Secrets of London
[27.08.72, ranek] Who'd'ya think you're kiddin' - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24)
+--- Wątek: [27.08.72, ranek] Who'd'ya think you're kiddin' (/showthread.php?tid=3744)

Strony: 1 2 3 4 5 6


RE: [27.08.72, ranek] Who'd'ya think you're kiddin' - Brenna Longbottom - 13.09.2024

Kwiaty, krew na nich, nadpalone płatki, były dla niej pewnym symbolem i chyba nawet nie miałaby większych oporów wobec wyjaśnienia mu tego, ale w tej chwili chyba oboje chcieli z tej sali wyjść, a kiedy już do niej dotarło, że on zobaczył sam siebie, Maddie zaś o coś go oskarżała, nie była wcale pewna, na ile on chciał o tym dyskutować. Może powinien. Tylko czy chciałby rozmawiać o tym akurat z nią i akurat w tych podziemiach?
Nie była też tak naprawdę całkiem pewna, na ile jego przytyk odnosił się do niego, a na ile do niej. Była w niej w końcu ta odrobina hipokryzji, bo naprawdę nie lubiła pewnych rzeczy swoim bliskim pokazywać – ba, uważała, że nie ma do tego prawa, zwłaszcza teraz. Pewne rzeczy zostawiała dla siebie, dla ciemności nocy, i robiła dobrą minę do złej gry. Nawet to jak uparcie nikomu nie zająknęła się nawet o rytuale do pewnego stopnia to pokazywało. Ale mimo wszystko zawsze wiedziała, że ci ludzie w pobliżu są, i jeżeli nie chodziło o coś osobistego, nigdy nie miała oporów w proszeniu o pomoc.
Ani w przyznawaniu, że ich potrzebuje.
Mimo wszystko, kiedy odpowiedziała, to chyba myślała trochę o nich obojgu.
– Może czasem nie powinni – powiedziała, uśmiechając się do niego, jej palce musnęły jego twarz, zanim opuściła rękę, a potem to… chyba trochę się podłamała, bo szarpnęła nią kosmyk własnych włosów, niepewna, czy powinna być zła, zażenowana, czy mieć wyrzuty sumienia, i jak to ostatnie, to czy wobec Atreusa czy wobec Anthony’ego. Chyba wszystko na raz, ale było przyćmione, i przez zmęczenie, i przez to, w jaki sposób czuła się dziś ogólnie, nawet jeżeli teraz, trzymając dłoń aurora, wcale nie było już tak źle. – Tak jasno, jak się dało. – Chyba nie dało się powiedzieć komuś jaśniej, że go nie chcesz, niż mówiąc, że prędzej się zabijesz niż z nim umówisz, a ona mogła coś wspomnieć o tym, że raczej wyrwałaby sobie serce, czy coś takiego… chyba nie chciała tego wszystkiego pamiętać. - Miałeś rację – przyznała, trochę niechętnie. – Mówił poważnie. Ale przysięgam, że nie wspominałam o tobie. Nie wiem, czy sam to sobie ubzdurał, czy Stanley mu to wmówił, czy może nie wiem, uciął sobie pogawędkę od z moim bratem, skoro uznał, że najwyraźniej wszystko przez ciebie…
Och, jasne, nie rzuciłaby mu się mu w ramiona, kiedy wiedziała, że jego najlepszy przyjaciel mógłby to wyczuć. Ani kiedy sama nie była pewna, co myśli o tym najlepszym przyjacielu. Tym bardziej nie teraz, kiedy musiała popatrzeć prawdzie w oczy. Ale przecież trzymała się z dala od Anthony’ego od początków wojny. Z wielu, skomplikowanych powodów, i Atreus nie był jednym z nich. Nie był nim żaden inny mężczyzna.
Może Anthony’emu łatwiej było wierzyć, że chodziło o coś, na co naprawdę nie miał wpływu. O uczucia do kogoś innego, nie o to, z kim postanowił związać swój los.
– Zdaje się, że jest teraz zaręczony, a Roselyn słynie w Dolinie z urody, więc… chyba nie musisz się tym przejmować - Znów wzruszyła lekko ramionami, mając pewien problem z ubraniem myśli w słowa. W pewnym sensie próbowała chyba przekonać go, że tego lęku czy powodu do gniewu, cokolwiek próbowało wyciągnąć lustro, Atreus mógł się pozbyć. To ona dała Anthony’emu kosza, a on poskładał swoje życie. – Och, bogini, nie strasz nawet – jęknęła, zaciskając palce na jego dłoni, gdy ruszyli do wyjścia. Jeszcze tego dzisiaj brakowało, żeby skończyli w Lesie Wisielców.
Ale na szczęście wrócili do sali, którą tutaj weszli i Brennę zalała ulga.
– Jeśli te powarkiwania miały nas tu zwabić, i nie czeka na nas potwór – odparła. – Czy dostawaliście normalne prezenty na święta? – rzuciła, jakby nagle też dochodząc bardziej do siebie, wracając do skakania z myśli na myśl, z tematu na temat. – To znaczy teraz sobie wyobrażam, że wasz poranek Yule to mogło być nie odpakowywanie kolorowych papierków, a próba złamania szyfru, żeby otworzyć prezent. Albo dostawaliście papierek i musieliście rozwiązać zagadkę, żeby wiedzieć, gdzie ten prezent leży…
I to drugie nawet nie brzmiało dla niej aż tak źle.
– Zanim pójdziesz na strych, napisz może do ciotki, co? – rzuciła, tknięta nagłą myślą, że wspominał, że nie jest pewny, skąd słyszy postukiwania. Może był to bogin. A może nie. A ona chyba nie miała w sobie dość odwagi, aby tam teraz Atreusa ciągnąć. Bulstrodowie byli mistrzami zagadek, Krukonami, rodziną z całą masą Niewymownych, a Brenna… Brenna obawiała się, że kolejny tor zagadek by ją jednak tego dnia przerósł.


