To obietnica. - Dodał, żeby Flynn nie musiał się domyślać. Zabawne, bo Laurent uwielbiał lawirować wokół tematów i nie mówić wprost. Nastała taka... cisza. Bo z rozchylonych warg Laurenta nie wymknęło się żadne słowo. RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - The Edge - 25.05.2024 Nagle zdał sobie sprawę z tego, że jego myślenie o Laurencie było niezwykle koślawe. Powiedział ten dowcip, niby typowy żart, ale Laurent odpowiedział mu poważnie i on też zaczął myśleć o tym poważnie i... Przeprowadził w tym pustym łbie dialog z samym sobą - że się nie spodziewał po Laurencie pragnienia łamania konwenansów, a później aż miał ochotę uderzyć się w czoło, bo przecież nic w życiu blondyna, przynajmniej w tej części, jaką ze sobą dzielili, nie było z nich złożone. Czy to dlatego tak się do niego dystansował? Bo od początku nakładał na niego łatkę kolejnego bogatego chłopaka, który go trzymał przy sobie bo chciał coś poczuć, ale wcale nie zamierzał rzucać dla niego wygodnego życia w cieniu bogatych i wpływowych rodziców? Nienawidząc społeczeństwa za wieczne bycie ocenianym z góry, nie zauważył kiedy zaczął robić to sam? A może zwyczajnie nie chciał dopuścić do siebie myśli, że przebywając w New Forest miał do czynienia z czymkolwiek innym niż w swojej przeszłości? Nie miał szans na znalezienie odpowiedzi na tyle pytań, kiedy serce mu tak waliło, a Laurent wciąż był obok i wciąż mówił. Poddał się więc, dał temu odpłynąć gdzieś na bok, a swoją uwagę skupił na nim, na tym co miał tu i teraz, próbując zachować spokój nawet jeżeli odsunięcie się od niego nie było przyjemne. Bo chciał więcej. Mimo wszystkich wniosków, do jakich dzisiaj doszedł - chciał go mieć. - A dotrzymujesz obietnic? - Tym razem nie chciał usłyszeć nie, chociaż kiedy kładł swoje dłonie na jego, oczy miał pełne niepewności. - Nie wiem, czy robić sobie nadzieje. Chciał go mieć, ale nie chciał tego czuć. Nie chciał myśleć o nim w ten sposób, brzydził się tego pożądania, bo wtedy będzie jak wszyscy - on nie chciał być jak wszyscy, którzy go zranili, nie chciał być kolejnym wazonem obleśnych kwiatów wyrzuconych na taras. Chciał go mieć w taki sposób, że tylko do niego uśmiechnie się z wdzięcznością, kiedy przyniesienie mu „dobre” wiadomości. Chciał być jego dobrą myślą, jego bezpieczną przystanią, kimś kto nie kojarzy mu się z wewnętrzną pustką. Jednocześnie był pewny, że jeżeli te drobne rączki przycisną go do siebie jeszcze raz, cała ta siła pryśnie i znowu o tym zapomni, przestanie być dobrym człowiekiem i wróci do bycia beznadziejnym i brudnym sobą. Jeden ruch, żeby rozpalić w nim żar. Żar, który na moment da mu życie, a później go spopieli. Jak on cholernie siebie nienawidził! Wcale nie zdziwi go to, że to co próbował w tej rozmowie tak chronić - te relacje - że one się skończą. Z jego cholernej winy! Straci wszystko co dawało mu nadzieję, dzięki czemu przez ostatnie miesiące tak szeroko się uśmiechał, tak głośno płakał, ale tym razem budującym płaczem, płaczem, który leczył, straci to wszystko bo...? Bo co? Bo Laurent miał taki kaprys? Wypatrzył go sobie w tłumie? Nie, to nie była wina Laurenta. To było w tym najgorsze - odpowiedzialność za to dźwigał na własnych barkach. Znów opuścił spojrzenie