Secrets of London
lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche (/showthread.php?tid=4136)

Strony: 1 2 3 4 5 6


RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - The Edge - 18.11.2024

Otworzył usta i zamknął je od razu. Otworzył je znów i... cisza przerywana jedynie pojedynczymi westchnieniami zrywającego się wiatru. Powinien dać temu czas, nie powinien mówić tego teraz - intuicja podpowiadała mu, że pośpiech wcale tu nie pomagał, ale jednocześnie nie potrafił czekać. I zdążył już zmusić go do płomiennego wyznania, nawet jeżeli było jedynie słodkim kłamstwem po szeregu słonych pocałunków, jakie złożył od wczoraj na jego pokaleczonym ciele.

- C-cały czas chciałem być wybrany. - Wybrany, nawet nie kochany. - Chcę być wybrany. Z tego tłumu, który cię wielbi. - Z tłumu ludzi, którzy pewnie mogli zapewnić mu dobry byt, status, wpływy. Rzeczy, na których Crowowi nie zależało wcale, ale zapewne zależało Laurentowi, skoro już któryś raz nadrabiając prasę trafił na jego imię. - Chociaż na chwilę chciałbym być tym który może cię kochać i jest w tym spełniony - nie chodziło tu nawet o jednostronność, nawet jeżeli tak naprawdę nigdy nie wytrzymałby w relacji, w której nie był chwalony, wspierany, w której nie okazywano mu czułości - tym przy którym nie musisz łgać, przy którym księżniczka, jaką jesteś... może pokazać, co kryje się za tymi ślicznymi, jasnymi oczkami. Bo wie, że w każdej swojej wersji jest przeze mnie adorowana. - Patrzył się na niego rozedrgany. Zdążył opuścić palce na jego ramię, zahaczając o kołnierz koszulki, przesuwając go nieco w kierunku miejsca ugryzienia, żeby je dokładnie obejrzeć. Prewett wciąż był wychudzony. Sunąc dłonią wzdłuż jego obojczyka czuł to doskonale, ale nie komentował tego negatywnie. - Kurwa. W Rose Noire powinni postawić twój pomnik. - Kiedy to nieco zbyt odważne stwierdzenie opuściło jego usta, przypomniał sobie rzeczy opowiadane mu w dzień po tym, jak Laurent wyłowił go z morza. Jednocześnie uspokajało go to i budziło grozę. Znał kolejną cegłę budującą jego smutną, czarną stronę - fakt, iż dla Crowa tragedia, jaka wydarzyła się na Ścieżkach... była podniecająca. Naprawdę chciałby być kimś innym. Kimś, kogo nie mógłby wrzucić w głowie do worka facetów myślących tylko o jednym. Niestety był żywym dowodem tego, że dla innych pewnie wypaczony sposób, w jaki Laurent postrzegał rzeczywistość... miał w sobie przynajmniej ziarnko prawdy. W tym wszystkim odnajdował spokój, bo obsceniczne rzeczy opisywane mu tamtej nocy nie sprawiły, że Laurent przestał o niego zabiegać. Musiał to w przynajmniej minimalnym stopniu tolerować - to w jaki sposób go wtedy opisywał, tak sprośnie, obleśnie - powiedział mu wtedy, że jest mu go żal, a teraz siedział na nim i go ściskał i... mówił mu, że się go nie boi. A może jednak powinien, skoro przynajmniej raz dobierał się do niego mimo wyraźnych protestów.

Znów opuścił spojrzenie na jego usta i szybko wrócił nim w górę. Można było czytać z niego jak z otwartej książki.


RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - Laurent Prewett - 18.11.2024

Interesowność. Manipulacja. Przecież to było toksyczne. Gdyby to było kłamstwo... Nie było. Nawet jeśli nie było płomiennym wyznaniem szaleńczej miłości (choć i tak zdecydowanie stracił rozum, że tak dobrze czuł się w obecności takiego popierdoleńca, jak Crow) to nie było też kłamstwem. Słodyczą - oj tak. W zanadrzu miał jeszcze trochę soli - chyba właśnie na tym opierał się ten strach. Może właśnie to tak paraliżowało Flynna, że jakakolwiek myśl o otworzeniu dostępu do swojego umysłu równała się z zamknięciem tego świata na cztery spusty. Kiedy wiesz, że to wszystko może zostać użyte przeciwko tobie. Kiedy ktoś może cię skrzywdzić. Jak Fontaine. Jak Alexander? Jak kto jeszcze? Pewnie lista była całkiem długa. To jak uzbrojenie w nóż, włożenie go jasnowłosej selkie w chude palce. Jak zaproszenie, by zbliżył swoją chłodną dłoń do klatki piersiowej, a dalej? Dalej Laurent doskonale wiedział, co robić. Nie celujesz w mostek. Żebra. Wbijasz go pod kątem pod żebra. Dosięgnie celu. Wsuwany powoli, milimetr po milimetrze. Z obserwacją swojego uczynku... Szkoda, że sztylet, w który raz został uzbrojony jednak nie dosięgnął tego, co miał. Szkoda? Bez wyrzutów sumienia życie było o wiele prostsze. Zasłużył na to - chociaż Flynn ujął to chyba w ostrzejszych słowach. Ostrzejszych. Ostrych...

Coś rozedrgało również jego wnętrzem. Nie powinno, bo przecież to wszystko wcale nie miało wyrazu wszystkich bajek, o których opowiadał. Gdyby jednak wsłuchać się dostatecznie mocno to można było usłyszeć, że nie czekał na rycerza na białym rumaku. W lśniącej zbroi. Mógł być kary jak smoła ogier i matowy napierśnik zniszczony bitwami. Nie potrzebował rycerza, który zawalczy ze smokiem. Cóż to za problem? Smoka by przegadał. Namówiłby go jeszcze do tego, by użyczył mu swojego grzbietu i zobaczył z nim świat. Z Flynna był żaden rycerz - tak by powiedział każdy na niego patrzący. Błąd. Był zepsuty, nieokrzesany i... nazwał samego siebie różnymi już epitetami. Laurent miał po prostu słabość do wielkich, dzikich stworzeń, które mogłyby go złamać jednym kłapnięciem paszczy. A zamiast tego urywały ręce temu, kto podniósł ją na niego. Dzięki Bogu, że Duma nie zdążył tego zrobić z Astarothem. Dzięki Bogom, że Flynn nie zdążył tego zrobić z Astarothem.

Nabrał głębszego wdechu do klatki piersiowej. Spokojnego.

- Właśnie zrobiłeś kilka bardzo solidnych kroków w tym kierunku. - Nieco przykurczył ramiona, tak odruchowo, kiedy dłoń Flynna zabłądziła na jego szyję. Nie potrafił powiedzieć, czy Flynn sam teraz drży z nowego przypływu emocji i wzruszeń, czy już z zimna i przemęczenia. Być może drżał od wszystkiego na raz. Z uśmiechu przymrużył oczy na moment i pewnie gdyby miał więcej siły to nawet by się zaśmiał z tego pomniku. Cóż, była z niego narcystyczna primadonna, Róża z bajki Małego Księcia, która usychała bez modlitw. Na swój sposób Flynn był z tych wyznawców najlepszy w nich. Może konkurowałby z nim Esme. Różnica polegała na tym, że Esme nie był zainteresowany mężczyznami. - Twoje pomysły są urocze. - I pompują moje ego. Jak ten paw rozkładający ogon, tak on uchylił powieki, żeby spojrzeć na Flynna. Na to spojrzenie, które było jak pytanie, albo błaganie. Jak prośba. I może powinien się bać z uwagi na tamtą chwilę, kiedy był zbyt pijany, ale potem widział go takim... To była ostrożna wędrówka po linie. Laurent nie był akrobatą - Flynn już tak. Ale w poruszaniu się po relacjach im obu potrafiło to wychodzić tak samo nieudolnie.

