Secrets of London
[28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent (/showthread.php?tid=4431)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8


RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 08.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iLpRvj2.png[/inny avek]

Ten dzień wcale nie był zły. Sprzyjała im pogoda, nie sprzyjał im dzień... nie. Nie sprzyjali sobie. Albo może to on nie sprzyjał im? Łatwo brać na kark winę za wszelkie czyny i przewinienia. Trudniej było uzmysłowić sobie, że nie zawsze wszystko jest twoją winą, a czasami wina jest niczyja. Po prostu się działo. Łatwo też się mówiło, że "nie można winić za uczucia", ale to przecież te uczucia, aż zbyt często, prowadziły do tragedii.

Ten dzień nie był zły, bo siedząc na tej plaży Laurent już nie czuł nawet dyskomfortu z trzymania własnego ciała pod ramieniem. Niby wizualnie nic się nie zgadzało, a jednocześnie widział już w większości Flynna. Niby nadal coś było nie tak, kiedy to on przytulał jego - a nie odwrót - kiedy miał wrażenie, że to on tym razem powinien trzymać go w tej wannie. Kiedy automatycznie chciał wchodzić w rolę Flynna. Ten obiad, ta pogawędka, śliczna knajpka. Dużo nieprzyjemnych słów z jego strony, a potem chwile całkiem słodkie. I teraz - chwila, w której chciał bardzo zapytać "podoba ci się zachód?" Może uznał to za nieciekawe. Może...

- Ponieważ chcesz dla siebie źle. - To już musiał trochę przepchnąć przez swoje gardło, żeby nie zacząć zaprzeczać, mówić, że nie, nie - to nie tak! Poziom, na którym już ta obawa nie była ukłuciem, a zaczynała być prądem. Jego strach zamieniał się jednak błyskawicznie w... gniew. Więc przepchnięcie tych słów było szokująco proste. Przynajmniej w porównaniu do tego, jak to było, kiedy był w swoim ciele. Nie podobał mu się ten ton, na który Flynn wkroczył, ale to już zdusił. Tu akurat wyzwania wielkiego nie było - bardziej się zmartwił o to, że nie mógł oddychać. Ciągle go to szarpało. A potem nagle... zamiast to napięcie i wkurwienie rosnąć to nagle rozprysnęło się, a on nie potrafił powstrzymać rozczulonego uśmiechu. - Aach, Flynn... nie, to nie tak... - Sięgnął do jego twarzy, by odsunąć nieułożone włosy z jego twarzy. Cieszyłby się pewnie mocniej, gdyby nie to, że się bał - o Flynna. O to, jak znowu emocje nim targały. Tylko tak, jak we własnym ciele upływały one na zewnątrz, tak w tym ciele... niszczyły go od środka. - Wiem, widzę to. I bardzo się cieszę. Zachwycasz mnie, Flynn. Swoim zaangażowaniem, swoimi staraniami. To jest... mówiłem o trochę innym zaufaniu. - Jak on miał mu to lepiej wyjaśnić? - Jesteśmy w tym do siebie podobni. Robimy te same błędy, bo boimy się, że jeśli nie będziemy wypełniali oczekiwań, nawet swoim kosztem, to nie zostaniemy zaakceptowani. Albo to strach przed konsekwencjami. Nie trzeba wcale manipulacji, kłamstw i udawania własnym kosztem. - Mógł zostawić temat i go wyrzucić. Powinien nawet, jeśli Flynn będzie dalej miał problemy z oddechem. Liczył jednak na to, że jeśli to wyjaśni... jeśli to zrozumie... Trochę sam teraz panikował, mówił szybciej, siedział jak na rozgrzanych węglach - gotów podskoczyć w każdym momencie, żeby ratować Flynna przed... przed nim samym w zasadzie.




RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - The Edge - 08.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=C5Wsya3.png[/inny avek] Nie powstrzymał jednak tych łez. Spłynęło mu ich po twarzy ledwie trzy, nie miało to szans zrównać się z falami, jakie robiły to wcześniej, ale były tam. Tak samo wyraźne i słone, a jednak miały inną energię. Tym razem emanowały irytacją.