w dół. - M-muszę schować go do kurtki, żeby go nie zgubić - Taką sobie wymyślił ostatnią deskę ratunku zanim zrobi coś durnego. Jego ręce opadły wzdłuż tułowia, ale nie ruszył się stąd, zupełnie jakby te delikatne dłonie trzymały go w miejscu zbyt mocno, aby był w stanie zrobić choćby jeden krok. RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 25.05.2024 Smutna tragedia, zupełnie normalne życie. Codzienność, bo przecież ludzie regularnie zamykają się w ramy. Laurent tego nigdy nie robił. Nie szufladkował ludzi, bo każdy człowiek to nowa historia, nowe emocje i nowe doświadczenia, które możesz poznać. Może to wszystko wnieść do twojego życia ,jeśli tylko dasz mi szansę na to, żeby siebie samego przestawił i nie będziesz zamykał drzwi do swojego domu. Empatia była niezdrowa, kiedy nie posiadałeś na nią filtru, a nowi ludzie mogli skrzywdzić zbyt łatwo. Mimo to układasz ich. Nowe układanki, nowe wyzwania. Z nowymi wyzwaniami przychodziła nowa szansa, nowe emocje i nowa nadzieja. Może chociaż on..? Tamten był kochany, był miły, nawet był dobry w łóżku. Ten drugi... Trochę wstydliwy, za bardzo trzeba było go do wszystkiego ciągnąć, ale to nic, bo był silny i bardzo czuły. Trzeci zbyt gwałtowny, może i wielkie serce, ale za bardzo chciał kontroli. I wydawało mu się, że ją ma, bo był manipulowany i okręcony wokół paluszka jak ten pierścionek. Wszyscy mieli tę samą wadę - nie chcieli tego pierścionka wsunąć na palec Laurenta, który tak bardzo na to czekał że zaczynał usychać. Smutna tragedia, bo żyjąc swoim normalnym życiem uzmysławiasz sobie, że byłeś ofiarą - więc teraz sam tworzysz ofiary. Nie, Laurent by nawet nie wpadł na to, że Flynn go zaszufladkował. Oto, co robił z człowiekiem punkt widzenia. Utrudniał pełne zrozumienie drugiej jednostki. Bo gdyby tylko Laurent się do tego dokopał tyle rzeczy stało by się oczywistych... - Dotrzymuję. - Laurent tyle mówił i tyle czarował słowem, że gdyby nie dotrzymywał złożonych obietnic to co by mu pozostało? - Zobaczymy, na jak długo wystarczy mi jeszcze energii... - żeby oddychać. Żeby w ogóle być. Czy człowiek mógł w końcu się wypalić całkowicie? Zapaść w samym sobie? Na pewno mógł. Nie dokończył jednak tej myśli, która miała być jakimś żartem, bo zatrzymało go to spojrzenie. Rozpalające. Sprawiające, że człowiek chciał więcej - chciał widzieć jego twarz czerwoną i rozpaloną, opętanie w wielkich źrenicach, słyszeć mocny oddech, czuć pulsowanie tuż pod sobą. Laurent naprawdę nie wiedział, co miał zrobić, bo tak naprawdę żadna opcja go nie zadowalała. - To napięcie jest... - nieznośne. Ale nie chciał tego powiedzieć, bo Crow źle reagował na negatywne słowa. Tylko nie rozumiał, dlaczego Crow, TEN Crow, zachowywał się tak, jakby chciał i zarazem wzbraniał się całym sobą. Wprowadzlao to bardzo dużo skonfundowania do jego serca. Chciał do niego powiedzieć no weź mnie wreszcie i zarazem nie chciał mówić tego wcale. Ujął tą dłoń Crowa i wyciągnął różdżkę, żeby stuknąć nią w pierścionek. Wsunął go na palec serdeczny mężczyzny. Leżał jak ulał. Tylko na jakiś czas, zaraz i tak trzeba będzie go zdjąć. Przyglądał się jego dłoni i pogładził ją. - Chcesz mnie przelecieć? - To powinno być pytanie retoryczne, ale nie było. Bo blondyn