Secrets of London
[12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood (/showthread.php?tid=4899)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7


RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Benjy Fenwick - 21.06.2025

Stałem obok, jak ostatni naiwniak, przekonany, że właśnie dotarliśmy do końca tego kabaretu. Cornelius zainterweniował - z klasą, oczywiście, jak to Cornelius - a Ambroise, cały Ambroise, przyznał się bez cienia wstydu, że to on, kurwa, lewitował Romulusa. W duchu miałem nawet ochotę mu przybić piątkę za to artystyczne uniesienie gówniarza nad ognisko, ale starałem się zachować powagę, bo to był moment na powagę - na wyciągnięcie ręki, burknięcie: „Przepraszam.”, jakieś półżenujące: „Nie ogarniam dziś głowy.” i przejście dalej. Na szacunek - dla innych, siebie, nas wszystkich, którzy tu przyszli po chwilę spokoju, a nie pierdolnik na żywo, ale nie. Romulus, kurwa, Romulus musiał mieć ostatnie słowo.
Myślałem, że wreszcie się zamknie - przeprosi, powie chociaż jedno z tych wykrzywionych, naciąganych zdań w stylu: „No dobra, poniosło mnie.”, głupie przeprosiny, półsłówka, zrzędliwe „Może przesadziłem.”, jakiś gest, który będzie udawał, że go to obchodzi, niezręczne „Sorry, Prue.” i po sprawie, usiądzie z powrotem przy ogniu jak człowiek - nasz człowiek, ale nie... Nie, kurwa, Romek znowu otworzył usta. Wziąłem głębszy oddech, spojrzałem na niego, jakby był kimś zupełnie mi obcym.
- Lomek... - Zacząłem, nisko, cicho, z takim spokojem, który mógł być tylko zapowiedzią czegoś gorszego. Może to nie była najładniejsza wersja przyjaźni, ale była prawdziwa, bo jeśli ktoś przeginał, to dostawał po pysku. Słownie, póki miałem cierpliwość - fizycznie, jeśli naprawdę się uparł. - S całym szasunkiem, ale zamknij kulwa moldę. - Westchnąłem - długo, przeciągle, przez nos - nie miałem ochoty się drzeć. Byłem zbyt zmęczony, byt rozczarowany, za stary na to, żeby próbować ratować kogoś, kto najwyraźniej chciał się pogrążać. - Weś szię, kulwa, ogalnij. - Mruknąłem cicho, prawie bezgłośnie, ale w tonie, którego nie dało się pomylić z żadną prośbą - bo nikt nie zabił Romulusa, ale on właśnie zabijał całą atmosferę, minuta po minucie, centymetr po centymetrze, swoim bełkotem.
- Pszeploś ją... - Powiedziałem znów, już bez emocji. - Jesteśmy pszyjasiółmi, Lomulus, ale nie pozwolę ci gnoiś nikogo, tylko dlatego, sze mas zły dzień. Masz tszy sekundy. - Dodałem. - Albo pszeplasasz, jak człowiek, albo wypieldalasz do jeziora, mosze się ochłodzis. Bo nie będzies tu lobił scen, lozumiesz? - Nie powiedziałem tego głośno, ale powiedziałem to w taki sposób, że nawet komary nad wodą przestały bzyczeć. Nie spodziewałem się - a powinienem - że Roman postanowi wybrać trzecią opcję...

Percepcja (◉◉◉○○) - dostrzeżenie zamiarów Romulusa - wyciągnięcia różdżki.
[roll=Z]

AF ( ◉◉◉◉○) - uderzenie w rękę Romka, z różdżką, i strącenie mu jej w dół, zanim wbije mu różdżkę w szyję.
[roll=PO]
Muszę przebić 68 w obu przypadkach.


To przyszło nagle - jeden impuls, jeden błysk - to, co z początku było tylko niepokojem, czymś znajomym i odpychającym zarazem, przerodziło się w realne, bardzo fizyczne unieruchomienie. Zamarłem - ciało napięło mi się jak struna, ale nie z gniewu. Zostałem zmuszony - zatrzymany, coś we mnie się wyłączyło, a coś innego - zimnego, mechanicznego, obcego - przejęło stery. Ktoś, kto powinien był wiedzieć, że tego się nie robi, nie, jeśli jesteśmy rodziną - tą popapraną, spierdoloną rodziną, która z wyboru się trzyma razem - to nie wbija się komuś różdżki w gardło tylko dlatego, że nie dostało się atencji, jakiej się chciało.
Poczułem różdżkę pod żuchwą - twardy nacisk drewna, precyzyjny, i to cholerne wahadełko, które znałem. Znałem, kurwa, aż za dobrze. Wiedziałem, co potrafił z nim zrobić, jaką miał wprawę, ile razy bawił się tym w głowach obcych i znajomych, z wyrafinowaniem drapieżnika, kocura, tylko w białych rękawiczkach.
„Ty popierdolony, egocentryczny, zmanierowany pojebie...” - Chciałem to wywarczeć, rzucając mu się do twarzy, ale nie mogłem - nie byłem w stanie tego z siebie wyrzucić. Widziałem tylko to - mosiądz, lśniący, kołyszący się w hipnotycznym rytmie. Nie mogłem ruszyć ręką - nie mogłem odwrócić głowy, mie mogłem nawet splunąć mu pod nogi, chociaż każda moja cząstka próbowała to zrobić. Słyszałem jego głos... Jedwabisty... Skurwiały.
Wszystko we mnie wrzeszczało - cały mój instynkt, wszystkie lata, które przeżyłem jako własna, wolna, niepodległa jednostka. Każdy pieprzony miesiąc. Byłem więźniem własnej głowy - i, co gorsza, to zaczynało mijać, rozmywało się, robiłem się coraz bardziej obojętny na moje refleksje, byłem bardziej podatny... Zamrugałem, ale nie mrugnąłem - mój wzrok się zawiesił, wbrew mnie. Nie patrzyłem już na Romulusa - patrzyłem na to, co trzymał w dłoni - mały ciężarek zaczął się poruszać - leniwie, rytmicznie, cicho. Wahadełko - Romulus nosił je zawsze przy sobie - precyzyjne, mosiężne, wypolerowane jak jego własne ego. Nie poczułem magii, poczułem... Spokój. Narastający spokój, którego nie chciałem, jak gdyby ktoś rozpuszczał mnie od środka. Czułem, jak opadają mi ramiona, i coś ze mnie uchodzi. Siła? Wola? Wściekłość. Głos Romulusa był cichy, obślizgle miękki...
Nie widziałem Corneliusa, nie słyszałem dokładnie jego słów, ale coś - ton, siła, ta znajoma  ostrość - przebiło się przez wszystko... W sekundę później poleciałem do tyłu, gwałtownie cofnięty przez niewidzialne uderzenie, jakby ktoś mnie wyrwał z fotela, w którym siedziałem zakuty w kajdany Romana, i rzucił w tył, jak worek mięsa. Powietrze wyrwało mi się z płuc, zgrzytnąłem zębami, ale to wystarczyło - to naprawdę wystarczyło - żeby coś pękło. Pękła iluzja. Pękł rytm wahadła. Pękła uległość.

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/e60270d63fb9b44c553f6fa5690873c9/dfa92458c3c77fc4-6b/s500x750/46a91b704d666081924397250b5c7ddfdd8288eb.gif[/inny avek]


RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.06.2025

[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/12/8d/99/128d99bf2c679f040de4f68a1cfadc1b.jpg[/inny avek]

Sytuacja eskalowała dość mocno. Yaxleyówna nie spodziewała się, że taki niewinny żart spowoduje taka aferę. Nie spodziewała się zupełnie tego, co miało nadejść. Oskarżenia dość mocne i brutalne rzucane przez Romulusa mogły powodować dyskomfort. Jasne, poczuł się urażony, próbowała go zrozumieć, ale przecież nic takiego się nie stało. Przez chwilę lewitował nad ziemią, to tyle. Zresztą nie wydawało jej się, aby Roise pozwolił by któremuś z jego przyjaciół stała się fizyczna krzywda. Miał plan na ich w miarę miękkie lądowanie, który zresztą chyba nawet wypalił, bo przecież nikomu nic się nie stało, obeszło się nawet bez zamoczenia w jeziorze, tak właściwie to chyba nie mogło być lepiej.

