Secrets of London
lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche (/showthread.php?tid=4136)

Strony: 1 2 3 4 5 6


RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - The Edge - 18.11.2024

O jakim zerwaniu mówił? Nie odpowiedział. Bo wystarczająco już powiedział! To poczucie głębokiej żenady wynikające z bycia kompletnie niezrozumianym nie pozwoliło mu na wyrwanie prawdy zębom czasu - albo domyśli się sam, albo nie rozwiąże tej zagadki wcale. I może dobrze mu tak, może potrzebował jakiejś kary za nierozsądne werbalizowanie tego co mu po łbie chodziło. Milcząc razem i wpatrując się rozgwieżdżone niebo, nigdy by się nie zranili, nigdy nie doprowadziliby się do sytuacji, w której Laurent targa się na swoje życie, a Crow...

Crow jest w głębokiej rozsypce.

Mówił o tym, że...? Nie dokończył, ale mężczyzna, którego obejmował, kontynuował swoją opowieść. Niemo. Oszalało bijące serce na pewno dało się wyczuć, kiedy znajdowałeś się tak blisko, a on nie byłby w stanie odmówić oparcia na swoim ciele, skoro Prewett wręcz osuwał się na ziemię. Nic nie czuł? To mógł przekonać się jak to jest czuć w tym momencie absolutnie wszystko - od żałoby za czymś, co od początku wydawało się nieosiągalne, przez rozczarowanie, gniew, smutek, po głęboką panikę i ekscytację tym, że skoro coś się kończyło, to miało szansę go wreszcie jakoś dobić - położyć kres istnieniu kogoś, kto zwyczajnie nie radził sobie z tym jak na każdą, nawet najmniejszą pierdołę reagowało jego pokaleczony organizm. Dobił to narkotykami, tak? Na pewno minimalnie to pogorszył.

Dlaczego tutaj byli? To przez nie tutaj byli - gdyby tylko blondyn posiadał idealny umysł pamiętający wszystko, wiedziałby co Crow trzymał w schowku swojego auta, a czego nie trzymał w kieszeni kurtki, odkąd obiecał sobie, że opiaty przestaną być lekarstwem na wszystkie jego życiowe załamania... Ale nie posiadał go. Crow zacisnął mocniej palce na materiale koszulki Waughy'ego i dotarło do niego, że nie może oddychać. Przesunął ich wzdłuż auta, żeby móc nacisnąć na klamkę. Oczywiście, że drzwi były zamknięte, ale Crow uniósł dłoń i zamek wydał z siebie charakterystyczny dźwięk, po którym naciśnięta klamka już te wcześniej wspomniane drzwi otworzyła, a on... wystarczyłoby pochylić się nad siedzeniem i sięgnąć do środka. To było proste, bardzo bardzo proste, prawda? Gdzie byli? Po co tu byli? Nigdzie. Po absolutnie nic. Po absolutnie nic poza kolejną dawką upodlenia, w której mógłby mu towarzyszyć, gdyby Crow go teraz nie puścił. Asekurował go przy opadnięciu na skórzany fotel kierowcy i zrobił jedną z najdziwniejszych rzeczy, jakie mógł zrobić - zaczął biec. O resztkach trzeźwości umysłu przekonał się w chwili, kiedy kilka metrów dalej dotarło do niego, że Laurent przekonywał się teraz o jego nietrzeźwości. Ale to faktycznie działało - bieg przez to cholerne pole i krzyk rozdzierający gardło były nawet lepsze niż codzienne ćwiczenia na podwieszonym nad areną trapezie. To był krzyk nie przekazujący nic prócz głębokiej frustracji. Kocham cię, ale nie możemy być razem. Cholerna klisza, z którą tak ciężko było się pogodzić, tylko... Dlaczego to bolało tak bardzo, skoro wiedział o tym od zawsze? O tym, że nawet gdyby gwiazdy nad jego głową ułożyły się inaczej, wcale nie był idealnym dla blondyna partnerem. Mógł tam teraz o tym myśleć - każdy bogaty paniczyk robił do niego maślane oczy, kiedy jeszcze wydawał się być kimś interesującym i tajemniczym, a nie kimś kompletnie, niezaprzeczalnie i niebezpiecznie szalonym.

Wyczerpanie się do stopnia, który pozwolił mu wrócić do Laurenta, zajęło mu krócej niż gdyby był w pełni swoich sił. Nie było w tym nic szczególnie dziwnego - jak hipokryta nic nie zjadł, właściwie to nie pamiętał kiedy ostatnio jadł. Większość nocy spędził czuwając. Bieganie po kamieniach mając na stopach tylko skarpetki bolało.

Oparł się o szybę drzwi pasażera i dyszał, stękał. Biegnąc wymyślił jakieś tysiąc wyjaśnień tego co się działo, tego co mogliby zrobić z tym dalej, tego co czuł w środku, ale kiedy szum w głowie cichnął i znów słyszał ptaki ćwierkające wesoło na tym drzewie w oddali po tym jak spłoszył je swoim wrzaskiem, Crow całkowicie w to zwątpił.

