Secrets of London
[17.08.1972] Baby | The Edge & Laurent - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [17.08.1972] Baby | The Edge & Laurent (/showthread.php?tid=4198)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9


RE: [17.08.1972] Baby | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 05.12.2024

Co ten człowiek chciał udowodnić? Wróć, przewiń tę kliszę, bo coś się tutaj nie zgadzało. Chciał udowodnić, że jest potworem i przypominać o tym, a tymczasem... jaki on jest uroczy... Rozkleja to na części pierwsze. Veritaserum w połączeniu z Flynnem tworzyło z tego czarnowłosego mężczyzny zwitek nieszczęść i słodyczy, która rozkładała cię na części pierwsze i zamieniała w puzzle. W dodatku nawet to nie ty decydowałeś, jaki będzie obrazek - on sam go zlepiał. Prawie jakby każde jego życzenie miało się teraz stać rozkazem. Brakowało tylko, żebyś akompaniował jego wstawki i przerywniki oraz wcięcia dziewczęcym "oooch", "aaach", "wooow". Na pewno tych onomatopei nie brakowało w słowniku, by się nimi popisać. Wraz z całym zestawem westchnięć, jakie mógł usłyszeć. Nie lubiłeś, kiedy ktoś wciskał się między słowa, ale tu i teraz jakoś nie potrafiłeś się gniewać. Jest w porządku, niech mówi. Teraz się wyspowiada, a potem... pewnie znowu będzie wiele milczał. Oby mu to nie zaszkodziło. Naprawdę chciałeś, żeby pomogło. Żeby swoje własne myśli był w stanie rozłożyć jak puzzle i złożyć z powrotem. Z tym dziecięcym tantrum pewnie zaraz i tak je zniszczy.

- Bardzo chcę, żebyś przychodził. Będziesz przychodził? Chcesz tu zostać? - Bardzo niebezpieczne pytanie, a najważniejsze zostało zadane w zaciszu serca: czy jesteś gotowy usłyszeć, że nie chce zostawać. Na to jednak nie mógł odpowiedzieć Flynn. Być może nie pomogłoby na to nawet veritaserum.

- Masz rację... - i czujesz to przy mnie? drżało gdzieś na końcu zawieszenia po ostatniej literze. I wybrzmieć - nie wybrzmiało. Ponieważ z zamyślenia nad tym smutnym zagadnieniem wyrwało go stwierdzenie tak żarliwe, że Laurent zakrztusił się śliną i musiał kilka razy odkaszlnąć, pochylając się w przód, żeby dotrzeć do siebie. Trochę ze wstydem, trochę z rozbawieniem, podniósł na Flynna wzrok. Zabić się? Ja chcę... - Masz szansę. Dałem ci ją. Daję ci ją. A ty ją wykorzystujesz. I idzie ci bardzo dobrze. - Wielkimi wręcz krokami pokazując wiele rzeczy niezrozumiałych jako rzeczy zaskakująco proste, kiedy w końcu... mówił. Jak jednak działał mózg Laurenta? Czy ona naprawdę... czy to prawda? Czy to veritaserum jest prawdziwe? Właśnie tak. Potem samego siebie przekonywał, że tak, że jest, przecież to było widać. Czuć. Żal było spoglądać, jak się męczył. - Chcesz ze mną wyjść z wanny? - Chciał mówić dalej, ale przybrał taktykę mówienia jak najmniej. Krótko. Bo i tak Flynn od razu wstrzelał się w wypowiedź. - To jest możliwe. Przecież będziesz właśnie dla mnie pracował. Mogę ci załatwić papiery. Zatrudnić naprawdę. - Mogę bardzo wiele.




RE: [17.08.1972] Baby | The Edge & Laurent - The Edge - 05.12.2024

Mówienie o tych rzeczach nie było przyjemne, ale... Nie został odtrącony. I to dopiero było dziwne uczucie - powiedzieć komuś, że był ktoś inny i nie zaprzepaścić sobie tej relacji raz na zawsze. Mówił dalej, ale już mniej intensywnie i tonem wskazującym na to, że był wyraźnie skołowany. Mijał czas tej magii, zbliżał się nieubłaganie i zaraz czar Veritaserum pryśnie.

- Będę. Mam inne zobowiązania, nie mogę tym razem tego spierdolić, ale będę. Będę tu tak długo jak mogę. Boję się, że jak nie będę tam wracał, to już nigdy nie zobaczę mojej rodziny. - Sam wyraźnie nie spodziewał się, że to powie. Często myślał o nich jak o kimś bez znaczenia, ale to przecież nie do końca była prawda, a Bellowie okazali mu ciepło w chwilach, kiedy nie zrobił tego Alexander.

Spokojnie poklepał go po plecach, jednocześnie pomagając utrzymać się w stabilnej pozycji i nie wpaść do wody. Wcale się z tego ataku kaszlu nie zaśmiał, ale też nie spoglądał na niego z jakąś wielką troską. Zachował się tak, jakby ten atak był czymś całkowicie zrozumiałym i naturalnym, czymś co trzeba było przetrwać i iść dalej - wykonał więc te ruchy nieco mechanicznie.

I sekundę później zaczerwienił się jak burak.

