![]() |
|
[26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów (/showthread.php?tid=1921) |
RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Bell Dupont - 07.10.2023 Loretta była zjawą i marą, którą pewnie wielu mężczyzn widziało, gdy tylko zamykali oczy. Bellamy mógł zrozumieć, dlaczego wzbudzała ich zainteresowanie i pewnie, gdyby on sam był inny, to czułby się w jej obecności podobnie. Podziwiał ją, jednak nie kryły się w tym żadne namiętne umiejętności czy pożądanie. Była to czysta fascynacja, którą obdarowywał każdą osobę, która uważał za wyjątkową. A Lestrange nie można było tej niezwykłości odmówić. Wydawało się bowiem, że każdy jej krok był wydarzeniem, na które powinno się oczekiwać i przyglądać z zachwytem. Doprawdy intrygujące. Z tego tez powodu nie dziwiło go, ani też nie szokowało, że to ona była powodem tego wydarzenia. Nie mogło być przecież inaczej. – Ależ proszę, możesz próbować – dawał jej pozwolenie. Zszokowanie go było trudne, nie było jednak niemożliwe. Zapewne gdyby Loretta wyciągnęła teraz zza swojej peleryny jednorożca, to z pewnością udałoby jej się to osiągnąć. Bądźmy jednak szczerzy – pewne rzeczy się niemożliwe nawet dla największych cudotwórców. Sama ta myśl przyciągnęła na twarz Duponta uśmiech. Lestrange z jednorożcem wzbudziłaby zainteresowanie większe niż pojedynek… zapewne nie zniknęłaby z ust Londynu przez długie, długie miesiące, stając się legendą większą, niż była obecnie. – Och proszę, skromność ci nie pasuje – skrzywił się udawanym grymasem, po czym roześmiał cicho. Ciągle mówili dość cicho. Podobała mu się ta odrobina prywatności w miejscu, w którym prywatnie nie było. – Cóż… ja już pożyczyłem Philipowi szczęścia – odparł, oglądając się przez ramię, próbując dostrzec przyjaciela, jednak zarówno on, jak i jego towarzysz zniknęli już z pola widzenia. – To może przyjacielski zakład? Co ty na to? – zaproponował, chociaż nie wiedział, jak Loretta mogłaby na to zareagować, biorąc pod uwagę, że ten pojedynek chyba był poważnym wydarzeniem. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Laurent Prewett - 07.10.2023 Tak, strzelanie zaklęciami bez opamiętania... Laurent spojrzał na Erika odrobinkę inaczej. Pośród tych wszystkich ułożonych gestów, dokładnie wykalkulowanych słów i perfekcyjnych uśmiechów to zdanie jako jedyne zabrzmiało bardzo prawdziwie. Życzliwie. Niekoniecznie dopisywał od razu do nieznajomego człowieka (znanego tylko z okładek czasopism) wykluwanie takich odczuć, ale zapisał sobie za to założenie, że te słowa były prawdziwe. Że nie był on tutaj z przyjemności, szukając radości w widowisku, ale chyba przyszedł tu jako... kto w zasadzie? Przyjaciel rzeczywiście? Z jednej strony ten świat czarodziei czystej krwi był mały, z drugiej często można było się zdziwić, że potrafiłeś się nie otrzeć bezpośrednio o kogoś, z kim... w zasadzie to nie żeby szczególnie często Philip i Laurent pokazywali się razem, więc może tak po prostu wyszło? Było coś wdzięcznego w tym spojrzeniu, jakie Erikowi posłał. Niema zgoda, nieme podziękowanie, a dla siebie samego zachował podziw dla słów tak prostych, tak szczerych i tak otwartych w gronie tego, że każdy tutaj sobie życzył miłego widowiska. Tym to w końcu miało być - zabawą, baletem. Lepsza taka forma pojedynku, niż gdyby panowie wyjaśniali to sobie w domowych