- Czy m-mógłbyś... - zajrzał do środka, szukając jego spojrzenia, albo jakiegokolwiek dowodu, że Laurent w ogóle chciał go słuchać - mówić prościej...


RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - Laurent Prewett - 18.11.2024

Czucie mogło być zaraźliwe. Mogło pogrążać i uskrzydlać. Uczyć oddychać i topić jednocześnie. Czuć - znaczy żyć. Flynn był kwintesencją życia. Był też esencją słodkiego kłamstwa, w które chce się wierzyć, żeby przeżyć swoją małą bajkę. O tym złym chłopcu skrzywdzonego przez życie i o dziewczynie z dobrego domu, której rodzice nie chcieli, żeby się z nim widywała. Sen każdej nastolatki - pomyśleliby dorośli. Jak prezentowała się przy tym dojrzałość tej dwójki? To nie nastoletnie tragedie sprawiły, że tutaj byli w takim duecie? Z takim problemami?

Czuł serce Flynna, jego drżenie i widział to wszystko wytkane na ciemnych rzęsach. Mojra byłaby dumna z tego rękodzieła - piękna to szata z ludzkiego cierpienia, która żywi się tragedią istnienia. Nie doceniał jednak tego piękna Laurent. To nie było piękne. Wpędzało w niepokój. Tworzyli pytanie: co się dzieje, które niemo brzęczało na jego spierzchniętych wargach. Powinno wybrzmieć na strunach zaraz za "co tutaj robimy".

Czuł też niepokój, który rezonować musiał od samego Flynna, albo rodził się już w nim - mizerna odpowiedź jako echo na całą gamę barw wylewającą się z tego czarnego płótna. Dotyk metalowej konstrukcji samochodu pod palcami i w końcu ciałem był teraz przejaskrawiony, zbyt wyraźny i chłodny. To nadal lato? Chmury na niebie nie sprzyjały odczuwaniu słońca. Ale Flynn był ciągle tak samo gorący.

Czuł niepokój, bo nie rozumiał tego, co się dzieje. Bo nic tu nie miało sensu, bo był w obcym miejscu, bo Flynn był naładowany kotłem emocji, a jemu nagle odwlekała się myśl o tym, że za wszystko powinien winić siebie. Nie za wszystko - już zostawała tylko część. Nie rozumiał co się dzieje, kiedy znalazł się pod Flynnem w tym aucie i co się dzieje, kiedy ten go puścił - i pobiegł. Odkrył w tym momencie, że się skulił. Że dał sobą przesuwać jak lalką, bo i tak nie był chwilowo niczym więcej. I że za dużo obojętności odnajdował w tym stanie. To uczucie było mu znane. Z tym, że tu nie stało się nic złego... Przynajmniej nie teraz. Przynajmniej nie z nim.

Nie chciał się podnosić, kiedy słyszał ten krzyk. W oczach stanęły mu łzy - ale to nie były łzy współczucia, ani samobiczowania się. To były łzy prowokowane przez bezsilność. Chciał iść do domu. Chciał się rozpłynąć, przestać istnieć, zniknąć. Ale obudził się w cudzym łóżku, w cudzych ciuchach i musiał rozmawiać z obcym człowiekiem. Bolało go wszystko, utrzymanie się na nogach było problematyczne, a ciężkość głowy wolała o pomstę do nieba.

Zasłużył na to. Za ten grzech dokonany wczoraj, przed którego głupotą obronił go Flynn - zasłużył na ten stan, tę bezradność i... Na wszystko inne.

Tu już był nawrót do mea culpa, Domine...

Otworzył ostrożnie drzwi po paru próbach zrozumienia, jak się je otwiera. Chłód dnia nie był miły, ale nie czuł się komfortowo w tym samochodzie. I nie chciał nie widzieć, co się dzieje, kiedy tnę krzyk cichł. Nie chciał, żeby Flynn zrobił sobie krzywdę, żeby coś mu się stało. Chciał wstać, ale zrezygnował z tego pomysłu. Za to nagie stopy nie przeszkadzały wcale Flynnowi. Dopiero teraz to zobaczył. Więc nie, mężczyzna nie miał powodu wątpić, że nie było zainteresowania do kontaktu. Bo Laurent się mu przypatrywał, kiedy wracał.

Czy to, co się tutaj stało, nie było właśnie najbardziej trzeźwym i zdrowym objawem emocji, na jakie Flynn mógł się zebrać?

- Mówiłem o tym, że - kontynuował dalej, jakby nic się nie wydarzyło, nawet jego ton się nie bardzo zmienił. To, jak bardzo wszystko było nie tak, było widać po jego oczach, które nie mieniły się jak fale w świetle dnia. - chciałabym, żebyś był szczęśliwy. I rozumiem, że twój partner mnie nie lubi. Nie chcę psuć twoich relacji. - Albo partnerzy? Był jeden? Wielu? Poznał jednego. I do niego chciał wracać.




RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - The Edge - 18.11.2024

Przesadził. To jak bardzo zaczynało boleć go ciało przypominało, że nawet on posiadał swoje limity i pozwolił sobie na ich zbyt nierozważne przekroczenie. Nie doszedł do tragicznego momentu, w którym utknęliby tu na dłuższy czas, ale z takim doświadczeniem posiadał wiedzę, aby rozumieć, że nie powinien robić tego co przed chwilą zrobił. Nie w takim natężeniu i chaosie. Tylko że nie brak wiedzy go tutaj zaprowadził lecz impulsywność.

Miał zdarte gardło, zasapany, zziajany i spocony osunął się po drzwiach na ziemię, pozostawiając na nich nieelegancką, nieco paskudną smugę. Czuł się z samym sobą, jakby dorzucał węgiel do pieca w hucie - zalewały go fale nieprzyjemnego gorąca, dusił się wdychanym powietrzem, niebo zdawało się go dzisiaj oślepiać jak rozżarzone węgle, chociaż nie wydawało mu się, że widzi na nim słońce. Kamienie i ziemia nie były wygodne, szczególnie nie w pozycji, w jakiej się znalazł, ale gówno go to obchodziło.

Wdech i wydech. Wdech i wydech.

Powoli powracał do otaczającej go rzeczywistości.

- Wyglądam ci... na- - Sapnął. - Szczęśliwego? - Stęknął. - To nie jest... mówienie prosto... - Zadygotał. - To jest... - Ta rzeczywistość, do której powracał, nie była przyjemna, ale doprowadził się do stanu takiej dezorientacji, żeby chociaż chwilowo nie zwracać na to uwagi. - Ty tak k-kurwa mącisz... - I to nie miało znaczenia, że on też miał sporo za uszami. - Kochasz mnie? - Oczywiście - wymierzył w niego cios największym słowem, jakie odnalazł w słowniku. Dopiero później mierzył niżej. - Albo chociaż... - Ale wcale nie bardzo nisko. - Lubisz... - Tyle wspólnych godzin i tyle rozterek - co wypada, a czego nie, kto będzie cierpiał jeżeli chwyci go za rękę, a kto zatriumfuje. Te rozmyślenia były puste. Tak piekielnie puste. - Chcesz... spędzać ze mną czas? - Oddychał spokojniej, nie było w tym już takiej gwałtowności. - Czy chcesz... Ten pieprzony dom... - Albo przynajmniej altanę ze szkicu. - Jest ktoś kto pieprzy cię lepiej niż ja? - Zawahał się. - Kupuje ładniejsze pierścionki? - Nie odważył się powiedzieć - ktoś kto miesza ci w głowie bardziej niż ja, ale to być może dlatego, że znał odpowiedź na to pytanie - nie. Był w tym absolutnym, najbardziej toksycznym specjalistą. - To jest mówienie prosto.


RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - Laurent Prewett - 18.11.2024

Niepewność. A strach? Znajome uczucie. Tak, ono przebijało się przez ten dziwny pozór nieistnienia. Był niepokój i niepewność, był strach o samego siebie. Mężczyźni tego świata powiedzieliby, że to użalanie się. Ojciec spojrzałby na niego z politowaniem. Teraz ten strach nie obejmował siebie samego - szybko znalazł sobie inny cel, by budzić się jak Ozyrys stawiający uszy do pionu. Musiał nasłuchiwać. Na pewno nasłuchiwał. Flynn wyglądał bowiem teraz tak, jakby zaraz miał odejść na drugą stronę tego świata.

Wyciągnął nieporadnie ręce, chcąc podtrzymać Crowa w pionie - nieporadnie, bo nawet go nie złapał, tylko w jakiejś dziwnej asekuracji chciał zrobić sam-nie-wiedział-co. Liczą się chęci? Czasem tak. W innych sytuacjach tymi chęciami można było obetrzeć sobie gębę. Nie dotknął go nawet, ale chociaż zaświeciło się w nim zwątpienie, czy w ogóle powinien go dotykać, szybko zostało zgaszone. Jeśli wiedział coś na pewno o Flynnie to to, że potrzebował dotyku jak niczego innego. Ten dotyk był dla niego fundamentem całego istnienia. Spoglądał na niego z góry, z tego siedzenia i przekręcił się tak, żeby wyciągnąć nogi na zewnątrz. Czarnowłosy był tak blisko, że przez chwilę oparł je na jego udach, zanim zsunął je w dół - a razem z nimi zsunął siebie.