- Czy to znaczy tak? Chcesz ze mną chodzić? - Bardzo szybko przeszedł do zapewnień, których potrzebował. Bo przecież usłyszenie tak miało wreszcie zmienić wszystko. - Mmmh. - Pojawiły się nowe słowa, nowe pytania, ale Crow nie odpowiedział już na nie tak, jakby miał wypluć sobie płuca. Zamiast tego zastukał palcami o brzeg wanny. Wystukiwał inną melodię, również niespokojną, ale nie była to zaśpiewana mu kołysanka.

Pokiwał głową, że chciał wyjść, ale siedział. Zawiesił się na dłuższą chwilę, wciąż jednak trzymał go mocno.

- Nie... Nie o to chodzi, wiesz... Kogo zatrudnisz? Wszystko... Co zbuduję... To kłamstwo. To nigdy nie będzie normalne tylko będzie... Udawaniem. Nigdy nie będę normalny. Więc nie wiem jak chcę żeby wyglądała moja codzienność?

Dlaczego właściwie tak dyszał? Dlaczego serce waliło mu aż tak bardzo? Zrozumiał właśnie te poetyckie porównania do ptaka, który miał za moment wyfrunąć z klatki piersiowej. To nie był nawet ułamek tego kim był i co myślał, a jednak ogołocił sam siebie z tylu sekretów, że rzeczywistość zdawała się wirować.


RE: [17.08.1972] Baby | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 05.12.2024

Cóż za kawałek wspaniałego rękodzieła - ten Kruk, co diabli mu otworzyli wrota Hadesu, by stąpał między nami. Co za podstępna bestia - wślizguje się pod twoją skórę i z cwanym uśmieszkiem obwieszcza, że już tutaj zostanie. Tysiące obrazów migotało na tafli jeziora, kiedy przeglądały się w nim wierzby. Wierzby szumiące, śpiewające o nieszczęśliwych miłościach i złamanych sercach, jakie zostawił za sobą Flynn. Ta najbardziej truchliwa z nich szeptała między nimi, że najbardziej złamana była właśnie Wrona. Szum, śpiew i szept wdzierał się do wnętrza jak ciekły azon. Zamiast zimna czuł tylko oparzenia. Zimno mogło być tylko zewnętrze - co najwyżej płynąc od stygnącej wody. Czy można kogoś pokochać raz jeszcze... Na nowo, choć tak samo? Inaczej, a przecież to nadal ta sama postać. Te same skrzydła.

- Nie chciałbym, żebyś tracił cennych więzi. Żebyś tracił to, na czym ci zależy. O ile nikt już tam cię nie krzywdzi tak, jak Alexander. - Przywiązania Flynna potrafiły być całkowicie niezdrowe. Oto była stronniczość - kiedy Flynn mówił komuś przykre rzeczy nawet mogło to przejść. Ale w drugą stronę? Mogło przejść - bo potem byli bliscy Laurenta, na których bezczelne i złe traktowanie też by nie potrafił się zgodzić. Nawet jeśli Flynn miał się potem na niego pogniewać. - Jak ty chciałeś mi przypomnieć, że jesteś strasznym człowiekiem, kiedy tak bardzo mnie rozczulasz i poruszasz... - Uśmiechnął się do niego z czułością jako aktorem na pierwszym planie. Był tak znakomitym tancerzem, że złapanie rytmu powinno nie stanowić problemu... lecz nie teraz. Teraz nawet nie wiedział, do jakiego rytmu Flynn tańczył. Nie szkodzi. Był wprawiony pod tym kątem w chaosie. Wystarczy... również tańczyć do swojej muzyki. Nie próbować naśladować kroków innych, tak? A potem roześmiał się perliście i nieco uniósł na podciągniętych łydkach w górę, układając dłonie na swojej klatce piersiowej. Może tak wyglądała Afrodyta wyłaniająca się z morskiej piany? - Chcę! miał zaćwierkać radośnie, z zachwytem. Miał. To proste "tak" tańczyło na jego wargach. - A co mnie czujesz, Crow? - Nie było w tym pytaniu niepewności. Drżała tam radość.

- Flynn... - Pochylił się do niego, żeby cmoknąć go w czoło. Woda zaczęła opadać, bo wyciągnął korek i sięgnął po prysznic, by włączyć letnią wodę i zacząć z niego zmywać pianę, drugą dłonią dotykając jego ciała. - To w porządku, że nie wiesz. Będzie mi bardzo miło, jeśli będę mógł dowiedzieć się z tobą. - Uśmiechnął się do niego w ten zachęcający sposób, jakby nieśmiały - ale kto to znał ten wiedział, że ten nieśmiały uśmiech był ledwo wynikiem jego urody i świadomością tego, jak tę urodę wykorzystać. - Mógłbyś się zdziwić, jak ciekawe i bogate mam znajomości w Ministerstwie, które na wiele rzeczy pozwalają...




RE: [17.08.1972] Baby | The Edge & Laurent - The Edge - 05.12.2024

- Obawiam się, że jesteś trochę... walnięty... ale potraktuję to jako dar od losu, bo naprawdę chcę tu zostać.