- Nie chcę przestać palić, to prawda, ale może wreszcie pora się obudzić. Ufanie tobie nie znaczy, że muszę ufać innym ludziom. Jesteś kurwa częścią wielkiej rodziny, która w chwili kryzysu stanie za tobą murem, a ja jestem Szczurem. Dobrze wiesz, że nikt nie potraktuje mnie tak samo jak ciebie. Wejdę komuś w drogę to mnie jej sprzedadzą, a sam przecież rozumiesz, że to co kryje to ciało to szereg pieprzonych wad, ślepota to wisienka na torcie tego zjebania. - Był wzburzony, ale nie krzyczał. Nie uderzał go też rękoma, nie odpychał od siebie, nie próbował uderzyć nim o ścianę ani o piasek, chociaż te myśli i tak nawiedzały go prosiły się o uwzględnienie w planie. Zwyczajnie ochrypł. Czuł się tak wątły i słaby jak to tylko możliwe, a to samopoczucie było wyczuwalne w głosie. Coś na co nigdy by sobie nie pozwolił - mówienie bez maski ubierającej go w wizerunek kogoś, kto się nie zawaha, kogo nie dało się zniszczyć. Obecnego Crowa dało się zniszczyć. Wystarczyło pchnąć go na piasek żeby zaczął dławić się tlenem jak ryba, a później odciąć mu dostęp nawet do tego. - Daję ci kurwa wszystko. Nawet fiolkę Veritaserum, żebyś mnie mógł zapytać o cokolwiek chcesz. Kurwa mać. - Zafiksował się na tym i bardzo chciał tę energię z siebie wyrzucić. Cokolwiek. Niech cokolwiek przyniesie mu ratunek. Chwycił jedną z tych muszli, co je tak zbierał pieczołowicie i chciał ją cisnąć w morze, ale kiedy się zamachnął, ten ból ściągnął go znów w dół. Mimowolnie przybrał pozycję embrionalną i opadł bokiem na ten koc, próbując się z tego wygrzebać. Tylko że nic nie przychodziło, żadna solidna ulga, a on miał z tyłu głowy masę innych tekstów, którymi mógłby i chyba nawet chciałby go dźgnąć. Nie wiedział jak ma działać, kiedy nie mógł tego uzewnętrznić, więc znów uciekał do wymyślonej rzeczywistości. Takiej w której Laurent stuknął go jeszcze raz przed snem, żeby mógł zasnąć bez zastanawiania się nad każdym jego słowem i to okropieństwo się skończyło, bo rano wszystko było normalne.


RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 08.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iLpRvj2.png[/inny avek]

- Flynn. - Była w tym miękkość i twardość jednocześnie. Twardość w tej części zdecydowania, z jaką wypowiedział jego imię. Miękkość w tym, jak jego imię nie zostało wyplute z energią, jak nie podkreślały się ostre litery na krańcu języka Laurenta. Zmartwienie, odrobina paniki i jednocześnie rozczulenie. Tyle wszystkiego na raz? Już powinna mu głowa parować, a on zamiast odpadać, tylko się nakręcał. Zupełnie inny azymut działania. Nie przerywał mu. Ten słowotok był taki smutny. Taki łamiący serce. Czy naprawdę Flynn był sam na tym świecie? Miał tyle znajomości. Miał chociażby tę osobę, o której mówił tak pięknie. Czego tak mocno zazdrościł. Dobrze, jeśli nie on - bo mówił też przykre rzeczy. Ktoś... ktoś, kto by mu pomógł. Na pewno były takie osoby. Flynn miał dar do odpychania, ale miał też dar do przyciągania. Do sprawiania, że ludzie chcieli mu pomóc, wyciągnąć go z kłopotów. Bo jeśli to zrobią - czy wtedy ten Zakazany Owoc nie pozwoli im się posmakować? Pozwoli, oj tak. Wepchnie się do ich ust z całą swoją pasją. Albo powinien go przerwać? Nie, nie... to chyba najgorsze rozwiązanie. Niech to z siebie wyrzuci. To wszystko, co potrzebował powiedzieć, tak jakby Laurent dostrzegał to za mało, niewystarczająco, jakby musiał mu to rzucić prosto w twarz, bo nawet nie pod stopy.

Tym razem mógł powiedzieć, że to nie były żadne manipulacje. To była fiksacja. Zapętlenie się na temacie, który rzucił w twarz, owszem, ale samemu sobie. Straszne było to, kiedy się tak zwinął i tonął w samym sobie, ale nawet nie podejrzewał, jakie myśli kotłowały się w tej głowie. Żałował, że nie jest geniuszem, nie ma wykształcenia psychologa i nie wiedział, co zrobić, żeby Flynnowi było jak najlepiej. Głupota, bo przecież odpowiedź dla tego człowieka była zawsze taka sama. Proste - pójdź z nim do łóżka.

Tak trzymał rozchylone usta, bo nie wiedział, co powiedzieć. Jak to dobrze ująć. Od czego zacząć? Bo Flynn nie słuchał. Kompletnie nie słuchał.