Yaxleyówna dolała sobie alkoholu do szklanki obserwując uważnie to co działo się wokół. Nie zamierzała się wtrącać, wyjątkowo - to nie był jej problem, nie była zamieszana w to, co się działo. Tak jak się spodziewała Roise bez chwili zawahania przyznał się do tego, że to była jego wina, jego żart, jego pomysł, tyle, że Potter jakby zupełnie to zignorował. Nie reagował też na słowa Fenwicka. Olał wykład Corio, tego by nie zrobiła na jego miejscu. Lestrange miał w sobie coś takiego, że nie potrafiłaby zignorować jego słów, był trochę niczym rodzic, który zawsze potrafił poradzić sobie z każdą niewygodną sytuacją. Nie tym razem, został zupełnie zignorowany przez Pottera, który brnął w swoją narrację.

Później było tylko gorzej, gdy Geraldine zobaczyła, co się święci otworzyła oczy zdumiona, wypiła też jednym haustem zawartość swojej szklanki. Nie spodziewała się, że Romulus może posunąć się do czegoś takiego. Wyciągnął to swoje magiczne świecidełko... Zamarła, ani drgnęła. Z początku myślała, że chce jedynie trochę postraszyć Fenwicka wahadełkiem, dość szybko jednak dotarło do niej, że to nie było to. Postanowił skorzystać z tej umiejętności, która wzbudzała w niej tylko i wyłącznie negatywne emocje. Wykorzystał swoją przewagę, na przyjacielu. Naprawdę lubiła Romulusa, jednak to, co właśnie zobaczyła okropnie ją zirytowało. Nie uważała, że grzebanie komuś w głowie, bez jego wiedzy było w porządku, wręcz przeciwnie. Po swoich ostatnich doświadczeniach związanych z wyimaginowanym bratem, mieszaniem we wspomnieniach naprawdę nie czuła się najlepiej, kiedy na to spoglądała. Nie mogła mieć przecież pewności, że Romek kiedyś nie zirytuje się na nią przez jakąś pierdołę i nie zrobi tego samego. Takie czyny powodowały u niej ogromne problemy z zaufaniem. Gardziła tą formą magii, uważała, że bardzo łatwo można jej nadużywać i to była jedna z takich sytuacji. W ogóle nie powinna się wydarzyć, mieć miejsca. Romulus przegiął, jego zachowanie nie było adekwatne co do tego, co się wydarzyło. Potraktował swojego przyjaciela okropnie, nie darzyła Fenwicka szczególną sympatią, ale nie o to chodziło. To był cios poniżej pasa, którym naprawdę gardziła. Niby w walce wszystkie chwyty były dozwolone, jednak należało wyczuwać jakieś granice, nie przekraczać ich, nie w takiej sytuacji.

Zimny dreszcz przeszedł jej po plecach, kiedy zobaczyła jak ma się Benjy. Nie mógł się ruszyć, stracił panowanie nad swoim ciałem. Wolała nie myśleć, co dzieje się teraz w jego głowie, przeczuwała, że jest w stanie sobie to wyobrazić, bo pamiętała jak się czuła, kiedy nie miała pewności, że wszystko co robi, to są decyzje podejmowane wyłącznie przez nią. Przymknęła na moment oczy i chcąc nie chcąc wróciła do tej nocy, kiedy przebudziła się z koszmaru, a nad nią znajdowała się bestia, nie mogła się ruszyć, nie mogła nic zrobić, musiała wysłuchiwać tego, co miała do powiedzenia. Była sparaliżowana, czekała, aż w końcu uda jej się ruszyć, ale ta chwila nie nadchodziła. Nigdy jeszcze nie czuła się taka bezbronna. To było naprawdę chujowe uczucie. Świadomość, że nie jest w stanie panować nad swoim ciałem, że nie może nic zrobić.

Na szczęście Corio zareagował dość szybko, oczywiście, że musiał to zrobić, dobrze, że był taki wprawiony. Udało mu się ich od siebie odepchnąć, bardzo pięknie złożonym zaklęciem. Nie miała pojęcia, co będzie dalej, jak rozwinie się sytuacja. W końcu powiedział, że ma być miło, a jeśli nie będzie miło to mają wypierdalać. Romulus zupełnie zignorował jego słowa, nie miała pojęcia, co zamierza dalej, ale to wszystko nie wyglądało najlepiej. - Ale gówno. - Powiedziała jedynie cicho do Ambroisa, bo w sumie nie miała pojęcia, jak inaczej mogłaby to skomentować.




RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Elias Bletchley - 23.06.2025

Nie spodziewał się takiego rozwoju wypadków. W jednej chwili siedział sobie spokojnie z siostrą na hamaku, a w następnej Romulus dokonywał próby zgniecenia ich obu i trwałego okaleczenia poprzez wpychanie kolan i łokci tam, gdzie nie były one mile widziane. Jakby tego było mało, ledwo Potter zdołał się wyplątać z wiązań hamaku i labiryntu kończyn, a już zaczął rzucać oskarżeniami. W stronę Prudence. W stronę Corneliusa. W stronę Benjy'ego. I najwidoczniej wszelkie próby doprowadzenia tej sytuacji do porządku były skazane na porażkę.

Eliasz wodził wzrokiem między Romulusem a Prue, kompletnie ignorując wszystkich postronnych. Co się takiego wczoraj wydarzyło, że reagował aż tak nerwowo? Mimowolnie wrócił myślami do spotkania z przyjacielem w barze, które miało miejsce niecałe dwa tygodnie temu. Już wtedy wydawał się jakiś taki nieswój. Wprawdzie nadrabiał kreatywnością i dobrą gadką, ale może faktycznie coś u niego nie grało. A obecność Prudence jakoś to wszystko zaogniła? Niby dlaczego. Prudence, owszem, była denerwująca, ale koniec końców była tylko jego siostrą. Siostrą Eliasza. Czemu więc miałaby wywoływać w Romku tak skrajne uczucia?

Te, chłopy — rzucił słabym głosem do Benjy'ego, Romulusa i Kornela, zsuwając się z hamaka na ziemię. I już pewnie spodnie będą do prania. — Uspokójcie się już, co? Oboje. Znajdźmy lepiej dla was jakieś piwo albo coś mocniejszego i skończmy te wy...

Urwał, gdy doszło do eskalacji. Różdżki. I kryształki do hipnozy. Bletchley mimo woli złapał się za głowę, wplatając poznaczone drobnymi skaleczeniami palce w swoje gęste ciemne włosy. Wybałuszył oczy, nie potrafiąc zrozumieć, co się właściwie działo wokół niego. Na chwilę stracił zainteresowanie siostrą, wgapiając się w konfrontację między przyjaciółmi. I daj takim wolność wyboru i dostęp do różdżki, pomyślał tępo. Chyba zaczynał się cieszyć, że jego umiejętności magiczne były aż tak słabo rozwinięte. Gdyby też miał taki temperament, to w połączeniu z wiedzą na temat alchemii mógłby zacząć ze sobą nosić granaty ogniowe domowej roboty. To dopiero byłaby bombowa rozrywka.

Odłó... — spróbował ponownie podjąć temat, jednak jego słowa zginęły pośród słów kolejnych uczestników imprezy.

Co on niby mógł zrobić? Wejść między nich? Chwycić Romulusa za ręce, spojrzeć mu w oczy i wykrzyknąć ''Przestań, ty taki nie jesteś''? Może jeszcze powinien nawiązać do ich ostatniej wizyty w barze. Że przecież teraz też mieli tak dobrze się bawić. A może nawet lepiej, bo byli w większym gronie? Przecież to i tak nic by nie dało. Teraz wszystko było w rękach losu. Bletchley przeskakiwał spojrzeniem między kolejnymi osobami, aż jego wzrok wrócił do siostry.

Nie wyglądała najlepiej. Włosy, oczy, postura... Niby były takie same jak zazwyczaj, a jednak potrafił dotrzeć, że i ją zaczynało to wszystko przytłaczać. Londyn, teraz to... W ogóle jej się nie dziwił. Eliasz nieświadomie podciągnął kolana bliżej klatki piersiowej i zaczął kiwać się do przodu i do tyłu, obracając w dłoni własną różdżkę i nie spuszczając wzroku ze swojej siostry. Ech, gdyby tylko mógł jej teraz jakoś ulżyć. Chociaż minimalnie. Może gdyby w pewien sposób mogli zamienić się miejscami.

