Secrets of London
[Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa (/showthread.php?tid=398)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Cameron Lupin - 07.11.2022

adnotacja moderatora
Rozliczono - Cameron Lupin - osiągnięcie Piszę więc jestem

Nie miał bladego pojęcia, co tutaj, do cholery, robił. Gdyby nie to, że akurat na ten dzień przypadało mu wolne od stażu, prawdopodobnie siedziałby teraz na dyżurze, zapoznając się z kolejnymi procedurami i obserwując pracę innych medyków. Zamiast tego wylądował w samym środku balu elity czarodziejów i zdecydowanie miał wrażenie, że się tutaj nie odnajduje.

Garnitur, który włożył tego dnia, nie był ostatnim krzykiem mody, ale spełniał swoją funkcję. Ot, ciuch odświętny, który miał w szafie, a który jeszcze jako tako na niego pasował. Wprawdzie tu i ówdzie wydawał mu się nieco przyciasny, jednak Cameron, aby nie czuć się z tym źle, wmawiał sobie, że w ten sposób po prostu podkreśla atuty swojej sylwetki. Nie było to najlepsze pocieszenie, ale lepsze takie niż żadne.

Poza tym to nie on miał być gwiazdą przedstawienia. Heather dużo lepiej spełniała się w tej roli, toteż chłopak pozwolił jej przejąć stery i poprowadzić ich w kierunku posiadłości. W pewnym momencie zatrzymali się nagle, a dziewczyna wygięła się lekko w nienaturalnej, jak dla Lupina, pozie. Otaksował ją wzrokiem od stóp do głów i dopiero gdy dostrzegł blask fleszy aparatów, zdał sobie sprawę, że czekała ich jeszcze sesja zdjęciowa.

Na chuja chyba upadłem, pomyślał, tłumiąc w sobie westchnienie, mające sygnalizować, jak bardzo nie podoba mu się ten pomysł. Mimo to objął rudowłosą w pasie, wyzbywając się na moment kpiącego uśmieszku, który za wszelką cenę starał się przejąć kontrolę nad jego twarzą. Jedyne sesje zdjęciowe, jakie znał, to te przy wyrabianiu jakichś dokumentów lub co najwyżej próby uwiecznienia rodzinnych spotkań przy wspólnym stole podczas świąt.

Nie będę cię bolały nogi w tych butach? — spytał między jednym zdjęciem a drugim, nachylając się nad uchem Wood. Nie mógł przepuścić okazji, aby spróbować ją rozbawić. — Bo mam wrażenie, że będziesz chodzić mi po głowie całą noc.

Kiedy w końcu uciekli fotoreporterom, Cameron podążył za Heather do segmentu posiadłości, gdzie miała odbyć się licytacja. Tu i ówdzie przewijały mu się mniej lub bardziej znajome twarze, jednak dopiero, gdy zaczęli przepychać się na przód sali, dostrzegł w tłumie swoje starsze rodzeństwo, czyli Cecylkę oraz Cedrica, do których pomachał intensywnie, wołając ich po imieniu, chcąc zwrócić na siebie ich uwagę w ramach powitania na odległosć.

Cóż, przynajmniej mają dobre alko — skomentował, wykrzywiając usta w pełnym satysfakcji uśmiechu, wypijając jedną trzecią kieliszka.

Młody medyk rozsiadł się nonszalancko na jednym z miejsc tuż przy samej scenie, akurat gdy na scenę weszli gospodarze. Podrapał się po szyi, po czym jego zręczne place opadły na krawat, który mimochodem nieco sobie poluźnił. Początkowo zamierzał go w ogóle nie podwiązywać pod samą szyję, aby ten tylko luźno zwisał, ale potem Ruda się wtrąciła i cały ambitny plan poszedł w siną dal.

Tak długo, jak ty płacisz — potwierdził przyciszonym głosem, gdyż przemowa Brenny Longbottom nie skonczyła jeszcze swojej przemowy. — Pewnie nawet najtańszy przedmiot jest wart więcej niż cała moja dzisiejsza kreacja. A niestety nie wziąłem drobnych.

Uśmiechnął się łobuzersko do przyjaciółki w oczekiwaniu na to, jak rozwinie się ten wieczór.




RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Erik Longbottom - 07.11.2022

Spiął się na dźwięk słów Brenny. Co też ona szykowała, że ot tak rzucała tak poważnymi groźbami? Spojrzał na nią spode łba, starając się wyczytać cokolwiek z jej miny. Fotoreporterzy już kręcili się w okolicy, więc raczej nie chodziło o to. Może chciała przeprowadzić jakąś niezapowiedzianą galę i zamierzała go zmusić do improwizacji na środku sceny? Albo śpiewać. Na Merlina, ona na pewno każe mi się śpiewać, przeraził się młody Longbottom, zamykając się nieco w sobie. Zamiast wymyślać coraz to bardziej kreatywne sposoby na zabawienie gości podczas krótkiej wymiany zmian, ograniczył się do prostych wymian uprzejmości, stosując się do podstawowych zasad etykiety. Kto wie, jeśli będzie się dobrze zachowywał, to może siostra zrezygnuje ze swoich przerażających planów.

Reszta oficjalnych powitań przeminęła bez większych problemów, toteż rodzeństwo mogło przejść do kolejnego segmentu tego wiekopomnego wydarzenia, które mieli okazję organizować. Plan był stosunkowo prosty, Brenna jako jedna z głównych organizatorek aukcji charytatywnej miała za zadanie wygłosić krótką mowę powitaną, a następnie Erik miał płynnie przejść do toastu, który z kolei miał wprowadzić wszystkich w odpowiedni nastrój. Wprawdzie sam zainteresowany miał pewne wątpliwości co do tego, jak jego słowa przy kieliszku szampana mogły jeszcze bardziej zachęcić gości do partycypowania w licytacji, jednak nie chciał się już spierać. I tak było za późno na zmianę szczegółów.

Po dotarciu na scenę stanął w stosowanej odległości od młodszej siostry, chcąc pozwolić jej w spokoju się wypowiedzieć, bez górującego nad nią erikowego cienia. Do twarzy miał przyklejony stateczny, wyważony uśmiech. Niezbyt szeroki, co by nie wzbudzić podejrzeń, że objawia się u niego wymuszona ekscytacja, ale i nie za mały, aby nie można go było posądzić o znudzenie. Wodził wzrokiem po kolejnych gościach, w tym i tych spóźnialskich, którzy postanowili się modnie spóźnić. Ach, ta elita. Spojrzenie detektywa spoczęła na dłuższą chwilę na Cedricu, gdy zauważył u niego dosyć znajomą szatę. Zmarszczył brwi, zastanawiając się, skąd też ją kojarzy. Chwileczkę... Czy to nie był jego własny garni...

Właśnie w tej chwili zdał sobie sprawę, że na sali zapadła niezręczna cisza. Erik natychmiast wrócił do rzeczywistości i przeszedł na przód sceny, trzymając w jednej z dłoni kieliszek szampana. A trzymał go na tak mocno, jakby od tego zależało jego życie.

Tak jak wspomniała moja urocza siostra, dziękujemy wam za przybycie. To zaszczyt gościć w naszych skromnych progach tak szacowne grono przyjaciół, znajomych, sojuszników, ludzie wielu talentów, jak również tych, którzy przyszli tu tylko na jedzenie i napitki. Nie martwcie się mamy coś również dla was — Uśmiechnął się cierpko, w duchu modląc się, że ten drobny żarcik dobrze się przyjmie. — Osobiście cieszę się, że pomimo ciężkim czasom, w których przyszło nam życiu, tak wielu z was odpowiedziało na nasze zaproszenie. Od razu mi lepiej na sercu, gdy widzę, że mimo mniejszych lub większych różnic między nami, wciąż potrafimy odłożyć je na bok i cieszyć się sobą. Tym razem, oczywiście, sprawiamy także, że świat, który zdaje się ostatnio pędzić na złamanie karku, może stać się nieco lepszym miejscem. Nie udałoby się doprowadzić do tego spotkania bez Waszej szczerej pomocy, dlatego uważam, że ten toast powinien być skierowany do Was wszystkich. Do Nas wszystkich. Do tych, którzy zdecydowali się wesprzeć potrzebujących w chwili słabości.