Powiedział mu właśnie o zdradach, o morderczych zapędach, o dawaniu się bić w imię ideałów, którymi podążaliby tylko kompletni szaleńcy. Nic mu tak naprawdę nie zagwarantował ani nie obiecał poza falą uczuć czyniących go kimś skrajnie nieobliczalnym. A on się cieszył. Uśmiechał się z czułością i tańczył rzęsami, jakby mu życie ofiarowało właśnie najpiękniejszy na świecie prezent. Cóż, nie musiał być specjalistą na miarę Perseusa, żeby wiedzieć, że z Laurentem było coś mocno nie tak, ale hej - z nim też było coś mocno nie tak. I zdążył się już nauczyć, jak piękne chwile dało się zbudować z innymi ludźmi, którym już dawno odjechał peron.

Tak, byli stuknięci. I tak, może powinien zastanowić się nad tym głębiej, ale podobnie jak Veritaserum, tak i sama w sobie obecność Laurenta nie sprzyjała myśleniu. Chłopak wyglądał przepięknie - jak jakiś byt zrodzony z morskiej piany, gdyby przedstawić ludzi tego świata jako kamienie, to on leżałby obok pod postacią perły. Zarysowanej z jednej strony, ale to przecież ta rysa była w nim najpiękniejsza. Zadarł głowę do góry, zachwyciwszy się tym widokiem, znów zamilkł, póki nie zadano mu pytania. Mógłby powtórzyć to co już powiedział, ale wraz z przytomnością umysłu wróciła jego markotność. Wraz z książkami, na które co prawda nie było go stać, ale kiedy byłeś czarodziejem z jego uzdolnieniami, mogłeś traktować zamknięte na trzy spusty biblioteki uniwersyteckie jak wypożyczalnie otwarte dla każdego.

- Przyciąganie. - Rozchylił usta, mimo wszystko nieco niepewny tego, czy chciał to powiedzieć. Jednocześnie każda komórka jego ciała dziękowała ciepło, że ten czar już ustał i nie rozwiązywał mu języka, bo gdyby teraz chlapnął coś o swoich znajomościach, zdecydowanie zepsułby nastrój. - Mugole mają taką teorię. Ciemna gwiazda. Gwiazda Schwarzschilda, od nazwiska gościa, który opisywał matematyczne rozważania Einsteina... Że jest pewna osobliwość grawitacyjna, plama na mapie wszechświata, będąca jego najsilniejszą przyciągającą siłą. Coś, czemu gwiazdy nie mogą się oprzeć, nie mogą tego uniknąć, a to je wciąga. Gdybym był gwiazdą, wierzyłbym, że czeka mnie w tobie miejsce, gdzie entropia przestaje mieć znaczenie i oddał się temu bez większego namysłu. - On również się podniósł. Nie idealnie bez zachwiania, bo zdrętwiały mu nogi, ale obyło się bez poślizgnięć. - Tak się czasami czuję kiedy używasz swoich metafor - dodał, prostując się, żeby ze wciąż zadartym podbródkiem spojrzeć mu w oczy. - Zakochałem się w tobie tamtej nocy, kiedy pokazałeś mi niebo, które kiedyś stworzyłem. - Uniósł mokrą dłoń, żeby zaczesać mu za ucho kilka kosmyków włosów. - Wierzysz mi, czy uważasz, że to nie jest prawdziwa miłość?


RE: [17.08.1972] Baby | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 06.12.2024

Ach, obietnice! Wielkie słowa o "na zawsze i na wieczność"! One się nie liczyły. Nie pasowałyby nawet do ust kogoś takiego, jak Crow. Jakby to miało zresztą brzmieć? Gdzie by wcisnął takie pożal się Boże kłamstwa? Zaraz między mówieniem o swoich pragnieniach, czy może po tym, jak opowiedział o Razielu? Albo przed tym, jak poprzedził to wszystko wzmianką o Alexandrze? Oczywiście, że Laurent o tym marzył - jak każda szanująca się księżniczka z bajki. Wcale nie chciał jednak o tym słuchać w punkcie, w którym nawet nie wiedzieli, co będzie za tydzień, za miesiąc... rok. Zatrzymana na wieczność chwila obkwitłaby w ich własne urojenia i zrodziła Owoc Poznania. Smakowałby jak kłamstwo, bo Laurent nawet prawdzie nie był pewien, czy może zaufać. Nie chciał więc zapewnień o "żyli długo i szczęśliwie". Chciał zapewnienia, że to "żyli długo i szczęśliwie" było na czym budować.

- Kiedy się zorientowałeś? - Uśmiechnął się filuternie, chociaż to słowo brzmiało bardzo nieprzyjemnie na strunach harfy, wprowadzało fałsz na palcach przebierających w liniach uwiązanych pięciolinią. Tak troszeczkę, maluteńko... wszystkie emocje i tak dostawały się na wyżyny, wynoszone na całym stadzie różnych innych zdań, jakie tutaj padły. Jak uniósł się na nogach. Jak razem z nim uniósł się Flynn, na którego leciała teraz woda. W łazience nie było zimno - była zaparowana wręcz od ciągle podgrzewanej przez Crowa wody.