- Nie słuchasz mnie. - Może to nie była najlepsza rzecz do powiedzenia teraz. - Flynn. - Powiedział to jeszcze łagodniej i pochylił się, żeby jeszcze szczelniej go objąć, kiedy on się kulił i drżał. Może... wyjściem była cisza? Pozwolenie mu się tak uspokoić? Tak. Do tej pory to zazwyczaj był najlepszy wybór, bo w tym stanie słowa na niego po prostu nie działały.

Więc dał mu ten czas na uspokojenie.




RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - The Edge - 11.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=C5Wsya3.png[/inny avek] Słucham cię, pomyślał od razu, zniechęconym głosem. A później to do niego dotarło. Nie zgodziłby się z tym przed chwilą, ale teraz faktycznie uznał to za prawdę. Nie słuchał go, nie chciał go już słuchać. Jedyne, o czym myślał to koniec katorgi z tą klatką piersiową, a przecież... nie był człowiekiem źle znoszącym ból. Czasami cierpienie bywało nawet pomocne, ściągało go na ziemię. Wykorzystywał je celowo, zadając sobie cios za ciosem, żeby przywołać rozhulane myśli do obecnego momentu.

- Kurwa mać - zaklął, zakrywając twarz dłońmi. Czasami wydawało mu się, że to wszystko było tak absolutnie bez sensu. Całe jego pieprzone życie posypało się w chwili, w której nie było w nim osoby, która nim sterowała. Po co on jeszcze udawał? Złapał za materiał koszuli kogoś, z kim chciał związać się, bo takie życie było wygodne, ale pragnął czegoś więcej. Czegoś, co go wreszcie uspokoi, co sprawi, że przestanie szukać chuj wie czego. Oddychał głęboko, zaciskając te drobne, delikatne palce i faktycznie powoli się uspokajał, ale kłębiło się w nim wiele innych rzeczy, które musiały wreszcie mieć swoje ujście. I to było wyczuwalne. To jak przestaje się trząść, ale zamiast tego zaczyna się wiercić. Jak jego myśli układają się już w jakiś konkretny ciąg warty otworzenia dla niego ust, ale przerywa mu ciekawość tego, co dzieje się wokół. Oczy musiał mieć już piekielnie spuchnięte, bo piekły go niemiłosiernie, kiedy podziwiał pierwsze intensywniejsze malujące się na niebie pomarańcze, powoli przechodzące w przesiąkniętą tym czerwień. To wszystko było... nierzeczywiste. Nie puścił go, pociągnął go mocniej, zmuszając do spojrzenia w zaczerwienione oczy. - Wierzysz w to? - W co? Tak strasznie się w tej plątaninie zagubił, że zapomniał to pytanie doprecyzować, potrzebował jeszcze chwili na ogarnięcie się do tego, żeby to zrobić. - Że gdyby kończył się świat, to wybrałbym ciebie? - Przełknął ślinę, mierząc go spojrzeniem, ale w sposób pozbawiony pewności. Niby sam go szarpał, ale wyglądał, jakby chciał uciec. - Zrobiłbyś wszystko, żebym spędził te chwile z tobą? Ostatnie chwile, zanim skończy się świat. To jest to czego chcę. - A ty wybrałbyś mnie? Bał się odpowiedzi. - Nie obchodzą mnie żadne cholerne ciastka ani fajerwerki, których nawet dobrze nie widzę. Chcę być najważniejszy. - To właśnie pozostawało jego największą obsesją, jednocześnie będąc tak nierzeczywistym do osiągnięcia marzeniem. Zawsze coś w tym przeszkadzało. To zawsze wydawało się niemal tak fałszywe jak kolory tańczące na twarzy, jaką widział przed sobą, a przecież do tej pory była idealna - była czymś znanym w świecie, który wydawał się snem.


RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 11.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iLpRvj2.png[/inny avek]

Schowanie się za własnymi dłońmi, za własnymi włosami, skrycie twarzy w poduszce, albo po prostu czyimś ramieniu - czasem było to potrzebne. Niekiedy było wręcz niezbędne. Żadne słowa dalej nie płynęły z jego ust, nie ulewał się jad, nie wysuwały się te igły, które chciały zranić. One były - ale kierowane do wnętrza?

- Kocham cię. - To mógł powiedzieć. To jedno zapewnienie, bo czasami było potrzebne bardziej niż tysiąc słów. Trzymał go więc między zastanowieniem, czy mówić cokolwiek, czy cisza będzie rzeczywiście lepszym rozwiązaniem. I chyba jak zawsze, kiedy niepewność uderzała za wysoko, a niepokój na poziomie emocjonalnym między nim a Flynnem rósł zbyt mocno - zaczął nucić. Nie śpiewać, nucić. Tę piosenkę, którą Flynn mówił, że tak lubi. Którą mu puścił. Której tekstu jeszcze nie znał, ale zamierzał się nauczyć. Chciał siedzieć jak zawsze - w bezruchu, tylko przeczesując dłonią jego włosy, albo głaszcząc po plecach. Zamiast tego musiał się poprawiać, przesuwać nieco nogi, zmienić podparcie ręki o koc, albo po prostu zająć się jakimś zagnieceniem materiału na koszuli Flynna. Robić coś - cokolwiek - byle zająć czymś ręce, byle energia w nim nie mogła zaznać czegoś takiego jak "zastój". Ona się zwyczajnie na to nie godziła, nawet kiedy Laurent ją kontrolował.