Szare komórki Eliasza żyły jednak własnym życiem, a jego naturalny talent do metamorfomagii postanowił szarpnąć za struny jego skrywanej bardzo, ale to bardzo głęboko kreatywności. Już przez dłuższą chwilę analizował wygląd siostry, poza tym miał w pamięci większość jej cech wyglądu. Mógł więc bez większego trudu spróbować... Zmienić się w nią. Tak to jest, kiedy przyjaciele się kłócą i magia idzie w ruch. Zmieniasz się w ''winowajczynię'' tego całego zamieszania. A przynajmniej próbujesz.

(Transmutacja) Próba transformacji w członka grupy (padło na Prudence) x2
[roll=N]
[roll=N]

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/77ccb37322c8521e23e63b4eacd65fc3/a7019fb0842606f3-4d/s500x750/112e170b433319cae88960f831b53544a4721b80.pnj[/inny avek]


RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Prudence Fenwick - 23.06.2025

[inny avek]https://images2.imgbox.com/41/53/Geo6jcio_o.png[/inny avek]

Niby Prue stała tuż obok Eliasa, jednak zupełnie nie na nim się w tej chwili skupiała. Obserwowała uważnie to całe zamieszanie, bo było ono spowodowane przez nią, to znaczy nie do końca przez nią, ale tak, czy siak została uznana za prowodyrkę. Ambroise przyznał się do tego, że to on uniósł mężczyzn w powietrze, ale to chyba nie było szczególnie istotne, to Prudence stała się obiektem histerii Romulusa. Jasne, nie lubili się, bardzo łatwo więc było właśnie na niej się wyżywać, tyle, że aktualnie nie zrobiła niczego, co mogło spowodować jego frustrację. Była obca, poniekąd, dla niego na pewno, więc dużo prościej było wyładować gniew właśnie na niej. Nie należała do rodziny, czy coś.

Usłyszała po raz kolejny te sugestie, że wczoraj próbowała go zabić. Nadal niczego nie rozumiał, zapętlał się w tych swoich racjach, które nie miały najmniejszego sensu i nie był w stanie dostrzec prawdy. Gdyby faktycznie chciała go zabić, to nie stałby tutaj teraz przed nimi wszystkimi. Powinien zdawać sobie sprawę z tego, że Bletchley wiedziała, gdzie powinna uderzyć, aby odebrać życie, może nie była doświadczonym wojownikiem, ale jako medyk umiała to zrobić całkiem zgrabnie i szybko. Gdyby naprawdę jej na tym zależało, to by został w tym lesie na wieczność. Próbowała po prostu jakoś sprowadzić ich do rzeczywistości, działała impulsywnie, zresztą to przyniosło oczekiwane skutki, suma summarum nic mu się nie stało, a ten zachowywał się tak, jakby zrobiła mu jakąś ogromną krzywdę. To, co ich spotkało nie należało do szczególnie przyjemnych przeżyć, ale przetrwali tą cholerną noc w lesie, to było najważniejsze.

Nie zwracała uwagi na to, co mówił jej bliźniak, próbował chyba jakoś złagodzić atmosferę, ale jednak wychodziło mu to średnio, nie miał wystarczającej siły przebicia, nie, żeby to było szczególnie zaskakujące. Był to moment eskalacji wszystkich gorzkich żali.

Potter nie odpuszczał. Prue nie odrywała od nich wzorku, nie chciała być powodem tego zamieszania. Nie spodziewała się jednak tego, że Romulus będzie, aż taki uparty. Nie zależało jej nawet szczególnie na jego przeprosinach, raczej miała świadomość, że podobne słowa nie przejdą mu przez gardło. Był zadufany w sobie, nie umiał dostrzec tego, że zachował się nieodpowiednio, mimo tego, że jego przyjaciele próbowali przemówić mu do rozsądku. Wstawili się za nią. Była tutaj mile widziana, zapewne nawet nie mieli pojęcia, jak wiele dla niej znaczyło to, co przed chwilą usłyszała. To było nowe, aczkolwiek całkiem miłe.

Otworzyła szeroko oczy, gdy zobaczyła, co postanowił zrobić Romulus. Zupełnie zignorował słowa Corneliusa, byli przyjaciółmi, to pewnie nie była ich pierwsza sprzeczka, aczkolwiek nie sądziła, aby każda z nich kończyła się informacją o ewentualnym wypierdalaniu. Nie powinna tego oceniać, ale to, co stało się później uznała za chamstwo. To był jeden z powodów dla których nie lubiła Romulusa, miała wrażenie, że od lat traktował ją trochę jako obiekt swoich badań z racji na jej przypadłość, dlatego wolała się trzymać od niego z daleka, teraz jednak postanowił wykorzystać te swoje umiejętności po to, by jakoś poradzić sobie z gniewem Benjy'ego. To było bardzo nieczyste zagranie. Psychiatrzy na pewno mieli jakiś swój kodeks postępowania, który nie zakładał tego, że rzucali tymi swoimi urokami na prawo i lewo dla przyjemności, po to by doprowadzić najbliższych do porządku, by zachowywali się tak, jak tego oczekują. Nie sądziła by stosowali podobne praktyki, gdzie w tym jakakolwiek przyzwoitość?

Cornelius jak zawsze był czujny. Zareagował niemalże od razu. Rozdzielił mężczyzn, dość brutalnie, przez co Prue na moment zamknęła oczy, jednak dość szybko ruszyła się ze swojego miejsca. Zostawiła za sobą brata przy tym nieszczęsnym hamaku, nie mogła tak patrzeć na to wszystko. Benjy się za nią wstawił, ostatnią zresztą wiele razy ratował ją z naprawdę różnych, chujowych sytuacji, nie mogła tego zignorować. Jasne, oficjalnie nic ich nie łączyło, nie mieli się ze sobą pokazywać, ale miała to w tej chwili w głębokim poważaniu. Musiała się upewnić, że nic mu się nie stało, bo z boku wyglądało to dość boleśnie.

Szła przed siebie całkiem żwawym, szybki krokiem, by dotrzeć do Benjy'ego jak najszybciej. Chciała sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku, czy nic mu się nie stało, czy Romulus go nie skrzywdził tym swoim wahadełkiem, chyba nie zdążył tego zrobić, ale jednak, wolała mieć pewność. Nie odwróciła się, nie spojrzała przez ramię, nie obchodziło ją otoczenie, więc nie miała zielonego pojęcia, że Elias zmienił się w nią - może to i lepiej.

W końcu znalazła się tuż obok, - Hejjj, - nie do końca wiedziała, po jakie słowa sięgnąć, ale nie zamierzała stać niczym słup soli - wszystko w porządku? - powiedziała cicho, tak, że pewnie nikt poza nimi nie usłyszał jej głosu. Wystraszyła się nieco, naprawdę nie chciała doprowadzić do podobnej sytuacji, nie chciała, żeby komukolwiek stała się krzywda przez jej obecność, a na pewno nie jemu. Nie po tym wszystkim. Nachyliła się w stronę mężczyzny, chciała sprawdzić, czy może mu jakoś pomóc, jasne na pewno sam by sobie poradził, ale miała to w nosie, ostatnio wiele razy wyciągał do niej pomocną dłoń, więc teraz zamierzała zrobić to samo dla niego. - Coś Cię boli? - Dodała jeszcze.

Wsadziła lewą rękę do kieszeni spodni, w których miała lizaka, porzeczkowego, zacisnęła na nim palce, nie czuła, żeby to był odpowiedni moment, aby go teraz wyciągnąć, ale kupiła go dzisiaj rano w sklepie podczas wizyty w miasteczku, nie było to takie proste, bo nie był to szczególnie popularny smak tych słodkości, ale obiecała mu podczas pożarów, że to będzie jej podziękowanie za to, że uratował jej życie. Niby nic wielkiego, ale chciała dotrzymać słowa. Obracała tego lizaka w swojej dłoni, żeby czymś się zająć, ciągle jednak wpatrywała się w Benjy'ego, nie odrywała na moment nawet wzroku od twarzy mężczyzny.




RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.06.2025

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/bc072cc966641f9e2926cf87eae72144/49b76fe2fed73ccc-1d/s500x750/391661ef1bec221a3181c1faf51e48e367a2314f.pnj[/inny avek]
Chciał wziąć to na siebie. Zresztą słusznie, bowiem to przecież naprawdę było jego działanie. Oczywiście, że nie zamierzał chować głowy w plażowy piach i udawać, że to nie jego sprawa. Nie, gdy ktoś inny zaczął dostawać za niego werbalne bęcki. Co jak co, ale Ambroise nie miewał najmniejszych problemów z tym, żeby brać odpowiedzialność za własne uczynki. Szczególnie wtedy, kiedy to było zupełnie konieczne, bo dotyczyło przyjaciół. Na przyjacielskim wydarzeniu. W przyjaznym miejscu.
Cholera, nie byli już w szkole. Niemal wszyscy tutaj przekroczyli trzydziestkę. Powinni zachowywać się choć trochę bardziej racjonalnie. Zwłaszcza, że jeszcze nie mieli okazji zbyt wiele popić, nie było więc żadnego wyjaśnienia dla tego, co właśnie działo się na ich oczach i uszach. To wszystko zaledwie w kilka chwil przekroczyło jakiekolwiek granice zdrowego rozsądku. Dlaczego? Nie wiedział, ale chyba wcale nie chciał wiedzieć.
Nie, nie zamierzał szukać usprawiedliwień i wymówek dla takich a nie innych zachowań. Robił się za to coraz bardziej zły. Nie tak to miało wyglądać. Chętnie wziąłby na siebie swoją część syfu, jaki wywołał, nawet jeśli zupełnie nie spodziewał się, jak bardzo to eskaluje. Tyle tylko, że Potter nawet nie próbował go słuchać. Zafiksował się na Prudence i na tym, że próbowała go zamordować. Koniec. Kropka. Czy tam wykrzyknik.
Nie dał przemówić sobie do rozsądku. Nawet nie próbował się opanować. Nie zwrócił też uwagi na Corneliusa. Nie spojrzał na nikogo innego. Zamiast tego zaczął atakować, kąsać i gryźć Morganie ducha winną osobę, która w tamtym konkretnym momencie rozmawiała ze swoim bratem. Na którą to Roman spadł, nie odwrotnie. To nigdy nie powinno tak eskalować.
A oto byli...
- Jaraliśmy dziś trawę - mruknął kątem ust, powstrzymując się przed bardziej wymownym pokręceniem głową. - Praktycznie nic nie piliśmy. A on zachowuje się, jakby przećpał co najmniej  połowę dnia - skwitował cicho, bowiem zdecydowanie nie miał nawet najmniejszych oporów przed tym, żeby to zrobić.
Po prostu nazywał fakty po imieniu, czyż nie? Romkowi zupełnie odbiło. Nawet jak na romulusowe standardy, to było po prostu dużo. Naprawdę dużo. Za dużo.
Z początku to było jedynie mało zabawne, później stało się żenujące, ale teraz? W tej chwili, Ambroise sam nie wiedział, co tak właściwie powinien czuć. W jakiej kategorii powinien traktować to, co działo się w tej chwili. Z jednej strony, nadal czuł się zniesmaczony tą nagłą zmianą atmosfery panującej na ognisku. Z drugiej strony czuł nawet coś w rodzaju współczucia w stosunku do Romulusa, bowiem jego przyjaciel zdecydowanie zafiksował się na punkcie czegoś, co wyrządziło mu naprawdę głęboką krzywdę. Natomiast z trzeciej...
...z trzeciej naprawdę robił się coraz bardziej zły. Nie tak to miało wyglądać. Co prawda ich wspólne przedsięwzięcia zazwyczaj prędzej niż później zmieniały się w chaos. Niemal za każdym razem ktoś tracił nad czymś panowanie i kontrolę, ale Roise zazwyczaj podchodził do tego z naprawdę dużym marginesem tolerancji. Tyle tylko, że zazwyczaj to był przyjemny pierdolnik. Zabawne sytuacje. Śmiech, nie przedstawienie teatralne, którego nikt nie chciał oglądać.
Ambroise obserwował rozwój sytuacji, z niedowierzaniem kręcąc przy tym głową. Być może ostatnie wydarzenia dosyć mocno nadszarpnęły nerwy wszystkich dookoła, ale to nie był powód, żeby zachowywać się aż tak nerwowo. A miało być jeszcze gorzej...
...w pierwszej chwili nie dostrzegł, co tak właściwie sprawiło, że jego dziewczyna postanowiła wypić zawartość szklanki jednym haustem. W kolejnej sam miał ochotę to zrobić, dodatkowo wykorzystując puste szkło, żeby cisnąć nim przyjacielowi w ten pusty łeb, bo to, co zaczęło się dziać, to przechodziło wszystkie granice.
Romulus zazwyczaj miewał różne oryginalne sposoby załatwiania spraw, ale w tym wypadku to, co zrobił było dla Ambroisa na tyle szokujące, że przez dobre kilkanaście sekund sam po prostu wpatrywał się w wahadełko, którego użył jego przyjaciel. Nie, nie dlatego, że czuł przymus. Całe szczęście... ...i to dla nich obu, bo Greengrass z pewnością zareagowałby gwałtownie... ...Roman nie skierował tego przeciwko niemu. Nie. Nie znaczyło to jednak, że jego zachowanie było chociaż trochę bardziej tolerowalne.
Nie, tego zwyczajnie nie dało się zignorować. Wręcz nie zamierzał dochodzić do porządku dziennego z czymś takim. Nie, gdy w grę wchodziło ich przyjacielskie grono. Byli tutaj, bo tego chcieli. Byli tutaj z własnej woli. Zadawali się ze sobą, bo tak im odpowiadało. Nie zaś, ponieważ ktoś chciał, aby im tak odpowiadało. Integrowali się ze wspólnej inicjatywy. To, co odpierdolił Potter wolało o natychmiastową interwencję.
Tyle tylko, że zanim Roise w ogóle zdążył sięgnąć po różdżkę, sytuacja momentalnie osiągnęła kolejny stopień intensyfikacji. Wystarczyło zaledwie mrugnięcie oka, żeby Elias również powziął próbę opanowania kryzysu a Cornelius sięgnął po różdżkę. To nie działo się często, cholera. To oznaczało już, że sytuacja naprawdę stała się patowa.
Zaledwie kilka dni wcześniej, gdy Geraldine i Benjy pobili się pośrodku korytarza w domu Lestrange'a, żaden z nich nie postanowił ingerować w spór. Tym razem Roman naprawdę przesadził. Nie było już, czego ratować. Jeden ruch i obaj mężczyźni zostali posłani do tyłu. Benjy zdecydowanie mocniej, niczym worek kartofli, jednak w gruncie rzeczy w ten sam wyjątkowo jednoznaczny sposób. Czas na dyskusje dobiegł końca.
- Ja pierdolę - rzucił cicho do Geraldine, nawet nie siląc się, aby inaczej to skomentować.


RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Romulus Potter - 24.06.2025