Zamilkł na moment, unosząc kieliszek w górę.

Za nas!

Bez względu na intensywność reakcji ze strony gości, Erik wypił śladową ilość szampana i wycofał się pospiesznie na tył sceny, pozwalając, aby Brenna kontynuowała swoją przemowę i rozpoczęła licytację. Mężczyzna skrył się częściowo w cieniu, oddychając szybko. Serce waliło mu niczym młot.

Czy on w ogóle zdążył powiedzieć wcześniej siostrze, że w gruncie rzeczy nie miał, kiedy przygotować dokładnego skryptu swojej przemowy i w dużej mierze improwizował, nie licząc kilku kluczowych fraz, które zdołał zapamiętać ze swoich notatek? Na Merlina, słabo mi, pomyślał, wydychając ciężko powietrze z płuc. Oby dalej już było tylko lepiej.




RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Nora Figg - 07.11.2022

Sytuacja zaczęła się robić bardzo niezręczna, przynajmniej dla panny Figg. Różowe rumieńce pojawiły się na jej policzkach. Miała ochotę zapaść się pod ziemię. Dlaczego nie potrafiła panować nad tym wszystkim? Zdecydowanie nie lubiła wychodzić poza swoją strefę komfortu, a dzisiaj musiała to zrobić. Nie miała wpływu na to kogo tu spotka, nie spodziewała się zupełnie, że wpadnie na ojca swojego dziecka, trochę zaczęło ją to przerastać, ale tylko trochę. Musiała się napić, tego była pewna, a nie piła zbyt często. Może się to skończyć źle, chociaż aktualnie średnio ją to interesowała.
Przyglądała się jeszcze Idzie która wyciągała tutaj jakieś hurtowe ilości rzeczy upchanych w cyckach. Nie mogła się nadziwić, jakim cudem ona to wszystko tam zmieściła. Zrobiła na niej wrażenie. Chyba faktycznie będą się mogły zakoleżankować, zastanawiało ją jedyne jakie ją łączą stosunki z Moodym, aczkolwiek jak na razie wolała o to nie pytać, o tym nie myśleć, uciec gdzieś w dzicz.
Pozwoliła sobie odejść od towarzystwa w stronę poczęstunku. Przejęła kieliszek od Theseusa i wypiła jego zawartość jednym haustem. - Będę potrzebowała tego więcej, zdecydowanie.- stwierdziła jedynie. Nawet nie przejmowała się tym, że nie zna tego mężczyzny, nie zamierzała udawać, że jest inaczej. - Fajne przedstawienie urządziła... Ida?- rzuciła niepewnie, przez to wszystko chyba zapomniała jak nazywa się jej nowa koleżanka. - Przepraszam, ale trochę, trochę mnie przerosła ta sytuacja, spotkałam kogoś, kogo dawno nie widziałam, nie spodziewałam się. - próbowała w jakiś logiczny sposób wytłumaczyć swoje zachowanie Theseusowi. Wiadomo, że nie wyrzyga mu teraz, że był to ojciec jej dziecka, któremu nie powiedziała o tym, że ono istnieje, bo tak trochę głupio mówić o tym obcemu facetowi, szczególnie, że właściwie nikt nie znał jego tożsamości.
Sięgnęła po kolejny kieliszek szampana i wypiła jego zawartość, nie zamierzała zwlekać i wzięła jeszcze dwa. - Chcesz też trochę?- najchętniej zawinęłaby całą butelkę i zaszyła się gdzieś w kącie. - O zaczynają przemowę, chyba wypadałoby wysłuchać? Podejdziemy trochę bliżej?- zaproponowała mężczyźnie.
Przyglądała się Brennie i Erikowi, kiedy wygłaszali swoje mowy. Nie mogła się nadziwić, że potrafili tak po prostu się przestawić i bez najmniejszego problemu radzili sobie z tą całą konferansjerką. Jak widać, musieli mieć to we krwi. - Ciekawe, jakie fanty będzie można wylicytować, nie żebym się na stawiała na to, że uda mi się cokolwiek, mamy tu takie towarzystwo, że co najwyżej mogłabym im ciastko upiec...- nie żeby jej to specjalnie przeszkadzało.



RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Adelard Longbottom - 07.11.2022

Spóźnienie zwykle świadczyło o braku szacunku do drugiej osoby albo po prostu o kiepskich manierach. Adelard nie chciał okazywać brak szacunku do gospodarzy dzisiejszego balu ani tym bardziej brak dobrych manier. Miał konkretne powody, by spóźnić się na bankiet. Miał też nadzieję, że zostanie mu to wybaczone. Już z daleka powitał go widok rozświetlonej posiadłości Longbottomów. Przeczucie podpowiadało mu, że w środku panował spory ruch. Nie znał dokładnej liczby zaproszonych gości, lecz zakładał, że im więcej osób zaszczyci Longbottomów swoją obecnością, tym większe szanse na to, że aukcja osiągnie duży sukces. Alkohol, smaczne jedzenie, muzyka, miła atmosfera oraz możliwość posłużenia się szlachetnej sprawie mogły wprawić w dobry nastrój niemal każdego. A wprawieni w dobry nastrój goście znacznie chętniej wydawali swoje galeony. Gdyby w owej chwili pozwolił sobie na cynizm, zastanawiałby się ilu z nich chciało poprzez udział w aukcji charytatywnej uciszyć własne sumienie. “Gdyby” było tu kluczowym słowem. Postanowił zawczasu, że na daruje sobie na czas przyjęcia cierpkie przemyślenia. Podjęcie takiej decyzji przyszło mu na tyle łatwo, że nie był z natury cynikiem. Jeszcze się w niego nie zmienił. Zdecydował, że odpręży się i spokojnie spędzić ten wieczór z innymi gośćmi. Bez doszukiwania się w każdych z nich ukrytych motywów pojawienia się na balu.
- Spóźnieni, ale na miejscu - powiedział do swojej towarzyszki.
Chwycił ją za rękę. Nie za mocno i nie za delikatnie. Wystarczająco. Na tyle, by poczuła jego zdecydowanie i pewność siebie. Niespiesznie ruszył w kierunku drzwi wejściowych. Przy wejściu stało jedynie kilku pracowników ochrony, co oznaczało, że naprawdę był z małżonką jednym z ostatnich gości. Ochroniarze sprawdzili zaproszenie. Najwyraźniej nie budziło ono żadnych zastrzeżeń, podobnie jak eleganckie wieczorowe stroje. Mógł śmiało wejść wraz z Faye do środka. Bez większego zaskoczenia odkrył, że salon i jadalnia przekształciły się w salę bankietową. Usunięto z nich większość mebli, by pomieścić wszystkich zaproszonych. Nie zamierzał jednak spędzić wieczoru na tkwieniu w progu i wyszukiwaniu znajomych lub nieznajomych twarzy. Przybył późno, ale nie dość późno, by nie zdążyć na najważniejszą część balu. Ze sceny dobiegał głos Brenny, która oficjalnie witała swoich gości. 
Mocniej ścisnął dłoń Faye. Za mną. Zmierzając w głąb pomieszczenia odruchowo wysunął się lekko do przodu. Tak jakby chciał utorować własnym ciałem bezpieczną drogę dla małżonki i ochronić ją przed gośćmi, którzy przez własną nieostrożność mogliby na nią wpaść. Na szczęście osoby przy którym się zatrzymał były bardziej zainteresowane przemową gospodyni niż kręceniem się w tłumie. Za to kelnerzy niestrudzenie roznosili szampana. Adelard zręcznie pochwycił z tacy dwa kieliszki. Jeden wręczył Faye.
- No, proszę. Załapaliśmy się jeszcze na pokaz talentu oratorskiego moich kuzynów - pochylił się na nią, owiewając ciepłym oddechem. Może nie widziała jego uśmiechu, ale z pewnością słyszała rozbawienie w jego głosie. Brenna skończyła mówić i przekazała pałeczkę Erikowi. Starszy Longbottom ładnie nawiązał do poczucia jedności i naprawiania świata. Czy jego przemówienie trafiło do paru serc? Któż to zgadnie. Przynajmniej podrzucił im dobry powód do wzniesienia pierwszego toastu.