- Crow... - Opadł na ziemię, żeby go dotknąć - to po ramionach, to przyłożyć dłoń do jego rozszalałego serca, które teraz było takie biedne, tak rozpaczliwie próbujące utrzymać czarnowłosego przy życiu. Zsunął rękaw za dużej bluzy na jedną dłoń, żeby otrzeć pot z jego czoła. Śmierdział tym potem, który mieszał się z wonią traw i ziemi, z której pewnie dobrze nie zeszła jeszcze poranna rosa. Bzdura. Wyrodził jego umysł na słowa o mąceniu, a zaraz potem pojawiło się: to prawda. Lawirowanie słówkami, między półprawdami, było wygodne. Wygodniejsze niż powiedzenie: zostaw mnie, zajmij się innymi. Tego by nie potrafił powiedzieć. Bo we własnej, egoistycznej potrzebie chciał, żeby jednak Flynn go nie zostawił. Nie zmieniało to tego, że chciał go równie mocno puścić. Prawie jak ojciec pragnący odprowadzić córkę na ślubny kobierzec. Wyrzuciłby mu to, jak sam mącił dokładnie w tym momencie, ale pojawiło się słowo, które ostatnio było ostrzem tnącym go na kawałki. Słowo, którego używał w negatywnie. Nie kocham cię - mówił niemal każdemu. Łamiąc ich serca, niszcząc jakieś nadzieje. I tutaj też mógł to powiedzieć. Złamać jego serce, sprawić, że odejdzie. Mógł też powtórzyć mu to samo, co już mu powiedział: chciałbym cię pokochać, gdybyś na to pozwolił. Gdyby nie ta wyryta nożem linia, gdyby nie te wszystkie przeciwności, gdyby nie ta harda deklaracja, że on nigdy nie będzie jego. Nigdy wcześniej i nigdy później nie słyszał takiego zdecydowania w jego głosie jak wtedy, kiedy mówił, że on już ma dokąd wracać. A jego nieobecność w ostatnich dniach była tych słów zacementowaniem. - Manipulowałeś mną, żebym ci oddał kawałek serca. Z naszej dwójki to ja ci zadeklarowałem swoje intencje. Powiedziałem ci już - sam wyrysowałeś między nami linię. Zabudowałeś ją prostym stwierdzeniem, że ty masz już swoje miejsce na świecie. I nie jest to miejsce obok mnie. A teraz chcesz, żebym ci mówił, że cię kocham? Jak bardzo możesz być samolubny? - Tak, Laurent też potrafił być egoistą, zdawał sobie z tego sprawę, ale nie był samolubny do tego stopnia, żeby próbować kogoś zniewolić emocjami tylko po to, żeby go mieć. Żeby od czasu do czasu go odwiedzić i pospełniać jakieś swoje fantazje. I może nie powinien tego teraz mówić do trzęsącego się Flynna. Obejrzał się za siebie szukając wzrokiem jakiejś wody do picia, ale niczego takiego nie namierzył, więc znów wrócił wzrokiem do Edga. Przesuwał jego włosy, ocierał pot. W odruchu chciał ściągnąć bluzę i go okryć, ale na razie chyba musiał ostygnąć. - Wiele osób pytało mnie o to, czy ich kocham. Każdy usłyszał ode mnie to samo. Nie. - Czasami skala i unikalność potrafiła całkowicie umknąć, chociaż nie sądził, żeby akurat Flynn nie zdawał sobie sprawy z tego, jak łatwo ludzie do Laurenta lgnęli. - Tak, Crow. Kocham cię. - Proszę bardzo. Oto jest. Mógł zaprzeczać, ale to by nie była prawda. A teraz wcale nie czuł potrzeby robienia fałszywych kurtyn. - Lubię spędzać z tobą czas. Chcę spędzać z tobą czas. Chcę twój pieprzony dom. Nie, nikt nie kochał mnie lepiej. Nie, nikt nie kupił mi ładniejszego pierścionka. - Czy odpowiedział na wszystko? Czy o czymś zapomniał? Czy to za mało, czy jednak za dużo?

A słowo ciałem się stało, kiedy ucałował jego czoło.




RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - The Edge - 18.11.2024

- J-jeszcze się o tym przekonasz.

Nie mówił więcej, ale tym razem nie z braku potrzeby mówienia lub strachu przed złym sformułowaniem myśli - tym razem milczał, bo im dłużej leżał na tej ziemi, próbując ustabilizować oddech, tym mocniej bolała go klatka piersiowa. Nie odtrącił od siebie rąk Laurenta, ale widać było, że nie czerpie z tego takiej przyjemności jak zwykle - powodem były chwilowe zawroty głowy od zbyt dużego wyczerpania. Na papierze brzmiało to bardzo źle, w praktyce, tej scenie... Osiągnął dokładnie to co zamierzał. Pustkę i obojętność wywołaną skrajnym przemęczeniem każdej komórki swojego ciała. Nie był nawet w stanie wciągnąć na siebie blondyna bez użycia magii - normalnie podniósłby go i ułożył na swoich kolanach, tym razem pomogła mu w tym translokacja. Mając w tej pozycji, ulokowanego bokiem na swoich udach, przytulił go. Najwyraźniej nie obchodziło go to co usłyszał rano - to zdanie o umyciu się, odebrane przez niego przynajmniej jak lekki przytyk - teraz śmierdział dużo gorzej i tak czy siak narzucił mu bycie obok. Tylko po to, żeby po takim wyznaniu, dokładnie takim jakie sobie życzył, słowo po słowie wymuszonego pomiędzy kolejnymi sapnięciami, znowu oferować mu jedno wielkie nic.