ogródku. Spojrzał ze swojego miejsca, jak Philip wręcza Bellowi swój płaszcz, zanim wkroczył na parkiet do pojedynków i jak Louvain z drugiej strony również opuścił towarzystwo. Nie było w tym niczego ekscytującego. Było to raczej smutne. Przykre. Niewłaściwe. Ale to była tylko jego perspektywa. Zaraz jednak odwrócił wzrok w kierunku Vakela i potem Victorii, kiedy ta odezwała się do mężczyzny o śnie. Proroczym zresztą. Znali się? Na to wyglądało? Posłał trochę pytające spojrzenie kobiecie, ale w tym zaciekawionym sensie. Takie pytanie, czy warto w ogóle poruszać ten temat. Proroctwo, jak to określiła, nie brzmiało jak dobra pogawędka na taki czas, jak ten. Czy był rozdarty? Oczywiście. W gruncie rzeczy trzymał kciuki za obu panów. A głównie to trzymał kciuki, żeby ten pojedynek się szybko zakończył. Nie życzył porażki żadnemu z nich, zgrozo, dlaczego miałby? Choć to dość oczywiste, że w tym pojedynku bardziej zależało mu na Philipie, dopóki Atreusa nie było w grze. Zresztą sam fakt, że Louvain będzie musiał wpłacić pieniądze na cele charytatywne był całkowicie szczytny. Ugh, Laurent samego siebie ganił regularnie za to, że miał w sobie tego chytrusa, który chciał spać na swoim złocie i niechętnie je wyprowadzał ze swojego skarbca. Było to nadal nic w porównaniu z majątkiem Prewettów, ale jednak - było jego, samodzielnie wypracowane, zarobione. Jego zabezpieczenie i możliwość inwestycji w przyszłość. A ganił siebie za to bo myślał też regularnie o tym, że sam powinien wspierać więcej celów, które pomagałyby potrzebującym. Odetchnął, milknąc, kiedy światła przygasły i mężczyźni wyszli na parkiet, żeby zgodnie z zasadą pojedynków oddalić się od siebie i stanąć po przeciwnych stronach tego teatru. Już napięcie wzrosło w nim do stopnia, gdzie było mu nieswojo. - Chwilę popatrzę. - Obrócił głowę w kierunku Victorii, ale nie zdobył się na odwzajemnienie tego uśmiechu. Delikatnie poluzował krawat pod szyją, obracając znów głowę w stronę pojedynkujących się... sędzia dał sygnał i pierwsze zaklęcie świsnęło w powietrzu. Laurent odruchowo zamknął oczy, ale zaraz rozchylił powieki. - Mam szczerą nadzieję, że ograniczy się to do wymiany niegroźnych zaklęć. - Zwrócił się do Viki. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Laurence Lestrange - 08.10.2023 Oczekiwana osoba, niespodziewanie pojawiła się na pojedynku swojego brata. Louvain najbardziej potrzebował w tym dniu wsparcia rodzeństwa. I jak na razie, Laurence był tutaj jedynym, poza licznym gronem kuzynostwa. Dostrzegł obecność Eden, szwagierki, ale w pobliżu jej osoby nie było Williama. Choć ten jeden raz, brat mógłby pokazać się w gronie dużej rodziny w jednym miejscu. - Przepraszam na moment. Przywitam się z siostrą. Przeprosił Rabastana i Bellatrix, zabierając ze sobą Louisa, który nie ukrywał zdziwienia, ale i ciekawości, któraś ciocia się pojawiła? Najstarszy Lestrange z rodzeństwa zbliżył się, z małym synkiem u boku, do Loretty i towarzyszącemu jej Bellamiego Duponta. - Miło Cię widzieć, siostro. Zwrócił się do Loretty Laurence, choć gdy się jej przyjrzał, nie ukrywał zaniepokojenia jej wyglądem. Nie pod względem stroju, ale stanu zdrowia. Nie mogło mu się wydawać, że była szczuplejsza? Bellamiemu podał dłoń na przywitanie. Siostrę by objął w braterskim uścisku. Mały Louis przyglądał się cioci, czy to na pewno ta którą zna. Długo mógł jej nie widzieć. Za to ten nieznany mu pan był bardziej obcy. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Kayden Delacour - 08.10.2023 Honorowy pojedynek był dobry w romansach, przelewanych na pergamin i pozostawionych, by sobie dogorywały w spokoju. Według Kaydena taka walka niczego nie rozwiązywała, a jedynie jeszcze bardziej pogłębiała spór. Źródło rozrywki — oh, tak... to było już bliższe definicji owego pojedynku. Zwłaszcza że ryzyko i lekkomyślność było idealnym podium dla widowiska. Ni mniej jednak Kay pojawił się na nim z prostego powodu. Pojedynkował się jego kuzyn, a to już wystarczyło, by przyjął jego zaproszenie i pojawił się — lekko spóźniony - w sali zarezerwowanej dla całej tej arystokratycznej śmietanki. Rozpoznawał niektóre twarze, choć większości osobiście nie poznał. Szukał wzrokiem Philipa, by mu życzyć powodzenia, ale już go w loży nie zastał. Trudno, życzy mu powodzenia w dochodzeniu do siebie po walce... jakkolwiek by się ona nie skończyła. Odziany w elegancką czerń i krwawą czerwień, podążył za hostessą do wydzielonej strefy, pozostawiając za sobą lekką woń wiśni i nikotyny, bo z fajkami już od paru dni się nie rozstawał. Skłamałby mówiąc, że to widowisko nie miało go odciągnąć na parę chwil od pracy. Głównie dlatego postanowił się w końcu zebrać i przyjść. Sam, bo nie miał głowy do załatwiania sobie towarzystwa. Zresztą... tutaj było już wystarczająco ciekawie. Srebrne oczy szukały punktu zaczepienia, aż nie zahaczyły o twarz kobiety, którą już wiele razy widział na bankietach i przyjęciach, dotyczących świata sztuki. Nie tylko, bo przecież i w hogwarcie widział ją w domu węża, rok niżej od niego i chyba już wtedy spoglądał na nią ciekawskim okiem. Nigdy jednak nie miał okazji się z nią zapoznać, a bardzo tego chciał. Kto by nie chciał? Rubinowe Wino, to widziały jego oczy, gdy spoglądał na zdjęcia w gazetach, i wcale nie dotyczyło to barw. Nie miał wątpliwości, że była charakterna. Nie miał też wątpliwości, że z łatwością zgniatała konkurencję wysokim obcasem. Wiedział również, że była siostrą Louvaina, o którą toczył się ów spór, co jeszcze bardziej potęgowało pragnienie poznania sławnej artystki. Tak naprawdę nie orientował się, o co w zasadzie poszło dokładnie z tym całym honorowym pojedynkiem. O kobiecą godność na pewno, co wynikało z listu od Philipa. Skłamałby mówiąc, że nie pragnie poznać wersji wydarzeń, malowanych artystycznym okiem i tak naprawdę nie wie, komu jeszcze kibicować. To, że stał murem za rodziną to jedno, a to, że rodzina nie zawsze podejmowała właściwe decyzje, to drugie. Podszedł więc do Loretty Lestrange z cichą nadzieją na zamienienie z nią kilku słów, skoro nadarzyła się taka okazja, dostrzegając tam również dwójkę mężczyzn i małego chłopca. - Dobry wieczór... - Przywitał się uprzejmie, skłoniwszy się lekko do wszystkich obecnych. - Kayden Delacour. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam... - Przedstawił się, a jego uwagę znów pochłonęła kobieta. Domyślał się, że to zapewne nie najlepsza pora, więc postanowił tą rozmowę nieco odciągnąć na dalszy plan, jeśli był tutaj zbędnym kołem u wozu. - Droga pani Lestrange, byłbym zaszczycony, gdybym mógł z panią zamienić później kilka słów... na temat pani sztuki. - Skłonił się znowu z lekkim uśmiechem na bladej twarzy, w zasadzie będąc gotowym do odejścia, by nie być odebrany jako impertynencki. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Stanley Andrew Borgin - 08.10.2023 Pokiwął przecząco na słowo Atreusa odnośnie swojego idola. Bulstrode dobrze wiedział, że Borgin mimo wielkich chęci i zapału, nigdy nie nauczył się za dobrze latać na tej całej miotle i tym samym nie mógł dostąpić zaszczytu dołączenia do Ślizgońskiej drużyny Quidditcha. Stanley musiał więc wybrać swoją ulubioną drużynę, a że padło na Zjednoczonych z Puddlemere - no to cóż, tak jest. Lepsze to od kibicowania Harpią gdzie kiedyś grała ta ruda gówniara - Właśnie po to tu przecież przyszedłem ale przede wszystkim aby Wam kibicować - zapewnił swojego przyjaciela oraz Louvaina - Ja go wyczuwam jak tak patrzę w ich kierunku - dodał. Żaden z nich nie musiał go zachęcać do świętowania, ponieważ i tak zamierzał to zrobić. Oczywiście bardzo chciał aby wyszli zwycięsko z tego pojedynku ale niczego nie mogli być jeszcze pewni. - To jest czysta formalność Atreus. Kto jak kto, ale Ślizgońskie chłopaki to sama śmietanka. Chyba o tym nie zapomniałeś? - spojrzał na niego badawczo - Pójdziesz tam z Lou i to po prostu wygracie. Nie akceptuję żadnego innego rozwiązania - przyznał, ponieważ mimo wszystko bardzo w nich wierzył i nie widział, a może wręcz nie chciał widzieć, żadnej innej możliwości. Borgin zdawał sobie sprawę, że Lestrange by się chyba załamał gdyby to Nott wyszedł zwycięsko z tego pojedynku. - Ćwiczyliście coś czy trochę na żywioł jednak? - zapytał w konspiracyjnym szepcie Atreusa. Stanley był bardzo ciekaw jak bardzo się do tego przyłożyli czy może wręcz przeciwnie, nie okazując żadnego szacunku przeciwnikowi. Specjalnie zapytał Bulstrode'a, ponieważ mógł się spodziewać odpowiedzi od jednego z dwójki pojedynkowiczów. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Atreus Bulstrode - 09.10.2023 - No już już, przecież ci wierzę - uśmiechnął się do Stanleya, w sposób który perfidnie mógł sugerować, że wcale tak nie było, ale było to zagranie absolutnie celowe, bo przecież Bulstrode nie mógł Staszkowi nie wierzyć. Po tym co ten ostatnio odstawił, pokazując jak wspaniałym potrafił być czasami nieprzyjacielem, nie było innej opcji. Jakaś część niego, ta tak dobrze wspominająca szkolne czasy, nigdy nie przestała ubolewać nad tym, że Borgin był aż tak chujowy, jeśli chodziło o poprawne trzymanie kija między nogami, bo byłoby coś absolutnie wspaniałego w tym, gdyby we trójkę mogli latać w ślizgońskich barwach. - Jeśli kiedyś o tym zapomnę, strzel mnie w mordę - odpowiedział mu, patrząc na niego jakby ten stracił nieco rozum. Jeśli była jakaś rzecz na świecie, w którą bardzo wierzył, to akurat to jaki świetny był jeśli chodziło o używanie siły, czy to fizycznej czy to przy machani różdżką. To natomiast przekonanie przekładało się także na ludzi, w których towarzystwie przebywał najczęściej, czyli dokładnie tak jak mówił Stanley - na ślizgońskich chłopaków, nawet jeśli już dawno wyszli z Hogwartu i samo bycie w domu węża było raczej wspomnieniem. - Czy ja ci wyglądam na kukłę treningową? - zmarszczył brwi w pewnej dezaprobacie, ściszając głos na wzór Staszka, tylko po to, by zaraz kiwnąć głową. - Oczywiście, że tak. Kazałem mu parę razy machnąć różdżką, żeby sprawdzić czy od tego