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Atreus Bulstrode - 08.11.2022

- Jak zawsze - mruknął pod nosem, bardziej do siebie niż do niej, z kwaśną minął. Nie zamierzał ani bawić się do białego rana, ani też nie oczekiwał od niej, że będzie mu w tym towarzyszyć. Oczywiście, o tyle o ile pierwsza kwestia nie była w pełni postanowiona i zależała od pewnych zmiennych, a także obecności niektórych sprzyjających jednostek, to ta druga wydawała się absolutnie niezmienna. Nie zamierzał jej do tego zmuszać, bo tylko dodatkowo psułaby mu humor niezadowoloną miną i postawą, co kompletnie mijałoby się z celem całonocnych libacji.
Na widok Seraphiny, uśmiechnął się lekko, a grymas ten tylko się pogłębił i przybrał zawadiackiego wyrazu, kiedy ta się odezwała. Wieczór od razu stał się dla niego lepszy, kiedy wiedział że kuzynka czai się gdzieś w pobliżu, w pełni gotowa na prawdziwą zabawę, a nie smęty upstrzone grzecznymi uśmiechami, paplaniną gospodarzy i pokładami sztucznej uwagi, którą obdarzało się innych.
Bulstrode nie był świadomy, jakie skojarzenia wywołuje w jego narzeczonej nazwisko Longbottom. Przynajmniej w teorii też, nie zamierzał jej w jakikolwiek sposób rozliczać z poprzednich miłostek i uniesień. teraz, przynajmniej dla opinii publicznej, była jego narzeczoną i była przypisana do jego osoby, póki stan ten nie zostanie w jakiś nieprzyjemny sposób zakończony. Oczywiście, absolutnie nie było to w interesie mężczyzny, bo ucierpiało by na tym jego dobre imię, a o to lubił przynajmniej pozornie dbać.
Rozejrzał się po sali, powoli odciągając narzeczoną od gospodarzy i pozwalając im zająć się innymi gośćmi, którzy chcieli się z nimi przywitać. W tym wszystkim zauważył znajomą sylwetkę siostry, na chwilę też podejmując jej spojrzenie. Nie skierował się jednak w jej stronę, prowadząc Elaine raczej w tę przeciwną, jakby czując myśli, które krążyły po głowie Florence.
Z widocznym zadowoleniem przyjął szampana, którego zaserwowała służba, jeden z kieliszków podając Elaine i samemu upijając łyk ze swojego naczynia. Przez chwilę milczał, patrząc w przestrzeń i zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Jeśli mam być szczery, najbardziej chyba kusi mnie najnowszy model miotły - wzruszył ramionami, zerkając na jej twarz. - Można by powiedzieć, że to wynik dawnych pasji, w końcu zawsze miło wybrać się na krótką przejażdżkę. - może i nie był już w reprezentacji, ani nie spędzał czasu grając w quidditcha, ale upodobanie do mioteł pozostało w nim. Nie wspomniał jednak o tym, że będzie się świetnie bawił, kiedy pokaże Orionowi miotłę, a ten pewnie zzielenieje na samą myśl tylko o tym, że można było na tym latać. - Nie mogę się też zdecydować, czy bratu bardziej spodobałby się stary zegar, czy może stara waza - zamieszał zawartością swojego kieliszka, patrząc na ulatniające się bąbelki. Tak na prawdę po głowie chodziła mu jeszcze wystawiona na licytację suknia, jednak nie był pewien, czy chciał o tym wspominać. Po pierwsze, nie był pewien, czy Elaine od razu nie zwietrzy, że kreacja mogłaby być dla niej, a po drugie, czy aby się nie obrazi, że próbuje ją ubierać. Nie potrzebował żadnych tego typu grymasów, kiedy noc była jeszcze młoda.
Przez chwilę wyglądał, jakby nad czymś się zastanawiał, zbierał w sobie, aż wreszcie doznał jakiegoś olśnienia, bo najpierw ściągnął brwi, a zaraz potem twarz mu się wyraźnie rozjaśniła. Wypił zawartość kieliszka jednym haustem, odstawiając go na akurat dryfującą obok tacę.
- Daj mi chwilę. Obiecuję, że zaraz wrócę - rzucił do niej, już rozglądając się dookoła i szukając kogoś wzrokiem. Nie czekał zbytnio na jej odpowiedź i zaraz też ruszył przed siebie, zatapiając się w masie gości. Z tego co pamiętał, Florence szła w stronę środka sali. Na szczęście jednak krótka przemowa Longbottomów wystarczyła, by ją odnalazł.
- Moja najdroższa siostro - bo jedyna. - Czy mogłabyś wyświadczyć mi tę jedną maleńką przysługę? - uśmiechnął się do niej przymilnie. - Chodzi o moje szczęście, a wierzę gorliwie, że ci na nim zależy. Czy mogłabyś zlicytować dla mnie suknię? Odwdzięczę się po stokroć - mówił szybko i cicho, nie chcąc przeszkadzać temu, co działo się na scenie, ale chcąc też zdążyć przed rozpoczęciem licytacji. Longbottomowie bowiem zdawali się nie grzeszyć krasomówstwem.