Ciężko było nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że był cholernym manipulantem. Samolubnym manipulantem. Takim chcącym przysunąć do siebie talerz ciastek żeby pod żadnym pozorem nikt nie wsadzał do niego swoich brudnych łap... ale on też tego nie robił. Zachłanność? To i jeszcze... Głupota. Tak, był cholernie głupi jak na kogoś tak zdolnie i sprawnie wymuszającego rzeczy, strojącego rzeczywistość na swoją korzyść. Bo oto potrzebował zbierać się w sobie do odezwania i proszę - mógł to zrobić, kupił sobie nieskończoność czasu. Nawet bez zatykania ust. Na tym bezludziu nikt im nie przerwie. Nikt nie stał nad ich głowami, nic tutaj nie przypominało o wczorajszym ataku. Bezkresna szarość, nijakość. Nie było tu absolutnie nic, a Laurent nie potrafił się stąd wydostać. Jeżeli nie kłamał i nikt mu lepszego pierścionka nie ofiarował - utknął tutaj z kimś niespełna rozumu. Kimś o kim mówił, że go kochał, ale tak naprawdę nie miał jeszcze okazji go prawdziwie poznać.

- Chciałem wyjechać do Ameryki - rzucił, kilkanaście sekund po zostaniu pocałowanym w czoło. Oczywiście nie brzmiało to tak dobrze jak w jego głowie, więc zrobił bardzo dziwną minę i odchylił głowę do tyłu opierając ją o siedzenie. Jedną ręką obejmował Laurenta w pasie, drugą przejechał po jego wargach, ale tym razem nie przycisnął palców do jego warg na znak, że ma nic nie mówić. Prewett musiał domyślić się tego sam - kiedy tylko mu przerwie, Crow straci wątek. - Żeby się zabić. Przestała kochać mnie z dwa lata wcześniej, ale kiedy zakochałem się w kimś nowym to przyszła powiedzieć mi, że go zamorduje. Nie miałem... Nic.

Nic oprócz tego planu idealnego. Zobaczyć kilka rzeczy, o których zobaczeniu marzył jako dzieciak, a później... mógłby strzelić sobie w głowę. Później nic nie miało znaczenia.

- Pojechałem tam żeby pożegnać się ze swoim ojcem, żeby go przeprosić za bycie takim śmieciem, ale jego już nie było. Był Alexander stojący dumnie w namiocie zarządcy. Poznał mnie od razu i jebnął mi w twarz tak mocno, że zobaczyłem światło. - Wtedy wydawało mu się jeszcze, że na to uderzenie zasłużył. Kiedy ktoś go o to zapytał przyznawał w jego obronie: dobrze zrobił, mówił do mnie zrozumiałym językiem. Po czasie, kiedy kolejny raz zaciskał oczy przygotowany na przyjęcie ciosu zaczynał dostrzegać w tym pewien problem. - A później przyjął mnie znowu. Pozwolili mi pracować w swoim warsztacie, dali mi cokolwiek nad czym mógłbym spędzać czas.

Wygiął się w tył jeszcze mocniej.

- On nie nienawidzi ciebie. - Fundamenty niechęci zbudował natomiast na tym, co usłyszał od Crowa. - On nienawidzi mojego życia na Ścieżkach. Nigdy nie chciał o tym słuchać i wykorzystywał to, że mało mówię. „Czekał” aż powiem mu prawdę. Ale kiedy prawdą okazywało się to, że nie mam już 10 lat, że jestem kimś zupełnie innym, to go niszczyło. Obiecałem mu, że jeżeli będzie mnie chciał, to zawsze do niego wrócę, ale nie wydaje mi się, żeby on chciał mnie. - Pomijał w ogóle fakt powątpiewania w to, że Alexander był gejem. Wystarczyło poczucie bycia niechcianym, kimś kto nie pasował do obrazka. Był dla niego zbyt brudny, za mało wesoły, niewystarczająco chętny do współpracy. - Zniszczyłem jego fantazję. Jestem... Bardziej tym oblechem z Podziemi, który tak desperacko chciał cię przelecieć, niż bratem którego pragnął.


RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - Laurent Prewett - 18.11.2024

Ach tak? Groźba? Obietnica? Brzmiało jak obietnica. Jak próba przekonania dziecka dorosłego, że pokaże, na co go stać! Jak ciągnięcie zębów psa za nogawkę, żeby udowodnić, że jeszcze raz może pogonić za tym patykiem, chociaż już nie ma siły wstać. Tymczasem przekonywał go morderca, który sypiał z nożem pod poduszką. To powinno zabrzmieć inaczej. Groźniej. Dostojniej? Dokładnie tego, czego by się nie spodziewał, ale nie dlatego, że wątpił w pozę Flynna. Nawet jeśli miał we wnętrzu pole do manewru ostrzegające przed tym, że na kolana brał go dziki zwierz, to nie sądził, żeby ten mężczyzna chciał tę swoją stronę kierować do niego. Laurent już dawno odkrył, że władza nad mężczyzną nie brała się z siły fizycznej, z siły charakteru, z zastraszania i słabych punktów, czy z handlu i perswazji. Ona brała się z wiedzy o tym, czego ten mężczyzna pragnął. Większość z nich myślała penisami - żadne to było odkrycie. Przeżywali, który ma większego, mniejszego, a ile ten z tamtym zaliczyli. Kobiet - no przecież, że kobiet. Kiedyś nawet rak był winą gejostwa, a nadmiar cukru sprawia, że dzieci się pedalą. Żadne odkrycie społeczne. Nie zmieniało to jednak faktu, że pragnieniami można było ich wodzić za nos. Nie mówić to, co mają, a szeptać rzeczy tak, by uwierzyli, że to ich własny pomysł. Ta nauka na błędach i sukcesach była bardzo problematyczna w tym przypadku, ale wystarczała mu do pewności, że Flynn za bardzo go chciał, żeby mówić o krzywdach fizycznych. Nie sprawiało to jednak, że miałby opory przed... zrobieniem takiej rzeczy, jak Dante. Czy to do niego pasowało? Nie wiedział. Za mało o nim wiedział.

