![]() |
|
[Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +---- Dział: Whitecroft Street (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=153) +---- Wątek: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=4609) |
RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Anthony Shafiq - 12.03.2026 Towarzystwo zdało się odpowiednie i Anthony cieszył się, że zaproponował Ceolsige ten spacer. Kobieta zdawała się powiewem świeżości, eleganckim dodatkiem do jego bardzo pilnych prób uniknięcia spotkania z własną rodziną, do której miał stosunek co najmniej ambiwalentny.
Rozmowa toczyła się gładko na tematy tak pilne, co mało ważne i to Anthony'emu odpowiadało. Nie dotykały wartości i przekonań, nie dotykały spraw palących lub tych, które dopiero niedawno przestały się palić. Ktoś może nazwałby taką rozmowę pustą i bezwartościową, ale czasem dobrze było właśnie na to poświęcić swój czas. Było to doświadczenie odprężające. W swojej torbie trzymał dwa wieńce zrobione na okoliczność Mabon, przekazane mu przez Lazarusa oczywiście, bo sam najpewniej pochłonięty powstawaniem fundacji i nadchodzącym przypłynięciem azjatyckich towarów, zapomniałby o obowiązku wobec boginii. W poprzednich latach całkiem prawdopodobne, że zwyczajnie zignorowałby ten obowiązek, po Lammas jednak i doświadczaniu na nim dziwnych prądów magicznych nie zamierzał pozbawiać siebie wszelkich profitów, które mogły wyniknąć z niezbyt obciążającej religijności. A ludzi przy ołtarzu kłębiło się całe mrowie. –Jak trwoga to do Boga. – powiedział cicho po polsku, ale szybko zreflektował się, że język, który użył nie był rodzimy. – Och Pani wybaczy. Przyszła mi ta myśl w związku z książką, którą niedawno czytałem. Tyle ludzi. Mabon nieoczekiwanie stało się tak popularnym sabatem – westchnął, sam przecież ulegał tej presji. Przecież to nie zaszkodziło. Przecież to mogło tylko pomóc. Gdy dotarli do ołtarza wyciągnął jeden z wieńców... Przewaga Bogacz II, wieniec robiony na zamówienie +40 do rzutu k100
[roll=1d100] Z powodu daltonizmu nie był zbytnio fanem sztuk wizualnych, nie takim jak muzyki, niemniej jednak docenił bardzo rzemieślniczy wytwór w swoich rękach. Piękne rzeźbienia. Pióra. Owoce. Susze. Nie dało się ukryć, że Lazarus zasłużył sobie we wrześniu na premię. Powiedzieć, że Shafiq był zadowolony z jego pracy to mało. – Pani przodem. – Zachęcił Ceolsige, aby złożyła ofiarę jako pierwsza. Po części z uprzejmości, po części dlatego, że sam przez moment chciał nacieszyć oczy wieńcem, którego nie miał okazji wcześniej widzieć. RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Ceolsige Burke - 14.03.2026 Mimo, że niespodziewane towarzystwo okazało się zajmujące. Zajmujące w tym relaksacyjnym trybie wymieniania niekolizyjnych poglądów na tematy ostatecznie nie dość istotne by tworzyć pole do poważnej potyczki retorycznej. Pojawiło się w niej dziwne skojarzenie, w którym nastrój można było przyrównać do obcowania z żywą, elegancką książką, z którą można się wymienić poglądami, ale nie ma sensu lub potrzeby wchodzić w poważny dyskurs. Wrażenie, które wiedziała, że jest mylne i wynika głównie z kontrastu pomiędzy dzisiejszym dniem, a ostatnimi pracowitymi tygodniami. Ludzkie tragedie to jej potencjalne tereny łowieckie. W ostatnich tygodniach nie odpuściła swojego kawałka łupów a i szukała szerszych łowisk. W porównaniu do ostatnich wydarzeń towarzystwo Anthony'ego było złudnie relaksacyjne. Złudnie, gdyż w gruncie rzeczy był to poważany czarodziej wywodzący się z tradycji czystej krwi. Tyle samo elegancki i elokwentny co potencjalnie niebezpieczny i dumny. Nic z tego jednak nie dyskwalifikowało możliwości korzystania z wciągającej konwersacji w drodze do ołtarza. Zmierzające ku kowenowi grupki co jakiś czas odwracały uwagę kobiety od rozmówcy. Mniej znajome twarze obdarzała uprzejmym uśmiechem i skinieniem głowy. Bliżej znane postacie sprawiały, że na chwilę przepraszała rozmówcę by się przywitać z bliższymi znajomymi i dalszymi krewnymi. Tyle ile wymagała kurtuazja lub na ile pozwalała łącząca ich znajomość. W Matce - pani księżyca było coś eleganckiego. Może to jej własne