siedzenia nad świstoklikami w biurze nie zapomniał jak się rzuca zaklęcia - chociaż przecież wcale nie musiał, bo oboje wciąż regularnie brali udział w spotkaniach Srebrnych Różdżek. Tak samo jak Borgin zdawał sobie sprawę z tego, że Lestrange chyba by się załamał w obliczu przegranej, tak Atreus oczyma duszy widział, jak po wszystkim musieli by się w trzech zebrać i w jakimś ciemnym zaułku obić Nottowi mordę w imię większej sprawiedliwości. Posunięcie to wydawało się tak samo nierozsądne, jak i prawdopodobne, bo głupio tak było zostawić honor Loretty wiszący na włosku po tym jak jej brat dostał w dupę od jakiejś miernoty, która wybrała zawodową karierę gracza Quidditcha tylko dlatego, że nie wychodziły jej na lekcjach zaklęcia. Podejście to mogło wydawać się dziwne, ale Bulstrode tak samo łatwo był w stanie brać umiejętność latania na miotle za atut jak i absolutną wadę u niektórych ludzi. Jak widać, absolutnie mu ta niespójność nie przeszkadzała. - Powiem ci też, że zaprosiłem Seraphinę, żeby się pojawiła, niesubtelnie sugerując jej, żeby zorganizowała zakłady i cholera, aż szkoda że nie znalazła chwili. A samemu nieco mi głupio było je zbierać. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Cynthia Flint - 09.10.2023 Zerknęła na zegarek, przyśpieszając kroku. Cynthia nie miała w naturze spóźniania się, ale los chciał, że musiała dokończyć sekcję za jednego ze swoich współpracowników i podać raport do Aurorów, czego przełożyć nie mogła. Każdy wiedział, jak bywali niecierpliwi i jak często relacje z nimi miały wpływ na ewentualny awans na ścieżce kariery, a na tym dziewczynie zależało. Pokazała zaproszenie, otrzymując możliwość wejścia do strefy przeznaczonej dla gości specjalnych, a błękitne tęczówki omiotły prędko twarze — znajome bardziej i mniej. Jednych witała krótkim kiwnięciem głowy, drugim posyłała nawet subtelny uśmiech. Było upalnie, letnia sukienka była skromna, ale pasująca do sylwetki młodej Flintówny. Miała granatowy kolor, wykonana była z lekkiego materiału, przylegającego do talii, tworzyła delikatny dekolt. Pasma jasnych włosów miała rozpuszczone, na boku przypięta była ozdobna spinka, którą dostała na urodziny od Victorii. Dopełniały wszystkie obcasy. Nie była fanką takich widowisk, ale nie mogła zignorować zaproszenia i Lou nie wesprzeć, zwłaszcza że była świadkiem prowadzących do tego pojedynku wydarzeń, wciąż miała to pamiętne zdjęcie, które dostała od jednego z gości Beltane, który bawił się aparatem. Przywitała Stanelya pociągłym spojrzeniem i zadziornym uśmiechem, podobnie jak Atreusa. Nie chciała im jednak przeszkadzać, zwłaszcza że pojedynek miał się zaraz rozpocząć. Dostrzegła w tłumie swoją najlepszą przyjaciółkę, do której podeszła, kładąc dłoń na jej ramieniu — krótko, niezauważanie, bo przecież obydwie były eleganckie i mało wylewne. - Cześć. Bardzo się spóźniłam? - zapytała cicho, zajmując miejsce tak, aby mieć ją na widoku i mieć możliwość prowadzenia z nią ewentualnie rozmowy. Wygładziła sukienkę, siadając prosto i zakładając nogę na nogę, torebkę ułożyła na kolanach, a pomalowane na czerwono paznokcie stuknęły w skórzany materiał kilkukrotnie. Blondynka spojrzała na Laurenta oraz Vakiela, którzy siedzieli obok i uśmiechnęła się miło, starając się wybadać, która maska będzie odpowiednia. - Cynthia Flint, miło mi. Wolną