I ta prawda wpływała na miłość. Mającej wiele wyrazów, a Laurent poświęcał jej swoje życie. Żył nią i oddychał, bo pragnął być miłowany, pragnął budzić trel serc do zakochania i być w końcu - miłowany. Na różne sposoby. Na wszystkie sposoby. Dopiero wtedy żył, kiedy lśnił, a lśnił, kiedy nie pozwalano mu gasnąć. Tego blasku, niestety, nie potrafiła odnowić miłość rodzinna. Nie zmieniało to tego, że nie chciał nikogo krzywdzić - sam chciał być uskrzydleniem. Boską wstęgą, którą można się zachwycić, aniołem ze skrzydłami, który obdarowywał piórami. Przewidywał dla siebie właśnie taki stan, do jakiego dotarł dziś. W tym braku chęci zranienia powiedzenie "nie kocham cię" było o wiele bardziej uczciwe niż zwodzenie. Przy Flynnie czekał na ciąg dalszy. Był gotów mu powiedzieć, że teraz musi z tym żyć - i zrobi z tym, co chce. Te słowa nie niosły ze sobą wielkiej deklaracji miłości - nie, to było nadal rozróżnienie. To było zakochanie, które sprawiało, że chcesz tą osobę poznać. Chcesz z nią spędzić czas. Chcesz jej poświęcić swoją energię. Ale Laurent na ten moment nie był gotów inwestować w tą relację czegokolwiek więcej... i ten moment potrafił łatwo się zmienić, kiedy padły następne słowa.

Domyślił się.

Wpatrywał się w niego - Szaleńca - aż chyba naprawdę skończył mówić. Może. Ale nawet wtedy Laurent niczego nie powiedział. Poprawił się, żeby do niego przylgnąć. To zabawne, jak działał ludzki umysł - że nawet czyjś pot może wcale nie śmierdzieć, jeśli wystarczająco tej osoby pragnąłeś. To, co dla jednych może być smrodem, dla ciebie mogło ledwo nie pachnieć najlepiej, albo wręcz - mogło ci się to podobać. I tak, dokładnie o tym pomyślał Laurent, kiedy oparł na jego obojczyku głowę, wsłuchując się w ulubioną muzykę, bardziej ukochaną niż szum morza. Bicie serca. O tym, że Flynn powinien naprawdę teraz śmierdzieć. A ledwo kiepsko pachniało jego ubranie.

Myślał też o tym, że powinien się bardziej bać, a przestał się bać w ogóle. Że powinien wariować od braku kontroli nad sytuacją, a wcale nie czuł się bez kontroli, kiedy Flynn w końcu tutaj usiadł i przestał krzyczeć i biegać. Kiedy do niego mówił. Powinien. Bo w końcu... nie znał Flynna Bella, tak?

- Przykro mi. Że cię skrzywdził. - Odezwał się dopiero po długiej chwili przemowy wiatru wśród zielonych łąk. - I dziękuję.




RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - The Edge - 18.11.2024

- Przyjąłeś to w bardzo wypaczony sposób - mruknął, przymykając oczy. Jego psychika działała w tych kwestiach w bardzo konkretny sposób - osoby na których mu zależało trzeba było chronić. I tak - w jego głowie istniało wiele elementów nie pasujących do tej układanki. Czerwcowa noc, po której wszystko zaczęło się sypać była najgorszym, najmniej pasującym puzzlem - pewnie zapodział się tu przypadkiem, a w rzeczywistości należał do innego zestawu? Prawda była taka, że gdyby wciąż dobrze odgrywał swoją rolę, gdyby nie chciał mieć Caina - wciąż żyliby razem, pozornie szczęśliwi. Mógłby utrzymywać go w przekonaniu, że wszystko jest w porządku. - Marzył przez lata o powrocie najbliższej mu osoby, ale zamiast niej do domu wrócił morderca, zboczeniec, oszust z podziemnego miasta. Spędziłem ten czas... Najgorzej jak się dało. Nie ma na to żadnego wytłumaczenia. - Tłumaczył go. Oczywiście, że go tłumaczył. Bo prawda była taka, że on też projektował tego młodego chłopaka na dorosłego faceta, który... Tak naprawdę to wiedział co robi. Wiedział kogo przyjmuje pod swój dach, kogo zaprasza do swojego łóżka, komu obiecuje, że ułoży jego życie i wszystko nabierze sensu.

Objął Laurenta mocniej, całując go w czubek głowy. Wraz z ustępującym szumem wracały do niego stłumione dźwięki harfy.