Dla innych przegięciem było wahadełko. Dla mnie – przewaga fizyczna. Wciąż czułem w ciele to nieprzyjemne szarpnięcie, kiedy Benjy uniósł mnie nad ziemię, próbując siłą zmusić mnie do czegokolwiek. Pamiętałem, jak pchnął mnie w kierunku Prudence, chociaż sam nie chciałem się do niej zbliżać. Zrobił to wbrew mojej woli.
Więc... w mojej głowie byłem usprawiedliwiony. Przymus za przymus. Może tylko groziłem, może ostatecznie nie planowałem zostawiać w jego umyśle trwałych śladów, ale... fajnie byłoby popatrzeć, jak przez pół godziny udaje kurę. Albo bazyliszka.
Niestety, właśnie kiedy poczułem nad nim przewagę, kiedy w jego oczach zaczynało się pojawiać to znajome poddanie, cały plan poszedł w pizdu. Za sprawą Corneliusa, o czym miałem się zaraz przekonać.
Jak na razie to mnie odbiło zaklęcie. Próbowałem złapać oddech, poleciałem w jedną stronę, Benjy w drugą. W piersi paliło, jakby ktoś mi ją wypełnił popiołem. Ale członki miałem całe. Oddychałem. Powoli. Brakowało tylko różdżki i mojego wahadełka, które zacząłem trzymać przy sobie, odkąd Prudence znowu była w pobliżu. Obawiałem się jej. Obawiałem się, co jeszcze może jej przyjść do głowy.
Chciałem coś powiedzieć. Wyjaśnić. Odpowiedzieć na zarzuty Corneliusa, bo przecież to nie był zły dzień. Oni nie rozumieli. Może nawet nie wiedzieli wszystkiego. Może Prudence opowiedziała im to wszystko w swoim ubarwionym stylu? Dla niej to nie było nic wielkiego, a dla mnie... Poza tym... Gdybym oddał Benjy’emu z pięści, to też byłaby taka afera? To było cholernie niesprawiedliwe.
I najgorsze – Cornelius powiedział to wprost. Prudence znaczyła dla niego więcej niż ja. Więcej niż moje wewnętrzne dziecko. Czyli ja. Tak określił mnie i moje działania.
Gorycz ścisnęła mnie w gardle. A przecież to była moja paczka. Mój dom. Dom cioci Ulki, w którym spędziliśmy dziesiątki wieczorów. Nie będzie już wspólnych imprez. Nie będzie mieszkania w jednej kamienicy. Nie będzie nawet pożegnalnego nekrologu napisanego z czułością.
Zacisnąłem dłonie. Marnie. Drżały. Powstrzymałem łzy. Ledwo.
Chciałem coś powiedzieć, ale żadne słowo nie mogło mnie uratować. Wszystko, co chciałem wyznać, miało mnie jedynie bardziej pogrążyć. Nie miałem już nic. Żadnego wsparcia, żadnej różdżki, nawet Znajomczak się nie odezwał. Pewnie stał gdzieś z boku, bierny. Pewnie nie chciał podnosić ręki na moich przyjaciół. Na moich przyjaciół.
Ja... Naprawdę jesteś w stanie się ode mnie odwrócić? – wydukałem w końcu, patrząc na Corneliusa z przerażeniem. Nie podnosiłem się, tylko leżałem, wgnieciony w ziemię. – Wyrzucić? Mnie...?
Rozejrzałem się, powoli podnosząc głowę. Chciałem ujrzeć twarze reszty ekipy, ale... Wtedy ją zobaczyłem. Prudence. Siedziała na hamaku. I... była obok Benjy’ego? Spojrzałem raz. Potem drugi. Nie mogłem uwierzyć. Była tu i tu. Na hamaku taka sama jak wtedy, w jeżynowych krzakach. Odcięta, blada, w szoku. A jednocześnie stała obok niego. Przytomna, zatroskana.
Nie. Nie... To niemożliwe. Mrugałem. Śledziłem wzrokiem obie wersje. Gdzieś pomiędzy moje spojrzenie padło na ogień, usłyszałem szepty i zapach dymu. Zrobiło mi się zimno. Zimno i ciemno. Nie wiedziałem, czy to od tej wizji, czy od upadku, czy od Corneliusa. Może tak naprawdę za wszystkim stała Prudence. Ale w końcu po prostu odpłynąłem, straciłem przytomność.
Chyba naprawdę potrzebowałem kąpieli w zimnej wodzie.


RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Cornelius Lestrange - 24.06.2025

Cornelius milczał przez chwilę. Stał nad rozciągniętą na ziemi sylwetką człowieka, który jeszcze chwilę temu z wściekłością przystawiał różdżkę do gardła przyjaciela - jego przyjaciela, ich przyjaciela - i miał czelność pytać, czy naprawdę zasługuje na odrzucenie. Czy naprawdę można wyrzucić kogoś, kto rzuca się na drugiego człowieka z wahadełkiem i kto niszczy plan, który miał być jednym z niewielu dobrych wspomnień tego odchodzącego lata?

Lestrange uniósł brew, nie od razu odpowiedział, lecz nie dlatego, że nie wiedział co powiedzieć. Przeciwnie, wiedział aż za dobrze, jednak przez moment rozważał, czy istnieje jakiś czystszy, bardziej wyważony sposób, by nie powiedzieć tego wszystkiego, co właśnie cisnęło mu się na język. Nie istniał. Wystarczyło, aby Corio spojrzał raz jeszcze na różdżkę, która jeszcze przed chwilą groziła Benjy’emu, potem na wahadełko, jakiego obecność w tym kontekście była nie tylko niedopuszczalna, ale wręcz ostentacyjna, na koniec na dramatyczną pozę Romka, który może i wyglądał teraz nieszkodliwie, ale zaledwie minuty wcześniej jego wybryk mógł skończyć się czymś poważniejszym, niż tylko zranionym ego i obitą dupą.

- Tak. Tak, Romulusie, jestem w stanie się od ciebie odwrócić. - Odpowiedział w końcu, cicho, ale bardzo wyraźnie, z akcentem na każde słowo. - I owszem, wyrzucić cię, jeśli zajdzie taka potrzeba. Wyciągasz różdżkę na przyjaciela, który cię właśnie powstrzymał od kompromitowania się dalej i drzesz się na kobietę, która nie zrobiła ci nic poza tym, że istnieje, a potem jeszcze dorzucasz do tego rekwizyty, których istnienie wszyscy, jak, kurwa, sądzę, zgodnie postanowiliśmy wykreślić, jako sposób rozwiązywania naszych konfliktów. - Spojrzał w dół na przyjaciela, który w mniemaniu Lestrange'a, nie tylko przekroczył granicę, ale przebiegł przez nią w pełnym galopie, wariując, krzycząc i kopiąc, nie dbając o konsekwencje swego rumakowania. Romulus stworzył między nimi przepaść, którą Cornelius usiłował zasklepić. Starał się uspokoić obu przyjaciół, ale ten dureń postanowił kontynuować performance, metaforycznie rzucając się z pochodnią podsycaną gniewem, zostawiając za sobą płonący most w miejscu, w którym Corio próbował podtrzymać kruchą konstrukcję czegoś, co powinno być nienaruszalne.

Mężczyzna spojrzał kątem oka na Prudence, która podeszła do Benjy’ego, zrobiła to bez słowa, z godnością, mimo tego, że przed laty też mieli napięte stosunki. Najwidoczniej potrafiła zakopać topór wojenny, gdy to było wskazane. Nie miała potrzeby się tłumaczyć z tego, czemu to nie działało na Romulusa i nie powinna musieć. Potem spojrzał dalej, na Ambroise’a, na Geraldine i pokręcił głową z niemym zrozumieniem. Ich miny mówiły więcej niż trzeba, żadne z nich nie wyglądało na zachwycone. Roman także się rozejrzał, jakby liczył, że znajdzie choć jeden głos poparcia, ale głosy zamilkły. Nie bez powodu... To był bilans, auma przewinień, upokorzeń, ośmieszeń, które od pewnego momentu nie były już ani zabawne, ani ekscentryczne. Były uciążliwe, toksyczne, ślepe.

- To miał być wieczór pośród przyjaciół, spokojny wieczór, a ja, Merlin mi świadkiem, miałem w planie się upić, nie interweniować. - Stwierdził, lecz nie sądził, że będzie w stanie sprawić, by Roman wreszcie przestał. Przestał krzyczeć, wymachiwać, oskarżać. Przestał być tym, kim się ostatnio stał. Romulus nie został uderzony zaklęciem przypadkiem, lecz dlatego, że przekroczył granicę, nie raz, nie dwa, ale po raz ostatni.

Lestrange, owszem, był w stanie się odwrócić. Nie tylko był w stanie, właśnie to robił. Nie musiał wypowiadać więcej gróźb, by je ucieleśniać. Patrzył na przyjaciela, który leżał wgnieciony w trawę, dochodząc do wniosku, że Roman runął nie tylko fizycznie, ale i mentalnie, i choć może kiedyś, dawno temu, coś w Corneliusie zadrżałoby ze współczucia, z potrzeby podania mu dłoni i postawienia brata na nogi, to dziś... Po tej nocy, tych słowach, tym wszystkim, dziś nie został w nim nawet cień tej ochoty. Corio pokręcił głową, raz, powoli, z niedowierzaniem graniczącym z rezygnacją, a potem spojrzał tam, gdzie powinien być Elias. I… Nie znalazł go. Zastał go zupełnie inny widok. Mrugnął, otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zanim zdążył coś powiedzieć, Roman zemdlał, osunął się na ziemię i stracił przytomność.