nie rozumiał trochę tych ruchów, jakie Edge robił. Z drugiej strony nie rozumiał własnych ruchów. Cofnął się do sypialni, ale jeśli Flynn nie zacisnął palców na jego dłoni to zostały one rozplecione. RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - The Edge - 25.05.2024 Nie powinien ich dotrzymywać. Pierwszy raz cieszyłby się, że ktoś nie dotrzymywał danej mu obietnicy - gdyby tylko ten nastrój niepewności minął, a on przestał czuć się, jakby miał przypłacić to wszystko życiem... Wtedy penie uśmiechnąłby się na wzmiankę o tym napięciu. A przecież przypłaci - bo przecież na pewnym etapie już tego nie zniesie. Był tak cholernie szczęśliwym człowiekiem do pierwszego lipca, przypomniał sobie, jak to jest śmiać się szczerze i mieć nadzieję. Teraz to wszystko sypało się na jego oczach, a on mógł tylko zadawać sobie pytanie, na ile sposobów dało się być torturowanym przez samego siebie? Co jeszcze zechciałby sobie udowodnić? Godzinę temu modlił się o to, żeby te drzwi mu się otworzyły. Kiedy stały się otwarte - miał ochotę uciec stąd tak szybko, jak tylko się dało. To pewnie był jego problem. Nie mógł utrzymać przy sobie mężczyzn, których do siebie przyciągał, bo smakował dobrze, póki nie poczuli idącego z nim w parze gorzkiego posmaku konsekwencji. Skąd on to znał? Ze swojej własnej, smutnej, podziurawionej egzystencji, w której tak samo jak on nie zauważał cudzych granic. To była lekcja od losu? Kara? Jakiś epilog być może, pomyślał kiedy Prewett złapał jego dłoń, żeby rzucić na pierścień zaklęcie. Daleko było pierścieniowi do obroży, ale i tak czuł jak metal zaciska mu się wokół szyi, tylko że zamiast ziszczeniem pragnień okazywał się być czymś, co go dusiło. Odpowiedź na jego pytanie brzmiała: nie. Nie chciał go przelecieć. Chciał się nim dobrze zająć, ale nie w sensie, który któregokolwiek by uprzedmiotowił. Chciał w jakiś sposób, którego niestety nie znał, uczynić Laurenta Prewetta szczęśliwym. Zostać jego oparciem w drodze, jaką chciał przebyć. Poznać go lepiej niż zrobił to do tej pory. Wcale nie chciał zostać kochankiem ani psem, nawet jeżeli ta wizja wydawała mu się głęboko podniecająca. Mogliby poznać się na nowo - zamiast jako najgorszy kurwa zbir i wiecznie naćpana prostytutka, to jako tancerz odkrywający siebie i zarządca wiszący nad problemami tego rezerwatu i stosem papierów, które niemal poniósł stąd wiatr. Mogliby, ale on chyba tego nie potrafił? Pokazać mu tego głęboko skrywanego siebie. Właśnie dlatego, że ten głęboko skrywany on powiedziałby nie, zacisnąłby palce na jego dłoni, ale poprowadził go do kuchni, domagając się przygotowania mu gorącej czekolady, a później życzył sobie leżeć na dywanie i słuchać muzyki brzmiącej jak pocieranie kamieniem o struny gitary, paląc razem papierosy i wymieniając się co kilkanaście minut losowymi historiami. Ten głęboko skrywany on też lubił kiedy ktoś przyciskał go do materaca i odbierał mu zdolność mówienia. Ten głęboko skrywany on sądził, że wbrew temu co mówiła jego ekstrawertyczna, wredna i sarkastyczna strona, w gruncie rzeczy byli do siebie z Laurentem bardzo podobni. Dostrzegał to, że w całym tym mogliby, znajdowało się coś, czego nawet nie brał pod uwagę przy innych osobach - może mogliby sobie jakoś