- Nie wiem za co mi dziękujesz - przyznał. Na pewno nie w kontekście jego słów. - Jestem... Obiektywnie złym człowiekiem. Zamiast mi dziękować powinieneś zakładać, że jestem zajebiście interesowny w tym co robię. - I wcale by się nie pomylił. Tak, był zajebiście skonfliktowany. Ze sobą. We własnej głowie. Ten niezwykły spór dotyczył tego czego on od Laurenta naprawdę chciał - z jednej strony wmawiał sobie, że wystarczyłoby mu to i owo, z drugiej - oh nie, on wcale nie chciał go wypuszczać. Chciał go mieć dla siebie, momentami paskudnie go uprzedmiatawiał, do poziomu od którego robiło mu się wstyd. - Nie boisz się mnie chociaż widziałeś do czego jestem zdolny. - Ludzie nie byli idealni i nie można było tego od nich oczekiwać, ale on... Posiadanie wad było kroplą w morzu problemów, jakie ze sobą przynosił.

I zadał te wszystkie pytania, ale nie odpowiedział na żadne z nich.


RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - Laurent Prewett - 18.11.2024

Naprawdę? Aż tak to było pokraczne? To, że jest ci tak po ludzku, zwyczajnie przykro, że ktoś, o kogo dobro chcesz zadbać, z jakiegokolwiek powodu źle się czuł? Winy rzadko leżały po jednej ze stron, ale przemoc... nie musiał tego mówić na głos - w ciszy doskonale to wiedzieli i pamiętali. To, jak Laurent tej przemocy nie znosił. Przekładał to jednak na te "chłopski rozum". Mężczyźni lubili sobie czasem dać po mordzie, a ostatnio dziękował Atreusowi za to, że przypierdolił Nottowi, bo sam nie potrafił. Więc... może... nie wiedząc o tym, że potem był jeszcze raz i kolejny, a nieporozumienia i niechęci rosły między tamtą dwójką. Musiały urosnąć bardzo szybko... albo wcale się nie śpieszyły. To po prostu Crow był za bardzo przywiązany. Jak pies.

- Ludzie się zmieniają. Nawet jeśli czasem ciężko to zaakceptować. - Pojawia się wyparcie, niechęć, "kiedyś taki nie byłeś" i różne zdania czasem przykre. Coś, czego akurat nie doświadczył między Aydayą i Edwardem, ale to małżeństwo miało własne problemy. Jak zresztą każde. Nasłuchał się za to tego typu haseł zewsząd - nie było o nie trudno, skoro część małżeństw była aranżowana wręcz na siłę, a niektóre w młodym wieku. I później przychodziło rozczarowanie, kiedy się dojrzało. Tylko że nie powinien tutaj komentować nie wiedząc dokładnie, jaka była tam sytuacja. Dostał namalowany obraz, a musiał przypatrzeć się szczegółom. Tam tkwił Diabeł.

- Za podzielenie się historią. - Otworzenie się. Bo tym to właśnie było. Najwyraźniej potrzeba było wstrząsu anafilaktycznego, żeby do tego doszło, ale oto są! I w dodatku - żyją! Oby do tego samego wniosku doszedł Alexander (i to ten z jego domu, nie z cyrku), bo inaczej po powrocie zastanie w domu siostrę, Victorię, Florence i pewnie Atreusa, którzy będą wariowali, że znowu coś mu się stało. W beznadziei chwili jego głowa zrodziła żarcik, że może to jest rozwiązanie teraz - dać się porwać Dante, to ta czwórka z Flynnem włącznie sami go rozszarpią. - Nie wątpię w tą interesowność. Ale tak jak masz za co przepraszać, tak jak mam za co dziękować. - Na szczęście. - Pomyślałeś w swojej interesowności, że teraz sam stoisz na granicy? - Och, jak on to lubił! Jak bardzo lubił ten dźwięk serca i kiedy drżały struny głosowe. Całe ciało wydawało się wtedy wibrować, a on czuł się jeszcze lepiej niż pod taflą wody. - Potrafię dać wiele szans, ale te szanse nie są nieskończone. - Granica nie była zero jedynkowa, ale nie była aż taka giętka. - Nie boję się. - Przyznał mrukliwie. - Ponieważ wiem, że jesteś interesowny. I wiem, gdzie leży twój interes. Możesz zniszczyć świat dookoła, a ja będę się bał tylko tego, że pokaleczysz sobie ręce. - Bo tak w odwrocie... - A ty, Crow? Nie boisz się?




RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - The Edge - 18.11.2024

Od razu dało się wyczuć, że Flynnowi nie podobało się to gadanie o zmianach, o ich oczywistości. Wzdychał inaczej, zaciskał palce na jego boku i nie komentował tego otwarcie, ale coś przecież musiało być nie tak. On beznadziejnie udawał. Od razu przestawało dziwić to jak się ubierał - wysyłał komunikaty sprzeczne z tym jak wyglądały jego psie oczy. Gdyby ubierał się jak wszyscy, byłby mordercą wyglądającym jak przerażony, wiecznie skołowany szczeniak.