RE: [27.08.72, ranek] Who'd'ya think you're kiddin' - Atreus Bulstrode - 13.09.2024

Po prawdzie to pewnie nie miałby nic przeciwko temu, żeby wytłumaczyć jej o co chodziło z tym co wyszło na niego z lustra. Mógł aż nazbyt często grać w sprawianie pozorów, ale przy niektórych ludziach robił to tylko do pewnego momentu, którym najczęściej było zapytanie go wprost o co chodzi. Wstydził się tych rzeczy okrutnie, albo bał się ich, ale tak samo jak potrafił być z Florence szczery w sprawie Laurenta, potrafił być też z innymi. A Brenna, cóż, nie była ani rodziną, ani kimś bliskim w ten konkretny, ugruntowany na przestrzeni lat sposób, ale niewątpliwie wytyczała własną, specyficzną ścieżkę. Czy była to wcześniejsza magia, czy też ich własne skłonności do pakowania się w specyficzne sytuacje, to coś w nim twierdziło że był w niektórych kwestiach winny szczerość. Na przykład takich, które mogły być niebezpieczne, ale przygoda z lustrem definitywnie taka była.

Ale zdecydowanie nie chciał robić tego w tym konkretnym momencie. Nie, kiedy wciąż było w nim trochę złości i rozdrapanych wspomnień.