pomóc i wyleczyć się z tego, co niszczyło ich życie. Wystarczyło powiedzieć nie. Dać temu opaść. Pokazać mu, że tu istniała szansa na coś więcej - na coś dobrego, na coś równie leczącego, co ten śmiech i te łzy. Bo przecież byli czymś więcej niż ciałami, tak? Ale on nie potrafił odmówić takiej propozycji. Nie po tym ile razy robił sobie dzisiaj nadzieję, że Laurent go dotknie, zamiast przejść obok, albo wyobrażał sobie, jak to jest być przez niego całowanym. On nie zacisnął palców na tej jego ręce, on ją szarpnął, przyciągnął go do siebie dokładnie tak, jak to tylko potrafił zrobić Crow i zmusił go do tego, żeby chociaż na chwilę otworzył usta i wpuścił do środka jego język. Bo miał dosyć. Bo nie mógł doczekać się całowania go w ten sposób od początku tego durnego spotkania, tylko myślał o robieniu tego na tarasie, a nie wciskając jego plecy w szkatułę z błyskotkami. RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 25.05.2024 angels like you can't fly down hell with me i'm everything they said I would be Potrzebował tego. Przecież sam go pragnął, tak? Potrzebował jego dotyku, potrzebował... nie. Potrzebował tego dotyku, ale on wcale nie musiał wyglądać tak. Potrzebował nie wstydzić się potrzeby zaciskanych palców na swojej szyi i rąk, które zupełnie krępowały jego ruch i wygrywały w nim w prostym pojedynku na to, kto prowadzi. Głupie? Bo przecież jaką on miałby siłę, żeby kogoś przytrzymać? Głupie, dopóki się nie rozumiało, że większość osób mogła go przytrzymać w ten sposób, bo sobie tego zażyczył. Ale niemal nikt nie był w stanie wyłączyć mu tego myślenia. A on w chociaż jednym jedynym aspekcie swojego życia szukał punktu zaczepienia, gdzie mógłby się rozpłynąć i z błogosławieństwem świata w końcu przestać czuć nieistniejącego przejścia, że jeśli coś nie jest łatwe to będzie emocjonalnie bolało. Czy tego, że coś jest prozaiczne, że te relacje mógł w większości przyrównać do tego samego, że sam był zbyt łatwą dziwką, więc w zasadzie co za różnica? Osoba, którą dopuścił tak blisko potem wchodziła pod prysznic i cały czar pryskał. A potem pojawiał się tajemniczy, zimny jegomość i spędzał z nim dzień na konnej przejażdżce, żeby tylko ucałować jego usta... po prostu wyjść. Gdzieś między tym wszystkim rodziła się frustracja, jego łzy, jego gorycz. Jego szaleństwo. Z każdą potrzebą, w której potrzebował tego dotyku, kiedy chciał go i nie chciał, rozpadała się jakaś jego część poczytalności. Miał wrażenie, że niedługo oszaleje i naprawdę nie będzie już żadnej energii. Niby nie był stworzony do fatalistycznych myśli, żeby ze sobą skończyć, ale zaczynał już marzyć o śmierci i żałować, że w ogóle musiał to życie rozpocząć. Dlaczego musiał być po prostu sobą? Potrzebował tego, żeby wyszli z tego pokoju i wypili tę czekoladę. Żeby się położyli na tej kanapie i pooglądali burzę. Żeby mu pokazał ten głupi dziennik, który zaczął robić i żeby mu opowiedzieć jak niesamowite jest to, że gwiazdy rodzą się i umierają, oddychają i trwają prawie jak ludzie. Te wszystkie ładne słowa, które już zapisał w tym dzienniku i ta astronomia, które przez niego bardziej zwróciły jego ciekawość, dowodziły mu tego, że to była smycz, która naprawdę miała szarpać. Łańcuch, który miał się