wyobraźnia a może sposób w jaki przedstawiała postać bogini jej własna matka kiedy o niej opowiadała. Jaki by nie był powód uznawała święto i kiedy miała okazję uczestniczyła w obrzędach. Tym razem bardziej jej zależało, głównie dla spokoju rodzicielki. - Znak niespokojnych czasów. - wzruszyła delikatnie ramionami na komentarz Shafiqa. Zdaje się, że od tej tematyki zaczęli cały wywód. I znowu ta książka uśmiechnęła się w duchu do własnych myśli. Lekkim, niemal niedostrzegalnym ruchem wykonała ukłon głową w stronę Shafiqa, przy którym rondo kapelusza na moment rzuciło głębszy cień na jej oczy. - Przy skarlałych przywódcach sięgamy do pierwszej znanej bezpiecznej przystani. - Przypomniała sobie jak dziadek mówił, że na wojnach słychać ostatecznie imię tylko jednego boga, ale szybko odgoniła tą ponurą myśl nim sięgnęła jej ust. Spalona noc nie była wojną, nie taką jaką opisywał dziadek. Zamiast tego zachowała na twarzy dostojną powagę w obliczu bliskiego już posągu i ołtarza. Z ciepłym uśmiechem skinęła głową mijającej ich parze z dzieckiem. Spojrzała wyrób jaki posiadał jej towarzysz - Elegancki. - skomentowała szczerze gdyż rzeczywiście był w dobrym guście. Sama wyjęła swój wieniec. Leśna polana z galopującym wkoło posągu bogini koniem. Skinęła zdawkowo głową na tą uprzejmość Anthony'ego i podążyła ku ołtarzowi zajmując miejsce poprzedniego darczyńcy. W ciszy obejrzała szybko przekazane już dary różnej maści i kształtu. Dary, które niosły w sobie świadectwo ostatnich dni. Poprawiła mankiet płaszcza, otrzepując z niego niemal niewidoczny pyłek, jakby rytuał był tylko pretekstem do wykazania nienagannej prezencji. Chwilowy przebłysk mający źródło w jakimś wewnętrznym instynkcie przywołał do jej świadomości obraz kilku znanych twarzy. Delikatnie przykucnęła, a raczej dygnęła odkładając wieniec w losowe miejsce. Jej usta drgnęły w mimowolnym, niemym szepcie, który próbował wypuścić z głowy ponurą myśl: Zachowaj ich ode złego. Dziwnym trafem myśl ta towarzyszyła nie tylko twarzom jej najbliższej rodziny ale pośród nich zamigotała także sylweta małej, nieco szalonej brunetki. Ponure rozmyślania szybko jednak odepchnęła. Westchnęła nieco zaskoczona tym jak głęboko nastrój takich rytuałów potrafi oddziaływać na człowieka o ile jest skłonny się jemu poddać. Uśmiechnęła się z niewielką dozą zadowolenia i odsunęła nieco na bok robiąc miejsce dal mężczyzny. Delikatne kiwnięcie głową i niemy ruch ust w nieco zaczepnym "nie wstydź się" były dyskretnym sygnałem, że teraz jego kolej. RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Anthony Shafiq - 16.03.2026 Wieniec Ceolsige był...
zjawiskowy. I nie chodziło o to, że nagle zaczął żałować, ze jego wygląda tak jak wygląda. O nie, był w stanie docenić kunszt i decyzje Lovegooda, które za nim stały. Ale był też w stanie rozpoznać prawdziwe dzieło sztuki i przez moment był ciekaw, ażeby zapytać skąd Ceolsige ten wieniec ma. Finalnie się powstrzymał, patrząc tylko na nią, gdy w milczeniu modliła się, lub zwyczajnie pogrążała w chwili skupienia niezbędnego przy tego rodzaju aktywnościach. On sam skupił się z resztą w tej zaistniałej między nimi ciszy na własnych myślach. Własnych potrzebach. Własnych modlitwach. Ostatni czas wzmógł w nim potrzebę duchowości i nawet nie rugał się zbytnio za ten fakt. Może zwyczajnie potrzebował dojrzeć, może działania Voldemorta zbytnio wstrząsały światem, by nie życzyć sobie boskiej interwencji, która to wszystko mogłaby uporządkować. Był stoicki na zewnątrz, lecz wewnątrz toczyła go zgnilizna smutku i przerażenia ogromem rzeczy, które już dawno powinny być zrobione. Ogromem rzeczy, które trzeba było zrobić. To wszystko krył w swoim wnętrzu, z dala od wścibskich spojrzeń, nawet teraz, otoczony przez mrowie ludzi. Kto mógł wiedzieć? Jego najbliżsi przyjaciele i Ci, którzy mogli się tak nazywać przed Spaloną Nocą, a teraz ledwie mijał się z nim w drzwiach wspólnego biura i... Odetchnął, przerywając wewnętrzny bełkot prowadzący do nikąd. Mimo wszystko. Mimo wszystko czuł wdzięczność za obfitość żyć, które zostały ocalone podczas pożarów. Za to, że ostatnimi słowami, które