![]() |
|
[02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=3932) |
RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.09.2024 - Na pewno byś kogoś znalazła - stwierdził, ale... ...moment. Czemu poczuł niezadowolenie i smutek na myśl, że mogłoby się tak stać? Coś w nim wierciło się na samą myśl o tym, że miałaby się zadowolić kimś innym, kto uprzykrzałby jej egzystencję. Nawet nie chodziło o jego życie czy śmierć. Odczuł nieokreślonego pochodzenia dyskomfort na własne słowa. Chyba nie chciał, żeby ktoś inny zajął jego miejsce a to kompletnie nie miało sensu. Wcale nie pragnął być jej głównym wrogiem. Doszło do tego przypadkiem. Splot zdarzeń sprawił, że tak bardzo zaczęli sobie działać na nerwy. - Uważaj, bo jeszcze pomyślę, że nie lubisz zadawać mi bólu - nieznacznie uniósł kącik ust, choć czoło miał nadal zmarszczone. Im dłużej rozmawiali po tym dziwnym wyrwaniu z rzeczywistości, tym bardziej był przekonany, że nigdy nie dojdą do tego, co się tu stało. Im bardziej myślał o całej sytuacji, tym bardziej bolała go głowa a wspomnienia stawały się rozmazane. A im bardziej usiłował poradzić sobie z nagłym napadem emocji, tym bardziej nieswojo się czuł. Jednym słowem: przejebane. Cokolwiek by nie zrobił, to nie było to. - Jako skazaniec mam prawo być niezadowolony z wymiaru kary - odparł z nieskrywanym niezadowoleniem. Czuł się bardziej jak on sam, kiedy dawał ujście tym uczuciom i zwracał się do niej tak jak pamiętał, że rozmawiali. Ilekroć próbował złagodzić ton, odnosił wrażenie, że nie przemawia sam za siebie. Jakby ktoś inny wpływał na jego obolałe struny głosowe i korzystał z jego opuchniętego gardła. - Wyjąłem strzałę, nie kij. I już cię zapewniam, że to był chujowy pomysł. Nigdy nie wyjmuj strzały - odezwał się, ponownie spuszczając z tonu. Nie chciał być teraz grubiański. - Szczególnie jak masz ją zgubić - dopowiedział. Żartował. Żartował z własnej nieporadności a przynajmniej próbował to zrobić. Starał się, okay?, zgodnie z życzeniem. Choć nie był na tyle lepszym, nowym Greengrassem, żeby też ją przeprosić. Ba. Czy nawet skomentować jej przeprosiny, bo tego też nie zrobił. Odwrócił wzrok, przełykając gorycz. Zresztą zaraz odczuł jej więcej. Wcale nie chciał, żeby odbierała jego słowa jako przytyki. - Stop - złapał ją ręka za nadgarstek, nakierowując spojrzenie kobiety na jego twarz. Pokręcił głową. - Nie o to mi chodziło. Jesteś chujowym strzelcem. Proszę, wywal gdzieś tę kuszę i nawet nie próbuj jej podnosić. Ale nie o to mi chodzi, nie obwiniam cię. Okay? - Oczekiwał odpowiedzi albo przytaknięcia ruchem głowy. - Coś tu jest. Coś się wydarzyło i próbuję zrozumieć, o co tu chodzi, ale musimy iść. Przede wszystkim - tak to właśnie odczuwał. Nie powinni tu spędzać więcej czasu niż to konieczne. Ani on nie powinien dłużej trzymać jej ręki. Tak samo dotykać tego kosmyka włosów. Nie powinien nawiązywać kontaktu wzrokowego, przez który jeszcze trudniej mu było przełknąć ślinę (jakby opuchnięte gardło nie było dostateczne). Miał wrażenie, że popadają w coś, w co nie powinni popadać. I że należało to przerwać. Natychmiast. - Ten - kiwnął głową, mentalnie przygotowując się do zabiegu głównie