zrywać, ocierać jego dłonie do krwi i ranić jego skórę. Można ujarzmić pieska, ale nie można ujarzmić wilka i, och, dobry Boże, oby to wszystko bolało mniej Fleamonta Bella. Kiedy rozchylił dla niego usta i kiedy zacisnął palce na jego ramieniu. Nie, nie potrzebował tego. Mimo tego napięcia, mimo pragnienia ciała, nie potrzebował tego, ale najwyraźniej Flynn tak. Tylko jak to miało być? To już też było - poddawał się własnemu ciału i potrzebie drugiej strony, żeby po wszystkim być temu winnym. Ten ciężar był nieznośny. Bo skoro mógł uszczęśliwić tylko w taki sposób i okazywało się, że to też było złe i ludzie byli potem na niego źli to... to co kurwa zostawało?[ Mogli rozmawiać o tych wszystkich ważnych i nieważnych rzeczach, oj tak. Mogli być... inni. Zdrowsi. - Nie tutaj... - Wyszeptał między pocałunkami, cofając się krok za kroczkiem, a przynajmniej próbując się cofać. Próbując wyprowadzić stąd swojego pieska na smyczy i przewalczyć to ciągnięcie o łańcuch. Wszędzie, wszędzie, ale nie w tym ostatnim azylu, do którego wchodził i nie kojarzył kolejnego miejsca splugawionego swoim nagim ciałem. Zjechał wolną dłonią przez klatkę piersiową Crowa do jego spodni i wsunął palce pod materiał spodni, żeby i za portki pociągnąć go w stronę sypialni. Bo jakoś wątpił, żeby dotarli gdziekolwiek indziej. RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - The Edge - 25.05.2024 To nie było zbliżenie dające poczucie tego, że Crow był szczęśliwy. Wszystko, co teraz robił, dało się odczuć jako desperację - jako silną potrzebę rozładowania tego napięcia w okropny wręcz sposób, bo prawie odburknął mu coś na to „nie tutaj” i pchnął mocniej na ten stolik - nie zrobił tego tylko dlatego, że Laurent najwyraźniej wiedział dobrze jak odwrócić jego uwagę i zaprowadzić swojej sypialni. W sypialni, w której faktycznie przycisnął go do tego łóżka, chociaż jeszcze przed chwilą myślał o tym, że to on lubił być w tej pozycji, a później zaczął go rozbierać, trochę za szybko, z oczyma pełnymi uznania, ale nie miłości. Gdyby świat się dzisiaj kończył i mógł wybrać tylko jedną osobę, z którą spędzi resztę swojego parszywego życia, to miałby niezły problem, ale po tym wszystkim był pewien jednego - niewziąłby pod uwagę Laurenta Prewetta. Za zakrwawiona od zaciskania ręka nie była jego, nigdy nie była jego. Mieli być czymś innym, ale się w tym zgubili, a on nie wiedział, jak sobie z tym poradzić. Po wszystkim dotykał go jak zawsze. Gładził siwe włosy, sunął palcami po spoconej skórze, układając ich do snu, nawet jeżeli miał być płytki i krótki. Zapach jego ciała był tak samo przyjemny jak zawsze, a to ciepło ogrzewało mu serce, ale i tak nie udało mu się zrealizować własnego planu. Zamknął jedynie oczy, a kiedy Prewett zaczął oddychać spokojniej, otworzył je i obserwował, jak chłopak śpi. Chyba nigdy nie czuł się tak obleśnie jak dzisiaj. Usłyszeć to wszystko, co usłyszał i zrobić to tak czy siak. Mógł dzisiaj przynieść mu kwiaty, uszczęśliwić go, a później wrócić do domu z poczuciem, że zrobił coś dobrego. Zamiast tego przytulał do siebie ciało chłopaka, którego skrzywdził bezpowrotnie, z którym nie stworzy już relacji opartej na czymś zdrowym, na przyjaźni. Nie stanie się tym, czego Laurent po nim