Secrets of London
[28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent (/showthread.php?tid=4431)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8


RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 05.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iLpRvj2.png[/inny avek]

Nie. Tak. Tak? Nie. Co robić i gdzie zrobić, odsunąć się i odejść, sprzeciw gdzieś w głowie rozbijający się w zupełnej sprzeczności do tego, co sam robił. Napięcie go zabijało, ale jeśli to miała być śmierć to mógłby umierać po stokroć. Byle mógł skończyć między nogami Flynna. Niecierpliwość własnego ciała aż go zadziwiała. Jak zachęcała do gwałtowniejszych ruchów, a przecież zawsze lubił tę powolną grę. Układanie się w pozycji kontroli nagle kosztowało więcej niż zazwyczaj, ale i satysfakcja na samym końcu pulsowała o wiele większą siłą. Ja pulsowała krew odpływająca w dół. Jak zmieniał się oddech, jak robiło się coraz goręcej i chyba zaraz z tego wszystkiego zacznie się pocić. Albo już się pocił, wtórując tym ruchom zapraszającym go do środka?

Mówił, że chyba nie lubił tego w tym wydaniu, o jakim myślał. Czyżby? Laurentowi chodziła po głowie myśl zabawy do spróbowani z nim, której wiedział, że nie spełni. Albo może po prostu nie teraz? Zabawę słowami. Gestami, kiedy jedno ciało nie dotykało drugiego. Czy by się to Flynnowi spodobało - nie miał pojęcia. Człowiekowi, który tak bardzo potrzebował ciała przy ciele. Wydawało mu się to perfekcyjnym rozwiązaniem dla punktu, gdzie dotykanie siebie samego było tak odstręczające. I... no właśnie - eksperymentem. Zabawa wyniesiona z burdelu będąca eksperymentem dla ich dwójki. Ale teraz nie widział siebie w tych jasnych, szarych oczach odbijających się w lustrze. Widział Flynna. Słyszał Flynna. Mimo tego obrzydliwie łagodnego głosiku, którego używał do mówienia, mimo delikatności ciała wyczuwanego pod palcami.

Skupienie? Malało. Formuco[? ormulalilololo... głowa zmieniała od razu wulgarnie mądre słowo w fallusa i nakierunkowywała się na potrzebę wymagania z tego gardła dźwięków nie pozwalających na wykrztuszenie z siebie składnego "tak", a co dopiero składnych zdań. Łatwo tego pragnąć, a w gruncie rzeczy on sam już gubił szyki zdań i niewiele zrozumiał z tego, co było do niego mówione. O bogach, o czynach, o prawdziwe. Tak. TAK! On czuł się teraz Bogiem, który mógł dokonać wszystkich czynów. Trzymając Flynna w swoich rękach, zaciskając na nim dłoń, a drugą zsuwając te spodnie w dół, by wsuwając palce w niego. Nie mów tyle - ale tego z siebie nie wydusił, bo jego płuca wyduszały z siebie tylko sapanie.

- Chcę. - Wymruczał drżącym, głębokim głosem w jego kark. Chyba jedyne, co w tych niby znanych, a jednak kompletnie nowych doznaniach wybuchających pod swoją czaszką mógł wykrztusić.




RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - The Edge - 05.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=C5Wsya3.png[/inny avek] Nie powinien tego robić. W głębi duszy widział, że to nie wynikało z obustronnej, pełnej i niewinnej chęci zbliżenia, ale z tego czegoś, co w nim zawsze drzemało niezależnie od sytuacji. Rozumiał to, naprawdę. To jak wiele osób odbierało jego poczynania za uległość, za oddawanie się komuś. Nikt poważny, kto nazywał się panem sytuacji, nie mówił o sobie jak o rzeczy, która mogła być posiadana, ale Flynn nigdy przecież poważny nie był.

Lubił być obiektem pożądania.

To była największa, najprawdziwsza z prawd, najbardziej obdarte z kłamstw zdanie, jakie można było o nim powiedzieć. Może nawet nie lubił - uwielbiał. To, że kręcił we łbie Fontaine, chociaż był jeszcze młody i zupełnie niedoświadczony. Podobało mu się, jak Alexander pada mu do stóp, chociaż ranił go raz za razem. Czuł się bogiem, kiedy ktoś taki jak Cain łamał wszystkie te swoje sztywne zasady, żeby tylko móc zaczerpnąć powietrza z tego samego pomieszczenia co on. Było coś osobliwego w takiej władzy. Nie była brutalna, on przecież nigdy nie lubił wyzysku i wymuszania siłą... Niekoniecznie lubił też takie zmuszanie do uległości, jakiego wielokrotnie zaznał na Ścieżkach, obcując z towarzystwem bardzo spaczonych dusz. Ale... była jeszcze ta władza rodząca się w pełnych napięcia spojrzeniach, w drżeniu dłoni na jego biodrach, w głębokim, palącym pragnieniu, od którego przyćmiewało ci głowę. Uwielbiał? Nie, on to kochał - bycie czyjąś tęsknotą, czymś, od czego nie chciało się uciec. Nie dało się od niego uciec. To dla niego była prawdziwa dominacja - świadomość tego, że kiedy znikałeś, nie dało się zastąpić niczym twojej obecności, a kiedy byłeś, trwałeś jako obiekt bezkresnego oddania. Oczywiście, że o tym myślał. O łańcuchach i rozkazach, o sznurze krępującym ruchy, ale te rzeczy były przecież w większości dla niego. O sobie mówił jak o psie, jak o czymś dzikim, o czymś nieokiełznanym, co wcale nie chciało uginać się pod naporem palców. To jego trzeba było pętać - jego władzą miała być to, że jeżeli nie uśmiechnie się do kogoś danego dnia, temu ciężko będzie oddychać.