wypowiedział w obecności Jonathana nie było "Morpheusie proszę powiedz temu mężczyźnie, że może sobie narzekać na mnie dowoli". Za to, że Morpheus mimo trudnych doświadczeń nie opuścił materialnego świata, nawet jeśli Shafiq srogo wierzył, że jasnowidz tak mocno przyklejony jest do życia, że rychło spotkaliby go jako ducha. Za to, że cała rodzina Kellych pokazała śmierci środkowy palec, z nich wszystkich chyba Jasper zrobił to najbardziej widowiskowo, pośród zgliszczy kamienicy w której niegdyś mieszkali. Za to, że Lorien, choć wyleciała z jego gniazda, to zdawała się czuć bezpiecznie i - a może przede wszystkim - szczęśliwie w murach starej rezydencji. Za Lorraine oddającą się religijnemu uniesieniu i jej małą rodzinę, która w sobie wzajem znajdowała otuchę. Za Erika, który stracił niemal wszystko, wciąż jednak mając szansę to odbudować. Za wszystkich tych, dla których był dobrotliwym wujkiem, a których smutne twarze musiał oglądać na pogrzebie Florence. Ona odeszła, ale oni... och oni tak bardzo byli żywi... Korowód przyjaciół, znajomych, partnerów biznesowych, cała sieć lśniąca srebrem i złotem... To wszystko przetrwało. Umacniało się kryzysem. Czekało w napięciu na jego kolejny krok. Była w nim wdzięczność za tę obfitość. Jenkins mogła zabrać mu z rąk coś co i tak należało do niej, ale nie była w stanie naruszyć fundamentów budowanych latami rozmów, hektolitrów wypitego wspólnie wina, toczących się złotych monet, interesów i pragnień, które podzielał z wieloma osobami ze swojego otoczenia, a teraz chciał je zainfekować nieznaczną, malusieńką zmianą kursu. Przymknął powieki i poprosił matkę również o Równowagę, tak jak noc równała się z dniem. Między pracą i odpoczynkiem, dawaniem i braniem, światłem i cieniem. Czuł, że potrzebuje tego bardziej niż kiedykolwiek, nękany bezsennością i pożerającą go nerwicą. Nawet teraz nie było w nim spokoju, a tylko on mógł zagwarantować sukces. Spokojne metodyczne działanie. Spójne. W końcu otworzył oczy i podszedł ten krok, aby ułożyć swój wieniec, symbol plonów ostatniego roku, na ołtarzu ku czci Pani Księżyca. Proszę, zapewnij memu domowi i wszystkim jego mieszkańcom ochronę. Daj światło, które będzie prowadzić nas przez mroki zimy, daj ciepło, przy którym ogrzejemy nasze dusze w niekończące się noce. Daj nam przetrwać i wzrosnąć znów wiosną. Składam Ci te dary jako wotum ufności Pani. Bądź pozdrowiona. Ukłonił się z wdzięcznością przed posągiem, czując, że jego nogi przyprowadziła tu trwoga, bezsilne chwytanie się wszelkiej materii, by zapewnić sobie sukces. Sobie? By zapewnić im ochronę. By dobrobyt, którym cieszył się mimo pożaru nie zniknął w zimowej zawierusze. Chciał wierzyć. Wierzył. Przez moment, gdy podniósł twarz ku obliczu Matki, miał wrażenie, że posąg Bogini uśmiechnął się, a przez ciało przebiegł przyjemny dreszcz podobny do tego, który miał szansę czuć w czasie Lammas. Otworzył usta zaskoczony. Zamknął je. Uśmiechnął się łagodnie, czując przez moment spokój. Równowaga wreszcie. – Gratia plena – zwrócił się jeszcze do posągu, nim jego wzrok powędrował ku Ceolsige. – Czy mogę zaproponować spacer również w drodze powrotnej? Przed kolacją muszę jeszcze załatwić kilka spraw na Alei Horyzontalnej – wyjaśnił. Oczywiście mogli się teleportować, ale na cóż było tracić tak piękne popołudnie. RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Robert Albert Crouch - 19.03.2026 Zjawiam się z Moną i zakupionym wieńcem (przewaga: Bogacz II) [roll=d100+40] Musiał przyznać, że zakupiony przez niego wieniec nie wyglądał szczególnie imponująco pośród wszystkich, które przynosili inni czarodzieje. Robert nie mógł być zły na dostarczycielkę wieńca. Kupił go u swojej sekretarki, Galindy, która i tak już miała mnóstwo roboty, a rękodzielnictwo stanowiło jedynie jej hobby. Niestety przez zamieszanie związane ze Spaloną Nocą i ilość papierów, którymi była zawalona, nie udało się jej stworzyć takiego, z którego sama byłaby zadowolona. Robert przyjął go oczywiście z wdzięcznością, zapłacił jej zgodnie z niepisaną umową i uznał, że bogini przymknie oko na nienajpiękniejszy wieniec człowieka, który starał się