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Dora Crawford - 08.11.2022

Pojawienie się Cecylki dopełniło całego procesu przebierania, reprymendowania i kontrolowania, czy Cedric na pewno robi to, co się do niego powiedziało. Widząc jego siostrę, Dora wyraźnie się rozpromieniła, czy nawet klasnęła wesoło w dłonie, jakby jej wieczór faktycznie dzięki temu stał się o niebo lepszy.
- Ależ nie ma za co. Cieszę się tylko, że udało się go przechwycić zanim Brenna weszła w tryb bojowy - zachichotała, wyraźnie w ogóle nie zwracając uwagi na uwagę o byciu, lub też nie byciu człowiekiem. Gdyby Cecily się nie poprawiła, to w ogóle nie zwróciła na to uwagi. Machnęła więc tylko lekceważąco ręką. Słuchała też przeprowadzanego przez nią przesłuchania z pozornie umiarkowanym zainteresowaniem. Poprawiła sukienkę, wygładzając parę zmarszczek. Dopiero kiedy miała pewność, ze Cedric całkowicie się przebrał, albo przynajmniej wreszcie wciągnął spodnie, odwróciła się.
- W takim razie musisz coś zjeść - zafrasowała się - Nie możesz tak chodzić z pustym żołądkiem. A jeśli cię boli, to zawsze można poprosić skrzata, by zaparzył ci mięty. Na pewno ci to pomoże - zaszczebiotała, chociaż wcale przecież nie musiała zarówno jemu, jak i jego siostrze, tłumaczyć co mu może pomóc na bolący brzuszek. - Nora Figg zrobiła tort i ciasta. I ja też parę ciast zrobiłam. Ale osobiście polecam tartaletki, wyszły mi prze-py-szne. Klnę się na merlina - uniosła jedną dłoń, a drugą położyła na sercu - do przysięgi. Może i czasem bywała skromna, ale to zdecydowanie nie był ten moment. Sama zjadła ich o wiele za dużo.
- Tak, chodźmy, chodźmy. Nie chcemy, żeby Brenna i Erik zastanawiali się, gdzie na tak długo zniknęliśmy. No i Danny - co jeśli już cię szuka? - odwróciła się, wypuszczając pozostałą dwójkę z pokoju i zamykając za nimi drzwi. Uśmiechnęła się delikatnie, słysząc komplement Lupina. Może się nawet lekko zarumieniła, nieprzyzwyczajona do tego typu miłych słów.
- Dziękuję - uśmiechnęła się szeroko - Brenna pomogła mi wybrać kolor, ale co ważniejsze - spojrzała na Cecily - Na prawdę wyglądać prześwietnie w tej sukience. Ma taki ładny kolor, który na prawdę ci pasuje. Mam nadzieję, że Silas cię w niej widział, bo na pewno przez to żałuje okropecznie, że nie mógł tu dzisiaj z tobą być. - pokiwała zdecydowanie głową, schodząc powoli po schodach na dół, do gości.


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Martin Crouch - 08.11.2022

Crouchowie także pojawili się na przyjęciu. Tej szanowanej i zamożnej rodziny nie mogło absolutnie zabraknąć. Pochód otwierała Elisabeth Crouch, sędzina Wizengamotu, znana w wielu kręgach kobieta o niezwykłym poziomie elegancji. Pod rękę trzymała swego męża, poczciwego Boba Crouch, znamienitego prawnika z niezwykle ciepłym usposobieniem, czym od razu zdradza, że nazwisko ma po żonie. Tuż za nimi — niespodzianka — pani adwokat, Jane Mary Sue. Nie tak towarzyska jak rodzice, lecz równie znamienita partnerka do konwersacji.