oczekiwał, więc ten odrzuci go jak resztę swoich szmacianych lalek, żeby oczyścić umysł. Nie mógł go za to winić. Nie mógł go też winić za oddanie mu się w taki sposób. Wszystko sprowadzało się do tego, co pomyślał sobie w tym cholernym barze nad jeziorem, kiedy wszystko poszło nie tak - to musiała być jego wina, jakieś fatum, on przyciągał złe zakończenia. Miał ochotę się popłakać, ale nie mógł zrobić tego tutaj, bo nawet jeżeli dał Laurentowi przyzwolenie na bycie babą, to nigdy nie dał go sobie - pocałował go więc w skroń i wysunął się z uścisku, w jakim się znajdowali, żeby zejść z łóżka, podnieść paczkę papierosów leżącą obok jego porzuconych po drodze spodni i zamknąć się z nimi w łazience. Cain mówił coś o tym, że takie prysznice pomagają mu się wyciszyć. Jemu nie pomagały za cholerę. Siedział w tej wannie, pozwalając zimnej wodzie spływać po swoim ciele, wychylając się zza niej tylko po to, żeby zaciągać się papierosami, których miał nie palić w środku domu. Strzepywał popiół obok swoich nóg, obserwując zza spuchniętych, zaczerwienionych oczu, jak kończy w odpływie. Wpadł tutaj w kolejny atak histerii, ale nie miał przy sobie noża, żeby powtórzyć akcję sprzed tygodni, na szczęście miał paznokcie, którymi mógł rozdrapać ledwo zagojoną ranę. Wszystko wydawało się być kwestią czasu. Zostanie bez nich. Mógł się z nimi przynajmniej spotkać ostatni raz i dać im jakieś miłe wspomnienia. Coś, o czym mogliby sobie przypomnieć i pomyśleć, że może nie był aż tak zły, jakim go zapamiętali. Nie potrafił tylko dobrać sposobu - nie chciał przecież, żeby znaleźli jego ciało, ale nie chciał też, żeby oczekiwali jego powrotu, skoro już nie wróci. RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 25.05.2024 Utknął we Fleamoncie Bellu, ale nie miał utknąć tu na zawsze. Świat się zatrzymał tylko na chwilę - na moment, kiedy całym sobą się w niego wtulał i przytulał jego. Kiedy umysł i ciało były wyczerpane już na równi, że nawet żaden szept nie płynął spomiędzy warg. To był dobry stan. Teraz było mu dobrze. Dopóki nie zadawał pytań, dopóki nie szukał odpowiedzi, póki nie układał Fleamonta Bella jak gry shogi, mieszając swoją brudną biel z jego czernią. Każdy element tego człowieka był kanciasty i o każdy można było się poranić - tak by się wydawało. Ale on widział te gładkie części, tak urocze, że nic dziwnego, że ludzie wokół czuli świergot we własnym sercu. Albo..? Czuli to, widzieli? Jak bardzo poplątane były myśli Crowa i jak kłóciły się emocje ze wszystkim, co myślał, co robił i co go otaczało? Na koniec robił coś przeciwnego do powiedzianych słów i do tego, czego spodziewałeś się po człowieku zdrowym. Taka patointeligencja. Ten człowiek, który spłodziłby dzieciaka wychodząc z domu na godzinę, a idąc po fajki wraca na drugi dzień zaćpany. Nie wracał na czas z festiwali i nie przynosił do domu wypłaty. Jego znajomi mogli rozejść się nawet po świecie, zacząć żyć, jeden mógłby nawet zaliczyć Oxford, ale on nadal tkwiłby w tym samym szambie widząc tylko swój wypadek. Wypalając swoją wiarę w to, że cokolwiek może się zmienić. Wyceniając według własnych, patologicznych miar uczucia wokół niego i wszystko, czym mógł się od nich żywić. Oczywiście, że każdy taki dumnie zdrowy