dłonią zgarnęła pasmo włosów za ucho, a spojrzenie kolejny raz przesunęło się z zaciekawieniem po otoczeniu, aż wreszcie natrafiła na sylwetkę Louvaina - poznałaby go przecież wszędzie. Westchnęła bezgłośnie, posyłając mu łagodny uśmiech, zupełnie pewna tego, że sobie poradzi i wygra. Był przecież świetnym czarodziejem, miał doświadczenie i znała go na tyle, aby wiedzieć, że jeśli chodziło o coś lub o kogoś ważnego — w tym przypadku Lorettę, która była chyba najważniejsza, nie było siły, która by go powstrzymała. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Anthony Ian Borgin - 09.10.2023 Przeklinał pod nosem tak, jak gentleman o jego pozycji nie powinien, gdy przeciskał się przez tłum idiotów, uśmiechając się jednak grzecznie i obdarzając ich wyuczonym, poważnym spojrzeniem. Jako szanowany, chociaż mało lubiany Magiczny Komornik Państwowy, nie mógł zachowywać się źle. Nie mógł też przestać być elegancki z klasą, jako dziedzic rodu Borgin, bo Staszek by się wkurwił, a on nie chciał brata spóźniać. Były jednak momenty, gdy oczy sugerowały, że on jest tu ważniejszym gościem, niż jakaś mimoza z recepcji Munga lub jakiegoś sklepu na Pokątnej. Wyprostował się, poprawił krawat przy koszuli i marynarkę, a potem ruszył przed siebie, uśmiechając się do mijanych ludzi, z których większość znał — a przynajmniej stan ich majątków. Ubrany był w cienki, letni garnitur — ciemno zielony, przywodzący na myśl barwy Salazara Slytherina. W kieszeni miał oczywiście papierosy, gdzieś tam tkwiła różdżka, a wewnętrznej kieszeni piersiówka z doskonałym koniakiem, którym zamierzał się podzielić ze Stanleyem, wierząc, że ten mu zajął miejsce. Nie mogło go zabraknąć na pojedynku o honor jego najlepszego przyjaciela oraz jego uroczej siostry, zwłaszcza że Atreus również brał w tym udział, jako sekundnik. Z początku był trochę obrażony, że Lestrange nie zapytał jego, ale ostatecznie uznał, że sam zrobiłby tak samo. Bulstrode był Aurorem, miał doświadczenie i miał wysoki numer w rankingu Czarownicy! Swoją drogą, ciekawe czy inna pracownica z jego biura zamierzała odwiedzić loże, chociaż bardziej jako gość Notta, niż Lou. Westchnął, ale zaraz uśmiechnął się szeroko, gdy w zasięgu jego wzroku znalazła się pewna czarnowłosa dama o nieskazitelnej aparycji. Podszedł, nie mogąc jej przecież zignorować. - Panno Black, miło Panienkę widzieć. Wygląda Pani olśniewająco. - ukłonił się, ujmując jej dłoń i muskając jej wierzch na przywitanie, posłał jej przeciągnięte spojrzenie, a potem kulturalnie puścił, przenosząc wzrok na jej towarzysza, w którego stronę wyciągnął rękę. - Rabastanie, Ciebie również miło widzieć. Życzę wam dobrej zabawy. Na odchodne, gdy upewnił się, że Rabastan nie patrzył na niego, a złapał kontakt wzrokowy z Bellatrix, puścił jej oczko. Przywitał również Victorię Lestrange uśmiechem i kiwnięciem głowy, ale było zbyt tłoczno obok niej, aby mógł podejść i odpowiednio ją pozdrowić. Dotarł do miejsca, które zajmował Stanisław. I o dziwo Atre. Klepnął go w ramię i posłał szelmowski uśmiech, zajmując miejsce obok Borgina Starszego. - Wybaczcie spóźnienie chłopcy, musiałem domknąć konfiskację w pracy. Mam coś w nagrodę. Jak nastroje, czujecie moc? Bulstrode tylko nie odpierdolcie niczego, bo Lou się załamie, jak to przegracie. A biedna Lorretta razem z nim. - zaczął na tyle