Na samym końcu Martin, niczym przypadkowe ziarnko piachu przyniesione przez wiatr, swym szarym majestatem odpłynął od rodzinnej gromadki. Przesuwał się wzdłuż ściany, by unikając wszelakiej żywej duszy, zająć miejsce na jednej z kanap, podczas gdy rodzice wraz z siostrą dumnie maszerowali w stronę najbliższego przedstawiciela Longbottomów, by się przywitać.


Ciemna szata połyskiwała granatem jak pokryta łuskami. Oszpecona blizną znudzona twarz kontrastowała z wyszukanymi tkaninami, a obojętna poza z przytulnym kunsztem kanapy. Po zaaklimatyzowaniu przeczesywanie towarzystwa zostało rozpoczęte. Rozpoznawał niektóre twarze, może nawet kojarzył nazwiska. W tych wszystkich brokatach każdy wyglądał nader wytwornie i jednocześnie niezachęcająco dla najmłodszego Croucha. Z tyłu głowy przesuwała się lista panien na wydaniu, usilnie wpychana poza obręb świadomości.




RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Mavelle Bones - 08.11.2022

Ramiona kobiety lekko zadrżały, zapewne od wstrzymywanego śmiechu. No, nie do końca o to chodziło, w końcu owszem, jak najbardziej, chciała być po prostu miła. I wcale a wcale nie zaciągała Patricka przed obiektywy mniej lub bardziej poważanych dziennikarzy. Faktycznie dość, że Erik już był na świeczniku; Brenna zresztą też nie szczyciła się anonimowością, co w pewnym stopniu martwiło Mavelle.
  Czasy zdecydowanie nie sprzyjały rzucaniu się w oczy, nie, gdy jednocześnie należało się do jednostki mającej za zadanie przeprowadzanie śledztw i doprowadzanie winnych przed oblicze sprawiedliwości, nie mówiąc już o Zakonie Feniksa. Cóż, wymazanie pamięci wszystkim, którzy kojarzyli Longbottomów, było czymś niemożliwym.
  - W sumie trafne spostrzeżenie, należy mu się choćby odrobina chwały za to wszystko – ostatecznie zgodziła się z Patrickiem, dochodząc najwyraźniej do wniosku, że nie ma co forsować – nawet całkowicie w żartach – idei odnośnie konkurowania. Zwłaszcza że na horyzoncie czekał wielce atrakcyjny port, do którego wypadałoby wkrótce dopłynąć i może nawet zacumować na dłużej niż jeno parę chwil.
  Tym bardziej że naprawdę było w czym wybierać. Jednakże najwyraźniej chwilowo nie było im dane dopłynąć, co nie oznaczało, iż zostali całkiem pozbawieni jego uroków, na z których korzystanie wyraziła zresztą chęć. Podziękowała ładnie za kieliszek, wstrzymując się chwilę z zamoczeniem ust w alkoholu.
  - Raczej odpuszczę sobie licytację. Jest tu parę ładnych rzeczy, owszem, ale raczej nic tak naprawdę dla mnie – odparła Seraphinie i przekrzywiła ciut głowę. Chodziłyśmy razem. Zdecydowanie nie – Chyba musisz mnie z kimś mylić, nie byłyśmy na jednym roku – stwierdziła łagodnie – I och, mam wrażenie, że prędzej się zaplączę w sukienkę niż uda mi się zrobić choć jeden pląs – odmówiła pół-żartem, pół-serio. Może i była spokrewniona z Longbottomami, może i miała dostęp do „wielkiego świata”, ale wciąż pozostawała sobą, wolącą dość twardo stąpać po ziemi. Lub siedzieć, obserwując otoczenie i kreślić pośpiesznie szkice.