Cornelius westchnął głęboko, przeciągle, po raz któryś tego wieczoru. Sposób, w jaki wybrzmiał dźwięk, gdy wypuścił powietrze z płuc, miał w sobie coś ze starca patrzącego na młodzież w na King's Cross pierwszego września.

- Świetnie... - Mruknął pod nosem, zupełnie nieporuszony tym, że Potter stracił przytomność. Nie próbował nawet kryć znużenia, zmęczenia, zawodu. Zamiast tego spojrzał na skrzaty... Te, które pojawiły się w najgorszym możliwym momencie - i to z wielką, lśniącą tacą, na której pysznił się pieczony świniak, chluba wieczoru, przynajmniej według Romka. Spojrzały na siebie, potem na leżącego Romulusa, potem na Corneliusa. Corio spojrzał na nie, uniósł brew, a potem tylko skinął głową.

- Zabrać. - Rzucił krótko, a po chwili po prostu odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę najbliższego źródła alkoholu, jeśli nie ratunku dla jego nastroju, to przynajmniej niewielkiej ulgi.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=O7EeKxG.jpeg[/inny avek]


RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Benjy Fenwick - 25.06.2025

Trawa była chłodna i wilgotna, chociaż wiedziałem, że od kilku godzin nie padało. Leżałem przez chwilę bez ruchu - nie dlatego, że fizycznie nie mogłem się podnieść - nic mi nie było, może poza paroma zadrapaniami - ale dlatego, że nie chciałem. Nie chciałem ruszyć się ani o centymetr - nie ufałem sobie, ani temu, co mógłbym zrobić. Oddychałem ciężko, nie planowałem tego, chciałem przestać, lecz nie mogłem zapanować nad swoim ciałem - nie, gdy jednocześnie musiałem walczyć ze sobą, by nie zwinąć się w kłębek, bo wszystko we mnie chciało zniknąć, wyjść z tej skóry i wylać z siebie to wszystko, co właśnie poczułem. Brudne, lepkie obrzydzenie - do sytuacji, do siebie, do Romulusa.
Jeszcze chwila, westchnienie, ruch wahadełka i bym zapomniał. Tak właśnie działało to cholerstwo - działał on. Wtedy już nie wrzeszczał, nie rzucał klątwami, nie tłukł pięścią, tylko chciał wyczyścić mnie od środka. Parę sekund wystarczyło, żebym poczuł się brudny, jak gdyby  wcisnął mi rękę pod żebra i przez chwilę prowadził moim ciałem, jak marionetką. Mój przyjaciel - ten sam, z którym kiedyś łamałem się chlebem, dzieliłem dormitorium. Może po prostu go już nie znałem, nasza znajomość nie przeżyła dystansu, a może zwyczajnie w świecie był innym człowiekiem niż wtedy - nie tą wersją, którą wciąż miałem zapisaną w głowie. Może kiedyś faktycznie mógł dać mi w mordę, ale nigdy nie próbował wejść mi do głowy. A teraz?
Chciałem się śmiać - naprawdę - chciałem parsknąć, powiedzieć sobie, że przesadzam, nie było aż tak źle,nic się nie stało, ale to byłoby kłamstwo - brudne, parszywe kłamstwo, bo stało się coś gorszego niż fizyczny atak... Na moment straciłem siebie, i wiedziałem, że gdyby nie Cornelius, nie jego reakcja - sekundę później bym o tym nawet nie pamiętał, zostałby tylko uśmiech, spokojna pustka, może przekonanie, że jednak nie warto się stawiać.
Oddychałem ciężko. Moje dłonie były wbite w darń - zaciśnięte, tak mocno, że chyba łamałem paznokcie. Nie ufałem sobie - temu, że jeśli wstanę, to się nie rzucę, nie położę Romulusa na ziemi i nie sprawię, by przez najbliższe trzy dni jadł tylko przez słomkę. Wciągnąłem powietrze przez nos, starając się uspokoić, chociaż moje ciało nadal było w gotowości, w napięciu. Próbowałem nie patrzeć w stronę, z której dochodził głos Corneliusa, bo wiedziałem, że Romulus tam jeszcze jest, a ja… Nie mogłem teraz na niego patrzeć.
Roman - ten, który powinien... Mógłby dać mi w mordę, jeśli naprawdę miałby z czymś problem, ale nigdy nie powinien był wchodzić mi do głowy. Nie on. Zacisnąłem pięści w trawie - jeszcze jedno słowo, pierdolone westchnienie w moim kierunku, a rzuciłbym się na niego jak zwierzę. Nawet nie dla zasady, bo obraził kogoś, kto na to nie zasłużył. Tym razem dla siebie - bo czułem, że jeśli nie odzyskam, choćby fizycznej, przewagi, to się rozpadnę.
Z każdą sekundą uświadamiałem sobie coraz boleśniej, co się właśnie wydarzyło.
Romulus.
Romulus mnie...
Zrobił to - naprawdę - chciał mi wejść do głowy.
WSZEDŁ mi do głowy.
Prawie kazał mi zapomnieć.
Zapomnieć, że ją lubię. Zapomnieć, że mam własny osąd. Własną wolę. Jestem, kurwa, kimś więcej niż jego projektem do naprawy. Gdyby nie Cornelius, to…
Nie pamiętałbym, nie czułbym tego, po prostu patrzyłbym w jego oczy i kiwał głową:
„Tak, masz rację, Romek. Masz rację, jak zawsze.”
Usłyszałem kroki - znałem je - zanim jeszcze ją zobaczyłem. Prudence. Nie, kurwa, nic nie było w porządku, ale spojrzałem na nią z dołu - z tej mojej upokarzającej pozycji, z której nawet nie próbowałem się jeszcze podnieść. Na ten moment... Kurwa - naprawdę wolałem zostać sam. Nie dlatego, że jej nie chciałem, ale dlatego, że czułem się brudny, przegrany, i nie chciałem, żeby patrzyła na mnie takiego. Nie po tym, co mi zrobiono, nie z tą świadomością, że nawet nie umiałem się obronić - dałem się podejść jak dzieciak w alejce, jeszcze chwila, i byłbym jego. Próbował mnie złamać - mentalnie, podejść mnie mimochodem - po cichu odrzeć mnie z siebie i zostawić coś, co by się uśmiechało, potakiwało, było grzeczne. Najgorsze w tym było to, że prawie mu się udało, jeszcze parę sekund i bym o tym zapomniał - naprawdę - opuściłbym ramiona, westchnąłbym, uznał, że wszystko w porządku.
Cornelius wyrwał mnie z tego - brutalnie, fizycznie - wysłał mnie na trawnik, a ja po prostu... Zamiast czuć się zły o sposób, w jaki to zrobił - pozwoliłem, żeby ziemia mnie przyjęła, leżałem na niej, chociaż wciąż chciałem się podnieść... Wciąż chciałem mu przypierdolić. Miałem ochotę złamać mu nos, ale nie zrobiłem tego.
Byłem dla niego... Czymś - czymś, czym można pokierować, jeśli zna się odpowiedni rytm wahadła i ton głosu. Nie, nic nie było okej... Nie chodziło o to, że mnie zraniono - tylko o to, że niemal straciłem siebie... Nie oszukujmy się - jeszcze kilka sekund i już bym nie pamiętał, nie miałbym pojęcia, że coś było nie tak. Siedziałbym sobie spokojnie przy ognisku, z fałszywym blaskiem w oczach i przekonaniem, że wszystko gra - Romek to mój przyjaciel, jestem mu lojalny, mam się kogo słuchać, a Prudence... Prudence, która stała nade mną, nie istnieje dla mnie, albo nie ma znaczenia.
Przez moment nie odpowiedziałem, po prostu leżałem, czując, jak w gardle i ustach zbiera mi się kwaśny posmak. Spojrzałem na nią. Czułem się jak wrak.
- Nic mi nie jeszt. - Wycedziłem w końcu. Przełknąłem ślinę, zerkając w bok - na miejsce, gdzie ten cały dramat miał swój początek - nie mogłem jeszcze patrzeć na Romulusa, nie bez odruchu ściskania palców w pięści. Mój żołądek ścisnął się brutalnie - nie ze strachu, wściekłości, z obrzydzenia. Nie bolało mnie ciało - może trochę żebra, może bark, po tym jak szarpnęło mną zaklęcie Corio, ale fizyczny ból był ulgą. Odwróciłem wzrok od Prue - nie dlatego, że nie chciałem jej widzieć. Tylko, że nie umiałem teraz spojrzeć nikomu prosto w oczy, czując, iż byłem o milimetr od stania się cudzym narzędziem... Milimetr od nie bycia sobą...
- Nie. Nie boli. - Powiedziałem twardo, z trudem powstrzymując się przed dodaniem czegoś więcej. Może nie mówiłem całkiem zgodnie z prawdą, ale wystarczająco, by odsunąć się od tego, co mnie rozpieprzyło. Musiałem to zebrać do kupy, złożyć siebie z powrotem, i lepiej było, żebym zrobił to sam. Przeciągnąłem się, oparłem rękę o trawę, po czym popatrzyłem na nią z dołu, bez cienia uśmiechu. - Ale potszebuję dwóch minut, szeby nie odpieldoliś komuś golszego numeru nisz on właśnie plóbował mi zlobiś... - Przerwałem i westchnąłem przez zęby. Nie chciałem być oschły dla Prudence - naprawdę.
- To nie twoja wina. - Dodałem, bo widziałem, co się czaiło za jej spojrzeniem. Te słowa nie zabrzmiały przekonująco, przez mój ton, lecz naprawdę nie chciałem się na niej wyżywać. Część mnie chciała, żeby sobie poszła, zostawiła mnie z tym gównem, które właśnie przetaczało się przez moje wnętrze, jak druga fala błota po powodzi... Inna część nie potrafiła jej tego powiedzieć. Oparłem się na dłoniach - z trudem, bo trzęsły mi się łokcie - wziąłem głęboki wdech, a potem kolejny, wreszcie spojrzałem na nią raz jeszcze. Chciałem dodać: „Nie martw się.”, ale nie byłem w stanie - jeszcze nie - może za kilka minut albo godzin. Teraz musiałem po prostu nie wybuchnąć. - Nic s tego nie było pszes ciebie. Jasne? - Pokiwałem głową w kierunku ogniska - gdzieś tam, nie patrząc dokładnie, by nie widzieć Romka - Corio nadal mówił, z całą swoją siłą autorytetu, z tą cholerną klasą, której ja teraz nie miałem w sobie za grosz. Zacisnąłem pięści, ale nie ruszyłem się z miejsca... Cornelius mówił, i to wystarczyło, nie musiałem mu przerywać - wiedziałem, że sobie poradzi, powie Romulusowi wszystko, co trzeba, a może nawet więcej, niż trzeba, ja... Ja musiałem po prostu nie podnieść się, nie skoczyć Romanowi do gardła, i nie zacząć go tłuc.