jednak wpływać pozytywnie na świat dookoła siebie. Przyszedł tu z kuzynką i córką, a kiedy przyszła ich kolej, by podejść do ołtarza, pozwolił Enid położyć na nim wieniec i zmówił cichą modlitwę u Matki. Do kolacji rodzinnej Selwynów pozostało około półtorej godziny. Robert cieszył się, że ten dzień miał wolny i mógł poświęcić go na świętowanie i spędzenie czasu z rodziną. Zdążył już przecież odwiedzić Crouchów, jednak ulotnił się stamtąd dość szybko, wymawiając się coraz to kolejnymi zobowiązaniami. Rodzina od strony ojca wciąż krzywo na niego patrzyła, uważała go za radykała. Powoli stawał się w ich oczach czarną owcą, ale i to był w stanie przeżyć. Wciąż dziwiło go jednak, że przyzwoitość stanowiła tak rzadki surowiec w materii czarodziejskiego społeczeństwa. Jego modlitwa obracała się wokół jego prywatnego życia. Nie chciał wtrącać bogów do spraw zawodowych. Modlił się głównie za Enid, żeby była bezpieczna. Żeby jego kariera w żaden sposób jej nie zagroziła. Żeby każdego dnia znajdowała powód do uśmiechu i żeby trudy współczesnego świata nie przysłoniły jej radości dzieciństwa. Wszystko, co robił, było w gruncie rzeczy właśnie dla niej. Chciał, żeby żyła w lepszym, równym świecie. Gdzie będzie mogła poślubić, kogo by tylko chciała – mugola lub czarodzieja jakiegokolwiek statusu krwi. Świecie, który będzie mogła poznawać w całości, nie tylko w wąsko zakrojonej części. Poza tym, modlił się też za Jonathana i Anthony'ego, dwóch dobrych gości w skorumpowanym świecie Ministerstwa, za swoich rodziców, za Monę i tego jej Prewetta (niech jej już będzie). Za swój dom, który stał wciąż pusty, zabezpieczony przed włamaniem, ale pokryty paskudną sadzą. A nawet dodał do swojej modlitwy Olivera Twista, życząc mu jeszcze więcej psiej radości niż obecnie. Kiedy odeszli od ołtarza, stanęli oddaleni od głównego tłumu. – Ludzie wspólnie świętują. To dosyć pocieszające, prawda? – uśmiechnął się do nich. – Wszyscy po Spalonej Nocy chyba potrzebują takiej chwili. Enid pokiwała głową. Zauważył, że była trochę przybita przez to, że nie mogła wrócić do dawnego domu. Miała tam swój pokój, zabawki, książki... W szkole musiała za nimi tęsknić. Teraz zaś trafiła do dziadków, gdzie spała w starym pokoju Roberta. Nie odpowiadał on jej gustom, głównie przez zaskakującą i zatrważającą liczbę Quidditchowych gadżetów. Mężczyzna sam musiał przyznać, że dawniej miał lekko niezdrową obsesję na punkcie tego sportu. Teraz było to zaledwie zainteresowanie. Na nic innego nie miał czasu. RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Ceolsige Burke - 20.03.2026 Ceolsige odniosła wrażenie jakby jej gest pozostał niezauważony. Przyjrzała się baczniej postawie Anthony'ego. Jego stoicka postawa – tak nienaganna, że niemal ocierająca się o sztuczność – prezentowała sobą wyraz szczerej pobożności lub skrajnego opanowania. Ceolsige dostrzegła jednak moment, w którym jego wzrok przestał ogniskować się na czymkolwiek konkretnym. Czy była to autentyczna zaduma, czy tylko mistrzowska poza, której kunszt doskonale przytawałby do czarodzieja o jego pochodzeniu i pozycji? Nie była pewna. Dopiero głębszy, oddech Shafiqa sprawił, że sama odruchowo podążyła za jego spojrzeniem ku posągowi Bogini. Na jej twarzy wykwitł niewielki, dobrotliwy uśmiech, gdy ponownie zerknęła na Anthony’ego i zobaczyła jego przymknięte powieki. Z gracją, która nie zmąciła spokoju tej chwili, przesunęła się o krok dalej od ołtarza. Płynnie, niemal niezauważalnie, oddała mu przestrzeń. Przystawało to do sytuacji by nie być intruzem w jego prywatnym dialogu z Matką. W jej świecie rzadko spotykało się tak czyste przejawy duchowości – o ile rzeczywiście były czyste. Zamiast jednak dalej analizować duszę Shafiqa, oddała sie zwyczajowym, ukradkowym obserwacjom otoczenia. Szybko zorientowała się, że liczne rozproszone spojrzenia skierowane są ku nim. Spora grupa czarodziejów przyglądała się im z uwagą. Zataczając spojrzeniem szerszy krąg, po chwili zrozumiała swój błąd. Ich wzrok nie spoczywał na niej, ani nawet na powszechnie znanym ministrze. Spojrzenia omijały ich w nieznacznych odchyleniach głów patrzących i