Logiczne tłumaczenie takich rzeczy. Tu już nawet nie chodziło o brak pełnego obrazu, tu chodziło o próbę wyjaśniania tego logicznymi argumentami. Emocje nie były logiczne. Emocje w dupie miały nieuchronność upływu czasu i nadchodzące wraz z nim zmiany, przynajmniej w tym kontekście.

- Cały czas się boję - między innymi tego, że przyznał się do strachu. Nie powinien. Tak samo jak nie powinien przyznawać się do swoich słabości. Posiadał ich aż dwie i cokolwiek świat chciał o tym uważać, miał to w dupie - uczucie topienia się od ich spojrzenia mogło czynić go desperatem. Co z tego, że nim był? Dlaczego miałby się wstydzić tego, że ktoś trzymał go na smyczy? On im pomagał przypinać ten łańcuch do nadgarstka dla pewności, gdyby przypadkiem zechcieli go zgubić. - Ale... - Znów się poruszył. Poprawił to w jaki sposób siedzieli i znów serce zabiło mu mocniej. - Ty dobrze wiesz gdzie znajduje się mój interes, bo znajduje się pod twoimi nogami. - Znajdował się blisko tonu, którym flirtował, ale to nie było dokładnie to samo. - Jesteś kimś, kto chyba rozumie tę część mnie. Ja dobrze wiem, że to lubisz. Robienie z nas kompletnych debili, kiedy tylko pojawiasz się w zasięgu wzroku. Wiem, że tam są inni, że... - że się im oddajesz i nazywasz się dziwką bo to co na Ścieżkach było iskrą, dzisiaj było w twoim ciele pożarem. - Ugh, chodzi o to, że... - Że to absolutnie uwielbiał. Bycie zdominowanym życiowo tak jak on dominował ludzi w łóżku.

Przesunął palcami dłoni, która nie trzymała go za biodro po jego skroni i policzku. Odgarnęła mu z twarzy kosmyk włosów.

- Jesteś idealny. Jesteś pieprzonym arcydziełem. Nie opuszczasz moich myśli. Jesteś... Całkowicie wart tych wszystkich spojrzeń i... - Nabrał powietrza. Głośno, głęboko. Próbował się do czegoś w sobie zebrać, jednocześnie wydawało mu się, że to wcale nie jest dobry moment.


RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - Laurent Prewett - 18.11.2024

Gdzieś może leżał klucz do odpowiedniego zamka, który pozwalał dostać się jeszcze głębiej do Flynna. Pomóc go rozkodować, przekodować, zakodować na nowo. Gdzieś też leżał klucz do kłódki, żebyś mógł przekodować samego siebie. Może wtedy gdzieś znajdzie się wspólny ton, w którym zrozumienie nie będzie przeskakiwaniem siebie wzajem w locie, a zatrzymaniem się przy sobie wzajem. Jak... na chwilę zatrzymali się tutaj. Całe uniwersum musiało przestawić swoje gwiazdy i planety. Musiało się stać coś strasznego, coś niemal ostatecznego. Coś, po czym nie było już żadnego kodowania i żadnych drugich szans. Po prostu by nie było. Tymczasem jesteś ty, a wraz z tobą wstyd tego, czego się dopuściłeś. Nie przed Flynnem - przed tym, jak zawiedzeni byliby najbliżsi. Dlatego nie chciał, żeby ktokolwiek się dowiedział o tym ekscesie. A raczej... o prawdziwej naturze tego ekscesu. Nikt... ale Flynn już wiedział. I wydawało się to bardzo naturalne, żeby wiedział. Naturalne, żeby poczuł ten ciężar.

Uniósł się tylko trochę przy tym poprawieniu. Wyciągnął bardziej nogi, podparł trochę inaczej. I usiadł tak, żeby móc spojrzeć mu w oczy. Czekał. Nie przerywał. Tak, miał rację - lubił to. Flynn też rozumiał tę część jego jak nikt inny. I uwielbiał to zrozumienie, bo nie było w tym oceny. Krytycyzmu, przygany. Nawet jeśli nie musiało to wzbudzać pozytywnych uczuć - och nie, bo na to nie wpadł. To zakończenie zdania nigdy niewypowiedzianego. Tak jak nie mówił on, nie przyganiał, nie przerywał. Czekał. A kiedy te słodkie komplementy zalały jego ciało - Jutrzenka nieco zajaśniała. Jak migotanie fal, kiedy słońce w końcu chociaż rąbkiem wychyliło się zza chmur. A to przecież był tylko uśmiech. Czy uśmiech może zastępować słowa? W świecie, gdzie Flynn wolał milczeć - na pewno. Ale milczenie nigdy nie było czymś, co go w pełni zadowalało. Można przemilczeć wszystko i to działało. Na dzień. Tydzień. Może nawet rok. A potem się okazywało, że już zupełnie nic nie działa i nie ma czego zbierać. Nie ma nawet kawałki wazy do naprawienia.

- I..? - Cokolwiek Flynn chciał powiedzieć wydawało się sterczeć bardzo daleko i głęboko za tą linią. Za okopami, za grubymi murami. Coś ciągniętego na jego plecach pługiem - może wywlókł to właśnie z tych pól.