Wyobraźnia podsuwała cień skrzydeł, po których lotkach skapywała woda. Kropla po kropli gasiły kolejne świece. W pomieszczeniu nie robiło się ciemniej. Czerń, co świecić nie mogła, właśnie przed jego oczami lśniła. Rozpierzchały się myśli, wątpliwości, wypadała możliwość wpadnięcia na pomysł, że tego człowieka można wystawić za drzwi i się nim nie przejmować. Ta magia chwili musiała wystarczyć na całą codzienność. Słowa słowami - czy ten upadły anioł potrafił brukować ścieżki, by nogi się w nich nie zapadły? Rozgarnąć ostrokrzew na drodze, rozpalić ciepły ogień nawet wtedy, gdy padał deszcz? Cała wielka, zła rzeczywistość, która czekała za drzwiami tej łazienki.

- Chcę..! - Wysmyknęło się zaczarowane słowo z warg. Przytrzymał jego dłoń przy swoim policzku swoimi palcami. - Wierzę. - Wierzę w ciebie? W to uczucie? W słowa tak piękne, że Laurent..! Laurent ze swoim zachwytem, z tym jak zszedł z niego stres po powrocie ze szpitala, z tym, że nie jadł zdecydowanie za dużo, z uniesienia fizycznego i uniesień duchowych... z tego wszystkiego, co działo się na zewnątrz i wewnątrz poczuł się naprawdę zatrważająco słabo.

Supernowa, która wzleciała na niebo, rozbłysła - gwiazdy, westchnąwszy z zachwytu, pobladły - a Ona znikła.

W następnym momencie był już znów na dole wanny i nie trzymał w dłoniach tego prysznica. Podpierał się za to jedną ręką na ręce Flynna, a drugą na brzegu wanny. Z jakiegoś powodu nie było śladów oparzeń na skórze Crowa po żadnym z ich spotkań. Po żadnym dotyku. Jedyne, co na Flynnie zostało to ślad po pocałunku na jego szyi. Z jakiegoś powodu się nie oparzył... ale się zagubił. I wierząc jego słowom - gubił się co rusz.

- Trochę mi słabo. - Mruknął lekko oszołomiony tym nagłym odcięciem od nadmiaru bodźców, jakie zafundował mu przed chwilką mózg. Uśmiechnął się jednak - i to z ulgą.

To nie było Wniebowstąpienie. To było jedno z najlepszym Ziemiowstąpień, jakie człowiek mógł doznać.

Znów czuł, że jakoś właściwie biło jego serce. Nawet jeśli bolała klatka piersiowa od zsuwających się z ramion uczuć.

- Chciałeś wyjść, więc chodźmy... naprawdę muszę coś zjeść. - Chociaż miał ochotę iść do łóżka i spać. Wreszcie czuł, że mógłby zasnąć spokojnie.




RE: [17.08.1972] Baby | The Edge & Laurent - The Edge - 06.12.2024

Kiedy ktoś na kim ci zależy mdleje i upada na ziemię, nie jesteś szczęśliwy, to chyba oczywiste? Ale z takimi sytuacjami wiązało się coś jeszcze: panika, strach. Tylko Crow już strachu w takich sytuacjach nie czuł. Ruch złapania go i asekurowania głowy wykonał bardzo szybko i mechanicznie, kierowany instynktem i pamięcią mięśniową. Wyuczony od razu sprawdzał kolejne oczywistości - to czy Laurent oddychał, czy kontaktował z rzeczywistością. Zadanie nie było trudne - w końcu chłopak odezwał się do niego sam, a on mógł z troską odgarnąć mu włosy z twarzy i otworzyć okno machnięciem otwartej dłoni.

- Widzę...

Trochę było też niestety delikatnym ujęciem tego w jakim stanie musiał się znajdować.

Crow jako pierwszy wyszedł z wanny, odrobinę nierozważnie zanurzając się w tej swojej ciszy, bo powinien przecież do niego mówić. W zamian za milczenie - otulił go gestami. To on go teraz wymył, pomógł mu wstać i upewnił się, że nie wyląduje na podłodze. Z delikatnością i wyczuciem, ale jedynie takim na jakie pozwoliła mu jego męska natura.

- Często ci się to zdarza? - Odpowiedź wydawała mu się oczywista, bo to przecież nie pierwszy raz, kiedy Laurent siedział na brzegu wanny, a on wycierał go ręcznikiem. Jeżeli to naprawdę działo się ciągle, to jakie zastosowanie miał ten pierścionek? To przecież była jedna, jedyna podstawa jego działania - przytomność. Nie trzeba było krzyczeć na głos, wystarczyło krzyknąć w duszy, dać się ponieść przerażeniu lub smutkowi. Niestety było to niemożliwe w chwili, kiedy traciło się zmysły.

To musiało być strasznie przewidywalne. Fakt, że ktoś taki jak on - czujący wieczną potrzebę pomagania innym i bycia przydatnym, tak mocno zakochał się w dwójce ludzi silnie potrzebujących opieki. Cainowi zdecydowanie pogorszyło się przez ostatnie lata, a Laurent... cóż, na pocieszenie - jeżeli naprawdę chciał poznać Crowa, to pokażę ci wieczorem co naprawdę lubię a następnie pójście spać i głośne chrapanie do samego rana wcale nie było dalekie jego naturze.