po to, żeby odciągnąć myśli. Bycie uzdrowicielem wcale mu tego nie ułatwiało. Wręcz przeciwnie. Był świadomy tego jak to będzie wyglądać. Nie mógł nic zrobić, a jedynie zacisnąć zęby i spróbować zastosować się do poleceń. Podnieść nogę wtedy, kiedy kazała i pomóc jej z bandażem. - Zaciśnij to mocniej - polecił. W pierwszej chwili ostro, odczuwając skutki działania obu substancji. Szczególnie tej pierwszej, która prawie wykręciła go na drugą stronę. Nie potrafił powstrzymać jęku zza zaciśniętych zębów i napięcia ciała. Zreflektował się mimo to, przenosząc spojrzenie z rany na Geraldine i z Geraldine na ranę. - Proszę - dodał ciszej. Pomagała mu. Mogła go tu zostawić na pastwę losu i wziąć całą nagrodę. Pewnie trudno by mu było wrócić do Londynu. Szczególnie, że bez niej nie miałby również swojej torby. Najpewniej by się wykrwawił a to wszystko z zaledwie jednej rany. Mimo to nie podjęła takiej decyzji. On sam czasami by siebie zostawił - w zależności od dnia, jaki akurat miał. Czasami działałby sobie tak na nerwy, że nie zawahałby się przed tym. Geraldine chyba była lepszym człowiekiem. Przyznał to niechętnie i tylko sobie. Takie słowa nie miały opuścić jego ust. Po jego zimnym, martwym trupie... ...co trochę się oddalało. Miał przeżyć. W bólu, ale bywało gorzej. - Ujdzie - skwitował szczerze, marszcząc brwi i czoło, bo ból dopiero zaczynał ustępować. Kurewsko nie lubił ani tej maści, ani eliksiru. Zazwyczaj unikał podawania ich pacjentom. Wziął je tu ze sobą wyłącznie dlatego, że były nieprzyjemne, ale równocześnie wyjątkowo skuteczne. W obliczu ran odnoszonych przez członków wyprawy mógł dokonać jednej z kilku opcji wyboru a nie było mu w smak targanie ze sobą całej apteki. Co zabawniejsze, to w żadnym ze scenariuszy nie założył, że to on zostanie pacjentem. W innym przypadku nadal zabrałby te same medykamenty, ale wziąłby sobie jeszcze butelkę wódki albo coś w tym rodzaju. - To najlepsze, co dało się zrobić w tych warunkach - poprawił się instynktownie, kiedy palące szczypanie trochę zelżało. Nie był aż takim bucem. Umiał wyczuć, kiedy brzmiał zbyt ostro i jeśli mu zależało, czasami naprawdę umiał zmienić swoje słowa. Sposób, w który teraz mówił był zarezerwowany dla kogoś, kto w gruncie rzeczy nie zrobił nic złego. Starała się. Próbowała mu pomóc. Nie musiał być dla niej tak ostentacyjnie wrogi. Tak właściwie to w tym momencie nie rozumiał, czemu kiedykolwiek był. Mogli się nie lubić, ale chyba zdarzało mu się przesadzać z okazywaniem jawnej niechęci tam, gdzie nie musiał. Poza tym miała takie delikatne dłonie i łagodną nutę w głosie, których wcześniej nie dostrzegł. Miał wrażenie, że wiele nie widział. Kiedy patrzył na nią teraz, nakładały mu się na siebie dwa obrazy. Słońce przebijało się przez dziury w dachu i oświetlało jej sylwetkę, rozjaśniając włosy w taki sposób, że przypominały aureolę wokół twarzy. Chyba stracił więcej krwi niż zakładał. Obawiał się, że może być bliski majaczenia. Powinni stąd wyjść i to jak najszybciej. Musiał zagryźć zęby, żeby wstać. Teleportacja także nie zapowiadała się w taki sposób, że myślał o niej chętnie, ale musieli wyjść. Po prostu musieli. - Pomożesz