padały na wieniec. Dzieło Helloise, które Ceolsige odłożyła na ołtarz, zdawało się żyć własnym życiem. Nieco okrzepła z jego widokiem nie zwróciła wcześniej uwagi jak wyraźnie odznacza się na tle innych darów. Choć położyła go w miejscu zdawałoby się losowym, kunszt wykonania sprawiał, że każde inne wotum w porównaniu z nim bladło. Leśna polana z zaplecionych traw i piór biła taką dzikością i autentycznością, że cała przestrzeń dokoła zdawała się być jedynie tłem dla tej małej, tętniącej magią kniei. Przez moment Ceolsige sama poczuła ukłucie zachwytu nad talentem wiedźmy, która potrafiła zakląć zapach lasu w kilka splecionych gałązek. Tym bardziej, że byłą pewna braku jakiegokolwiek zaklęcia użytego w jego wytworzeniu. Z tego estetycznego upojenia wyrwał ją głos Anthony’ego. Gdy wypowiedział tradycyjne podziękowanie, odwróciła się do niego, a jej uśmiech stał się cieplejszy. Jej twarz przybrała bardziej typowy dla niej wyraz uprzejmego zainteresowania. - Myślę, że mogłabym pozwolić się odprowadzić. - Rzekła cicho, uprzejmym melodyjnym głosem. Spojrzała delikatnie w stronę słońca oceniając ile jeszcze ma czasu do użycia świstoklika. - Zdaje się, że mogę jeszcze chwilę poświęcić na tą niecodzienną przyjemność Panie Shafiq. Odwróciła się na jedna chwilę w stronę posągu by kurtuazyjnym skinieniem pożegnać boginię zanim ruszy w drogę. Na jedno uderzenie serca jednak zamarła a jej twarz na ułamek sekundy stężała. Był to tylko przebłysk i z pewnością to tylko wyobraźnia. Szybko odzyskała odpowiedni nastrój a jednak miała wrażenie jakby coś się zmieniło. - Elegancki wieniec. - szybko odsunęła od siebie wrażenie powracając płynnie do bardziej przyziemnych tematów. - Uczciwie muszę przyznać, że nie spodziewałam się po panu zainteresowania tym rodzajem rękodzieła. - w nieco prowokacyjny sposób powróciła do niezobowiązującej rozmowy. Płynni acz z przystającą miejscy i sytuacji powolnością ruszyła by opuścić teren składania ofiar. RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Lorien Mulciber - 24.03.2026 W kowenie pojawiła się z przygotowanym na zamówienie wieńcem. Co prawda z pewnością nie był najpiękniejszy, może bił od niej szalony brak czułości w wykonaniu, ale no był. I to musiało Bogini wystarczyć. Czyż nie było oznaką dobrego serca, że Lorien osobiście ustaliła z kwiaciarką z Pokątnej co i jak? Sama zapłaciła, pozostawiając kobiecie solidny napiwek? Pani Mulciber (a raczej jej zakupoholizm) dawała brytyjskim obywatelom uczciwie zarobić. Tradycją było spalanie wianków. Czasem zastanawiała się na ile we wszystkich nawiedzających w czasie sabatu ludzi rzeczywiście tliła się wiara w wszechobecną Dziewicę, Matkę i Staruchę. Czy czuli się oszukani, gdy płomienie zajęły ich domu, a bóstwo, któremu oddawano pod opiekę siebie i dzieci… nie zrobiło nic. Ona sama nie była specjalnie wierząca. Kowen zbyt często próbował ingerować w święte prawo czarodziejów, żeby Lorien czuła wobec niego więcej niż zimną niechęć. W dodatku ta cała afera z Arcykapłanką… No ale w święta wypadało przyjść. Postać. Pokazać się sąsiadom i potencjalnym znajomym w tłumie. Dać sygnał Bogini jest ważna w twoim życiu. Oddać hołd tradycjom. Tradycja czyniła ich tym kim byli. Więc Lorien odebrała od kwiaciarki swój wieniec i przestąpiła próg Kowenu Whitecroft w luźno rozumianych godzinach popołudniowych. Miała gotowe prezenty na wieczór, ale jeszcze nie musiała uciekać na kolacje do Mulciber Manor. Znalazła czas. Planowała przekazać swój podarek pierwszemu lepszemu kapłanowi, unikając tym przeciskania się przez tłum uciśnionych i pogrążonych w modlitwie wiernych. No to się dowiedziała, że trzeba samemu. Westchnęła ciężko, ale ujęła nieszczęsnego kapłana pod ramię każąc mu się zaprowadzić. Ułożyła wieniec w jakimś wolnym miejscu. Rzut K100 + 40 za bogacza (zrobiony na zamówienie u NPCa) [roll=1d100+40] No. Prezentował się całkiem całkiem pośród tych wszystkich innych. Poczuła, że całkiem dobrze wydała pieniądze. Zaczerwieniony po uszy kapłan, którego ramię nadal więziła w uścisku, wybąkał coś o modlitwie o łaskę. Łaskę? Czy ktoś taki jak ona może w ogóle dostąpić łaski czy