![]() |
|
1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +---- Dział: Knieja Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=31) +---- Wątek: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec (/showthread.php?tid=1184) |
RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec - Erik Longbottom - 20.06.2023 Przymknął na moment oczy, powstrzymując się przed posłaniem w stronę Śmierciożercy dosyć prostackiej wiązanki przekleństw. Zamiast tego wziął głęboki oddech, nie chcąc się niepotrzebnie rozpraszać. Nie, żeby sam był wyjątkowy skupiony na tyle, aby wdawać się w wielowątkową wymianę zdań z pochwyconym przez siostrę czarnoksiężnikiem. Wokół dalej działo się zbyt dużo, aby przeprowadzić jakkolwiek znaczące przesłuchanie. — Nadmierna pewność siebie może cię jeszcze zgubić — odpowiedział sucho, rzucając na jeńca zaklęcie petryfikujące*. — Na twoim miejscu ostrożniej bym szacował swoje szanse. Nigdy nie wiadomo, jak się potoczy proces. Wzmagający się wiatr nie uszedł jego uwadze, chociaż na dobrą sprawę nie wiedział, co właściwie mógłby zrobić, aby go uspokoić. Czy w ogóle było to możliwe? Cóż to mogła być za magia? Naturalna reakcja skrytej pod grubą warstwą ziemi żyły magii? Ostatnia linia obrony kowenu Whitecroft, o której nikogo nie poinformowali? Pułapka Czarnego Pana, mająca na celu rozproszyć walczących na tyle, aby dać czas jego sojusznikom na umknięcie? W to ostatnie wątpił. Wokół panował taki chaos, że wątpił, aby nawet walczący po stronie Lorda Volemorta wiedzieli, jak działać pośród tego huraganu. — Moss się wyliże? — rzucił do Danielle, starając się przekrzyczeć świst wiatru. Zaczął stąpać z zaniepokojeniem z nogi na nogę, obracając różdżkę w dłoni. Czy to, że znajdowali się w samym centrum tego magicznego fenomenu, zapewniało im bezpieczeństwo? A może zaraz i w nich uderzy siła żywiołu, do tej pory zapewniające złudny azyl? Niestety, nie miał szans na dalsze rozważanie, gdyż chwilę później niebo rozświetlił błękitny piorun, uderzając wprost w wir wiatru. Erik momentalnie rzucił się na ziemię, lądując nieopodal swej kuzynki. Kolejne rozszerzanie się i zwężanie wiru w dużej mierze uszło jego uwadze przez to, że do końca nie wiedział, co widzi, cały czas pozostając z głową przy ziemi. Gdy rzucił niepewne spojrzenie ku niebu, dostrzegł formujące się nad nimi chmury, jednak w pierwszej chwili nie poznał, że na nocnym niebie uformował się Mroczny Znak – widział jedynie jego zarysy, jednak uznał to za kolejny efekt buszującego na ziemi żywiołu. * - jak rozumiem, w tej turze nie musimy rzucać na sukces, więc po prostu petryfikuję przeciwnika, co by nie sprawiał już kłopotów, skoro kończymy powoli wątek. edit: poleciał edit, ale tylko po to, żeby poprawić kod RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec - Danielle Longbottom - 21.06.2023 Przez pokłady empatii jakie w sobie posiadała, zawsze silnie współczuła tym, którzy potrzebowali pomocy, niezależnie od powodu, z jakiego trafili na oddział - czy to z powodu klątwy, jaka na nich spadła, lub urazu pozaklęciowego na skutek bójki, która zaszła zbyt daleko. Ale teraz, gdy patrzyła na poranioną Moss, liczne i głębokie poparzenia jakich doznała w imię... no właśnie, czego? Kto jej to zrobił? Dlaczego? Kto stanął na jej drodze i dlaczego z zimną krwią i bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia starał się ją zamordować? Śmierciożercy głosili bujdy na temat czystości krwi i tego, jak wielką przysługę wyświadczą całemu światu magicznemu, gdy pozbędą się mugolaków, a mugole ugną się i będą żyć w strachu. Ale... ale przecież Moss była czarownicą. Czy tak właśnie miała wyglądać czarodziejska utopia, do której chcieli doprowadzić? Czy czystość krwi była tylko pretekstem, który usprawiedliwiłby ich zwierzęce, bestialskie zapędy? - Żyje. I Ty też żyjesz. I będziesz żyć, jeszcze długo... - odezwała się, wolną dłonią ujmując jej dłoń. Chciała powiedzieć coś jeszcze, coś co pokrzepi kobietę, jednak jej uwagę skupiła stopniowo narastająca wichura. Powinni uciekać? Nawet jeżeli, nie zamierzała tego robić bez Erika i Moss. Śmierciożercę w ostatecznym rozrachunku pewnie również zabraliby ze sobą, gdyż takimi właśnie byli ludźmi. Śmierciożerca nie przestawał