mi wstać? - Bolało go, że musiał ją wykorzystywać do takich rzeczy, ale potrzebował oparcia. Musiał zagryźć zęby i zignorować palące przekonanie, że będzie mieć wobec niej dług wdzięczności. Nieistotne, że to ona go postrzeliła. Istotne, że był zbyt słaby i zdany na łaskę bądź niełaskę, żeby móc poradzić sobie na własną rękę. To było upokarzające. Z drugiej strony mógłby spróbować złapać barierkę i podciągnąć się sam, ale nie był idiotą. Drewno zapewne by go nie utrzymało. Spadłby z galerii i żaden eliksir już by mu nie pomógł. Mówiąc o eliksirach, znowu pociągnął z butelki. Tym razem bez toastu. Tak. Wiedział, że nie powinien z tym przesadzać, ale nie miał wódy. Potrzebował się czymś otumanić, żeby nie robić scen. Tym bardziej, że czekało go bolesne zrastanie mięśni. RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.09.2024 - A co jeśli nie chciałabym szukać kogoś innego? - Jasne, na pewno by się znalazł ktoś kto mógłby jej zajść za skórę, chociaż nie była pewna, czy właśnie w ten sposób. Wydawało jej się to teraz zupełnie nie przeszkadzać, chociaż wcześniej irytowało ją w jaki sposób się do niej odnosił. Aktualnie istotne było to, że cokolwiek ich łączyło. Mogły to być nawet bitwy na słowa, czy przytyki. Zupełnie jej to nie obchodziło, ważne, że reagowali na siebie jakoś. Może nawet chciałaby, aby to się nieco zmieniło, żeby wrócili do tego, co było na początku. Nie miała pojęcia, czy w ogóle jest to możliwe, chociaż gdzieś tam tliła się nadzieja, że może faktycznie się uda. Napawał ją optymizm, który wcześniej nawet nie próbował się pojawiać. Dziwne, bardzo dziwne. Nie zamierzała jednak tego negować, wiadomo, że wspólne przygody potrafiły zacierać nieporozumienia, wznosić relacje na wyżyny, czy coś. - Myśl sobie co chcesz, ja i tak wiem swoje. - Nie zamierzała rozdmuchiwać tego tematu. Faktem było, że zrobiła mu krzywdę zupełnie przypadkowo i jej się to nie podobało. Straciła kontrolę nad swoimi umiejętnościami, co w ogóle nie powinno się wydarzyć. Zaczęła przez to trochę wątpić w swoje zdolności, a osoba o jej profesji powinna być ich pewna. To nie mogło powtórzyć się nigdy więcej. Nie ułatwiało myślenia o tym to, że czuła aktualnie zbyt dużo, a nie była szczególnie przyzwyczajona do tego, że emocje ją aż tak męczyły. To miejsce musiało mieć na to wszystko jakiś wpływ, przynajmniej tak podejrzewała. - Wolałabym jednak, żebyś był z niej zadowolony, chociaż tyle mogę dla ciebie zrobić skoro stałeś się nim przeze mnie. - Nie wiedzieć czemu, chciała sprawić mu przyjemność, chociaż drobną, zależało jej na tym, aby czuł się tutaj, przy niej dobrze, mimo tej chujowej sytuacji, w której się znaleźli, przede wszystkim właściwie to on się znalazł. Ona nie ucierpiała, trochę męczyły ją przez to wyrzuty sumienia, wolałaby się znaleźć na jego miejscu, cierpieć, byłaby w stanie się dla niego poświęcić. - Widzisz, a mogłeś wyjąć kij, to na pewno byłoby lepsze rozwiązanie. - Nie miała pojęcia dlaczego postanowił sięgnąć po strzałę, bo nawet ona jako laik zdawała sobie sprawę, że bezpieczniej było zostawić ją tam, gdzie się znalazła. Nie wiedziała czym się kierował, gdy podjął taką, a nie inną decyzję, nie