człowiek powinien się wystrzegać tego skrzywdzonego dzieciaka, który żył w Crowie. Rozbieg między tym, czego pragnął i czego nigdy nie otrzymał, a tym, że przecież był już dorosły. To dorosłe życie nie przynosiło niczego lepszego. Zamiast tego mogły być słodkie wyznania miłości, uśmiechy, podróże po ogrodzie i podróże po ogrodach tego świata. Laurent zabrałby Flynna do każdego kraju, który by sobie zamarzył. Zabrałby go na północ, żeby oglądać zorzę i oddałby mu kawałek świata tylko za to, żeby nie wstydził się go złapać na rękę i spojrzeć na niego w ten sam sposób, w jaki potrafił na niego patrzeć czasami, tymi krótkimi chwilami jak dzisiaj w tym ogrodzie. Byłyby czekoladki, fochy Laurenta, kiedy przekomarzanki poszłyby za daleko i jąkanie się Flynna, kiedy Laurent znowu mówiłby wierszami i niedopowiedzeniami. Potem trochę śmiechu, trochę czułości i kolejny dzień, w którym można się spotkać i doświadczyć czegoś nowego. Szczęśliwe zakończenia - czy ktoś o nich nie marzył? Laurent nie marzył o szczęśliwym zakończeniu, bo był zajęty marzeniem o szczęśliwym środku. Nie chciał żadnych zakończeń - chciał żyć. I chciał, żeby Flynn również żył. Błąkały mu się po głowie senne mary nocnego, nieskończonego jak ocean nieba usłanego gwiazdami i smugami pomarańczy i fioletu z drogą pełną róż. I te kolce, co raniły i ten smak nikotyny, ten ból i to rozluźnienie, ten dotyk i ta... pustka. Ocknąwszy się szukał dłonią ciała, którego nie było. Pustka. Ta sama szara, codzienna pustka, tylko posmak czyichś ust na swoich ustach. Nie był zdziwiony, ale trochę zawiedziony. Troszkę zawiedziony, bo w tych marzeniach budził się przy kimś, jak to łaskawie zostało ujęte pewnego razu że nie musiał się wymykać nad ranem. "Możesz zostać na śniadanie". Tylko czy na pewno śniadanie smakuje tak samo po... Szum wody był wyraźny dopiero, kiedy wyszedł z sypialni owinięty kaszmirowym szlafrokiem z koronkowymi zdobieniami. Czekolada. Wypije ją sam, albo i dwa kubki, może ją wyleje. Ale ją zrobi. Na nowo - mleko było zimne. Tylko zamiast do kuchni skierował się właśnie tam - do łazienki. Nie zapukał. Nacisnął na klamkę i powoli je otworzył. Jakoś nie zastanawiał się nad tym, co zastanie. Migotliwy obraz tak kąpiącego się po prostu Flynna jak i ciała leżącego we własnej krwi na ziemi były jak fotografie, które mignęły fleszem w mózgu i opuściły go bez wrażeń. Przecież Flynn był, jak to samego siebie określił, karaluchem. Karaluchy nie umierają, prawda..? Poruszyło dopiero to, co zobaczył, kiedy te drzwi otworzył. Krew. Znowu krew. Czemu. Cały kolor, wszystko, co mogło zrodzić się dobrego z tego wydarzenia, odpłynęło z jego serca, odpłynęły kolory z jego skóry i zadrżały mu mocniej i tak zmęczone nogi. CzemuczemuczemuczemuDLACZEGO? No dlaczego... RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - The Edge - 25.05.2024 Jak nikt inny rozumiał, że istniały różne rodzaje bólu - istniał ból fizyczny, który pewnie z tęsknoty zadawał sobie sam, oraz ból psychiczny, zaciskający się teraz całą swoją mocą na jego pękającym sercu. Chyba nigdy nie myślał o seksie w ten sposób - jak o czymś mogącym pociągnąć go w dół mocniej i gwałtowniej niż kamień uwiązany do szyi, kiedy spadał w bezkresną toń oceanu - a jednak