błogosławieństwa? Kiedy ona się ostatnio modliła? Chyba jakoś w czasach szkolnych - tak, dokładnie. Cichutko prosiła panią Boginię, co by papa się nie dowiedział, a jak się dowie to żeby nie był zły, że Hati Greyback ją pocałował za szklarniami. Chyba nawet nie pamiętała już słów i formułek. Może powinna wcześniej kupić jakichś katechizm? W sumie to miało sens, ale wymagałoby przejścia przez cały dziedziniec aż do budynku kowenu. Nie, absolutnie nie ma mowy. Mówienie do samej siebie w myślach wydawało jej się idiotyczne. Ale tym chyba właśnie była modlitwa? Gadaniem do samego siebie i wiarą, że usłyszy nas ktoś jeszcze. Prosiła więc Boginię o to, żeby chroniła ją przed tym czymś co się w niej zalęgło. O odrobinę więcej czasu, co by zrozumieć wszystko co się dzieje dookoła. I może… może o zdrowie dla Pana Moody’ego. Co by się tata nie dowiedział, a jak się dowie, to co by nie był zły. No może trochę lubiła Aarona, ale... Nie przyszła się tu spowiadać ze swoich miłostek. Podziękowała kapłanowi, mentalnie pożegnała się z Boginią i poszła w swoją stronę. Musiała jeszcze przetrwać kolację. Postać opuszcza sesję
RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Victoria Lestrange - 26.03.2026 Był taki jeden konkretny moment w życiu Victorii Lestrange, który sprawił, że zaczęła sabaty i ogólnie kwestię wiary traktować bardziej na poważnie – Beltane. Zobaczyła, doświadczyła i uwierzyła, smakując to wszystkimi dostępnymi jej zmysłami. Nie zamierzała nikogo przekonywać do swoich wizji, udowadniać, że Pani Księżyca jest rzeczywista, że dusze rzeczywiście trafiają po śmierci do Limbo. Widziała to, wierzyła w to… I nie mogło jej zabraknąć w Mabon. To nie były szczególnie głośne święta, nie w obecnych warunkach – i gdyby nie sytuacja, jaką mieli w Anglii, gdyby nie mnóstwo nadgodzin, które robiła od dwóch tygodni, biorąc pod uwagę jej nowo odnalezioną religijność, sama zrobiłaby coś, co mogłaby ofiarować bogini. Tak byłoby najbardziej sprawiedliwie, ale niestety Lestrange tego czasu nie miała. Pomiędzy załatwianiem rzeczy dla sióstr, a pracą i wynoszeniem cudem ocalałych książek ze zniszczonego domu znalazła tylko odrobinę czasu, by zajrzeć w Dolinie do znanej sobie zielarki i rzemieślniczki, której większość zapasów przepadła w ogniu, tak jak i część dobytku, ale Victoria zaoferowała jej sowitą zapłatę za wianek, który mogłaby złożyć na ołtarzu podczas Mabon – i kobieta taki dla niej zrobiła. Pieniądze zawsze się przydadzą, zwłaszcza, że Lestrange płaciła za to znacznie więcej, niż zapewne wieniec był wart. Ale dlaczego miałaby w ten sposób nie wspomóc kogoś, kto tych pieniędzy potrzebował? Po krótkim nabożeństwie Victoria zbliżyła się do ołtarza, gdzie ukłoniła się i złożyła swój wieniec. // Przewaga: bogacz, wieniec zakupiony u rzemieślnika [roll=1d100+40] // Ponawiam rzut, skoro wyszło tak bardzo źle [roll=1d100+40] Miała wrażenie, że kilka gałązek wieńca się ułamało, zauważywszy to, Victoria szybko postanowiła poprawić kompozycję, by nie składać w darze czegoś, co nie spełniało jej kryteriów estetycznych. Kilka ruchów i – to musiała przyznać – teraz wieniec prezentował się o wiele lepiej. Po chwili zapaliła jeszcze świecę, modląc się w intencji swojej rodziny: zwłaszcza sióstr i rodziców, którzy wszystko stracili w ogniu – i nawet jeśli i ją to dotyczyło w pewnym stopniu, to nie myślała tutaj o sobie. Prosiła o siłę i odwagę dla Prim, Daphne i Olivii, o to, by znalazły spokój i szczęście. Odeszła w końcu od ołtarza, skłoniła się kilku mijanym kapłanom, i choć odnajdywała tu pewien spokój, miała jeszcze trochę rzeczy do zrobienia, więc niedługo później teleportowała się z terenu kowenu. Postać opuszcza sesję
RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Anthony Shafiq - 07.04.2026 Chwila wzruszenia, chwila błogosławieństwa, chwila uśmiechu... To przeminęło równie nagle jak się pojawiło, zainfekowało umysł przemyśleniami daleko odsuniętymi od materialistycznego utyskiwania na wojnę, wszechogarniający marazm i smutek za czasami, w których można było zwyczajnie usiąść z książką przy kieliszku wina i nie martwić się ogólnokrajowymi rozruchami...
