Secrets of London
[wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent (/showthread.php?tid=3647)

Strony: 1 2 3 4 5


RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Laurent Prewett - 12.08.2024

Zabawne. Ciągle tracił na wadze, za mocno pokazywały się kości na jego skórze, za słabo się już czuł przy byle ekscesach, a teraz był jeszcze słabszy. I jednocześnie teraz ważył tak wiele, że jakim cudem te zimne ręce go unosiły? Ciepła między nimi była tylko krew, która uciekała z jego żył i brudziła wszystko czerwienią. Ten ręcznik, który zsunął się finalnie z jego ramion, alabaster skóry, perłowy szlafrok zsunięty z ramienia, żeby nic nie przeszkadzało zębom w odnalezieniu drogi do celu. Powinien być całkowicie lekki, a był jak kamień rzucony w taflę wody. Potrafił doskonale pływać, a tonął. Niknęło tam poszukiwane światło. Wszystko zatapiało się w ciemności, w której objęcia teraz nie chciał się oddawać. To nie była ta ciemność, której poszukiwał. Nieprzystępność tego show sprawiała, że chciałeś wybrać się na inne przyjęcie, albo może poza nie. Gdzieś do miejsca, gdzie noc otulona puchem zimy pozwalała skulić się w objęciach kogoś, komu zależało na tobie chociaż w tej jednej chwili... kto nie zdradzi cię w chwili następnej dlatego, że pragnienie umaże jego palce.

Westchnął, patrząc na tę czarną sylwetkę w granicach pogrążonego w półmrokach domu. Jedynym światłem był tutaj blask księżyca wlewający się do środka, który grał refleksami na tafli morza i ciepłe łuny dochodzące z łazienki, które rozlewały się na podłodze i suficie korytarza prowadzącego do tego pokoju. Pasował tutaj - do tego mroku mieszkania. Kiedy ściany nie były takie jasne, a wzrok nie uciekał do nowego bukietu na jadalnianym stole, w nowym wazonie, bo ktoś stłukł poprzedni. Pasował do zakątka, w którym było cicho, po którym nie kręcili się ludzie. Pasował do tej pozycji, do tego noża, tylko nie pasował do niego ten wyraz twarzy. To spojrzenie. Jakby go coś bolało. Jakby coś się w nim gnieździło i teraz nie sposób było odpowiedzieć sobie na pytanie, co to dokładnie takiego. Ach, o zgrozo... przecież to powinien być jakiś erotyczny, dziki sen. Jego własny sen. Astaroth i Fleamont w jednym pomieszczeniu. Tylko coś w tym śnie było nie tak, skoro ledwo mógł ruszyć ręką.

Przeszył go dreszcz, bo podłoga była równie zimna co ręce, które się na nim zaciskały. Ledwo ręką ruszał - ale ruszał. Położył ją na swojej szyi, na ranie, żeby zatrzymać płynącą krew, a zamiast tego ona utorowała sobie drogę między jego palcami. Migotek? Migotka nie było. Właśnie próbował znaleźć Vincenta. Za to w ogrodzie rozbrzmiało głośnie, dudniące ujadanie. Próbował odepchnąć od siebie dłoń Astarotha i jednocześnie siebie od niego, a te wielkie i karkołomne próby zakończyły się ledwo tym, że Astaroth mógł poczuć muśnięcie na swoim przedramieniu.




RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - The Edge - 18.08.2024

Mężczyzna jeszcze raz wywrócił oczami. Do kolesia ewidentnie nie docierało to, co do niego mówił. Swoją próbę przywrócenia go z głodowego szału do normalnego zachowania podjął, pozostało mu więc rozważyć nieco bardziej radykalną formę - siłową, ale w momencie, w którym zbliżył się już do niego, żeby mu zajebać z łokcia w czoło, Astaroth się odezwał.

- Ziemia do zjeba, ODSUŃ SIĘ DO NIEGO - wrzasnął, bo może krzyk jednak zadziała, ale nie, nie zadziałał zupełnie, bo wampir, zamiast zastosować się do logicznego i zrozumiałego „wypierdalaj”, jakie próbował werżnąć mu w teraz w czerep, jak ostatni paniczyk zaczął wzywać skrzata. Crow nie mógł na to pozwolić - niezależnie od tego, co tu się stało i jakie łączyły ich relacje, naprawdę mogli porozmawiać o tym jutro. Teraz jedynym co dostanie Yaxley będzie naplucie mu na gębę, a nie jakieś eliksiry od Migotka.