miała zamiaru go oceniać, mógł być w szoku, czy coś. Musieli sobie z tym poradzić. Po raz kolejny się zawiesiła, gdy złapał ją za nadgarstek, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę tymi swoimi niebieskimi oczami. Skupiona była przede wszystkim na jego dotyku, był całkiem przyjemny i ciepły, mimo, że wynikał z tego, że chciał ją powstrzymać przed obwinianiem się, swoją drogą to też było całkiem miłe, bo naprawdę była skłonna wziąć całą winę na siebie. Przecież ona to koncertowo spierdoliła. - Jasne, spróbuję. - Była wyjątkowo łagodna, normalnie zapewne kłóciłaby się z nim o to, że faktycznie dała dupy, aby tylko mieć rację, teraz tego nie robiła. Zgodziła się z nim, niby nic, ale jednak jak na nią dosyć sporo. Geraldine również to czuła, coś się działo, coś dziwnego, im dłużej się w niego wpatrywała, tym bardziej nie mogła przestać o tym myśleć. Skupiona była jednak przede wszystkim na tym, jak blisko niego się znajdowała, a nie na tym, na czym powinna. Musieli stąd zwiać, bo mogło się to skończyć jakimś obłędem, nie mogli do tego dopuścić. Niby wszystko wróciło do normalności, ale nadal nie do końca pasowało do tego, co było wcześniej. Nie lubiła być taka zagubiona, nie znosiła tracić kontroli nad tym co czuła, a tutaj grunt powoli osuwał jej się pod nogami. - To prawda, musimy stąd wyjść. - Zgodziła się z nim po raz kolejny, chociaż przez myśl przeszło jej pytanie, co mogłoby się stać, gdyby faktycznie tutaj zostali. Pamiętała co opowiadał jej o tym, gdy się poznali. Wspominał, że uzdrowiciele nie byli łatwymi pacjentami, bo trudno im było pogodzić się z myślą, że ktoś inny mógł mieć wpływ na ich życie, dlatego podążała za jego wytycznymi powoli, aby mieć pewność, że je wszystkie zrealizuje, nie chciała go zawieść, chciała, aby czuł, że jest w dobrych rękach. Zacisnęła mocniej bandaż, robiła to jednak powoli, delikatnie, żeby nie przesadzić, miała w końcu wiele siły, a nie chciała, żeby noga zabolała go bardziej przez nią, musiała być ostrożna. Czuła, że jej obowiązkiem jest doprowadzenie go do w miarę użytecznego stanu. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że mogłaby go tutaj zostawić, samego, skazanego na los. Nie dopuściłaby do takiej sytuacji, w końcu nie zostawia się swoich towarzyszy, szczególnie takich. Właściwie to jakich? Nie potrafiła tego określić, ale wyczuwała teraz jakąś więź, która się między nimi pojawiła, naprawdę zaczęło jej na nim zależeć, może nawet bardziej niż kiedykolwiek by chciała. - To dobrze, bo zasługujesz na wszystko co najlepsze. - Uśmiechnęła się nerwowo, bo uświadomiła sobie, że powiedziała to w głos. Nie powinna, nie miała pojęcia dlaczego nad tym nie zapanowała. Zdecydowanie działo się z nią coś złego. Otworzyła się przed nim, aż zanadto i zaczynało jej się przez to robić głupio. Odwróciła wzrok na krótką chwilę, musiała uspokoić szybkie bicie serca spowodowane chwilową szczerością, ale nie tylko nią. Chcąc nie chcąc na jej twarzy pojawiły się różane rumieńce nad którymi nie potrafiła zapanować, najgorsze było to, że poczuła ciepło na policzkach, więc zdawała sobie sprawę, że to się dzieje. Przez te bezwarunkowe odruchy można z niej