Nieco kiwał się w przód i w tył. Flynn się uspokajał, a on dawał popis nieświadomej choroby sierocej. Chociaż przecież żadna z niego sierota, tak? Zostało to wytknięcie - miał wszystko! A Flynn miał nic. Łatwo nie doceniać tego, co trzymasz w swoim palcach. Pozwolić temu przesypywać się przez palce i ulatywać z powietrzem jak mąka rzucona do ciasta. Miała stać się czymś słodkim - została brudem na półkach i krzykiem matki, że źle zrobiłeś. Przecież to nie służy do zabawy - więc czemu Ty się bawiłeś?

- Hm? - Przerwał nucenie, a przeszło ono już przez różne utwory. Wszystko, co przyplątało się do jego głowy, a miało melancholijne zabarwienie szarego widoku, jaki rozciągał się przed nim. Spoglądał w horyzont bez pomyślunku, pozwalając się znów oczarowywać falom i ich cichemu chichotowi. Morze było spokojne. Wcale nie układało się do snu. Księżyc miał mu podyktować przypływ..? Spojrzał w dół, na kulącego się Flynna, kiedy pojawiło się szarpnięcie. Chyba w złym momencie - bo padło złe pytanie. Tendencyjne, tak? Gdyby nie wieloletnia nauka kontroli nad gestami i mimiką właśnie uciekłby od niego spojrzeniem. Wiedział jednak lepiej - to byłaby odpowiedź najgorsza z możliwych. Mimo to nie potrafił odpowiedzieć od razu. Tak? Przecież to byłoby kłamstwo. Nie wierzę. Przecież brzmiało zbyt brutalnie. Odpowiedź dyplomatyczna? Mógłby wybrnąć z tego, uciec od odpowiedzi, a rozwiązań miał kilka. W tym zajęcie Flynna swoim dotykiem. Na nic z tego Flynn nie zasługiwał. A prawda? Zasługiwał na prawdę? - Ale mnie obchodzą. - Odpowiedziałeś cicho. Zadziwiająco nawet cicho jak na to, że to ciało było takie... głośne. W całym tego słowa znaczeniu. - Są tym, czego byś chciał, więc mnie obchodzą. Te małe rzeczy... drobnostki. One składają się na tego ciebie, którego chcę. - Laurent spoglądał na szczegóły i chciał się nimi cieszyć. Wielkie perspektywy były dobre w pracy - tam musisz patrzeć w przód i pozwolić, żeby szczegółami zajęli się ludzie, których do tego zatrudniać. Ale dla Laurenta liczył się każdy najmniejszy szew na ubraniu. Buty nie nadawały się do niczego, jeśli były krzywo przeszyte chociażby w jednym cugu. Książka nie mogła stać na półce, jeśli jedna jej litera nie była dopracowana. - Nie wiem, czy w to wierzę, że wybrałbyś mnie. Mam za mały obrazek i za mało szczegółów, żeby to ocenić. - Miał wierzyć w te słowa "kocham cię"? W chęć pomocy? Jasne, swoimi czynami Flynn udowadniał, że mu zależy. Ale jeszcze niecały miesiąc temu udowadniał, jakim jest skurwysynem. Uśmiechnął się do niego i ucałował jego czoło. - Ja też chcę cię uczynić najważniejszym. Żeby spędzić z tobą koniec świata i jeden dzień dłużej. Dla mnie to proces, który musi przejść swoją naturalną drogą. Ważny proces.




RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - The Edge - 11.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=C5Wsya3.png[/inny avek] - Jesteś taki inteligentny, a równocześnie tak ślepy i niedomyślny... - warknął i zacisnął zęby. Nawet coś takiego odczuwał inaczej. Bo te zęby były inne, nie były starte od wiecznego zgrzytania nimi o siebie, albo ktoś poświęcił czas temu, żeby je naprawiać. Wszystko, te cholerne kolory, to jak emocje łaskotały go, zamiast przygniatać, smak w ustach. To, w jaki sposób czuł zapach tej samej plaży... Ta chwila wydawała się zwyczajnie nierealna. Nie mogła, nie miała prawa być prawdziwa.