Zgodę Ceolsige przyjął z życzliwym uśmiechem, skinieniem głowy i zaoferowanym ramieniem do wspólnej, odprężającej przechadzki. – Moje zainteresowanie sztuką, zwłaszcza tak przestrzenną jak rzeźba, nie jest rzeczą nową, ale też nie afiszuję się z tym. W Muzie zwykłem mecenasować muzykom - to co tkają ich ręce jest o wiele bardziej... unikatowe. Niewidzialne tkanki zbyt łatwo przemijają, pozostawiając w uchu jedynie wrażenie, wyobrażenie tego, jak artysta realnie zaprezentował się na scenie, co przekazał. Tak wiele zmiennych, kiedy w przypadku sztuk plastycznych za każdym razem można przyjść i znów zobaczyć, ocenić. Oczywiście, nasze ciała i dusze są odmienne, w heraklitowskim ujęciu, kamień pozostaje kamieniem. Pociągnięcie farby, pociągnięciem... – gdy wychodzili, na krótki moment obejrzał się przez ramie na ofiarny ołtarz u stóp Księżycowej Pani. Cynizm kruszał, a Anthony zastanawiał się, czy było to dobre wobec kryzysów, przed którymi stawał, problemów z którymi musiał się zmierzyć. Najbliższy? Kolacja w rodzinnym gronie. Westchnął ciężko, bo nawet towarzystwo tak zacnej rozmówczyni jaką była Ceolsige nie mogła odsunąć od niego nieuchronności losu drugiego i obecnie jedynego syna ambasadora, który postanowił tym razem odwiedzić dzieci w Anglii. Co bardziej będzie mu doskwierać? Nadambicja i rasizm ojca, czy dopytywanie o ponowne zamążpójście i otwarcie produkcji manufakturowej kolejnych wnuków matki? – Zawsze zaskakuje mnie, że miejsce za miejsce kultu nie wybrano mimo wszystko skrawka ziemi w naszym Londynie, lub... nie uczyniono jej osią wokół której zbudowano tą przestrzeń. – rzucił problemem geopolitycznym sprzed setek lat, nie chcąc zakłócać przyjemnego popołudnia oczywistymi tarciami światopoglądowymi, które realnie mogłyby między nimi wystąpić. Z resztą nawykł do tego, że tylko z przyjaciółmi mógł bardziej bezpośrednio wyrażać swoje poglądy, choć i to grono tak mocno uszczupliło się w ostatnim czasie. – Kiedyś zakładałem, że był tu jakiś krąg druidycki, ale nie jestem pewien. Choć odczuwam wibrację splotu, nie mam przekonania, ażeby to było aż tak święte miejsce... świętsze niż to co mogła zrobić z nim tradycja. – Miejsca kultu wchłaniające energetykę wyznawców-magów, zdawało się kwestią, która nawet była badana gdzieś kiedyś w Departamencie specjalizującym się w Tajemnicach. Tymczasem wyszli na całkiem mugolską ulicę, więc już i na słowa trzeba było uważać. Nie był to absolutnie problem dla obu obeznanych w świecie po obu stronach czarodziejów. – Jak to jest, że pani się tak rzadko pojawia na przyjęciach? Niepokoje? Kryzys gospodarczy? Zbyt dużo pracy? Czy brak... dajmy na to... odpowiedniego towarzystwa? – zapytał miękko, mając też świadomość, ze przez niektórych czystokrwistych czarodziejów, sam fakt pracowania na Nokturnie oznacza biedę i łatkę złodzieja. Nic w zachowaniu czy ubiorze panny Burke nie sugerowałoby ani jednego, ani drugiego, widział jednak i bez okularów jej dumę, która skutecznie mogła obie pozostałe cechy zakrywać. – Nie pamiętam kiedy ostatnim razem mieliśmy okazję razem zatańczyć? To był 70? 69? – istniała też szansa, że na co większych imprezach po prostu się mijali, pozwolił sobie jednak nawet nie werbalizować tego przypuszczenia. Zamiast tego kontynuował spacer, chłonąc dobrą atmosferę i kultywując w sobie ciepłą myśl, że Bogini mu sprzyja. I jak tu nie być wierzącym? RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Ceolsige Burke - 12.04.2026 Delikatne, ledwie widoczne skinienie głowy. Ledwie nominalny gest dający przyzwolenie i wyrażający akceptację dla okazanej gestem oferty. Przewlekłą smukła dłoń przez wysunięte ramię. Zachowała jednak elegancki, stonowany dystans przystający ich relacji. Tak by między ich sylwetkami zarysowywała minimalna, acz wyraźnie widoczna dla spostrzegawczego