Uniósł tylko lekko brwi i pokiwał głową, w zgadzającym się z nią geście. Nie powinni, ale byli tylko ludźmi, którzy próbowali sobie poradzić w tych specyficznych czasach. - To nie jest ważne skąd przyszło mu do głowy, że chodzi o mnie - wzruszył ramionami, bo faktycznie nie chciał się aż tak nad tym rozwodzić. Dla niego ta logika Borgina była trochę pokrętna, bo sam był absolutnie przekonany, że z decyzją Brenny by dać mu kosza nie miał wiele wspólnego. I on, i Stanley czy Louvain doskonale zdawali sobie sprawę z tego, jakim uczuciem Anthony darzy Brennę i że kobieta w żaden sposób tego nie odwzajemnia, a nawet gorzej, systematycznie odrzuca te jego próby dotarcia do niej. Wcześniej wydawało im się to kosmicznie wręcz żenujące, bo mógł sobie wybrać jakąś lepszą partę do adorowania, no i jednocześnie zabawne, bo przecież z nieszczęścia przyjaciela czasem trzeba się pośmiać. Teraz natomiast czuł jakiegoś rodzaju smutek. Ale to nie ten żal próbowało na wierzch wywlec lustro, a poczucie winy. Wrażenie, że Borgina obrzydliwie zdradził, nawet jeśli Brenna nigdy nie była jego.

- Życzę im szczęścia, serio - i tak po przyjacielsku i dlatego, ze rozwiązywało to bardzo dużo problemów. Ale nawet jeśli Anthony założył na palec Roselyn pierścionek, to Atreus nie chciał myśleć o tym, co przyjaciel by czuł widząc jego i Brennę na przykład na jakimś przyjęciu. Wiedział, że taki moment nadejdzie, a może raczej miał trochę nadzieję, że dotrwają do niego w tych swoich próbach dojścia do tego, co jest między nimi.

W sumie jak tak o tym myślał, to ta okropnie dziwna dziewczyna, która zajmowała się z nimi maskami, miała trochę rację. Nawet jeśli Beltane było wszystkiemu winne to było w jego głowie jakimś dziwnym falstartem i dopiero plaża, ich wspólny sen i pocałunek, wydawał się faktycznym początkiem.

- W sumie to się aż tak bardzo nie mylisz. Zwykle to były to jakieś zagadki i wskazówki, żeby znaleźć miejsce gdzie są ukryte. Takie polowanie i w sumie nawet to fajne było. Chociaż czasem wolałem znaleźć je w jakimś normalnym, widocznym miejscu - uśmiechnął się lekko na to wspomnienie. - Napiszę - zapewnił, ale wcale nie był pewien czy zrobi to w kolejności, którą ona sugerowała. W sumie to jak o tym powiedziała, to był gotowy zaraz wjechać na ten strych z buta, ale nie mógł. Nie kiedy znowu mógł skupić się na niej i widział, że ta jej aura w gruncie rzeczy pozostawała taka sama. - Ale mogę ci też powiedzieć, że chyba zabezpieczę tę piwnicę przekładniami, bo jest zbyt... specjalna, żeby ktoś przypadkiem do niej wlazł.

Nie widział potrzeby, by dłużej siedzieli w tej piwnicy, więc ruszył po schodach na górę. Trochę też chyba się obawiał, ze jak zostaną w niej za długo, to coś się uruchomi na nowo i cała przygoda się powtórzy. A tego to on by nawet nie wytrzymał.
- Dalej czujesz się tak koszmarnie? W sensie... czujesz się tak koszmarnie, wiem. Gdybym był bardziej bezczelny niż jestem, to powiedziałbym że mam wrażenie, że moja obecność dobrze na ciebie działa i jest ci trochę lepiej - uniósł ku górze ich splecione ręce, uśmiechając się przy tym szelmowsko. - Ale jak chcesz, mogę znowu uraczyć się jakąś fenomenalną historią. Może Erik ci to mówił, a może nie, ale wiesz że dostałem nową, wspaniałą funkcję to jest pilnowanie pieniędzy przeznaczonych na fundację Alexandra Mulcibera, żeby gnój wszystkiego nie przepuścił? Nie mogę się doczekać, kiedy weźmie mnie do Gringotta, a ja powiem tym kurduplom, że się nie zgadzam żeby te pieniądze do niego trafiły - rozmarzył się nieco i tylko ledwo zauważalnie skrzywił na myśl o goblinach.