Ściągnął z wieszaka jego szlafrok i pomógł mu się ubrać, a później pozbierał z podłogi swoje ubrania. Nie założył na siebie nic oprócz bielizny (bo to było absolutnie niemożliwe żeby mógł ubrać teraz własne spodnie) i tak właśnie zaprowadził go na kanapę w salonie.

- Jesteś na coś uczulony? Albo czegoś zwyczajnie nie lubisz? - Upewnienie się w tym sugerowało, że zamierzał kupić im coś sam, ale dla pewności kucnął naprzeciwko niego i uśmiechnął się lekko. - Wezmę nam na wynos, ale jak będzie ci smakować, to zabiorę cię tam kiedyś na randkę. - Omal nie chrumknął mówiąc to, ale sądząc po wyrazie jego twarzy wiązało się to raczej z radością, a nie podejrzeniem, że spotkanie w tym miejscu miało okazać się katastrofą.


RE: [17.08.1972] Baby | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 06.12.2024

Powrót do spania byłby teraz jak unoszenie się na puszystej chmurce. Ciało było ciężkie, ale i tak się unosisz. Ty? Ciebie unoszą. Uwielbiał ten rodzaj dotyku - żadna kobieta nie potrafiła go dostarczyć. Nie w taki sposób. To była delikatność, która wołała o cenę. Skóra, która miała swoją szorstkość. To, w jaki sposób Crow go dotykał, opisywało całą jego historię tak, jakby właśnie gadał trzy po trzy. Doskonały wyznacznik zakończenia działania veritaserum. Kiedy się skończyło..? Crow byłby w stanie udawać, gdyby skończyło się o wiele wcześniej i ciągnąć ten teatrzyk? Nie. Nie chcę w to wierzyć.

Sekundowe omdlenie nie przeszkodziło w tym, by zaraz funkcjonować normalnie. Jakby w sumie nic się nie stało, choć zejście od emocji i ten stopień błogości, jaki niedawno odbywał się w tej łazience naprawdę zachęcał do tego, żeby zawinąć się w koc (albo we Flynna), wyciągnąć nogi i spać. Albo leżeć i pozwolić sobie na półsen. Mimo to wielce chętnie witał te gesty czarnowłosego - tak samo jak przesympatyczne była reakcja na zakrztuszenie się. Tak jakby we Flynnie zakodowały się pewne odruchy, które po prostu robił. Nie zastanawiał się, nie pytał... Jak to było z tym skrzatem domowym..? Zmartwił się przez moment, czy z sercem i płucami Flynna w tym momencie jest wszystko w porządku, ale to naprawdę było jak przełącznik. Bell porzucał własne zmartwienia, bo punktował je na kimś innym. Zapamiętać. Zgrywanie damy w opresji chyba było na niego skutecznym sposobem. Chociaż teraz wcale nie było żadnej gry.

- Przypadkowe mdlenie w wannie, kiedy ktoś mnie zachwyca całą swoją osobą? Nie. Skradłeś mój pierwszy raz. - Uśmiechnął się subtelnie, korzystając z pomocy, żeby wyjść z wanny, pozwalając się wytrzeć i pomóc założyć na siebie świeże już ubrania - kiedy je Migotek zostawił pozostawało pytaniem bez odpowiedzi. Czuł się o niebo lepiej, kiedy usiadł na kanapie. Przez wszystko, co usłyszał, przez wielką strefę komfortu, jaką stworzył Flynn, a z której nie mógł sobie nawet zdawać sprawy. Poczucie bezpieczeństwa rozwijało płatki jak drobne kwiaty zasypujące jabłoń na wiosnę. Jeśli zebrać wszystkie to porównania, to Crow stawał się zamiast złodziejem ziaren to doskonałym ogrodnikiem. Bardzo niezgrabnym, zawsze przewrócił to drabinę, to zniszczył płot, to jedną z gałęzi drzew - ciągnął ze sobą sztorm, który wpadał niespodziewanie. To nic. Gałąź przerobimy na opał do kominka, z resztek płotu zbuduje się nogą drabinę, a starą przerobi na pergolę dla nowych kwiatów.

- Jestem fanatykiem próbowania rzeczy nowych. - Można się było tego domyślić po nawet krótkim obcowaniu z nim. Wszystko, co nowe, było przygodą. - Nie jestem nadmiernym wielbicielem cukru. - Pogłaskał go czule po policzku, uśmiechnięty trochę z rozbawieniem. Bo uważał to za zabawne, że Flynn mógł chomikować ciastka bezpiecznie i nic im nie groziło. Na pewno nie to, że podje je on. - Jak nie weźmiesz czegoś dla siebie i nie zjesz, to nie tknę nawet małym paluszkiem. - I mógł przy tym całkowicie poważnie! Nie było to nawet wielkim problemem - jak jesz za mało to żołądek w końcu wiązał się w supeł, gdy tylko czuło się zapach obiadu. - Ale ta randka mnie trochę ugłaskuje. - Przymknął oczy w pełnym szczęścia uśmiechu z lekkim rumieńcem na policzkach. Albo może to rumieniec nadal towarzyszący mu przez rozgrzanie..?