było czytać niczym z otwartej księgi. Z rozmyślań wyrwała ją jego prośba. Wróciła więc wzrokiem do mężczyzny, nie zastanawiała się wcale nad odpowiedzią, zamiast tego zbliżyła się do niego i wsunęła swoje ramię pod jego. Pomogła mu się podnieść na nogi, mogła zostać jego oparciem, zdecydowanie teraz tego potrzebował. Gdyby nie to, że był poturbowany, to stwierdziłaby, że całkiem przyjemnie jest go mieć przy swoim boku, znaczy teraz też było to przyjemne, tyle, że szkoda jej było, że cierpi. - Zejdziemy po schodach, razem, dasz radę? - Wolała się go o to zapytać, przesunęła jedną z rąk na jego plecy, aby mógł się faktycznie o nią oprzeć. - Zrobimy to powoli, krok po kroku. - Nie wiedziała aktualnie innej możliwości, a pewna była tego, że muszą się wydostać z pałacyku. RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.09.2024 Miał szczerą nadzieję, że skoro nie patrzyła na niego to nie zauważyła sposobu, w jaki wciągnął powietrze, kiedy dotarło do niego znaczenie słów Geraldine. Ich rozmowy tak nie przebiegały. Nie mówili sobie takich rzeczy. To dlaczego paliły go płuca od gwałtownego oddechu? - Ktoś sam by cię znalazł - stwierdził cicho. - Świat nie lubi braku harmonii - dopowiedział jeszcze ciszej, bardziej znacząco. Tak, po części nawiązywał do tego, w jaki sposób oni sami się poznali. Nie miał racji. To było dużo wcześniej niż sądził, ale dla niego to był tamten przypadkowy moment w szpitalu. Przypadek i zrządzenie losu, bo jej kuzyn nawet nie był jego pacjentem. Skoro to już raz się zdarzyło to na pewno mogło się powtórzyć. Z kimś innym, choć brzmiało to gorzej niż powinno. Nie było wyjątkowe. Sugerowało łatwość zastąpienia tej pokrętnej znajomości, którą mieli. - Okay - kiwnął głową obdarzając Geraldine poważnym, badawczym spojrzeniem. - Na przykład teraz zamierzam myśleć, że starasz się być całkiem miła jak na więziennika i kata. Nie wiem czy mam temu zaufać - zakończył świadomy tego, że znowu zaczęli grać w jakąś pokrętną grę. Tylko tym razem reguły się zmieniły. Wyczuwał to, choć nie spostrzegł momentu wprowadzenia nowych reguł. Nie mieli manualu, ni instrukcji. Domyślał się, że byli niemal równie zagubieni. Atmosfera tego miejsca tak na nich działała. Zaczynał być o tym coraz bardziej święcie przekonany. - Widzisz - wzruszył ramionami nadal zniżając ton, jakby ktoś ich słuchał. A przecież nie musieli szeptać. Tu nikogo nie było. No. Poza nimi - Nie wiedziałem, że jest jakiś wybór - nie ukrywał nuty żartobliwości. To pozwalało mu radzić sobie ze świadomością, że nie pamięta wyjmowania strzały z rany. Nie chciał roztrząsać nieprzytomności umysłu. Dobrze wiedział, że będą musieli o tym porozmawiać, ale poza budynkiem. Geraldine całe szczęście to rozumiała. Dostrzegał, że też chciała stąd wyjść. Nawet nie potrzebował ustnego potwierdzenia. Pluł sobie w brodę, że nie mogli tak po prostu wyjść. Nie chciał być ciężarem. Dla niej szczególnie. Zwłaszcza teraz. Starał się zaciskać zęby, żeby nie dać po sobie poznać, ile go to wszystko kosztuje. Chodziło o ból fizyczny, który sam na siebie zesłał doborem leków (z drugiej strony przecież nie miał wyjścia, jeśli mieli móc stąd szybko odejść). Zarzekał