297/1075



RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Giovanni Urquart - 08.11.2022

Przyjęcie już dawno się rozpoczęło, gdy Giovanni i Geraldine zjawili się w Dolinie Godryka. Obecność Urquarta była oczywista. Brał udział w chyba każdym wydarzeniu charytatywnym... oraz jakimkolwiek innym. Szczególnie, gdy jego rodziców zajmowała praca i musiał reprezentować rodzinę. Co szykowane było celowo, by przygotować młodego Urquarta do przyszłych obowiązków.


— O, spójrz! Jeszcze jest ktoś w środku, zdążyliśmy! — Zażartował, gdy byli przed rezydencją Longbottomów. Rodzina, z którą łączyły go niezwykle serdeczne stosunki, szczególnie w tych mrocznych czasach.


Wszedł do środka i rozejrzał się. Zabawa zdawała się trwać w najlepsze. Giovanni wiedział, że spóźnieniem to może jeszcze nie było, ale mógł tak twierdzić, by podroczyć się trochę z przyjaciółką. Nie pierwszy raz Geraldine towarzyszyła mu na przyjęciu. Samemu przybyć nie wypada, zaś obydwoje daleko byli od znalezienia swoich drugich połówek. Wybranie się na bal razem stanowiło perfekcyjne rozwiązanie.


Giovanni dostrzegł wiele znajomych twarzy, z uśmiechem kiwał głową do mijających go osób. Ostatni tydzień kończył ostatnie rozdziały swojej książki o stosunkach między czarodziejami z Karaibów a rdzennymi ghoulami, okazję do zabawy miał zamiar w całości wykorzystać. Co w jego rozumieniu oznaczało nadrobienie wszelkich zaległości towarzyskich. Życie podróżnika sprawiało, że często był oderwany od brytyjskiej społeczności czarodziejów, chociaż była mu tak droga. Jedynie toczący się konflikt przyciągał jego uwagę częściej, niż zazwyczaj.


— Masz jakieś plany, Geraldine? Szukamy gospodarzy, czy wolisz przywitać się przy okazji?




RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.11.2022

Geraldine może nie należała do salonowych wyjadaczy, jednak kiedy chodziło o Gio nie potrafiła odmówić towarzyszenia mu na tego typu wydarzeniach. Jakoś tak się utarło, że często pojawiali się na nich razem. Jedno i drugie w słusznym wieku, nie udało im się jeszcze poznać swoich drugich połówek. Panna Yaxley też nie miała nic przeciwko temu, aby raz na jakiś poczuć się jak kobieta. Może większość czasu spędzała w krzakach, czy innych zaroślach, jednak od święta dobrze było założyć sukienkę i poczuć się jak prawdziwa dama. Szczególnie w towarzystwie takiego wspaniałego jegomościa.

- Przepraszam Cię jeszcze raz, ale krew druzgotków okropnie trudno domyć z włosów. Źle to wszystko oszacowałam.- Rzekła do Gio ze skruchą w głosie. Oczywiście, że to spóźnienie, to była jej wina. Wiedziała jednak, że jej wybaczy - jak zawsze zresztą. Całkiem wyrozumiale podchodził do jej częstej niesubordynacji.

Geraldine ubrała na siebie bordową sukienkę na cienkich ramiączkach, która kończyła się jej gdzieś przed kolanem. Starała się leczyć z kompleksu swego ponadprzeciętnego wzrostu, demonstrowała więc w ten sposób swoje nogi, które były bardzo długie. Obcasy odpuściła i bez nich była wystarczająco wysoka.

Właściwie to nawet cieszyła się z tego, że będzie miała szansę spotkać rodzeństwo Longbottom. Wszak w czasach nauki w Hogwarcie spędziła godziny na boisku ćwicząc różne akrobacje na miotłach z Erikiem. Miło będzie go znowu zobaczyć, a jakoś tak w dorosłym życiu jednak brakowało okazji.

- Możemy się trochę znieczulić, rozmowy wtedy będą zdecydowanie łatwiejsze.- Powiedziała cicho do Gio, może lepiej, aby nikt nie usłyszał, że nie umie prowadzić takich konwersacji na trzeźwo. - Doszły mnie słuchy, że ma być jakaś licytacja, zamierzasz złapać jakieś fanty? - W sumie to nawet była ciekawa, co będzie można wylicytować. Może znajdzie i coś dla siebie?