RE: [17.08.1972] Baby | The Edge & Laurent - The Edge - 06.12.2024

Szeregi tych mechanicznych ruchów, których celem było niesienie pomocy i całkowite porzucenie poprzednich tematów. Powagą jakiej nabrał... To wszystko potrafiło wyparować w sekundę, kiedy słyszało się kilka nagłych myśli Laurenta wypowiedzianych na głos odpowiednim tonem. Jeszcze przed chwilą leżał na dnie wanny po tym jak zasłabł. Teraz mówił te swoje sprośne, dwuznaczne tekściki i mógł obserwować, jak dobrze to na Crowa działało. Nie zdołał utrzymać miny nawet na sekundę, kąciki ust wyrwały mu się w górę jakby dostał skurczu, a policzki zaczerwieniły się jeszcze mocniej. Po reakcji ciała i przygryzieniu wargi widać było od razu, że mu się to podobało, a jednak powstrzymał na moment skomentowanie tego czymś bardzo zboczonym. Utrzymał się w tym przeświadczeniu, że nie powinien dokładnie do momentu, w którym Laurent siedział już sobie bezpiecznie i nie było szansy na to, żeby upadł.

Słuchając jego odpowiedzi otworzył okna również w tym pomieszczeniu, nie spuszczając z niego wzroku i nie ruszając się na krok od jego nóg. Jedynym ruchem, jaki dało się przez moment zaobserwować było ukazanie szeregu nieco krzywych zębów, kiedy usłyszał o braku zamiłowania do słodyczy. Wysłuchał wszystkiego co miał do powiedzenia, ale to tej myśli pierwszej się uczepił.

- Oczywiście, że nie lubisz słodyczy, to byłby kanibalizm - zaśmiał się, ale w ten sposób, który mówił o samoświadomości tego jak oklepany był to żarcik. Mimo wszystko, nawet mimo krawędziowości uważał, że jego bliscy zasługiwali na takie żarty. Na stałe przypominanie im jak wiele dla niego znaczyli i jak głupiutkie rzeczy przychodzą mu do głowy.

I nagle nie mógł już oglądać jego oczu. Zniknęły pod powiekami i kępkami gęstych rzęs, a on poczuł się trochę jak ten pies trącający dłoń mokrym nosem. No i właśnie - nie było tutaj psa, a on od razu zrozumiał jak łatwo mógł teraz rozsiąść się na tej kanapie i mimo hucznej zapowiedzi o wyprawie po jedzenie, to właśnie uczynił jako pierwsze. Wspiął się do góry, usiadł na nim okrakiem i objął jego głowę rękoma, jakby chciał ją przytulić, w rzeczywistości jednak pozostawił mu sporo przestrzeni na normalny oddech. Ale musiał to zobaczyć! Uwiesić się na nim w tej pozycji i zobaczyć jak to jest spoglądać na niego z góry w takim kontekście. To gdzie zamierzał umieścić swoje dłonie również mogło być wskazówką.

- Lubię wszystkie te twoje ładne i nieładne myśli, ale pytałem się o to, bo muszę wiedzieć jak bardzo na ciebie uważać. - Zabrał jedną z rąk, żeby przesunąć oswobodzonymi palcami po jego policzku. - Powiedziałeś mi, że lubisz jak kolesie cię duszą, może tylko ci się wydawało, a tak naprawdę dusiłeś się sam? - Przesadził? Wcześniej też przesadzał, a jednak mógł się teraz rozsiąść na nim jak na tronie... Obserwował to, co działo się z twarzą blondyna. Czy był tym bardziej rozbawiony, czy zdenerwowany? Niezależnie od odpowiedzi, nim Laurent zdołał cokolwiek z siebie wydusić, Crow pocałował go czule i przetoczył się w bok. Leżał na plecach. Jedną nogę miał zgiętą, przylegającą mu do prawego, zaś stopę drugiej położył na jego lewym udzie.

- Cóż, skoro już jesteśmy razem, to możesz poznać moje sekrety. - Poruszył brwiami w dziwaczny sposób. - Wiem, to nie jest do końca rozsądne skazywać cię na dźwiganie takich rzeczy - wydurniał się i widać to było od razu, szczególnie kiedy przywołał do siebie własne spodnie - ale jako wybranek mojego serca musisz być tego świadomy. To są strategiczne informacje. Są takie dni, kiedy moich spodni nie da się założyć bez oliwki. Obawiam się, że leżałem w tej wannie za długo i to jeden z takich dni. Przysięgam, że łatwiej mi było zakładać jeansy... - Zadarł jedną nogę do góry i próbował (oczywiście wciąż się od Laurenta nie odsuwając) naciągnąć na nią nogawkę. I faktycznie te spodnie wyglądały na za ciasne. Tak bardzo, że po chwili siłowania się Crow wstał i żeby naciągnąć je na własne uda musiał podskoczyć kilka razy. Z miną tak poważną, jakby dotyczyło to bardzo skomplikowanych obliczeń, na miarę tego całego Einsteina. - Jezu kurwa Chryste... - Powiedział wyraźnie zmęczony, kiedy mimo wszelkich trudów udało mu się dopiąć rozporek. - Jeżeli mam zostać, to mówisz mi to teraz. - Odwrócił się w jego kierunku i jeżeli nikt nie protestował, to faktycznie zniknął.