głośno, aby słyszeli obydwoje, ale na tyle cicho, aby nie słyszał nikt poza nimi. Brzmiał jednak pogodnie i na rozbawionego, bardziej sobie żartował. W swoich najbliższych Antek pokładał nieskończone ilości wiary, nie było innej opcji niż to, że wygrają w pięknym stylu. Wyjął piersiówkę, pociągając łyka i podał Staszkowi, aby spróbował, trzęsąc nią zachęcająco. - Możemy tu palić? Tobie nie dam, musisz być trzeźwy. Po dopełnieniu formalności uczcimy odpowiednio waszą wygraną, no nie Stan? Pierwsze pytanie było bardzo ważne, nic tak nie koiło nerw, jak nikotyna i piękne kobiety. Dyskretnie więc spojrzał przez ramię, dostrzegając kruczoczarne loki niemalże od razu. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Bellatrix Black - 09.10.2023 - Wyśmienity pomysł, może podsuń go Lou. - Na pewno dużo lepiej by się oglądało pojedynek, w którym można było zobaczyć krew, a ostrza raniły głęboko i pozostawiały ślady na całe życie. Takie pamiątki na pewno przypominałyby o niepowodzeniu. Philip zapamiętałby na zawsze, żeby nie zadzierać z przeciwnikami pokroju Lou, bo była pewna, że kuzyn pokaże mu kto faktycznie zna się na rzeczy. Cóż, sama Trixie ogromnie ubolewała nad tym, że siostry nie pojawiły się tutaj z nią. Miała wrażenie, że kiedy są razem drzemie w nich większa siła, mało kto był w stanie oprzeć się ich urokowi, jednak coraz rzadziej się to zdarzało. Wydawało jej się, że ostatnio trochę się od siebie oddaliły. Zresztą miała wrażenie, że Rabastan również częściej zjawia się sam. Taka była kolej rzeczy, kiedy wchodziło się w dorosłość. Ludzie zaczynali pędzić za swoim szczęściem, gubiąc gdzieś przy tym wartości takie jak swoja rodzina. Pozostawało się jedynie z tym pogodzić, chociaż nie było to wcale takie łatwe. - Podoba mi się twoje podejście, wierzę w to, że dokładnie tak będzie. Lou pokaże mu, jak powinno się to robić. - Sama Bellatrix miała pewność, że właśnie tak będzie. Jej kuzyn był bardzo zwinny i sprytny, doświadczony, poradzi sobie bardzo szybko z przeciwnikiem pokroju Notta, szczególnie, że miał bardzo dobrą motywację. Walczył w końcu o honor swojej siostry, czy mogłoby go coś bardziej mobilizować? Zdaniem Black nie. - Niby nie spieszno, jednak wiesz jak jest, zawsze można znaleźć sobie jakieś ciekawe zajęcie. - Nie, żeby oglądanie pojedynku do takich nie należało, jednak ceniła swój czas i wolałaby nie spędzić tutaj całego wieczoru. Wtedy podbiegł do nich mały Louis najwyraźniej zachęcony jej przywitaniem. Powitała brzdąca ogromnym uśmiechem na twarzy. - A kto to tak urósł? - Zapytała nachylając się przed chłopcem. Dobrze było widzieć, że kuzyn tak świetnie sobie radzi z wychowaniem kolejnego pokolenia czarodziejów. Jeszcze chwila, moment, a będzie z niego wspaniały kawaler, który będzie mógł przedłużyć czystokrwisty ród, jej serce rosło z dumy. - Gdzie tam, jego towarzystwo jest zawsze mile widziane. - Wstała i uśmiechnęła się tym razem do Laurenca. - Oczywiście, nie przepraszaj, tylko pędź do niej. - Było to nawet dla niej wygodniejsze, że została sama z Rabastanem, w jego towarzystwie zawsze czuła się najbardziej swobodnie i nie musiała uważać na słówka, bo wiedziała, że jest przyzwyczajony do jej nastawienia. Wtedy zupełnie znienacka pojawił się przy nich ktoś jeszcze. Na twarzy panny Black pojawił się ogromny uśmiech, kiedy go zobaczyła. - Panie Borgin.