się przed sobą, że tylko o to, ale nie. W rzeczywistości psychiczny był równie, jeśli nie silniejszy. Nie czuł się sobą. To go przerażało. Emocje, których nigdy nie miał. Ból fizyczny był czymś spowodowany, ale to nie miało prostego wyjaśnienia. Ambroise czuł się jak człowiek na karuzeli. Tracił panowanie. Był w górze i w dole. - Nigdy nie pomyślałbym, że usłyszę coś takiego z twoich ust - odrzekł, ale jednocześnie to było tak dalekie od wytykania jej czegokolwiek jak tylko mogło być. Mogłoby się wręcz zdawać, że mężczyzna zaraz doda coś równie niepasującego do ich dotychczasowych relacji. Coś rzewnego, bardziej uczuciowego niż zwykł mówić. Wbił w nią spojrzenie. Nazbyt długie, żeby mogło nosić znamiona towarzyskiej niewinności. Wpatrywał się w nią w inny sposób. Z początku łagodnie, później jak ktoś, kto odkrywał w jej oczach ogień i reagował na niego własnym podsyconym płomieniem. Dopóki ciało nie zmusiło go do przełknięcia śliny, dopóty nawet nie zauważył, że wstrzymuje oddech. Palący ból w gardle sprowadził go na ziemię. Ambroise jako pierwszy odwrócił wzrok, chrząkając kilkukrotnie mimo dyskomfortu fizycznego, jaki przy tym odczuwał. Psychiczne rozkojarzenie było znacznie, znacznie gorsze. Mimo że sam o to prosił to przez moment wyglądał, jakby zastanawiał się nad przyjęciem wyciągniętego do niego ramienia. Rzeczywiście to robił. Coś w głowie podpowiadało mu, że kontakt fizyczny mógł nie być teraz dobry dla żadnego z nich. Jednakże musiał jakoś wstać i (tak jak już to określił) miał do wyboru albo pomoc kobiety, albo pognite drewno barierki. Wybierał rozsądek. Skorzystał z jej ręki, żeby stanąć na nogach a kiedy te się pod nim załamały, spróbował przełknąć bolesną prawdę. Geraldine miała rację. Musieli zejść razem po tych schodach. Później też najpewniej potrzebował jej pomocy. Nie odpowiedział. Jego jedyną reakcją było zaciśnięcie warg i nieznaczne kiwnięcie głową, po którym odwrócił wzrok. Skupił całe siły, żeby nie opóźniać ich wyjścia. Czuł się dokładnie jak ten osioł, którym go nazwała, gdy byli w lesie. To było upokarzające. Bez wahania wybrałby inny rodzaj braku komfortu, ale nie on o tym decydował. Nie miał kontroli, o którą tak zabiegał. I to niemożliwie go drażniło. RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.09.2024 Nie przywykła, że mówił do niej takim tonem. Było to zupełnie inne od tego, co znała. Nie wiedziała jeszcze, co powinna o tym wszystkim myśleć. - Pierdolę to co lubi świat, ważne jest to, czego ja chcę. - Powiedziała dosyć stanowczo, może nawet aż za bardzo. Nie chciała jednak mieć przy sobie innego uprzykrzacza życia, po co, skoro trafił jej się najlepszy z możliwych? Była zdziwiona, jak uparcie broni jego obecności w swoim życiu. Przywiązanie robiło się coraz silniejsze, bez względu na to, w jakiej roli miał się przy niej znaleźć. Liczyło się dla niej po prostu to, żeby był, w jakikolwiek sposób. Przerażało ją to. - Nie powinnam ci nic sugerować, tylko wybierz mądrze, zaufanie łatwo stracić. - Tak, była miła, przesadnie miła, naprawdę się starała. Zależało jej na tym, aby zmienił o niej zdanie, zresztą widać, że to działało. Zrobiła się bardziej