Nie powinien tego robić. Tak mu szeptały te iskry dobroci skryte pod płachtami kompletnego zepsucia w tym zakresie. Nie potrafił tego nie zrobić. Bo tak mu mówiła natura, która za wszelką cenę chciała Laurenta zniewolić. Może nie powinien tak o tym myśleć? Miłość... Miłość przecież była czymś pięknym, tak? Czymś cenionym i pożądanym. Potrafiła przyjmować różne oblicza - nie tylko słodkie słowa, czasami przyjmowała oblicze przyspieszonych oddechów, sapnięć, jęków dobiegających z łazienki. Niby tych samych, bo przecież dla postronnego obserwatora ich licznych igraszek niewiele by się zmieniło, a dla nich zmieniało się tak wiele, że nie sposób było pojąć to myślami. Co by mu było z opierania się temu? Odwracałby dalej wzrok, unikał dotyku, zatykałby uszy kiedy znów zechciałby rzucić w jego jakimś komplementem - męczyłby się tak strasznie, a na końcu i tak któryś z nich by się potknął, upadł na ten głód, a jak się już w nim leżało, nie dało się z niego uciec. To psuło jego grę, one zawsze kruszyła się wtedy, kiedy dołączały do niej nachalne ruchy i celowe sprowadzanie rozmowy na tor przyprawiający drugą stronę o gorączkę. Bo to miała być obecność - gdzieś poza pełnym spełnieniem, bo kiedy był czymś w pełni zdobytym, przestawał być tak intensywny. Ale nie mógł się powstrzymać. Ten moment, w którym logika przestawała walczyć i jego ruchom wtórował ktoś napięty do granic możliwości, szepczący coś błagalnym tonem, to też było jakieś zwycięstwo, może nie nad wolą, ale nad ciałem.

Kiedy leżeli razem w wannie i Crow palił papierosa, dając Laurentowi wylegiwać się na sobie jak zawsze i badając ręką zakamarki... swojego (?) ciała, czuł się niemal tak dobrze jak wtedy, kiedy dopuścił go do siebie tamtego dnia po incydencie na plaży, kiedy tak czekał jak gdyby nigdy nic na to, aż się obudzi. Na tarasie. W tej kusej piżamce, czy co to kurwa miało być. Myślał o tym cały czas. O smaku, który jeszcze szczątkowo czuł w ustach. O uderzeniach biodrami, które pchały go na umywalkę, a później wgniatały w szafkę. O tych jękach, o wulgaryzmach i niepoprawnych słowach opuszczających jego usta raz za razem, bo w przeciwieństwie do Laurenta nie potrafił być cicho. Nie kiedy go mógł zalać taką falą skrajnej obsesji, żeby sobie wyrył swoją boskość w głowie przynajmniej do czasu następnego zbliżenia. Był doskonały, zawsze będzie go chciał jeszcze i jeszcze i szybciej i mocniej i... ah.

Podał mu papierosa, żeby go sobie dopalił, a sam zabrał się za przygryzanie płatka jego ucha i długie, delikatne ruchy po jego klatce piersiowej i brzuchu. Zastanawiał się, czy potrzebował powtórki, ale jeszcze nie zadał tego pytania. Sam nie był nawet odrobinę zdziwiony tym, że tej potrzeby nie czuł. Praktycznie zawsze to on inicjował drugi raz.

- Mówiłem to całkowicie serio - szepnął. Nie zwodził go wcale. - Zapleciesz mi ten wianuszek?


RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 06.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iLpRvj2.png[/inny avek]

Nie czuł się tak kwitnąco zmęczony jak zazwyczaj, kiedy mógł opierać głowę na klatce piersiowej Flynna. Bóg? Tu nie było Boga. Był zawód. Wszystkim, co zepsute, ludzkie i niemożliwe do powstrzymania. Niemożliwe. Żałosne było to, że nie mógł się powstrzymać i tutaj nawet nie było pola do manewru. Zawiedziony był tym, że było to takie żałosne w swojej pierwotności. Ta pierwotność odwoływała się do niesmaku dziwności tego doświadczenia, które ocierało się czymś nieprzyjemnym o jego skórę, chociaż nie potrafił tego nazwać. Niby leżeli w tej wannie, jak zawsze, ale te malutkie tyknięcia w głowę mówiły, żeby może jednak stąd wyjść. Po opacznym doświadczeniu siły, którą średnio kontrolował i nawet nie chciał zerkać, czy czasem nie pojawią się jakieś plamki na bladej skórze jego własnego ciała. Bóg. Pojawił się na chwilę i równie szybko stąd wyszedł, kiedy głód człowieka łatwo oddającemu się pokusie został zgaszony. Płomień buchający zostawiał po sobie pył. Pył rozganiany był przez wiatr. Co dalej? Rozgrzana ziemia stygła, wyjałowiona z wszelkiego życia. Co dalej? Coś mogło tutaj nowego wyrosnąć - trzeba tylko dać temu chociaż małą szansę...