- Dygnęła, kiedy ujął jej dłoń. Cieszyła się, że się tutaj pojawił, tyle, że pewnie nie będą mieli sposobności, aby porozmawiać nieco dłużej. Była pewna, że to nadrobią w bliskim czasie. - To nie ja powinnam dzisiaj lśnić, a mój kuzyn, aczkolwiek doceniam. - Dodała jeszcze nie ignorując jego komplementu. Trudno było jej zachowywać się tak oficjalnie, jednak stał przy nich Rabastan, co nieco utrudniało sprawę, wszak była narzeczoną jego brata. Nie umknęło jej oczko puszczone przez Tony'ego, w ramach odpowiedzi na ten gest jedynie przewróciła oczami. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Stanley Andrew Borgin - 09.10.2023 Może gdyby się znali od wczoraj to by w to uwierzył. Los chciał, że znali się dużo dłużej i Stanley zdawał sobie sprawę, że Atreus robi sobie z niego podśmiechujki. Nie złościł się jednak na przyjaciela, a jedynie dopisał sobie w głowie punkt dla niego, chociaż już dawno zgubił rachubę w kalkulacji wyników. Ile to było? 348 do 347, a może już był remis? Pewnie coś takiego, ponieważ najczęściej szli łeb w łeb, a jeżeli tak nie było to jeden czy drugi szybko nadrabiali punkty. Ta jedna część Bulstrode'a przestała mu wypominać fakt bycia tragicznym w lataniu na miotle tylko po to aby zamienić to na kurs Aurorski... No rzeczywiście, był w formie - nie dało się tego ukryć. - Z przyjemnością - odparł ze szczerym uśmiechem na ustach. Nie dziwił się jednak swojemu ulubionego Aurorowi - człowiek wychodził z domu Ślizgonów ale dom Ślizgonów nigdy nie wychodził z człowieka - Szczerze? To trochę tak. Wyglądasz jakby biegał i szukał czarnoksiężników, prosząc się o to aby zrobili Ci krzywdę - dodał, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Ot, takie serdeczne przekomarzanie się - Słusznie zrobiłeś. Może powinien podrzucić Nottowi świstoklik, aby ten mógł się ewakuować w razie potrzeby? - zaproponował, zdając sobie sprawę, że na takie rozwiązanie jest już raczej za późno. Gdyby tak się jednak stało, że Lestrange by jakimś cudem przegrał to nie byłaby ich trójka, a czwórka na robocie. Borginowie byli przecież w duecie - Stanley i Anthony. Z umiejętnościami Tośka to byliby w stanie nawet przekonać Philippa do tego aby wysłał jakieś oficjalne przeprosiny do Proroka, wszak te jego wahadełka były całkiem przydatne. - Dziwisz się jej? Skoro wszyscy obstawiliby wygraną Lou to gdzie byłby sens na taki mały hazardzik? Nic nie można by było przecież wygrać, a wątpię, że Seraphina chce z własnej kieszeni sypać na nagrody - przyznał, odrywając jednak na chwilę wzrok od Atreusa aby kiwnąć głową do Cynthii na przywitanie. Trwał tak przez chwilę, aż podskoczył z zaskoczenia kiedy Anthony klepnął go w ramię, a on odwrócił się od razu w jego kierunku. Tysz kurw.... - To jest przecież formalność Anthony. Spójrz na Atreusa i powiedz, że jest inaczej... Tylko uważaj bo jest jedna poprawna odpowiedź - podpowiedział kuzynowi, a następnie sięgnął po piersiówkę z zapewne przepysznym trunkiem - Ty konfiskowałeś coś w Ministerstwie, a ja skonfiskuję ten oto obiekt na poczet śledztwa - przyznał, unosząc do góry metalowy pojemnik aby wznieść mały toast - No to za dzisiejszą wygraną - pociągnął łyk po czym przetarł twarz i oddał dobytek młodszemu Borginowi - Można, można. Masz moją zgodę - dodał jeszcze i poczęstował przyjaciół papierosem. |