Laurent udowodnił mu, że się dało. Pokazał mu przed chwilą, że fizyczne uniesienie, od których był z pewnością uzależniony, potrafiły, zamiast uleczyć go z tego, co go męczyło, trepanować mu czaszkę. Czuł się jakby ktoś mu te cholerne, hałasujące wiertła przystawił do łba i odpalił silnik. Otworzone drzwi wybiły go z rytmu cichego łkania, tak cichego, żeby nie dało się go usłyszeć spomiędzy szumu spadających na niego kropli wody. Przesunął wzrokiem do dramatycznie osuwającego się na framugę Laurenta i w pierwszej chwili wydał się nieobecny, później wpatrywał się w szkarłatną plamę na swojej nodze, która rozmyła się wraz ze zmianą ułożenia ciała w wannie (bo wreszcie mogła opaść na tę ranę woda, wcześniej zasłaniały ją przygarbione plecy) tak samo jak zmiękczyły się jego rysy twarzy. Chłopak nie powinien przekraczać progu tej łazienki. - P-przepraszam - wydukał ledwo, unosząc do góry rękę i blondyn mógł poczuć, jak podtrzymuje go niewidzialna siła. Ale za co dokładnie przepraszał? Najgorsze było to, że nie pamiętał. Miał jakieś prześwity wybuchu, pamiętał silne uderzenia własnego serca, a także to, jak siedział tutaj, karcąc się za wulgarność i dzikość i to jak nie potrafił się powstrzymywać, ale jakby go ktoś zapytał o detale - nie umiałby nawet skłamać. Wiedział za to, jak ciężko mu było odrzucić ten całun pozorów, że był człowiekiem silnym, groźnym, zdolnym do wyrządzenia krzywdy każdemu, jeżeli tylko miał taki kaprys. Crow był przecież kimś silnym, kimś będącym tamą dla wszystkiego, co w nim żyło, ale... Ta tama teraz pękała, już kolejny raz w raz z tą krwią rozlewała się tutaj prawda o tym, jak wiele w sobie dusił, jaką był bezkształtną masą udającą od lat prawdziwego człowieka, a w rzeczywistości pozostawał sklejką krótkich faktów przyklejającą się do innych i tkwiącą w wiecznej pętli wyrzutów sumienia. Ile on już tu siedział...? To był dramat - chłód tej wody wyziębił go już doszczętnie, a i tak wydawało mu się, że przeszedł go teraz pod żebrami lodowaty dreszcz, kiedy sobie przypomniał, dlaczego wydukał to słowo, którego tak szczerze i z namiętnością nienawidził. - Za to co ci zrobiłem. - Miało się jednak wrażenie, że bardziej niż krzywdę Laurentowi, zadał ją samemu sobie. On też był człowiekiem skrzywdzonym, nawet jeżeli doprowadził się tutaj trudnym do zrozumienia i okiełznania szaleństwem. - Wyjdź. - Dodałby proszę, ale kiedy spróbował, poczuł w gardle szorstkość, nie mógł wypuścić z niego nic prócz żałosnego 'eh'. - N-nie oglądaj mnie takim. - Takim na przedsionku śmiałości do odebrania sobie życia. To... to mijało, po jakimś czasie. To minie, prawda? Często miewał takie myśli - potrafił żałować tego, że Atreus go tam wtedy nie skatował. Albo fantazjował, że nigdy nie poznał Moody i wyjechał do Stanów i zabił się tam, tak jak planował. Ona zaszczepiła w nim też wtedy inne myśli - ciekawe czy ktoś przyszedłby na mój pogrzeb. I z jednej strony nie potrafił znieść wizji, że ktokolwiek o nim zapomniał, a z drugiej... miał nadzieję, że nie. Albo, że dałoby się całkowicie przestać istnieć - cofnąć własną egzystencję i nigdy nie musieć zastanawiać się, czy jutro ziszczą się twoje najgorsze koszmary. Nerwowo zakręcił kran i zaczął wyciskać przemoczone włosy. |