Sięgnął po fajkę. Okropne. Zamiast pięknego zapachu róż albo białych kwiatów - smród tytoniu. Obrzydliwe. Ale wziął z lekkim uśmiechem i dopalił. Jakoś z tym papierosem było łatwiej. To, co chciałby, żeby rzucił i nie powinien teraz palić nawet jednego papierosa. Ale z drugiej strony wiedział, że Flynn wróciłby do tego ciała i pewnie nadrobił za wszelkie czasy, szczególnie przy tej irytacji, która rosła, kiedy nałóg nie był zaspokajany. Ten zapach mocno wgryzł się już w jego usta i palce. Ten smak tytoniu zostawał w nim. Czy dało się jakoś to zmienić..?

Nad tym myślałby dalej, uciekając od smętnego zawodu tym doświadczeniem, jakie miało tu miejsce (a jednocześnie intensywnie niesamowitego, które warto było przeżyć), gdyby nie hasło o wianku. Temat, który oderwał go jeszcze mocniej - i to w zupełnie innym kierunku. Albo i nie? Prawie wrócił. Kolejne złe doświadczenie - spleciony wianek. Wspomnienie, które popsuło relację... ale tutaj nie przekładało się ponurością na zapytanie. Przekładało się na nie nadzieją.

- Uważasz się za truciznę dla ludzi, ponieważ masz "trudny" charakter. - Uśmiechnął się, wypuszczając dym z płuc. -  Dla mnie jesteś lekarstwem na każdą truciznę, którą ludzie we mnie wszczepili. - I z części nawet sobie nie zdawał sprawy. Bo ten przeklęty wianek był kolejnym wisielczym sznurem w katalogu przeszłości. Zamkniętym katalogu. - Dobrze, że mówiłeś poważnie. Ja bardzo poważnie byłbym zawiedziony, gdybyś powiedział, że żartowałeś. - Czuł się zmęczony w inny sposób, niż we własnym ciele zazwyczaj. To był... dobry sposób zmęczenia. To wszystko, co tak zachwalali ludzie aktywni - że zmęczą się fizycznie i później mogą spać spokojnie. Dokładnie to odczucie wyłapywał teraz. Jednocześnie wcale nie był śpiący. - Zbierajmy się z tej wanny. Nie chcę, żebyś przegapił... - zachód słońca. Zawiesił się jednak z tym dopowiedzeniem, bo ten dziwny sen znowu go nawiedził. Co to wtedy było..? Festiwal. Ciasto. Fajerwerki. - ... zachód. - Dodał w końcu z uśmiechem.




RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - The Edge - 06.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=C5Wsya3.png[/inny avek] Pierwsze zdanie, będące zapowiedzią dłuższej wypowiedzi, wyraźnie zbiło go z tropu. Na moment stracił wesołą minę pełną satysfakcji i pobladł, ale tylko na moment - bo po tym następowała kontynuacja. Nie była aż tak słodka, aby w pełni wymazać to napięcie, ale przypominała o tym, że to nie była dla niego zła scena. Trochę na opak, owszem. Ale to wciąż była scena miłości. To wciąż były ich ciała, ich bijące serca, ich dwie dusze splątane z pewnością czymś więcej niż przelotnym romansem, a więc dającym nadzieję na trwałość, o której marzył i o którą tak bardzo chciał zabiegać.

- Nie żartowałbym z tego - przyznał nagle, sam nie spodziewał się po sobie aż tak głębokiego wyznania. - Zawsze chciałem wziąć ślub, to wydawało mi się bardzo... romantyczne. - Faktyczne kiepem był strasznym, ale jego bliscy  to w większości pary, albo ludzie dążący do życia w związkach. Owszem znał wiele osób, które uważały te wszystkie obrzędy i wycieczki do urzędu stanu cywilnego za głupoty, ale on sam... naprawdę ucieszył się z tego, że Alexander chciał od niego coś więcej. Szkoda, że to tak szybko się skończyło. - Nie możemy z wielu powodów - bo się oboje urodzili mężczyznami, a nawet gdyby do tego dopuszczono, to wciąż był człowiekiem nieistniejącym w żadnym rejestrze, ani by go do kościoła nie wpuścili, ani do kowenu, a już tym bardziej do grona rodziny Prewett - ale przysięgę przed rozgwieżdżonym niebem składać ci mogę kiedy chcę. Jeżeli bogowie istnieją i będą przeciwko to najwyżej pierdolnie nas piorun. - Chciał mu nawet wspomnieć o motywie filmowym podróży do amerykańskiego miasta hazardu, ale zamiast tego pocałował go czule w policzek. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że mówi mu o ślubie po kilku tygodniach związku, kiedy on miał w głowie rozterki na temat tego, czy chciał seksu sprzed chwili. Gdyby o tym wiedział, to by się od razu przymknął. Nieświadomość czasami stanowiła największe błogosławieństwo. - Okej, ale... - cmoknął ustami, widząc jak ten się zawiesił - wszystko w porządku? - Odetkał magią korek, pozwalając wodzie powoli spływać do odpływu, a sam przesunął palcami po jego plecach i charakterystycznie dla siebie przekręcił głowę w bok. Tatuaż skrzydeł na plecach krzyczał mu teraz okropne rzeczy, ale on pozostawał na nie głuchy. Pocałował go w szyję. - Nie muszę o tym pierdolić jeżeli cię to przytłacza.


RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 06.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iLpRvj2.png[/inny avek]

Cieszyło go to, że teraz trochę bardziej rozumiał Flynna. Te emocje, które tak głęboko wchodziły w jego żyły, które były jak wieloletnie drzewo, które musiało walczyć o swoje ukorzenienie. Te myśli, które w części zostawały z nim, ale i w części tkwiły w ciele. Nieodłącznie związane z tym, jak funkcjonował i jak przechodził przez swoje życie. Laurentowi nawet nie podobało się to, że jego skóra na dłoniach była tak dziwnie naciągnięta, tak nieprzyjemnie mu się wszystko łapało w te dłonie. Nie podobało mu się to dziwne uczucie swędzenia na najbrzydszych z blizn, niektóre wręcz... bolały? Wystarczyła jednak długa kąpiel, żeby prawie wszystkie te efekty rozmywały się wraz z mięknącą skórą. Jasne, że musieli teraz wyjść - bo przecież to nie jest tak, że po kąpieli, przed nocą, można tak po prostu się położyć. A przynajmniej nie zamierzał tego robić teraz.

- Też o tym marzyłem. - Przechylił głowę, mając przed oczami wizję tej pięknej uroczystości. Odruchowo zanucił, chcąc wywołać wizję - ale nic się nie stało. Nic się nie zmieniło. I jego głos brzmiał też dziwnie w tym nuceniu - nawet jeśli doskonale wiedział, jak operować dźwiękami, to różnica skali głosu jego a Flynna... ach, nie było co porównywać. Mężczyzn zdolnych wyciągać damskich sopran było przecież paru na krzyż. - To jest romantyczne. - A Laurent był romantykiem całym sobą. Nawet jeśli czasami przeżywał dysonans między tym, jak tu  złapać kwiatka, kiedy poci ci się dłoń na randce, a przecież wypada go przekazać, to nie może być taki zmacany i... och, straszne! Okropne dla kogoś, kto chciał, żeby takie chwile były jak z bajki - nawet jeśli bajką nie mogliśmy żyć to mogliśmy uczynić niektóre chwile magicznymi. Teraz ta chwila powinna być bardziej magiczna - gdyby nie to jego małe rozkojarzenie. Podobało ci się w końcu to, że ta wizja była połączona. Że on też tego chciał, też to uważał za romantyczne - nawet jeśli nie mogli. Och, trudno. Będzie przepraszał Bogów, że jednak żadna z niego kobieta. Zaśmiał się cicho, kiedy padło hasło o piorunach. - Przed ślubem powinny być zaręczyny. - Nie te śmieszne, niepoprawne, które... które były żartem, bo Flynnowi nigdy o zaręczenie się nie chodziło. - I proszę się nie śpieszyć. Nie docenię pośpiechu. - Bo to powinna być magiczna chwila! I nie powinna mieć miejsca tu, zaraz, teraz. Więc kiedy? Wybór dnia i godziny - najgorszy koszmar. A Laurent nawet przez milisekundę nie zastanowił się, że przecież rola nie musiała być tu oczywista, czy kto komu oświadczał się będzie. Mógł doświadczać nowego poziomu męskości w tym ciele, ale był nadal sobą. Zgasił niedopałek w popielniczce. - Tak, ja... - ja co? Co ja? Co miał powiedzieć? Prawdę, że znowu maił jakieś deja vu prawie jak ze snu, czy może powiedzieć o tym, że był rozkojarzony przez to, że nie wiedział, czy żałował tego seksu, czy wręcz przeciwnie? - Niee, nie... - Pokręcił głową, z uśmiechem, sięgając po prysznic, żeby spłukać z siebie pianę. - To mnie nie przytłacza. To mnie cieszy. - No i gdzie to wiecznie wyczekiwane "ale"? - Kiedy tak się zastanawiam nad nami to ciągle myślę o tym, gdzie tkwi błąd między twoim chcę a moim brakiem wyczucia tego. Przypomniał mi się znów sen. Chciałeś w nim bardzo iść na festyn, bo dawali tam dobre słodycze. Zawsze na niego czekałeś - ten konkretny festyn. A ja nie wiedziałem, co mam zrobić. Chciałeś tam iść - więc to było naturalne, żeby tam iść. Wypełniać czyjeś oczekiwania. Spełniać czyjeś fantazje. Zamiast tego powiedziałeś, że wcale nie musimy. Że jeśli chcę posiedzieć w tej wannie to możemy. Pooglądasz fajerwerki z okna, albo wcale. - Miał wrażenie, że przynajmniej na ten moment pod jego skórę wsunęło się zrozumienie. Jak korzenie drzewa. Powoli wyszedł z wanny, ale tylko po to, żeby się do niego obrócić i opłukać teraz jego. - Ty niewiele mówisz o tym, czego naprawdę chcesz. Ja przywykłem do tego, że ludzie mówią, czego pragną. Ty chcesz spełniać moje marzenia. Ja chcę spełniać pragnienia innych. Czy my się tu nie spotykamy..? W tym punkcie potrzeby spełniania życzeń, żeby chociaż przez chwilę poczuć się potrzebnymi? - Spojrzał w oczy Fly... swoje oczy. Trochę je przymrużył, bo w tych półcieniach łazienki gorzej widział. - Czuję się często bardzo niepewnie, bo nie wiem do końca, co ci odpowiada, a co nie... a to, czego nie chciałbym najbardziej to męczyć cię czymkolwiek. - Przesunął rękoma po jego długich nogach. Nie brzmiał wcale smutno, wręcz przeciwnie. Ciepło biło z jego głosu i z jego oczu. - Ale z perspektywy czasu wydaje mi się głupie, że czasem tak namolnie doszukuje się tych potwierdzeń. Nie dlatego, że źle robię, martwiąc się o twój komfort. Dlatego, że jesteś uparty i kiedy na coś już ustalisz azymut - pozwalasz sobie na przeoczenie ulubionego ciasta, bo wolisz spełnić moją zachciankę. - Zakręcił wodę i wyciągnął po Flynna dłonie, żeby mu pomóc wyjść z wanny. - I może, koniec końców, najbardziej głupio mi powiedzieć, jak bardzo mi dobrze z tym, że ktoś taki pojawił się w moim życiu. Z tym, że mogę sobie na to pozwolić, bo ciebie to nie krzywdzi tak, jak ja nad tym dramatyzuję. Stawianie siebie na pierwszym miejscu... to przywilej. Ale pewnie nie zdziwi cię to, że wolę zejść z tego podium na miejsce drugie, żebyś ty stawał na pierwszym miejsc na zmianę ze mną. - Ucałował go łagodnie w czubek nosa po otuleniu go ręcznikiem.




RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - The Edge - 08.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=C5Wsya3.png[/inny avek] Kiedy Laurent przechylił głowę, Flynn przełożył papierosa do mokrej dłoni, żeby pogłaskać go tą suchą. Pocałował go we włosy, odrobinę rozkojarzony tym, że nie była to ta jego kochana blond czupryna, tylko ciemne, grube pukle kręcące się we wszystkie strony.

- Dobrze, księżniczko. Ale myślałem, że Beltane i Litha to właśnie czas zaręczyn - zauważył. Może i nie siedział głęboko w sprawach wiary, bo miał swoje wyryte mocno przekonania, z których rezygnować nie chciał, ale Koło Roku było podstawą życia Fantasmagorii i rozumiał sposób jego działania. To jak rządziło życiem czarodziejów, do czego ich pchało, do jakich tradycji i rytuałów zachęcało i dlaczego robiło to w tym konkretnym czasie. W maju i czerwcu można było jeszcze z powodzeniem zamaskować zaręczynami wpadki z początku roku, kiedy noce są tak długie, że pary budzą się przed rankiem i czasami z czystej nudy bawią się w łóżku. A przynajmniej tak sądziła ta jego strona, która do wszystkiego podchodziła z drwiną. - Nie zależy ci na tym, żeby to biegło z cyklem wytyczonym przez kowen? - Jemu, rzecz jasna, absolutnie nie. Te tradycyjne rzeczy wpisywały się jednak w to słowo - w romantyzm skryty w tym, co dla dwójki facetów było zwyczajnie nieosiągalne. Crow... spoglądał na to pod kątem swoich niedoborów. Noszenie obrączki znaczącej tyle, iż ktoś go uznał za swojego i chciał, aby każdy o tym wiedział, aby taka głupia biżuteria stała się przypomnieniem. To coś, czego nie zrobił z nim do tej pory nikt. Spędził w Podziemiach piętnaście lat, niby wszyscy wiedzieli o tym co ich łączy i nie wstydziła się jego obecności, ale to...

Złożył jeszcze kilka drobnych pocałunków na jego rozgrzanej skórze, zanim zalał go potok słów.

Słuchał go. Jak zawsze. Nie wcinał się w to, co było do niego mówione - zamiast tego przybrał nieco pasywną rolę - tę, w której dawał obmywać się z piany i wyciągać z wanny. Było dziwnie, inaczej niż zwykle. Nigdy jeszcze nie podnosił się z takim trudem, ale nie myślał o tym szczególnie głęboko, bo był skupiony na tej opowieści o pragnieniach. I oczywiście w żaden sposób jej nie skomentował. Uśmiechnął się dziwnie, wycierając z resztek wody, po czym przytulił go do siebie lekko jedną ręką i ucałował w czoło. Zdawał sobie sprawę z tego, jaką frustrację musiało generować momentami jego milczenie, ale co z tego? Nie było mowy, żeby pociągnął temat tak po prostu. Przestał się do niego odzywać. Znów biernie towarzyszył mu we wszystkim, co robił. Ubrał się wpierw, później był gotów na wszystko - chwycił każdy podany mu kocyk, wyszedł za nim na zewnątrz.

Światło w domu w tym czasie się zmieniło, ale nie zmieniło się jego natężenie, tylko... kolory. Chyba nigdy wcześniej tego nie zauważył. Tego, że opadające w dół słońce zmieniało atmosferę na inną, dla niego robiło się tylko ciemniej i ciemniej, aż wreszcie nie zgasło, chowając się za horyzontem. Teraz jeszcze uporczywie trzymało się niemal szczytu nieba, a już coś się zmieniło.

Mowa wróciła mu wraz z zanurzeniem nóg w piasek. Grzebał w nim dłońmi poszukując ciekawych muszelek. Przespacerowałby się wzdłuż plaży i poszukał ich po wierzchu, ale nie miał już siły. Poszedłby na drzemkę, ale wtedy straci coś - ten widok - narzekał wcześniej właśnie na to gadanie, że może chce coś zobaczyć, jakby miał zrobić sobie jakąś listę - dodał więc na nią jeden punkt i tak czy siak, mógł temu nie podołać. Jeżeli Laurent był obok, oparł się głową o jego ramię.