RE: [27.08.72, ranek] Who'd'ya think you're kiddin' - Brenna Longbottom - 13.09.2024

Sprawa z Anthonym była o tyleż dodatkowo skomplikowana, że Brenna przecież z jednej strony bardzo nie chciała Atreusowi komplikować życia i przyjaźni… a z drugiej to wcale nie uważała, aby komuś, kto jest aurorem, i którego rodzina zaczęła się mieszać w Zakon jedno po drugim, służyła przyjaźń ze zwolennikami Voldemorta.
A była pewna, że Stanley jest śmierciożercą. Od dnia, gdy Patrick przekazał jej informacje od Harper, nie brała pod uwagę innego scenariusza. Tony zaś w pewnym sensie sam się jej przyznał, że może i znaku nie ma, ale dzielnie wspomaga swoją rodzinę w drodze do uzyskania władzy i przywilejów, zostawiając za sobą całe stosy trupów, bo kto by się tam przejmował.
Kiwnęła więc po prostu głową, postanawiając nie wnikać i nie kontynuować. Nawet jeżeli znowu tam jej przyszło do łba, że chyba jednak Atreus f a k t y c z n i e poskarżył się kolegom, że jest przez nią dręczony i napastowany.
– Ja też – przyznała krótko, bo o ile nie mogła życzyć Borginowi szczęścia ogólnie, jego szczęście byłoby przecież nieszczęściem jej rodziny, to mogła mu już życzyć, aby był szczęśliwy z idealną pod każdym względem Roselyn. Nie miała wątpliwości, że ta będzie dużo lepszą partnerką niż Brenna mogłaby być i życzyła im tego, co najlepsze. Niezależnie od Atreusa nawet, chociaż okłamywałaby samą siebie, gdyby nie przyznawała przed sobą, że powiedziała mu, że może wpaść na tę plażę, jeżeli ma ochotę, trochę z nadzieją, że coś między sobą wyjaśnią. Obojętnie w którą stronę.
W gruncie rzeczy nie powiedzieli tam prawie nic, ale chyba do pewnego stopnia tak było, bo już nawet nie szukała wyjaśnień. Brała sytuację taką, jaka była.
Nic na górze nie powarkiwało. Nie słyszała skrzypnięć, odgłosu kroków, pazurów, szorujących po ścianach, chociaż przez chwilę tego nasłuchiwała. Herbata w kuchni dawno wystygła, a jej efekty też przeminęły, chociaż Brenna trwała w błogiej nieświadomości, co do czego, co te wywołało.
– Mój ojciec czasem po prostu kładł nieopakowany prezent gdzieś między moimi rzeczami i czekał jak szybko go zauważę – powiedziała, a po jej ustach przemknął lekki uśmiech. Najwyraźniej pewne rzeczy faktycznie były specyficzne dla niektórych rodów. Jeremiah zawsze chciał uczyć córkę spostrzegawczości i uważnej obserwacji otoczenia. – Chociaż poszukiwanie prezentów nie brzmi źle. Nam chowali w sadzie czekoladowe jajka na Ostarę.
A Brenna biegała za nimi dosłownie jak szalona.
Posłała mu uśmiech znad ich splecionych dłoni.
– Da się być b a r d z i e j bezczelnym? – zdziwiła się obłudnie, bo niby wiedziała, że się dało, ale tak ogólnie, to Bulstrode był bardziej bezczelny nawet od niej, a to już było swego rodzaju osiągnięcie. Bywały okoliczności, w których Brenna bezczelna była przecież okrutnie. – Jesteś aurowidzem. Nawet gdybym chciała skłamać i tak wiesz, jak jest – odparła po prostu, chyba ani odrobinę tym nie zakłopotana. Kogo mogła oszukać pod tym względem, jakąś grupkę filarów chyba, bo nie jego. Było lepiej, od chwili, gdy się pojawił i nawet w tej cholernej piwnicy nie wpadała aż w taką panikę, jak tam. Było lepiej, kiedy trzymała go za rękę. – Fundacja Mulciberów – parsknęła, ale nie uśmiechała się tym razem. Ich poglądy były jasne, a w dodatku poza młodym Charlim, który chyba był wtedy trochę wstrząśnięty, każdy członek rodziny, na którego wpadała, był… raczej dość nieprzyjemny. Mogła ulegać stereotypom, ale w obliczu wojny czuła się całkiem usprawiedliwiona. – Ciekawe, czy wydałby je na ćpanie, czy na kobiety – skwitowała. – Ktoś z twojej rodziny był tak szalony, żeby sypnąć mu pieniędzmi? Mroczne lustra, wyciągające wszystkie nasze lęki to jedno, ale finansowanie Alexandra…