RE: [17.08.1972] Baby | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 07.12.2024

Powiedział za dużo? Za mało? Idealnie. Na tyle, by czerwień stała się ozdobnikiem między czarnymi, śmiesznie mokrymi puklami, z których skapywała woda. Na tyle mało, by nie wyszarpnąć z jego zapełnionych sadzą płuc komentarza i na tyle dużo, żeby widział, że sprawił mu przyjemność. Jego dobry humor szybko stawał się dobrym humorem Laurenta. Rezonans ciągnął się przez mieszkanie i w końcu spotkał ich przy przyjemnym, letnim wietrze wpełzającym do jasnego wnętrza. Podrywał porozsuwane na boki firany na tych oknach. Jak z bajki. Prawie wszystko było jak z bajki - gdyby odjąć słabość, wyciąć blizny, gdyby tak... gdybyśmy obrócili dom do góry nogami, to i pies stałby się kotem.

Jak powinien zareagować na żart? Ładniej? Zamiast ładnego reagowania po prostu się cicho zaśmiał. Nie było co zaprzeczać - chociaż mógł mówić, że Flynn jest przesłodki to był to ostatni smak, jaki by z nim skojarzył. Fleamont był ostrawy w swoim smaku. Zostawał na języku na długie godziny po tym, jak już zniknął. Ranił kubki smakowe, jeśli skosztowałeś za dużo, ale słodycz też się tam plątała - gdzieś na końcu, by nie pozwolić na nijakość. Oj nie. A w końcu, w kawalkadzie doznań, przychodziła gorycz. Ta gorycz była tylko wtedy, kiedy liczyłeś na to, że ostrość nie sparzy ci ust. Że będziesz mógł konsumować bez opamiętania. Dawkowanie Flynna - to dopiero musiała być sztuka... Ludzie musieli się od niego uzależniać jak od heroiny.

Och, TO było nowe. Odchylił się na kanapie i zrobił mu dokładnie tyle miejsca, ile Crow sobie życzył. Dłoń z policzka oparła się teraz na jego nagich udach. Gdzieś tam czuł tę okrutną bliznę, która została mu po tamtej kąpieli. Zamiast jej unikać to w tym momencie zatrzymał właśnie na jej wysokości swoje palce. Mikrosekunda niepewności co do niej szybko została przetarta ciekawością. Laurent miał cały album uśmiechów, które potrafił rozsyłać w zależności od konieczności. Teraz jednak to nie był starannie dobrany uśmiech - to było chłonięcie rzeczy nowych. Skupienie na bodźcach, chociaż w jego oczach nie było wielkiego ożywienia z jednego tylko powodu - zmęczenia. I to było całkiem wyraźne. Zmęczenie wcale jednak nie sprawiało, że nie ożywił się ani trochę, kiedy mógł spoglądać z tego punktu na czarnowłosego.

Tylko że to trwało zdumiewająco krótko. Nie było ani zdenerwowania ani rozbawienia. Było zaciekawienie i coś... kropla zadowolenia. Satysfakcji? Arogancja? Tak samo bezkompromisowo spoglądał na mężczyznę, którego rozmowie przysłuchiwał się Flynn - różnica była taka, że tamten go nudził. Flynn pobudzał wyobraźnię.

- Chyba nie chciałbym tego powtarzać. Duszenia. - Sprecyzował, żeby czasem Flynn nie pomyślał o tym, co zrobił przed chwilą. Oparł teraz dłonie na jego łydce, spoglądając na niego z uśmiechem i niegasnącym zainteresowaniem. Nie przesadził - a przynajmniej nie było żadnej oznaki co do tego. I pewnie by kontynuował, ale Flynn zaczął mówić, a on był za bardzo zaintrygowany prawdą objawioną, jaka zaraz miała zostać ujawniona iii.... spodziewał się wielu rzeczy, ale to, co zobaczył, sprawiło, że popłakał się ze śmiechu. Aż złapał się na brzuch na tej kanapie, pochylając do przodu, bo pierwsze niedowierzanie (ta strategiczna jedna sekunda realizacji, na co się patrzy) zamieniła się szybko w wybuch śmiechu.

- Hahaha... Na Morganę... hahaha! - Chciał z siebie wydusić coś normalnego, ale jakoś nie był w stanie. Więc tylko pokręcił przecząco głową, że nie, nie - może iść.

Lecz kiedy poszedł i przestał się śmiać to nagle zrobiło się tak cicho.

Pusto.


Mrugnął i sen się skończył.


Przez moment to było tylko zmęczenie, ale jakoś szybko pojawił się stres. Niepokój. Wszystko było tak pootwierane, jakby wręcz zapraszało Omen do wnętrza. A to nie Omen - to tylko Duma zastukał pazurami, kiedy przeniósł się na swoje legowisko. Spokojnie, przecież to tylko chwila... nic się nie stało, Laurent... Prowadził ze sobą dialog wewnętrzny. To nic, zaraz będzie, przecież to tylko obiad, przecież to nie tak, że to zniknięcie na kolejne dwa tygodnie. Przecież to nie sieć kłamstw utkana, żeby motyl się w nią bezpowrotnie zaplątał.