- Ja... mhm... - przerwał wreszcie ciszę ze swojej strony, pokazując tym samym, że przez cały ten czas o tym myślał. Mówiłem ci o tym raz. Jest taki... gabinet luster pod Londynem. Ludzie tam widzą najskrytsze pragnienia swojej duszy, a ja nie widziałem tam nic. Podrapał się po nosie w nieco niezręczny sposób. - Nie wiem, co ci na to wszystko odpowiedzieć. - Zacisnął oczy. - Nie rozumiem, czego ode mnie oczekujesz. - Zgubił się w tym zupełnie i wcale nie potrafił wyciągnąć z tego meritum - a nie był ani człowiekiem łatwym do ułożenia i modelowania pod swoje widzimisię, ani kimś głupim, pozbawionym rozumu. Widział właśnie wszystkie kolory świata, ale pozostał całkowicie ślepy na jedno - że cała ta opowieść Laurenta mówiła właśnie o tym, że czasami nie powinno liczyć się to, czego oczekuje Laurent. W tym związku nie musiał robić rzeczy po swojemu, a później maskować ich siecią kłamstw mających stworzyć złudzenie, jakby jego charakter i nawyki dało się jakoś wymodelować...


RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 08.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iLpRvj2.png[/inny avek]

Tradycje. Jego rodzina nigdy nie podążała śladami kowenu, gdzie "nigdy" oznaczało słowo szeroko posunięte w dal bliską Laurentowi. Nigdy. Nigdy znaczy poprzednie i jeszcze poprzednie pokolenie. Jego dziad i babka szanowali tradycję, ale niekoniecznie wierzyli w siłę mistycyzmu wiary. Wierzyli w materialną siłę pieniądza. Laurent wierzył w to, że pieniądz miał moc nad ludźmi, ale ludzie nie raz udowadniali, że mają w sobie o wiele więcej ponad samą potrzebą gonienia za Mammonem. Wiara. Ludzie potrafili wierzyć i ta wiara potrafiła ich uskrzydlać. Możliwość zaręczenia się w święta... tak tradycyjnie. Inna sprawa, że nie licząc Yule - nie lubiłeś świąt. Koweny ze swoimi tradycyjnymi zlotami były odpychające, rzadko je odwiedzałeś. Nawet ten na Pokątnej, zorganizowany przez Fantasmagorię, wcale nie miał lepszego smaku. Tylko że święto wcale nie równało się zabawom czarodziei. Tym tłumnym... a przecież obietnica zaniesienia wianka na pal była fantastyczna.

- Nie, nie zależy. - Odpowiedział w końcu po zastanowieniu. - Chociaż chyba byłoby to miłe. Zastanowię się nad tym. - Bo przecież liczyło się tak wiele innych aspektów tego wszystkiego, że data zaręczyn miała tu jakieś zupełnie minimalne znaczenie, tak?


Zachody słońca były przepiękne. Słońce malowało niebo, ale malowało też coś istotniejszego. Duszę. Widział ten widok tyle razy, a nigdy mu się nie nudził i potrafił poruszać... nie tak samo, jak kiedyś - ale nadal poruszał. Teraz to było tylko zachodzące słońce w dół. Robiło się po prostu ciemniej. Maziaki pojawiały się na niebie i na morzu, ale były ledwo ciemniejszymi maźnięciami, które i tak zanikały przy budzącej się do życia Królowej Nocy. Zachód był wręcz... nudny. Szukał tych pociągniętych strun zauroczenia w jego wnętrzu, ale jedyne, co osiągał to sięganie do wspomnień, gdzie były one żywe. Nic ze współczesności mającej przynieść mu w swoich zębach poruszenie naturalnością barw na niebie. Co za to było realne i po co sięgał to ten dziwny spokój. Nieco inny od tego, co doświadczał na przestrzeni ostatnich miesięcy, jeśli w ogóle udawało mu się go uszczknąć. Przecież tyle się dzisiaj działo, tyle zażył ruchu, tyle emocji przetoczyło się przez jego głowę. Mimo to nie był wyczerpany. Zmęczony - owszem - ale w ten legendarny sposób, o którym mówili inni. Dobre zmęczenie brzmiało jak dotąd dla niego jak oksymoron. Teraz rozumiał, o czym mówili. Najbardziej fascynujące było jednak to, że to nie jego głowa była zmęczona. To po prostu ciało. Tymczasem głowa trzymała się całkowicie dobrze.

Siedział przy nim - tuż obok niego, na rozłożonym kocu. Trzymał dłoń na jego plecach, więc kiedy poczuł ruch, głowę opierającą się o jego ramię, od razu rozluźnił mięśnie, żeby dopasować ich ciała do siebie w tej pozycji i objął go. Oderwał wzrok od tego zlewającego się z morzem nieba. Świat powoli gasł. To powinni robić też ludzie - przygasać i znajdować ukojenie po całym dniu w pościeli. Brzmiało dokładnie tak - romantycznie. Chyba nie pomyślał dotąd o Flynnie kategoriami romantyka, a kiedy dzisiaj porozmawiali o zaręczynach zrozumiał, że po prostu tego nie dostrzegł sądząc, że to tylko potrzeba wychodzenia naprzeciw oczekiwaniom. A romantyzmu - jak poezji - było w nim dużo. Była po prostu nieokrzesana i kiedy listy wszystkich panienek pachniały perfumami i sypały się z nich płatki róż, tak jego były pomiętymi kartkami pachnącymi papierosami. Zmieniała się treść, nie zmieniał się efekt.