RE: [27.08.72, ranek] Who'd'ya think you're kiddin' - Atreus Bulstrode - 13.09.2024

W sumie jak tak znaleźli się na parterze, to przeszło mu przez myśl że jest niemal zbyt spokojnie. Ale zaraz się z tego otrząsnął, bo tego właśnie teraz potrzebowali - spokoju. Nic nie szurało, drapało czy warczało. Na oknach też nie czaiły się żadne cienie, co mogło sugerować że albo faktycznie było to coś co miało ich do tej piwnicy zwabić, albo im się zwyczajnie przewidziało. Chociaż też Atreus nie do końca pozbył się podejrzeń, że była to robota tych cholernych dzieciaków.
- Też ładnie - przyznał, chociaż bardziej dlatego, że wydawało mu się to o wiele mniej problematyczne niż bieganie po domu ze wskazówkami. Szczególnie takim, gdzie było pełno przejść i człowiek się czasem i bez tego gubił. - W sumie to takie szukanie jajek nie brzmi źle. Z tego co pamiętam, to na Polanie Ognisk też urządzają w lesie takie poszukiwania - ale niestety, w tym roku był zbyt zajęty walką z goblinami, żeby się na takie atrakcje załapać. Chociaż nie to, że specjalnie tego żałował po fakcie.

- Oh. Powinnaś poznać moją ciotkę, Lavinię - bardzo próbował powstrzymać się od uśmiechnięcia na ten komentarz, chociaż nie był przekonany do końca, czy to nie było za szybko na takie żarciki. - Racja. Ale zawsze lepiej zapytać. No wiesz, gdybyś czuła potrzebę skłamać... - wzruszył ramionami i było w tym odrobinę jego samego i tego co by w niektórych sytuacjach mógł próbować zrobić. Przecież gdyby mu powiedziała, że wszystko jest okej, albo że jest lepiej to nie maglowałby jej tutaj w nieskończoność.

- To nie do końca moja rodzina. W sensie rodzina, ale daleka. Bo to eee... żona jakiegoś tam dalekiego wujka Prewetta. Ale wuj już dawno odszedł z tego świata, więc ciotka wróciła do starego nazwiska. Agnes Delacour. W każdym razie, wyznaczyła trzy osoby do tego, wszystkie kochające naszego drogiego Mulcibera więc to finansowanie to takie wiesz... na ćpanie i kobiety raczej tego nie wyda, bo możemy patrzeć na co chce je wydać - i było widać, że mu się ten plan bardzo podobał. Nawet nie dlatego, że Agnes niby to chciała się upewnić, że pieniądze trafią na odpowiednie cele, a dlatego że był to jawny prztyczek w nos Axela i tej jego pożal się boże inicjatywy.

- W każdym razie mam nadzieję, że dobije mu się to wszystko czkawką. I tak sobie myślę jeszcze, że nawet jeśli dzisiejszy dzień był okropny, to następnym razem jak będziesz w Little Hangleton mogę liczyć na odwiedziny - uśmiechnął się lekko. Ciepło i szczerze, na moment już nie siląc na się na ten szelmowski uśmiech. A potem zaciągnął ją, żeby znowu usiedli, ale tym razem w salonie, nawet jeśli zagraconym, na odsłoniętej spod prześcieradeł kanapie. Bo przecież nie miał zamiaru jej w takim stanie wyganiać, a zawsze mogli jeszcze o czymś porozmawiać. Na przykład o wampirze w zoo.

Koniec sesji