obserwatora przestrzeń. Pozwoliła mu mówić kiedy równym, spacerowym krokiem opuszczali teren kowenu. Wiedziała kim jest, tak jak właściwie wszyscy. Nazwisko Anthony'ego Shafiqa lśniło na licznych tablicach dziękczynnych oraz fundatorskich. Jego personalia sterowały ruchem ust prowadzących wydarzenie na tyle regularnie, że można było czasem odnieść wrażenie jak wypowiadane są płynniej niż słowa powitania. Cenne było jednak usłyszeć jak człowiek sam siebie definiuje w rozmowie. Uniosła brwi, kąciki ust zadrgały w krótkim rozbawieniu wobec rodzącej się konkluzji. Elegancka wywód, naturalne brzmienie. Sam wierzył w swoją postać, albo miał skrupulatnie przygotowaną rolę, w której funkcję wierzył. Ostatecznie wszystkie rozwiązania budziły pewien poziom szacunku dla umiejętności i samoświadomości rozmówcy. Nawet to westchnienie po krótkim spojrzeniu przez ramię. - W założeniach wspomnianych filozofii jest pewien potencjalny błąd. Skoro zmiennym jest wszystko, tak i odbiór rzeczywistości przez obserwatora jest zmienny. Gdy i on jest zmienny to zmienność rzeczy jest jedynie subiektywną interpretacją jego doświadczeń. W samej swej podstawie natura rzeczy określana jest ostatecznie przez jej obserwatora. - mówiła monotonnym głosem jakby wyrażała, coś na tyle oczywistego, że nie wymagało większego zaangażowania. - Czyni to każde wrażenie ulotnym i każde wspomnienie iluzją przeszłych wrażeń. Warto obdarzać chwilom obecnym godnej ich uwagi, gdyż tylko chwilę obecną można naprawdę doświadczać. - Dokończyła wywód już bardziej naturalnym, ciepłym tonem. Jakby to właśnie było jej myślą od początku, a wcześniejszy fragment ledwie koniecznym wprowadzeniem. - Doprawdy? - Wydawała się rozbawiona tą uwagą. Jakby z usta rozmówcy padła zaczepna, kontrowersyjna teza. - Byłabym niezmiernie wdzięczna gdyby przybliżył mi Pan przemyślenia rodzące to odczucie zaskoczenia. Wydaje mi się to naturalnym efektem połączenia tradycji naszej społeczności i pewnych nieoczekiwanych efektów utajnienia jej przed mugolami. - Przewróciła nieznaczeni oczami, kiedy zmienił temat wchodząc na mugolską ulicę. Konieczność ważenia słów wywołała niewielkie ukłucie irytacji, którego nie chciała maskować. Przytłumiła szczere zainteresowanie pozornie spokojną, ale w gruncie wzywającą do dyskusji tezą przedstawioną przez rozmówcę. Potencjał retorycznej potyczki przejawiała się jako kusząca rozgrzewka przed spotkaniem z ojcem przy stole. Odruchowo sięgnęła do kieszeni, głaszcząc koniuszkiem palca drewno fajki. Jednocześnie jej spojrzenie w sposób naturalny podążało po zakamarkach ulicy na jakiej się znajdowali. Nawyk, który jej towarzyszył tak długo, że stał się naturalnym gestem. - Jestem wybredna w zakresie dostępu do pewnego smaku ekscytacji, którym lubię doprawiać swoje aktywności. Nie mając gwarancji odpowiedniego towarzystwa omijam niektóre spotkania. - odpowiedziała płynnie i melodyjnie, ale była to tylko część prawdy. - W moim guście odnajduję bardziej aktywności klubu Cutty Sark lub Klucza. Zakładam, że są Panu znane. Oba zdaja się nasycać dwa z odcieni ekscytacji, w których gustuję. Zdaje się, że nie jest Pan członkiem. Dostrzegam w tym jeden z powodów naszych nieczęstych spotkań. - Odparła neutralnym tonem. Była to prosta obserwacja faktu. - Możliwe, że lato 1969. W tamtym czasie było kilka interesujących wydarzeń. - Odparła neutralnie, zupełnie spokojnie. Była całkiem pewna, że przez jej ręce przechodziły już poszukiwane dzieła protegowanych Shafiqa. Dzieła, których szybko się pozbywała zgodnie ze złożonym zamówieniem. Myśl ta jednak tylko na chwile błysnęła na granicy jej świadomości. Nie było większego sensu jej roztrząsać. Zdecydowanie ciekawszym znajdowała zwerbalizowanie rozważań na temat źródeł położenia kowenu i magicznego Londynu. Postacie opuszczają sesję
|