ludzka, powoli zdejmowała swój ochronny pancerz. Wiedziała, że może się to źle skończyć, ostatnio zresztą pożałowała tego dosyć szybko, że się przed nim otworzyła, mimo wszystko chciała to zrobić. Chciała zobaczyć, czy tym razem to zadziała. Zależało jej na tym, żeby się do niego zbliżyć, chciała, aby jej zaufał. Nie było w tym żadnego podstępu, po prostu chciała, aby spojrzał na nią inaczej. - Zawsze jest wybór. - Dodała nieco zaczepnie. Nie zamierzała całkowicie pozbyć się tej swojej uszczypliwości, bo byłoby to dla niej nienaturalne. Mimo jego obaw nie traktowała go wcale jako swojego ciężaru, wręcz przeciwnie. Musiała stać się jego oparciem, bo przecież byli w tym razem. Każde z nich mogło zostać ranne podczas tej misji, nie porzuca się swojego towarzysza, kiedy dzieje mu się krzywda. Lojalność była dla niej bardzo ważna, chciała mu pomóc i nie chodziło o to poczucie winy spowodowane tym, że to ona go skrzywdziła. Zresztą wydawało jej się, że mieszała się w to jeszcze jakaś inna siła, której nie umiała aktualnie określić. - Nigdy nie mów nigdy, szczególnie przy mnie. - Yaxleyówna była chodzącym chaosem, próbowała zasugerować mu, że sama nigdy nie jest pewna tego, co może zrobić, czy powiedzieć. Jej niestabilności nie ułatwiały emocje, które ją teraz wypełniały, przynosiły jeszcze więcej chaosu. Nie miała pojęcia, ile w stanie będzie dźwignąć, musiała sobie jednak radzić z tymi wszystkimi dziwnymi uczuciami. Wpatrywali się w siebie dłuższą chwilę, Geraldine czuła, że to spojrzenie jest inne. Jakby odkrywała coś zupełnie nowego, widziała elementy, których wcześniej w nim nie dostrzegała, a on patrzył się na nią, jakby potrafił zajrzeć w głąb jej duszy. Czuła dziwne ukłucie w piersi, pojawił się żar, który chciała ugasić, ciężar, który nie zamierzał jej opuścić. Nowe połączenie, zupełnie jej nieznane, na całe szczęście odwrócił wzrok, przerwał to dziwne coś, co zaczeło się między nimi tworzyć. Odetchnęła z ulgą, chociaż nadal nie opuszczało jej to dziwne ciepło, które zaczęło rozchodzić się po jej całym ciele, nie mogła nad tym zapanować. Musieli stąd wyjść jak najszybciej. To miejsce za bardzo namieszało im w głowach. Ciągle próbowała to na to zwalić, chociaż zaczęła się zastanawiać, czy to nie było coś wiecej. Nie mogła jednak teraz się na tym skupić, musiała go stąd wyprowadzić, to że trzymała go przy sobie wcale tego nie ułatwiało, z drugiej strony mogła go dotykać bez żadnych konsekwencji, bo przecież chciała mu tylko i wyłącznie pomóc. Starała się, żeby nie zauważył, że kilka razu zbliżyła się do niego zbyt blisko, starając się skupić na jego zapachu, który chciała zapamiętać. W końcu jakoś udało im się wyjść z tego przeklętego dworku. Tyle, że uczucie, które się pojawiło nie zniknęło, nadal w niej trwało. Nie udało im się do końca wykonać misji, która została im zlecona, nie, żeby się w tej chwili tym jakoś przejmowała. Aktualnie jej największym priorytetem było to, aby dostarczyć Ambroise'a w bezpieczne miejsce, zresztą tym się zajęła po wyjściu z przeklętej posiadłości. Czy tego chciał, czy nie zajęła się odprowadzeniem go do miejsca, w którym mógł dostać profesjonalną pomoc. Koniec sesji
|