Puścił go. Podniósł się do pozycji siedzącej, odrobinę zbyt szybko, bo poczuł mrowienie w głowie, ale nie przeszkodziło mu to we wlepieniu przerażonego spojrzenia w coraz czerwieńszą tarczę słońca. Jego kolor oblewał wszystko. Ich ciała, tę plażę, dom, niebo, morze. Czy ognień też robił to w ten sposób? Płonące New Forest wyglądało podobnie do tej chwili?

- Jestem zmęczony, Laurent - potarł rękoma swoje ramiona, jakby było mu zimno. - To, co mnie tak wkurwiło, to tekst o tym, że jesteś niepewny tego co mi odpowiada, czy... nie męczysz mnie, czy nie jesteś namolny. Zastanów się nad tym. Moi rodzice pozbyli się mnie kiedy miałem jakieś osiem lat. Miałem zajebisty wybór pomiędzy żarciem ze śmietnika albo wynoszeniem gnoju łopatą z wariatami mieszkającymi w domach na kółkach. Kobieta, która obiecała mi cały świat, wolała stać się szaloną królową slumsów, niż założyć ze mną rodzinę. Mój najlepszy przyjaciel już prawie ze mną nie rozmawia, bo jego żona mnie nienawidzi. Dla Alexandra jestem jedną z dziesiątek jebanych sierotek do opieki, tylko taką, którą mógł jeszcze stukać na boku. Raziel może rozumieć mnie na wskroś, ale typ od pięciu lat nie przyznał się nikomu, że mnie zna. - Wstydził się go. Kurwa, oni wszyscy się go wstydzili, przynajmniej w jakimś stopniu. Próbował strzepać z tej wypowiedzi echo wcześniejszych rozmów, ale nie udało mu się to. Wrócił myślami do tej cholernej restauracji, do ich sprzeczek, do pełnych napięcia wymian zdań. Te wspomnienia wymieszane z wypluciem z siebie cierpienia z powodu głębokiej samotności, zdecydowanie nie pomogły mu w zduszaniu w sobie panicznych szlochów. Znów wykręciło mu żołądek, poczuł pieczenie w gardle, ale oczy nie zaszły mu łzami. Może się wyczerpały. Popłakał się już tyle razy, że wypłakał wszystko, co mógł, a teraz zostało mu tylko zasnąć. - Jestem cholernie zmęczony. - Ale tu nie chodziło o zmęczenie fizyczne (choć i to było w nim teraz widoczne), chodziło o zmęczenie ciągłą walką o czyjąś uwagę. Wcale nie wypełniał cudzych oczekiwań swoim kosztem, bo chciał być akceptowany. Konsekwencje? Bolały. Bolały zawsze, ale nie, to nie o to tu chodziło. Chodziło o ten żar miłości stawiający go na pierwszym miejscu czyjegoś życia. - Jaki to ma być proces? Nie rozumiesz tego pytania - podciągnął nogi pod swoją brodę i zastukał nią o kolana kilka razy. - Nie pytam cię, czy chcesz budować ze mną relację, która przetrwa jakieś próby czasu, drewniane, żelazne i diamentowe rocznice. Gdyby leciała, tu i teraz leciała w ten pozbawiony boga świat kometa - wybrzmiała w tym nienaturalna dla tego głosu agresja - to spłonąłbyś ze mną, czy poszedł do kogoś innego? Ja bym został z tobą. Nawet jeżeli w to nie wierzysz.


RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 11.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iLpRvj2.png[/inny avek]

Westchnął ciężko, puszczając go. Zmęczony, tak. Zmęczenie to było idealne opisanie tego stanu. Teraz już rzeczywiście zmęczenie emocjonalne. Patrzył na Flynna dość krytycznie, z nieskrywaną drobiną niezadowolenia. Nie rozumiał. Jak on miał mu to inaczej wytłumaczyć? Najpierw nie chciał słuchać, bo zafiksował się na jednym punkcie, a teraz wrócili do tego wyjściowego. To co on miał powiedzieć? Jak wyjaśnić, że to równanie nie dzieli się na "TY" oraz "JA", tylko jest wspólnotą "MY". W tej wspólnocie to "ty" i "ja" było płynne. Oba punkty miały takie samo znaczenie, a samopoczucie jednego nie oznaczało identycznego odbicia w samopoczucie drugiego, choć wzajemnie na siebie oddziaływały. Jak miał mu to podobieństwo między nimi przekazać inaczej? Albo jak wytłumaczyć, że niepewność nie musi wynikać z tego, że Flynn był albo nie był na coś zdecydowany. Przecież to własna głowa była tutaj zabójcą.