- Właśnie o to chodzi, Flynn. Oczekuję od ciebie tego, że nie zawsze będziesz myślał o tym, czego oczekuję ja. - Uśmiechnął się wesoło, spoglądając na niego. Na tę dłoń, która brodziła w nagrzanym po całym dniu piasku. Ta plaża nie była śliczna, nie miała takiego złotego piasku, nie była szeroka i porastały ją trawska i przybrzeżne rośliny. W oczach Laurenta jednak taką była. I miała swoje wielkie zalety - brak złotego piasku nie przyciągał tutaj żadnych turystów. - Ponieważ mi też zależy na tym, czego oczekujesz ty. I wcale nie chcę, żebyś robił wszystko po kolei na przekór sobie, tylko dla mojego widzi-mi-się. - Pogłaskał go i sam oparł policzek o jego głowę. - Nie będę cię za to karał. Będę cię kochał tylko mocniej. Wierzę, że kiedyś mi zaufasz. - Uwierzysz w nas. Ale to była jeszcze długa droga, którą mieli wspólnie odbyć.




RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - The Edge - 08.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=C5Wsya3.png[/inny avek] Wtulił się w niego i walczył z chęcią przymknięcia oczu, bo przecież to siedzenie na plaży straciłoby cały sens. Czuł się, jakby się naćpał. Powoli zmieniające się barwy coraz mocniej tłumaczyły mu, dlaczego zawsze zwracał tak dużą uwagę na dźwięki, zapachy, na dotyk, na cokolwiek co mógł odebrać innym zmysłem niż wzrok. Daltonizm musiał uwrażliwiać go na to tak samo jak ludzi ślepych. W gruncie rzeczy - ślepota barw w wykonaniu konkretnie jego oczu była już przecież na tyle zaawansowana, aby skutecznie utrudniać mu życie, a nie jedynie psuć jakiś aspekt wizualny otaczającej go rzeczywistości.

- Nie łapię tego - przyznał, była w tym co powiedział jakaś dawka kąśliwości, ale bardzo szybko się rozmyła. Wcale nie chciał się kłócić, zamierzał dzisiaj położyć na sobie dzisiaj jego nóżkę tak jak każdego innego dnia i wreszcie iść spać razem, w jego łóżku, a nie w tym przeklętym, smutnym jak pizda wozie przypominającym mu od jakiegoś czasu klatkę. - To brzmi, jakbym nie miał swojej osobowości, a przecież cały czas jestem sobą. I mam swoje granice. Wcale nie uginałem się jak trzcina na wietrze, kiedy jak gdyby nigdy nic poszedłeś do jakiegoś zjeba od Dante na herbatę, albo kiedy bez rozmowy umówiłeś mnie do lekarza, którego nie znam. - Nie pasowało mu przywoływanie teraz tych scen i odetchnął zmęczony, starając się nie wlepiać spojrzenia w tarczę słońca, bo to ewidentnie robiło coś złego ze wzrokiem Laurenta. - Więc o co chodzi? Co cię w ogóle pcha do takich myśli... - Gdzie popełnił błąd? Wydawało mu się, że to ostatnie pytanie, którego nie zadał na głos, pozostało wciąż ukryte, ale to nie była prawda. Nie dało się siedzieć obok i przytulać go do siebie i nie wyczuć tego, jak napina mięśnie w dyskomforcie. Wierzę, że kiedyś mi zaufasz. Kurwa mać, miał ochotę zacząć mu to wymieniać. Te wszystkie rzeczy, które świadczyły o jego zaufaniu - mógłby mu zrobić całą pieprzoną listę, przelecieliby przez to punkt po punkcie, bo dojście do tego momentu, w którym się znajdował - do tego kiedy był w stanie ofiarować komuś tak wielką część siebie w tej naiwnej wierze, że może tym razem będzie inaczej... to była katorga. Katorga przebyta z innymi ludźmi, których skrzywdził dogłębnie.

Próbował to uczucie zgnieść jak zawsze. Narastający gniew każący mu wypluwać rzeczy, których później żałował był zwykle głębszy - rozrywał mu klatkę piersiową na strzępy, kiedy rzucał, pluł, gryzł, żarł. Tym razem to było aż przesadnie proste. Zgaszenie tej myśli jak peta, próba skupienia się na tych kolorach wyglądających trochę jak omamy po psychodelikach. Takie proste. Dopóki nie zorientował się, że nie może oddychać. Normalnie czułby się, jakby serce mu próbowało wyskoczyć z ciała, teraz... klatka piersiowa jakby zapadła się w dół. I nie mógł już tego odwołać, jakby podpisał jakiś papier na uspokojenie się, ale zapomniał sprawdzić liczby i uspokoił się za bardzo. Wydał z siebie dźwięk jak ktoś próbujący panicznie zaczerpnąć powietrza po wynurzeniu się z wody, ale wydawało mu się, że nie daje mu to nic. Dopiero po dwóch brutalnych uderzeniach o własną pierś kaszlnął panicznie i wdychał powietrze tak namiętnie, że aż zaczęło świszczeć mu w gardle. Nie wytarł nawet tych łez z kącików oczu, po prostu je zamknął.


RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 08.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iLpRvj2.png[/inny avek]

Czy był w stanie to wyjaśnić bardziej, niż już to zrobił? Zastanawiał się... co pozostawało do dopowiedzenia? Coś w stylu "kiedyś zrozumiesz"? Bo chyba nie "zastanów się nad tym sam". Tylko jak do tego podejść? Z której strony..? Ta szczypta kąśliwości nie zadziałała na niego tak, jak powinna. To jest - może właśnie zadziałała dokładnie tak, jak powinna, że nie czuł się zaszczuty przez fakt, że chociaż odrobinka poszła nie tak. Pojawiło się to w jego głowie, ale jakoś zaskakująco łatwo było nad tym zapanować. Potknięcie nie było wtedy, kiedy chociaż milimetr linijki przesuwał się nie w tę stronę, co trzeba..? Nie, przecież był. Powinien bardziej uważać. Przecież to łatwo prowadziło do wybuchów. Tylko jak żyć, kiedy trzeba uważać na każde słowo i zdanie?

Pokręcił nieco głową.

- To drugie jest złym przykładem. Tam akurat wykazywałeś się brakiem rozsądku, a nie charakterem. - Proszę bardzo, mógł o tym głośno powiedzieć bez żadnego strachu. I to było całkiem dziwne, bo wszystkie myśli kierunkowały go do tego, że przecież niepewność powinien odczuwać całym sobą. - Sądzę, że związek to równość dawania i brania. Nie trzeba niczego udawać, trzeba się tylko nauczyć, że nie ma niczego złego w prostej komunikacji potrzeb i niechęci. To nas... - Nie kontynuował. Z przestrachem spojrzał na Flynna, obrócił się do niego gwałtownie tak, by złapać go za ramiona. - Oddychaj. - Przesunął dłoń na jego plecy, gotów namówić go do pochylenia się w dół, by łatwiej było mu złapać tlen. Nie zdążył nawet dobrze zmienić swojej pozycji, czy poprawiać jego, a świst powietrza wypełnił dźwięki między szumem fal i krzykiem mew.

Pogoda im dzisiaj dopisywała. Szkoda, że nie dopisywał im do końca ten dzień.

- Co się stało, Flynn? Co cię tak zdenerwowało? - Albo zestresowało. Przecież najlepiej znał swoje ciało i wiedział, że tak o - po prostu - nie działy mu się takie rzeczy. Miał teraz napięty głos, napięły się też jego mięśnie. Nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Usiadł znów na tym kocu i przygarnął go na powrót do siebie.




RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - The Edge - 08.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=C5Wsya3.png[/inny avek] Zdenerwowało...? Nie, to nie było zdenerwowanie. A może było. Zwyczajnie nie mógł skupić się na niczym, zaczynało go mglić, własna wyobraźnia ograniczała mu na moment pole widzenia ostrym światłem i przecinała ciało duszącym bólem kiedy tylko wyobrażał sobie, że staranie się za bardzo okazywało się gwoździem do trumny ich relacji. Tak cholernie chciał, żeby ten dzień był dobry. Żeby Laurent mu powiedział, że jest zadowolony. Że mu schlebia jakie fajne miejsce znalazł i go do niego zaprosił, że historia o tych kablach, której nigdy mu nie opowiedział była ciekawa i w jakiś sposób mu imponowała. Miły obiad i spacer, dobry seks, kolacja na kanapie, kiedy będą mizdrzyć się do siebie i kończyć ostatnie rozdziały wspólnej książki. Może by zaczęli coś nowego razem, może czytali dwie rzeczy osobno, ale z ręką głaszczącą go od czasu do czasu niczym zaklęcie przypominające, że spędzali razem czas.

Gdzie to wszystko było? Dlaczego czuł się aż tak bardzo oskrobany z piór, skoro dostał szansę zobaczenia czegoś, co było jego obsesją przez ostatnie lata. Wyimaginowane odrzucenie przestawało być tym dziwnym lękiem motywującym go do desperackich ruchów. Stało się głębokim, fizycznym bólem rozchodzącym się po żebrach, wędrującym aż do szyi, w której piekło i poniewierało mu te równiutkie zęby. Czy kontynuowanie tej rozmowy było dobrym pomysłem? Miał wrażenie, że równie dobrze co uwolnić, mogła go zabić.

- Mam się stawiać na pierwszym miejscu, ale to, że coś mi się nie podobało to brak rozsądku? Zajebiście, naprawdę. - Wytarł twarz rękawem, próbując jakoś opanować zbierający się w nim szloch. Próba powrotu do tej łazienki, do tej wanny w której wszystko było w porządku wydawała się trafnym miejscem docelowym ucieczki, ale od razu pojawiały się wątpliwości - bo czemu ten sam człowiek brał go w taki sposób i jednocześnie odnajdywał w sobie odwagę na mówienie tych wszystkich rzeczy, kiedy on...

Znów zachłysnął się powietrzem.

- Rzecz jest taka, panie specjalisto - od komunikacji w związkach - że UFAM CI - uniósł głos, ale bardzo szybko pobladł po tym i na moment zamilkł - a nie jakiemuś obcemu typowi, którego kurwa nie znam. Jak możesz tego kurwa nie widzieć, to wszystko co r-robię... Jak ty sobie wyobrażasz, że moje życie wyglądało do tej pory - mówił to przeplatając słowa płytkimi wdechami. Otworzył oczy ale wcale nie spojrzał na Laurenta. Spoglądał na wodę odbijającą słońce ubierające się w już delikatnie w pomarańcz i róż, ale będące jeszcze daleko nad horyzontem, bo to jeszcze było lato. Trzymał dłoń przy swojej piersi i musiał teraz zmagać się z silnym bólem, bo aż zginął się od jego natężenia. Tym co pozostawało nieugiętym była jego wola, nawet kiedy tonął w delikatności tego ciała.