nawijać. Coś o więzieniu, ministerstwie. Poczuła irytację, a to w jej wypadku, nie zdarzało się często. Machnęła różdżką z zamiarem wyczarowania lin, które otaczając mężczyznę przygwoździłby go do ziemi, chcąc tym samym uniemożliwić ewentualną próbę ucieczki. Na pytanie kuzyna uniosła głowę i naprawdę, z całego serca, chciała odpowiedzieć, że tak, na pewno tak będzie. Jedyne, z czym będzie musiała się zmierzyć, to możliwe zakażenie całego organizmu, silne obrażenia wewnętrzne, a później długotrwała rehabilitacja. Zacisnęła wargi i bardzo ostrożnie kiwnęła głową. Ustabilizowała jej stan, to był dobry początek. Zamierzała zająć się obrażeniami, gdy wichura stopniowo wzmagała się, a nieopodal nich z głośnym hukiem uderzył piorun. Odruchowo skuliła się, jednocześnie osłaniając Moss własnym ciałem. - Erik, co się dzieje?! - wyrzuciła z siebie, a w jej głosie, po raz pierwszy od samego początku zdało się słyszeć oznaki paniki. Wolną dłonią odruchowo sięgnęła w stronę kuzyna, łapiąc go za rękę. A co z Mavelle, Patrickiem, Viki i Atreusem? Czy powinna zostawić Moss i Erika, żeby się w ich stronę i próbować ratować ich przed wichurą, czy liczyć na łut szczęścia, że żywioł ich nie dosięgnie? RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec - Alastor Moody - 24.06.2023 Uhh... nie powinien uśmiechać się, widząc wpędzonego w śmiertelne niebezpieczeństwo Śmierciożercę? Oj, jak mi przykro, było na to za późno - nawet w obliczu tak wielkiego kryzysu, Moody nie powstrzymał delikatnego uniesienia się kącika ust, kiedy dotarło do niego, że przynajmniej jeden śmieć nie ucieknie stąd tak po prostu, jak skończony tchórz, ewakuując się poza teren ewentualnego rażenia. Niestety nie mógł iść tam i go jeszcze obłożyć pięściami, bo zrywający się wiatr rzucił nim o grunt. Nie był człowiekiem, który w takiej sytuacji mierzył się z gorzkim uczuciem upokorzenia, nie odczuł więc nic prócz bólu po tak nagłym zderzeniem się z piaskiem. Spróbował jedynie zakryć oczy, żeby mu znowu nie naleciało do nich piachu. - Harper - zwrócił się do niej po imieniu, dźwigając się na równe nogi, mając nadzieję na to, że dziewczyna mu w tym pomoże - jak bardzo źle jest w tym lesie? Wybierasz to, czy zagrzebanie żywcem? Z lekkim zwątpieniem obserwował to, jak Brenna ratuje jednego dzieciaka, a drugiego pozostawia tak blisko szalejącego żywiołu. - Łapiemy go na raz, dwa... Jeśli tego pomysłu nie poparła, sam poszedł po tego Charles'a, nie mając zamiaru porzucić spanikowanego chłopaka samemu sobie. Mimo wszystko wybrali ukrycie się w tej leśnej głuszy, za lekkim wzniesieniem, w które spróbowali się jakoś wkopać, przyklejając się do ziemi i zachowując stałą gotowość na to, aby ochronić się przed tym, co mogło na nich spaść. Obwiązani czarodziejskimi pnączami jak pasami obserwowali dziejący się wokół chaos i modlili się o to, aby cokolwiek kryło się pomiędzy drzewami, nie miało tyle rozumu, aby ochronić się przed żywiołem. Moody wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza piersiówkę i upił z niej mocny łyk. Zaoferował ją pozostałej dwójce. - Może to ostatni - powiedział, po przełknięciu cholernie gorzkiej wódki i sapnięciu. - Na trzeźwo jak pierdolniesz o drzewo - powiedział do Charles'a, z pełną świadomością, że chłopak pewnie nie chciał tego słuchać - to przez spięte ciało możesz się połamać bardziej niż rozluźniony pijak. Dlatego pijaków zbiera się całych po upadku z czwartego piętra, a trzeźwych zbieraliśmy w Brygadzie łopatą. To nie były dobre słowa, ale nie chciał okłamywać go słowami „na pewno wszystko jest z nią w porządku”, bo pracował w tym Departamencie zbyt wiele lat, aby nie wątpić we wszystko. RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec - Julien Fitzpatrick - 24.06.2023 Złapany za ubranie zatrzymał się na chwilę i spojrzał kątem oka na Alastora, chociaż był definitywnie o wiele bardziej przejęty stanem Heather i przetransportowaniem jej do bezpiecznego miejsca. Skinął jedynie głową. Oczywiście spróbował przeprowadzić ją przez szalejący wiatr jak najbezpieczniej, ale sam miał wiele trudności, aby się poruszać. Słyszał w tle krzyki Harper, niektóre słowa odpływały z wiatrem zanim dotarły do jego uszu. Nieokiełznany żywioł sprawił, że zatrzymał