To niezadowolenie z jego twarzy jednak znikało szybko pod wpływem kolejnych słów. Nie patrzył już na Flynna, nie miał na to ochoty. Wbijał wzrok w piasek przy sobie i gmerał w nim palcem, badając fakturę szybko stygnących drobin. Nie tak miękkich, jakimi były te na lazurowych wybrzeżach... tym oceanie Włosach, co? Phi... Nie chciał też patrzeć na kolejny płacz ani go słuchać. Chciał iść i... robić fajne rzeczy. Cieszyć się dniem, dopóki mógł, bo czas nieubłaganie zbliżał się do punktu zero, a on coraz mniej chciał wracać do pułapki własnego ciała. Zerknął na nie - tego blondyna, który brzmiał dokładnie tak, jak człowiek, który mógłby się rozpłakać, ale... z jakiegoś powodu tego nie robił. Może te łzy już się wyczerpały. Poleciały na zapas.

- Rozumiem to! - A ta złość to już dla TEGO głosu akurat była naturalna. Tylko nadal nienaturalna dla samego Laurenta, który drgnął nieco, zaskoczony nagłością własnej wypowiedzi. - Rozumiem, rozumiem, rozumiem! - Ze złości pouderzał parę razy pięściami w podłoże przy sobie i pokręcił gwałtownie głową kilka razy. - I nic ci na to nie poradzę, mogę to wiedzieć i nie zmienia to tego, że jestem kłębkiem strachu i niepewności. Czy ty TO rozumiesz? - Spoglądał na niego spod byka, spomiędzy rozsypanych loków. Które to loki zaraz zagarnął do tyłu, żeby mu nie zasłaniały twarzy. - Nie wiem, bo nie leci! - Nie lubił takich pytań. - Nie znoszę gdybania! - Bardzo nie lubił. Nawet z całą swoją wyobraźnią było zawsze tyle "ale", które potrafił w te sytuacje wpleść, tylko ewentualności, które mogłyby zaważyć o decyzji. - Nie zostawiłbym cię. Ale to nie znaczy, że zignorowałbym wszystko inne. Nie jestem takim człowiekiem i nigdy nie będę. Miałbym siedzieć i bezczynnie patrzeć, jak kończy się świat? Nie! - Co to był w ogóle za pomysł! - Przykro mi cię rozczarować! - Flynn nie był święty, widziałeś doskonale, jak pięknie potrafi traktować ludzi. To, że miał niezwykłego pecha do ludzi wcale niczego nie ułatwiało.




RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - The Edge - 11.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=C5Wsya3.png[/inny avek] Pułapka była dobrym słowem. Niebo czerwieniało z każdą sekundą, a jego to przerażało coraz mocniej - sama ta myśl, że ludzie musieli przeżywać to codziennie - tę plątaninę barw malującą się na sklepieniu nad nimi, coraz mocniej go przerażała. Bo to naprawdę było jak psychodeliki. Patrzył na to widowisko z zamyśleniem, niepewny, czy jest świadkiem cudu, czy też nagłego rozpuszczenia się rzeczywistości w gęstej, pulsującej materii światła. Spojrzał też na swoje zachodzącą pomarańczą dłonie i najgorsze było zrozumienie. Uczył się o falach świetlnych, rozumiał fizykę, pojął ich działanie pod kątem naukowym i zawsze uważał to za niesamowitą ciekawostkę, ale miał wrażenie, że od dzisiaj wcale nie będzie lubił mówić o kolorach.

Laurent uderzał dłonią w piasek, a on drżał. I teraz był już chyba zmęczony wszystkim. Bo to było takie... nie jego. Te ubrania. Ta skóra. Ten oddech, tech zapach, ten głos. To irytujące napięcie w barkach, w reszcie ciała. Nie miał już siły tego rozbiegać, pewnie zaraz tutaj przyśnie, a przecież nigdy tak nie było - to noc była porą, w którą stawał się najaktywniejszy. Wieczór, zachód słońca - TO były jego domeny, a nie zasypianie wraz z dniem i budzenie się wraz z nadejściem kolejnego. Ale te uderzenia były najgorsze, bo wzmagały najbardziej upiorne wizje - takie, w których on idzie spać, a Prewett korzysta z możliwości i idzie bawić się, kiedy on nie ma już jak. Z kimś innym, z kimś lepszym, z kimś mniej płaczliwym, z kimś kto mu tutaj nie robi wyrzutów o chuj wie co, kimś kto nie grozi samobójstwem i nie próbuje kleić odpowiedzi niebezpiecznie granicy wyczerpania.

Tak, rozumiał to. Ale może wcale nie wystarczająco, żeby zrozumieć, w jaki sposób odczuwa to Prewett.