Nie mówiąc już nic, zaczął się z nim szarpać, całkowicie świadom ryzyka, jakie szło za próbą okiełznania wampira gołymi rękoma. W dodatku wampira, który się próbował wgryźć w czyjąś szyję.

[roll=PO]
Jak pewnie dało się przewidzieć, była to próba absolutnie żałosna, ale oboje z Laurentem byli od niego kuźwa wyżsi, sam nie wiedział, czego się po sobie teraz spodziewał, ale widząc jak Yaxley znowu kompletnie odpływa i chce blondyna ugryźć, wkurwił się już ostatecznie. Z całej siły go odepchnął, wykręcając przy tym palce zakleszczone na delikatnym ciele jego ofiary.

[roll=PO]
Najgorsze w trzymaniu kogoś w takim stanie było to, że za cholerę nie mógł wymyślić gdzie się z nim teleportować. Alexander to na nich co najwyżej napluje, niż im pomoże. A Cain? Co on mu poradzi, zrobi mu resuscytację? Pewnie nie mógł odstawić go do Munga. Viorica nie umiała leczyć, nie miał pojęcia gdzie teraz mieszka Avelina, pozostawała więc jedna możliwość... Chwycił Laurenta mocniej, zacisnął oczy i zniknął.

Postacie opuszczają sesję

Odkryj wiadomość pozafabularną
Rzuciłam na to nie po mechanicznemu - na zasadzie sprawdzenia jak dobrze / żałośnie to wyglądało. Jak ktoś ma jakieś obiekcje, to można do mnie napisać.



RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Astaroth Yaxley - 20.08.2024

To było chore, ale w tej konkretnej chwili kompletnie mi się takim nie wydawało. Czułem całym sobą tę potrzebę, ten nieskończony głód pragnący ukojenia, chęć poczucia większej ilości ciepła w sobie, jeszcze więcej życia. Zakłamanej wizji potęgi, która jednak uskrzydlała, dodawała poweru, niezwyciężoności...
Nakrapianej paniką, niepewnością, chaosem. Przebłyski starego Astarotha w nowym Astarothcie... Czy może przebłyski Astarotha w bestii? Nieistotne, bo jedyną ważną kwestią w tej sytuacji było to, że Laurent umierał. Wykrwawiał się na moich oczach, a jedyne, o czym potrafiłem w tej chwili myśleć to krew, walka o krew, przegrana o krew. Chciałem więcej. Miałem nie dostać już nic.
A przecież moje ciało się wyrywało, pragnęło, drżało na myśl o tym słodkim smaku...
I jednocześnie zostałem w pustym domu... Duma ujadał. Tylko tyle. Oddychałem ciężko, wręcz warczałem wściekle, próbując namierzyć uciekinierów, ale to było na nic, na nic. Uciekli daleko.
Nawet nie znałem tego mężczyzny, który przybył do Laurenta. Nie wiedziałem kim był i co tu robił, co zamierzał zrobić z Laurentem...
Ale czy to było takie istotne w obliczu tego, że sam próbowałem go zjeść? Wyssać do cna? Zabić...?
Wściekłe poczucie przegranej i nienasyconego głodu powoli przechodziło, kiedy nie miałem kogo wysysać. Wracała świadomość, a im bardziej wracała, tym bardziej czułem się nie-sobą. O zgrozo! Dopiero wtedy, kiedy tak naprawdę powracałam do pełni świadomości. Zakrwawione dłonie wciąż sprawiały mrowienie w moich wargach. Mimowolnie je oblizywałem, ale docierało do mnie, czemu były zakrwawione, czyją krwią... Ten smak znałem doskonale.
To był koszmar. Trwałem w osłupieniu, nie chcąc się przyznawać do tego, co tu zaszło. Ale jednak nie mogłem tego robić w nieskończoność, szczególnie że okazywałem się być tu intruzem. Zebrałem w pośpiechu swoje ubrania wraz z różdżką, ogarnąłem się i aportowałem do Londynu, a potem Snowdonii.

Koniec sesji