Przysunął się do niego jeszcze bliżej, żeby musnąć jego usta. Raz. Drugi. Zaprosić go do małego mirażu doznań.

- Mam oprócz wolnej półki wolny pokój. Twój dziennik i twoje zgrabne pośladki by się tam zmieściły. - Miaał jeeszczee... - Na stałe miejsce w moim łóżku obawiam się, że trzeba zasłużyć. Dobrze ci idzie. - Zagarnął ręką jego krucze włosy w tył. - Zabierz nas do New Forest, Crow. Zanim aurorzy wstrząsną Wielką Brytanią w poszukiwaniu mnie.




RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - The Edge - 18.11.2024

To był Laurent, którego Flynn wyjątkowo polubił. Laurent stawiający na swoim, biorący z uśmiechem to, co do niego należało. I wreszcie, po naprawdę długim i męczącym czasie walki z własną naturą... mógł poczuć się prawdziwie oswobodzony z więzów normalności, jakie próbował zapleść na swoich dłoniach przez ostatnie miesiące. Laurent biorąc to, co do niego należało, powinien brać również jego.

Znów poczuł się... miękki. To, co mówił do niego ten przepiękny człowiek zatapiało się w nim jakby wykonano go z waty. Nie istniał słodszy głos mogący powiedzieć mu, że się spisał i przychodziło mu to tak naturalnie - nie musiał dopraszać się o bycie chwalonym, o bycie pieszczonym słowem i delikatnym dotykiem - Laurent to robił. Sam z siebie. Był w tym doświadczony? Miał wielu takich klientów...? Chciałby o tym posłuchać, o klientach Rose Noire, o tym jakie życzenia mieli ci płacący za godzinę z Lukrecją. Tak po prostu rozpuszczał jego ciało, doprowadzał go do tak silnego wrzenia, żeby Crow stęknął z podniecenia słysząc dobrze ci idzie.

Zrobił kroki w preferowanym kierunku.

Był uroczy.

Dobrze mu szło.


Tak naprawdę wystarczyłoby mu tyle. Za uratowanie mu życia, powstrzymanie się przed zabiciem tego wampira, za towarzyszenie mu w trakcie ciężkiej nocy i wygraną walkę ze swoimi skrzywieniami, żeby nie skrzywdzić go znów dotykiem którego nie chciał. Wystarczyłoby mu tyle - dobrze wypowiedziany komplement wydobywający się z tych chorowicie bladych ust. Ale dostał więcej - otrzymał kilka pocałunków, bezlitosny ucisk napięcia rozchodzącego się po podbrzuszu. W przeciwieństwie do Laurenta, Crow delikatny nie był. Przesunął dłoń z jego obojczyka na biodra i zacisnął na nich palce bardzo mocno, ale jeszcze bezboleśnie. Ułożył go sobie wygodniej, tak żeby to w jaki sposób ich ciała się stykały współgrało z tym gdzie odpłynęły teraz wszystkie jego myśli. W dół. Tam gdzie gnieździły się wyobrażenia Laurenta w kusym stroju, pochylającego się żeby podnieść przypadkiem upuszczony przedmiot, w rzeczywistości grającego na fantazjach każdego mężczyzny siedzącego przy stoliku i mogącego dostrzec choćby krawędź bielizny. Teraz też był pijany. Pijany drugim człowiekiem, ofiarowaną mu chwilą.

- Będę lepszy - zapowiedział. - Zasłużę. - Nie podważył miłosnego wyznania sprzed chwili, nawet jeżeli wydawało się kulawe w obliczu bezpośredniego wskazania mu, że nie był wystarczający.

Tym razem to on połączył ze sobą ich usta. Przycisnął go do siebie nachalnie, naparł na niego biodrami i zniknęli stąd z głośnym świstem. Sekundę później drzwi auta zamknęły się z głośnym trzaskiem.

Koniec sesji