Owinął się rękoma szczelniej. Rozgrywało się właśnie przed nim niesamowite widowisko, takie na miarę najpiękniejszych ludzkich wspomnień, ale o wiele bardziej interesował go Laurent. Świat... był piękny, niewątpliwie. Potrafił doceniać jego uroki i bawić się nim, ale absolutnie nic nie miało znaczenia, kiedy nie miał obok kogoś, z kim mógłby te wszystkie rzeczy robić.

- Przestań, dobrze wiesz, że lubię, jakie masz dobre serce i nie o to mi chodzi. Powiedz mi, że będę najważniejszy, po prostu TO KURWA POWIEDZ. - I ten krzyk na końcu nawet nie zabrzmiał jak krzyk. Próbował unieść głos, ale nawet to mu nie wyszło - bo tym głosem nie krzyczało się w ten sposób. Nie miał pojęcia, skąd w ogóle brał w sobie energię do tego, żeby drążyć ten temat, żeby przedzierać się przez to wszystko i wciąż wybierać te zdania, które się dało wykorzystać w tej płomiennej zazdrości o jego uwagę. - Spójrz na mnie - puścił swoje nogi tylko po to, żeby opaść nimi na bok i jednak zacząć go popychać. Tak delikatnie i nieporadnie jak tylko się w takiej okoliczności dało, ale nie potrzebował niczego więcej. - Oddawaj mi je. Jak tak wyglądam, to nawet nie chcesz na mnie patrzeć. Oddawaj mi moje ciało, nie zniosę tego ani chwili dłużej, chcę mojego chłopaka z powrotem. Chcę, żebyś mi mówił kocham cię jakby to była prawda, a nie jakbyś chciał, żebym dał ci spokój. Zdecydowanie wolałem kiedy byłeś poetą, a nie gnojkiem.


RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 12.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iLpRvj2.png[/inny avek]

- JESTEŚ NAJWAŻNIEJSZY! - Wykrzyczał to od razu. Niemal z całą siłą tych płuc. Wpatrywał się w niego ze złością, coraz mocniej naładowany tymi emocjami. Gdzie była ta cisza i spokój, który mu się tak podobał? I czemu zawsze musieli tak kończyć? Przecież oni nie mieli żadnej przyszłości! Dobrze prawią - baby z Wenus, faceci z Marsa. Nie było szans na znalezienie porozumienia. Tylko jak to działało, skoro niby obaj stali gdzieś pomiędzy..? Niby. Prawdopodobnie pokazanie Laurenta jako przykładu niestabilnej emocjonalnie kobiety byłoby idealnym opisaniem płci pięknej. A gdyby pokazać Flynna? Gdzie byłby on? Gdzieś... gdzieś. Równie niepasujący do świata, co nie pasował tu Laurent. Tylko Laurent z innych powodów, niż płciowych. Choć... z tych również.

Flynn więc mógł nie mieć tutaj energii - on nadrabiał za ich dwójkę.

- Patrzę! - Złapał go za te ręce, żeby przestał go popychać, ale nie odepchnął go od siebie jednocześnie. A w końcu i tak je puścił, podpierając się tylko pod boki na piasku, żeby przestać się bujać. Wkurzało go nawet to, że Flynn nie obserwuje tego zachodu słońca. Czemu się nim nie zachwycał, przecież zachody słońca były najpiękniejsze! Aktualnie już nie myślał o tym, że ten kolorowy świat musiał być przerażający, że przecież mógł wyciągnąć te okulary przeciwsłoneczne, które kiedyś trafiły w jego ręce i leżały w garderobie. Miał tyle myśli, by tę chwilę umilić. I to było wcześniej. - G-gnojkiem? - Aż się zapowietrzył. Złapał głęboki haust powietrza, ale wbrew oczekiwaniom - nie zaczął się dusić. Po prostu głośno sapnął, czerwony już na skórze ze złości. - Teraz to wolisz! Ty nic nie wolisz! Jak jestem sobą to też nie lubisz, jak mówię! Nic ci się nie podoba, jesteś wiecznie zły, a ja się tak bardzo staram! - Teraz go dopiero od siebie odsunął. Albo raczej - siebie od niego. Po prostu wstał i zrobił krok w tył. - Wiecznie ci się coś nie podoba! Wyobraź sobie, że to nadal jestem ja! Ale to ci się też nie podoba. - Załamał mu się głos pod koniec, więc zaczerpnął znowu głęboko powietrza i pomachał dłońmi, żeby ściągnąć z siebie to specyficzne, gorące uczucie, kiedy zbiera się na płacz. Jeszcze on miał tutaj ryczeć. Nie. Wystarczająco dużo ryczał będąc sobą. Teraz nie musiał.




RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - The Edge - 12.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=C5Wsya3.png[/inny avek] Patrzył się na niego uważnie, wzrokiem przeszywającym na wskroś. Słyszał ten krzyk, ale on doszukiwał się czegoś innego. Nie słów. On się w nim doszukiwał ciepła. Ciepła, którego w tym krzyku nie było.

Wygięło go tak, jakby miał zaszlochać, ale wciąż żadna łza nie spłynęła mu po policzkach. Zamiast tego bolało go już absolutnie wszystko - od głowy po nogi. Łeb go bolał od płakania, zęby od zgrzytania. Nawet nos piekł go od zbyt łapczywych oddechów. Gardło miał szorstkie. Mięśnie zastane, pełne napięcia. Bolał go kręgosłup. Bolały go nogi. Bolały go części, które próbował dzisiaj rozciągnąć. Bolał go tyłek, bo znowu to zrobił na fali chwili, zamiast się odpowiednio przygotować. Bolały go płuca i serce. Jedynie zawziętość, upartość i absolutne szaleństwo pozwoliły mu podnieść się na równe nogi i chwiejnie zbliżyć do niego, żeby pchnąć go jeszcze raz. Omal na niego przy tym nie upadł, a i tak nie udało mu się zrobić nic. Te ręce były tak wątłe, jakby próbował pchnąć dobrze zbudowaną ścianę z kamienia. Miał wrażenie, że nie udałoby mu się przewrócić dziecka, gdyby się odpowiednio nie zaparł nogami.

- Gnojkiem!! - Powtórzył, teraz jeszcze cicho, ale już za chwilę piskliwy krzyk miał znów ponieść się po plaży. - Przecież ja lubię, jak do mnie mówisz, jak mi opowiadasz, ale nie zniosę tego jak jesteś takim jebanym bucem. ABSOLUTNYM KURWA BUCEM. CZY TY SIĘ W OGÓLE SŁYSZYSZ? Zachowujesz się jak skończony k-kutas - narzekał wciąż, zachrypniętym i przemęczonym głosem. - K-kiedy t-tyy kurwa widzisz m-mooment, w którym chcesz mn-ie postawić na tym piedestale jak nie dzisiaj. Po co ty mi to w w ogóle mówisz, jak nie chcesz tego ro-robić, tylko się tak na mnie g-gapisz tym wzrokiem, jakbyś mnie... - Głośno przełknął ślinę. Jego wypowiedzi stawały się coraz cichsze i ich siła niknęła w zetknięciu z szumem fal przy zrywającym się wietrze.

Zamachnął się rękoma, ale nie pchnął go już, to była jakaś nieudolna próba rozładowania dudniącej w nim frustracji, po której wygrzmocił się na ten piasek jak skończona ciamajda i sam uderzył o niego otwartą dłonią. Ale to nie pomagało. To absolutnie nie pomagało wydobyć z ciała tego, co drzemało w środku. Więc krzyknął głośniej. Długie, żywe i bardzo piskliwe ryknięcie spłoszyło jakiegoś ptaka siedzącego na skale, ale on krzyczał dalej. To wycie było jak tafla szkła, po której ktoś jeździł nagle kamieniem - wysoki, piskliwy, niemal nieludzki. Początkowo czysty, przenikliwy dźwięk przerodził się w koszmar, jakby ktoś jeździł kredą po tablicy, albo rzępolił na skrzypcach, szarpiąc i przerywając pękające jedna za drugą struny. To nie był piękny, syreni śpiew, lecz nierówne tony nadszarpywane własnym ciężarem. Wył tak, przywołując nad tę plażę istny horror - to było wycie niosące ze sobą katastrofę i śmierć, kończący się dopiero wtedy, kiedy gardło paliło go już zbyt mocno i ściśnięte w bolesnym skurczu kazało mu przestać.

I znów był tylko ból. I takie pozbawione sensu wrażenie, że każda kolejna próba wydobycia z siebie czegoś więcej było jak rzucanie prochem w jebaną nicość.

Kłócił się już o tak wiele rzeczy, ale to był już skrajny nonsens. O co się właściwie pożarli? Zdążył już zapomnieć. Chyba o to, że kompletnie inaczej spoglądali na cieszenie się chwilą. O to, że nie potrafił czerpać z życia garściami i prosić o rzeczy. A może o coś zupełnie innego. Dało się uciec od uciążliwie silnych emocji, ale nie dało się uciec od bycia koszmarnie zepsutym człowiekiem.

Zadarł głowę do góry. Chciał powiedzieć przepraszam, ale nie wydobył z siebie już żadnego dźwięku. Jedynie poruszył wargami i opuścił głowę w dół. Ostatecznie się poddał.