Przeniósł wazon ze stołu jadalni na stolik kawowy, żeby móc na niego patrzeć i żałował nagle, że kwiatów nie można było przytulić. Ale można je było powąchać. Dotknąć ich. Zbadać kolejny raz fakturę płatków i liści. W końcu potuptał po kamień, który ze złością i rezygnacją wetknął w głęboki kąt szuflady i dopiero z nim położył się z powrotem na kanapie, otulając się kocem.




RE: [17.08.1972] Baby | The Edge & Laurent - The Edge - 07.12.2024

On ten śmiech przeżywał o wiele dłużej. Teleportował się do swojej ulubionej pierogarni i delikatny chichot Laurenta wprawiający jego wnętrzności w ruch wciąż szumiał mu w uszach jeszcze w pierdolonym Glastonbury. Crow nie lubił kiedy się z niego naśmiewano, a w szczególności momentów, w których celem ataku i drwiny stawiał się sposób, w jaki się wypowiadał, ale ten śmiech był inny - brzmiał i smakował jak zwycięstwo. Był nagrodą za kolejny wygłup i wprawił go w dobry nastrój. No bo takim przecież chciał go widzieć - czerwonego od bliskości, wesołego od wszelakich durnoctw, jakie wymyślił, bezpiecznego od samego siebie. Niestety, kiedy składał zamówienie, gdzieś w żołądku pojawiło się to duszące uczucie, że coś jest nie tak... I może było? Może nie powinien być tak uparty i mógłby tam zostać, zasugerować coś innego, zabrać go ze sobą... Co jeżeli wcale nie musieli się rozstawać? Ale przecież będą to robić cały czas - mieli kompletnie inne życia i zobowiązania. Zamyślił się nad tym tak bardzo, że wpierw nie usłyszał, co mówiła do niego dziewczyna stojąca przy ladzie.

Potrząsnął głową i spojrzał na nią jeszcze raz.

- Przepraszam, co?

- Mówiłam, że wy Brytyjczycy chyba odzwyczailiście się od noszenia koszulek...

Aaaah, wydał z siebie krótki dźwięk świadczący o zrozumieniu, ale widać było, że kompletnie jej nie słuchał. To prawda, że zapomniał założyć na siebie cokolwiek poza tymi spodniami i leniwie wsuniętymi butami, ale wcale go to nie ruszało. Zresztą - ona i tak nie chciała się do niego przyczepić, tylko próbowała zachęcić go do jakiejkolwiek rozmowy i najwyraźniej zdenerwowało ją to, że niekoniecznie był dzisiaj responsywny.

- Od noszenia koszulek i niessania kutasów...

Znów wydał z siebie głęboki dźwięk świadczący o zrozumieniu, wlepiając nieobecne spojrzenie w okoliczną ścianę. No bo co jeżeli on wstał, łaził, upadł... Czy codzienność miała tak wyglądać? Codzienne martwienie się o dwie osoby i jednoczesna akceptacja, że w przeciwieństwie do Fontaine i Alexandra, tym razem nie miał jak wypełnić absolutnie każdej przestrzeni ich życia?

- Ziemia do Crowa, juhu. Wpisałam ci to na zeszyt, bo widzę, że nie masz portfela - dziewczyna pomachała mu dłonią przed twarzą, kładąc na blacie dwa opakowania, a on przestał opierać się łokciem o ladę i nagle oprzytomniał.

- Aaaay, tak. Zamyśliłem się cholernie - przyznał, drapiąc się po głowie i sięgając ręką po to nieszczęsne zamówienie. - Dzięki, odwdzięczę ci się za to - kiedyś. I wyszedł stamtąd, ignorując spojrzenie drugiej kelnerki, kierując się do zaułka, z którego mógł się teleportować.

Laurent znajdował się w tym samym miejscu co poprzednio. Przedmioty wokół niego nie. Okej, nie mógł go przecież zmusić do siedzenia w miejscu, a i też nie zastał go szorującego tej wanny ryżową szczotką, więc nie zamierzał się do tego faktu dopierdalać. Zwyczajnie wszedł do środka, przy okazji przypominając sobie, że od jutra nie będzie to już takie proste i skierował swoje kroki nie do jadalni, tylko do tej kanapy właśnie. Dwa opakowania położył na stoliku tuż obok bukietu kwiatów. Następnie usiadł obok tej kanapy na podłodze, opierając się o nią plecami i spojrzał na niego z poziomu podłogi.

- Jest tu w mieście blisko takie miejsce, gdzie dają pierogi z krajów zza żelaznej kurtyny. Znając życie, to cię pewnie nie zaskoczę, ale ta Polka co je robi, ma takie strasznie wciągające historie o tym, jak się stamtąd wyniosła na zachód. - I ta historia najwyraźniej była ciekawsza niż to jedzenie, bo ani nie otworzył tych pudełek, ani nie zdradził mu dokładnej zawartości. A poprosił o losowość, przy czym te konkretnie dla niego chciał dostać osobno, najpewniej słusznie zakładając, że nie każdy był gotowy na łączenie skrajnie różnych smaków.

Oparł się łokciem o łóżko, dotykając nim również leżącego Laurenta.

- Nie planowałem tego, że ten dzień będzie tak intensywny - powiedział nieco spiętym głosem. - To może ten dom obejrzymy... jutro?