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/e60270d63fb9b44c553f6fa5690873c9/dfa92458c3c77fc4-6b/s500x750/46a91b704d666081924397250b5c7ddfdd8288eb.gif[/inny avek]


RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Ambroise Greengrass-Yaxley - 26.06.2025

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/bc072cc966641f9e2926cf87eae72144/49b76fe2fed73ccc-1d/s500x750/391661ef1bec221a3181c1faf51e48e367a2314f.pnj[/inny avek]
Nie dało się ukryć, że w towarzystwie składającym się z takich a nie innych osób bywało...
...różnie. Naprawdę różnie. Szczególnie, gdy w grę wchodziło spędzanie ze sobą naprawdę dużych ilości czasu w okresie szkolnym. Zwłaszcza w przypadku tej części ze zgromadzonych, która dzieliła dormitorium, czyli poniekąd większości zamieszanych w to, co działo się w tej chwili.
Jedynie Elias trzymał się nieco z boku, choć Roise nie bez zaniepokojenia dostrzegł, że to też właśnie zaczęło ulegać zmianie. I to bardzo, bardzo dosłownej.
No cóż. Czemu się dziwić? Ten wieczór zdecydowanie wymknął się wszystkim spod kontroli. Tyle tylko, że nie w tym dobrym sensie. Nie tak jak zazwyczaj. Nie. To był jeden wielki narastający pierdolnik.
Różnice w charakterach i w wychowaniu, odrębne światopoglądy, prywatne doświadczenia i pobudki. Cała masa naprawdę różnorakich czynników a oni jakimś cudem jeszcze dalej trzymali się ze sobą nawzajem. Czyżby do tej nocy? Czy to, co miało miejsce, rzeczywiście mogło być gwoździem do trumny, którą nieświadomie zbijali przez lata? Do masowej mogiły? Zawsze udawało im się dojść do porozumienia. Czasami prędzej, czasem później, jednak nie dało się nie dostrzec, w jaki sposób tym razem eskalowała cała sytuacja. Zdecydowanie wykroczyła bowiem poza ich standardową grupę, teraz dotyczyła już znacznie szerszego grona ludzi.
Ich ludzi. Jego ludzi. Ludzi Ambroisa i...
...co dodatkowo nadawało temu większe znaczenie...
...planów, jakie miał wobec nich. Wizji nie tylko na początek wieczoru. Nie tyle na rozwój ogniska. Nawet nie na następne godziny bądź też dni, ale wręcz na lata. Długofalowych założeń i zamiarów, jakie miał Greengrass. A które właśnie zaczęły walić się niczym domek z kart. Choć w jego przypadku, być może naturalniej byłoby przyrównać to do zamku z piasku, który nie miał dotrwać do końca dnia.
Jednakże Roise nie czuł się jak król. Nad niczym nie panował. Już nie. Nie teraz. Nie w tej chwili. Jeszcze zaledwie kilka godzin wcześniej miał wrażenie, że może podbić świat. Wszystko zaczęło się układać, zmierzało ku dobremu, nawet jeśli świat dookoła nich temu nie sprzyjał. Patrząc na to, co działo się tuż przed jego oczami, teraz czuł jednak głównie chęć rwania włosów na głowie. Nie, nie z powodu załamania. Po to, aby nie zrobić nic gorszego.
Naprawdę próbował zapanować nad narastającą frustracją. Nad wrażeniem, że kolejny raz utracił kontrolę nad czymś, co miało dla niego cholernie dużo znaczenia. Ba! Że ktoś mu ją odebrał. Ktoś, kto był dla niego ważny. Kogo traktował jak rodzonego brata i komu zaufał w tak wielu kwestiach. Obecnie coraz bardziej dochodząc do wniosku, że niesłusznie.
Sam nie wiedział, kiedy dokładnie zaczął nerwowo obracać sygnet na palcach, nieświadomie ciskając gromami z oczu w kierunku współtwórcy zamieszania.
Tak, nie zapomniał o swoim udziale w całym tym przedstawieniu. Za to Romulus najwyraźniej zrobił coś zupełnie przeciwnego, całkowicie ignorując fakt, że to Greengrass, nie Bletchley, odpowiadał za podniebny pokaz prowadzący do spektakularnego upadku na leżaki i wszystkiego, co wydarzyło się dalej.
Naprawdę usiłował wyglądać spokojnie. Starał się pamiętać, z kim ma do czynienia. Wewnątrz własnego umysłu powtarzał sobie, że przecież nie raz, nie dwa dochodziło do absurdalnych sytuacji i jeszcze wszystko mogło wrócić na właściwe tory. Wystarczyło tylko, żeby każdy tutaj tego chciał.
Tyle tylko, że nawet on nie miał w sobie aż takich pokładów...
...no, właśnie...
...czego? Nie był to bowiem optymizm. Nie była to ślepa wiara. Nie do końca byłaby to akceptacja, tak naprawdę czegokolwiek. Nie wyparcie. Krótko mówiąc: czymkolwiek by to nie było, Roise tego nie miał. Nie w sobie. I nie zamierzał mieć. Szczególnie w momencie, w którym to i tak zupełnie nic by nie zmieniło.
Nikt inny najwyraźniej też nie zamierzał wykazywać się nadmiernymi chęciami dalszego ratowania sytuacji. Przynajmniej nie do tego momentu. Romulus zemdlał, skrzaty zawinęły się ze świniakiem. Ognisko nadal płonęło jasnym, niemalże karykaturalnie trzaskającym, ciepłym płomieniem. Roise stał całkiem daleko od ognia, ale w tym momencie było mu aż nazbyt gorąco.
Sam nie wiedział, ile czasu stał w miejscu tuż obok Geraldine, oczekując... ...chuj wie, czego tak właściwie. Może zresztą tak było lepiej? No cóż. Wszystkie oczekiwania, jakie miał do tej pory, tąpnęły. Sięgnęły dna. Zupełnie tak jak atmosfera. Nie, nie było już czego ratować.
Wystarczyło jedno przelotne spojrzenie w kierunku każdego z uczestników ogniska, by Ambroise obrócił się na pięcie, sięgając nie po jedną a po trzy butelki mocniejszego alkoholu i posyłając wymowne spojrzenie w kierunku Yaxleyówny.
- Idziemy? - Rzucił krótko, używając przy tym możliwie jak najbardziej opanowanego tonu, co w rzeczywistości wyszło mu dosyć umiarkowanie.
Nawet nie próbował rozwijać tematu. Nie usiłował pokrzepiać nikogo z otoczenia, co zresztą nie byłoby w jego naturze. Nie przejął się także koniecznością wygaszania ogniska ani niczym, co zostało przygotowane. Po namyśle odchrząknął tylko pod nosem, kiwając głową w stronę stołu z jedzeniem.
- Weźmiesz? - Spytał, wskazując podbródkiem na dosyć niewiele mówiący pakunek.
Mięsny jeż. Ich naczelne danie. Ich wersja tortu przeznaczonego na celebrację czegoś, co właśnie brało w łeb. Był wściekły, poirytowany, naprawdę zły. Robiąc dwa kroki w kierunku ścieżki, zatrzymał się w oczekiwaniu aż Geraldine zgarnie niedoszły hit wieczoru i będą mogli opuścić towarzystwo. Nie żegnał się. Po prawdzie, nie chciał zbyt wiele mówić. Nie dlatego, że obawiał się, że coś palnie (umówmy się: nie dało się bardziej zjebać), lecz przez to, że nadal usiłował zachować jakąkolwiek klasę. Nawet w obliczu całego tego cyrku.


RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Prudence Fenwick - 26.06.2025

[inny avek]https://images2.imgbox.com/41/53/Geo6jcio_o.png[/inny avek]

Tak właściwie to był impuls. Chciała po prostu sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku. Miała świadomość, że wydarzyło się tutaj bardzo dużo, zostały przekroczone pewne granice, które najprawdopodobniej nigdy nie powinny być przekroczone. Nie wydawało jej się, aby ktokolwiek akceptował korzystanie z hipnozy, uroków, czy innych podobnych numerów po to by spacyfikować swoje towarzystwo. To było przegięcie, i chyba każda logicznie myśląca osoba by to dostrzegła. Nie miała dobrego zdania o Romulusie, teraz jej niechęć tylko się pogłębiła. Skoro w ten sposób zachował się w stosunku do swoich przyjaciół, to z jakich metod właściwie korzystał, gdy ktoś kogo nie znał nie chciał wysłuchać jego zdania? Wolała w to nie wnikać, bo bała się wniosków, do których mogłaby dojść. Taka osoba nie powinna być psychiatrą, nie kiedy nie dawała sobie rady z własnymi emocjami, jak nigdy miał radzić sobie z problemami innych, skoro nie radził sobie ze sobą? Uderzyło w nią to przedstawienie, które zobaczyła.

Oczywiście ruszyło ją też to, co stało się wcześniej. Nie miała ambicji, aby każdy ją lubił, raczej całe swoje życie była od tego bardzo daleka, ale te słowa, które rzucał w jej stronę niczym w amoku nie były przyjemne. Poczuła się nieswojo, miała ochotę schować się gdzieś, zniknąć, zapaść pod ziemią, bo nie znosiła znajdować się w centrum zainteresowania. W tym przypadku niosło te ze sobą też bardzo nieprzyjemne doświadczenia z przeszłości, bo wiele razy słyszała, że nie jest gdzieś mile widziana. Między innymi dlatego dystansowała się od ludzi. Być może był jedyną osobą, która odezwała się tutaj do niej w ten sposób, do tego jego przyjaciele stanęli w jej obronie, mimo wszystko zapewne szybko nie zapomni tych słów. Jej przypadłość powodowała, że pamiętała wszystko bardzo dokładnie i na pewno będzie pamiętać te uczucia, które jej towarzyszyły, gdy na nią naskoczył. Znowu to do niej wróciło, najwyraźniej nie do końca miała to przerobione.

Nie wiedziała, czego może oczekiwać w tej chwili Benjy. Zdawała sobie sprawę, że każdy ma swoje potrzeby, każdy inaczej przeżywa sytuacje na które nie ma wpływu, radzi sobie z negatywnymi emocjami w różny sposób. Nie zamierzała jednak ignorować tego, co mu się przytrafiło, mimo, że nie wiedziała w jaki sposób może go wesprzeć i czy w ogóle było to potrzebne. Źle by się czuła sama ze sobą, gdyby zignorowała to, co mu się stało. Nie obchodziło jej to, że to może wydawać się dziwne, bo przecież oficjalnie nigdy nie pałali do siebie sympatią, raczej wręcz przeciwnie. W przeszłości nie potrafili się ze sobą dogadać i raczej naturalne dla tej ich relacji byłoby zignorowanie tego i udawanie, że nie widzi. Tyle, że wiele się zmieniło, ona się zmieniła, on się zmienił i zmieniło się ich podejście do siebie. Nie deklarowali sobie właściwie niczego, ale to nie musiało nieść ze sobą ignorancji, naprawdę przejęła się tym, co mu się przytrafiło i chciała sprawdzić, czy wszystko jest z nim dobrze, przynajmniej fizycznie. Czuła bowiem, że to będzie niosło ze sobą większe konsekwencje. Romulus potraktował go jak kogoś obcego, rozmawiali o jego powrocie tutaj, o niespełnionych oczekiwaniach, to doświadczenie mogło być kolejnym punktem do dopisania do listy, bo przyjaciele nie zachowują się w ten sposób. Może to też się zmieniło.

Nie chciała się narzucać, to też było dla niej typowe, zresztą po tej całej dramatycznej sytuacji, czuła się raczej niepewnie, w końcu to jej obecność w tym miejscu wywołała kontrowersje, gdyby jej tu nie było zapewne nic takiego by się nie wydarzyło, pewnie wyśmienicie by się tutaj bawili. Rozsądek podpowiadał jej, że to nie jest jej wina, że nie zrobiła niczego, co mogło spowodować takie zamieszanie, ale mimo to nie umiała przestać myśleć o tym, że poniekąd to jej sprawka. Głupie to było myślenie, ale nie miała na to wpływu.

Kiwnęła jedynie głową, kiedy Benjy powiedział, że nic mu nie jest. Nie zamierzała drążyć, to nie był na to odpowiedni czas i miejsce, bo wiedziała, że na pewno w niego to uderzyło, to nie było nic, ale w tej chwili faktycznie wszystko było dość świeże, towarzyszyły temu spore emocje, które mogły nie wnosić niczego dobrego. Potrzebował przestrzeni, to też było dla niej zrozumiałe. Zależało im na złagodzeniu sytuacji, przynajmniej większości z nich. Cornelius powtarzał, że miało być miło, trochę zaczynała wątpić w to, czy jeszcze jest to możliwe.

Potrzebował czasu, to było zrozumiałe, Bletchley potrafiła trzymać się granic, kiedy te zostały wyznaczone. Odsunęła się więc kilka kroków na bok, przysiadła na ziemi i wbiła spojrzenie w ognisko. Nie musiała się odzywać, nie musiała zadawać kolejnych pytań, chciała po prostu być obok, bo zależało jej na tym, aby wiedział, że go nie porzuci, nie tak łatwo, nie była osobą, która odchodziła, gdy zaczynało się robić ciężko. Mogła po prostu trwać gdzieś, poczekać na to, aż to przetrawi.

- Jaaasne. - Przytaknęła jeszcze, chociaż można było w tym wyczuć nieco fałszu. Naprawdę chciała w to wierzyć, ale średnio się czuła z tym wszystkim co padło tego wieczora. Oczywiście próbowała skupić się na pozytywach, bo też jakieś  się pojawiły, aczkolwiek wolałaby, aby nie musieli wybierać stron, i by ona nie znajdowała się w centrum zupełnie niepotrzebnego konfliktu - na to jednak było już zbyt późno.