się przed linią, jaka dzieliła jego i Heather przed bezpiecznym opadnięciem na trawę obok Erika, Danielle i reszty. Był tak blisko, a zarazem tak daleko; zirytowanie wzrosło w nim do granic możliwości. Pomimo zacinającej wichury poczuł jak gorąco i adrenalina nieprzyjemnie ogrzewają ciało, zimnym potem nadchodzącej paniki; nie wiedział co zrobić dalej, Wood osuwała mu się w ramionach. Gdyby był sam zapewne po prostu wskoczyłby w wiatr, nie myślał o konsekwencjach, ale nie wybaczyłby sobie, gdyby swoim brakiem pomyślunku zrobił krzywdę tak bliskiej osobie. Dostrzeżenie niebieskiego ognia sprawiło, że cofnął się o krok i właśnie wtedy nie zdołał też utrzymać nieprzytomnej dziewczyny. Serce zabiło mu mocniej, wcześniejsze zirytowanie zmieniło się już całkowicie w absolutną panikę. Dotarł do swojego psychicznego limitu. Przed oczyma stanęły mu martwe ciała brata i Christie, nie mógł złapać oddechu, a szalejąca dookoła wichura jedynie pogarszała sytuację. Stał tam jak słup soli, jakimś cudem utrzymując się pod naporem szalejącego żywiołu. Nie był w stanie wykonać kolejnego ruchu; był sparaliżowany. Heather przetoczyła się dalej, nieprzytomna. Jeszcze chwile temu czuł jej ciepło, czy mogła być nieżywa? Nie wiedział. Nie chciał wiedzieć. Bał się, że to jego wina. Powinien był ją przytrzymać przy ziemi, a nie ciągnąć w stronę bezpiecznego miejsca. Histerycznie przyglądał się nadbiegającej w stronę Wood Brennie i wciąż nie był w stanie wykonać ruchu, nawet, aby pomóc sobie. Panika, definitywnie odbijająca się w całej jego postawie, była widoczna jeszcze chwilę, do momentu aż radzący mu wcześniej jak poradzić sobie z wichurą Alastor wylądował gdzieś dalej od Harper, przy której stał chwile temu. Odrobine go to ożywiło, tak samo jak fakt, że Brenna zakopała się w, z tego co ledwo był w stanie dostrzec, niewielkiej dziurze w ziemi. Ze swoim wzrostem zająłby tam miejsce trzech osób. Nie miał czasu dalej rozmyślać nad opcjami czy wybudzać się z paniki, bo został zgarnięty przez Moodych. Słowa Alastora docierały do niego z lekkim opóźnieniem, ale uśmiechnął się półgębkiem, jakby takie słowa były dokładnie tym, co potrzebował w tej chwili usłyszeć. Wziął solidnego łyka, nie krzywiąc się nawet od mocnego alkoholu - zaprawienie w meliniarskich imprezach i młoda wątroba mają swoje plusy. Poczuł pieczenie w przełyku dopiero po chwili, więc zacisnął oczy i potrząsnął lekko głową. - Dzięki. Miejmy nadzieje, że nie trzeba będzie nas znikąd zbierać. I że one się w tej dziurze nie uduszą - nie był to jego najbardziej zabawny czy charyzmatyczny wypowiedź, ale była jedyną, na którą był w stanie się zdobyć w momencie, gdy przed oczyma stawały mu martwe ciała bliskich. Wciągnął powietrze gwałtownie. Mogli skryć się w lesie, ale tam podobno coś się czaiło. Mógł to być początek kolejnej wyczerpującej batalii. RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec - Stanley Andrew Borgin - 24.06.2023 Od pewnego momentu wszystko zaczęło nie iść po ich myśli, nic więc dziwnego, że na sam koniec musiało się stać podobnie. Świstoklik, który jeszcze dobrych kilka sekund temu znajdował się rękach Vulturisa, odleciał w nieznanym kierunku. Zresztą nie tylko świstoklik - sam Borgin też wylądował na ziemi, a następnie został pociągnięty w stronę zła, które czaiło się w lesie. Psia jego mać... Wypuścił nerwowo powietrzę z ust, widząc jak Chester, po prostu znika. Nie czekając ani chwili dłużej wstał i brzegiem lasu ruszył w poszukiwaniu miejsca gdzie czuł najmniejszy strach. Stanley zdawał sobie sprawę, że czaiło tam się coś niedobrego ale nie miał wyboru - to była jedyna szansa na ujście stąd z życiem. Znalazł się między młotem, a kowadłem. Z jednej strony miał coś dziwnego, a zarazem strasznego. Z drugiej byli funkcjonariusze Ministerstwa Magii - nie wspominając już o tej całej wichurze, która również zbierała swoje żniwo. Widząc jak wichura nie ustaje, wbiegł do lasu licząc na odrobinę szczęścia w tym swoim pechowym życiu. Borgin miał zamiar dobiec do miejsca gdzie uzna, że jest bezpieczniej, a sama magia jest dużo stabilniejsza. Docelowo szukał miejsca gdzie wpływ wiru będzie jak najmniejszy, a tym samym próba teleportacji miałaby szansę powodzenia. Koniec sesji
|