![]() |
|
[12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood (/showthread.php?tid=4899) |
RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.06.2025 [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/12/8d/99/128d99bf2c679f040de4f68a1cfadc1b.jpg[/inny avek] Geraldine była lekko w szoku. Tak właściwie to wcale nie lekko. Nie do końca umiała przetrawić to, co się właśnie wydarzyło. Miała swoje poglądy, szczególnie, gdy dotyczyły one magii mentalnej. Była to jedna z niewielu rzeczy, których się bała. Nie straszne były jej bestie, ludzie, Voldemort, obawiała się jedynie tego, że może stracić kontrolę nad sobą i swoimi czynami. Szczególnie po tym, co zrobił Thoran, a właściwie to doppelganger, pogłębił jej lęk. Sprawa była całkiem świeża, jeszcze nie zdążyła jej przetrawić, szczególnie, że mamił ją przez wiele miesięcy, wkradł się w jej łaski, udawał jej brata, spowodował to, że zaczęła kwestionować jasność swojego umysłu. Towarzyszył jej dziwny lęk o tym, że ktoś może przejąć jej życie, że zostanie zapomniana. Znowu to czuła, bała się, że Roise może zapomnieć kim jest. Nie umiała się pozbyć tego uczucia, uderzało w nią w najmniej oczekiwanych momentach, no i trafiło też teraz. Wiadomo, że bywało rożnie. Czasem dochodziło do spięć między przyjaciółmi, jednak miała wrażenie, że to, co się tutaj stało to było zbyt dużo. Rozumiała strzelenie sobie po mordzie, a później godzenie się pijąc jakieś obrzydliwe trunki, każdy miewał gorsze momenty, zwłaszcza w grupie tak silnych charakterów, ale to, co się tutaj stało było dla niej niepojęte. Musiała jakoś się ogarnąć, bo nie chciała pokazywać słabości, a przecież nawet jej nie dotyczył ten atak. Potrafiła postawić się na miejscu Benjy'ego który swoją drogą spektakularnie został spacyfikowany przez Corneliusa. Lestrange wzbudzał w niej respekt, jak nikt inny potrafił opanować każdą sytuację, nie chciałaby kiedyś mu podpaść. Był pewnie jedną z nielicznych osób, z którymi wolałaby się nie mierzyć, bo wiedziała, że nie było szansy, aby z nim wygrała. Był zbyt inteligentny, zbyt rozsądny, trochę go podziwiała za to, że umiał tak nad sobą panować i zawsze wiedział, co robić. W końcu Romulus padł na ziemię. Zemdlał. Yaxleyówna zamrugała, spojrzała na Corio, później na Ambroisa nie dało się nie zauważyć pytania malującego się na jej twarzy, brzmiało jakoś tak Co do chuja?. Potter odegrał przedstawienie, bardzo dramatyczne, a później padł. Spojrzała na mężczyznę, który zmienił się w kobietę, chyba w swoją siostrę, nie był chyba wytworem jej wyobraźni, to nie był wymysł, wyczuwała, że posiada pewne umiejętności... to nieco ją uspokoiło. To nie mogła być żadna bestia, tylko kolejna utalentowana osoba w tym wąskim gronie. - Zostawimy go z tym? - Mruknęła bardzo cicho spoglądając na Corneliusa. Jasne, wiedziała, że poradzi sobie z każdym problemem, tak już miał, ale nie była pewna, czy chce żeby tak było. W końcu znajdowali się tutaj razem, byli przyjaciółmi, powinni być swoim wsparciem, szczególnie w takich gównianych sytuacjach. Świniak - ci to mieli wyczucie, pojawił się bowiem w idealnym momencie, niczym przysłowiowa wisienka na torcie dopełniał absurd tej całej sytuacji, tak właściwie co robił świniak na ognisku? To była przesada, nawet jak na nich. Wbiła swoje spojrzenie w Corneliusa, bez wypowiadania słów w głos pytała go o to, czy wszystko jest w porządku, czy jakoś sobie poradzą. Sama chyba odesłałaby w tej chwili Pottera do ojca, żeby się ogarnął. Popsuł im wieczór, nie spodziewała się tego, że może odwalić takie gówno, jak widać, nigdy nie można być niczego pewnym. Musiała mieć jednak pewność, że sprawa zostanie jakoś wyjaśniona, bo nie miała w zwyczaju zostawiać przyjaciół z szambem wokół nich, a Corio przecież był jednym z jej bliższych przyjaciół, wspierał ją zawsze, więc nie mogła tak po prostu odejść. - Mogę wziąć, tylko nie chcę, żeby sam musiał sobie z tym radzić. - Sięgnęła po pakunek, o którym wspomniał Greengrass, najlepiej byłoby się stąd ulotnić, tyle, że to nie było do końca w jej stylu. Nie miała szczególnych oczekiwań co do tego wieczoru, liczyła, że napiją się piwa, czy czegoś mocniejszego, pośmieją się, spędzą razem czas, bo zasługiwali na odrobinę normalności. Wszystko trafił szlag, dość szybko, powinna się tego spodziewać, prawda? Zawsze gdy było zbyt spokojnie rzeczywistość przypominała o tym, że tak nie może być, za każdym razem, coś musiało się wydarzyć, by nie było zbyt spokojnie. Powoli zaczynało ją to męczyć. RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Benjy Fenwick - 26.06.2025 Wpatrywałem się w ciemność - we wrzosowisko, gasnącą łunę światła za horyzontem, w tę rozmazaną plamę, gdzie niebo stykało się z ziemią, i próbowałem przetrawić to wszystko, co się wydarzyło. Próbowałem uspokoić ten syf w głowie, ale im bardziej się starałem, tym bardziej czułem, że to nie odpuszcza. Przez chwilę milczałem, pozwalając, żeby dźwięki nocy wypełniły przestrzeń między nami - ognisko trzaskało cicho, rozpryskując drobne iskry, w oddali słychać było szelest liści. Wszystko to zdawało się spokojniejsze, mniej palące, niż to, co jeszcze siedziało w mojej piersi. Teraz liczyło się tylko jedno - zrobić to, co trzeba, poskładać resztki tej poronionej nocy do kupy, i ruszyć dalej, nawet jeśli z ciężkim sercem i głową pełną nieprzyjemnych myśli. Nie żałowałem interwencji. Stanąłem po stronie Prue, bo to była jedyna rozsądna rzecz, jaką mogłem zrobić. Kto jak kto, ale ja wiedziałem, że Romulus nie miał prawa zachowywać się jak mały kutas, zwłaszcza wobec kogoś, kogo mógł nie lubić, ale powinien szanować, jako gościa Corneliusa. Nie robił tego, więc konfrontacja była nieunikniona, i jeśli trzeba byłoby zrobić - zainterweniować - to jeszcze raz, zrobiłbym bez mrugnięcia okiem. Nawet po tym, co mi zrobił. Życie toczyło się dalej, a ja półeżałem, próbując pozbierać się z tego bałaganu emocji i myśli, które mąciły mi w głowie. Patrzyłem w dal - w to, co miało być dalekim, nieco rozmazanym tłem wieczoru, ogniska, gwiazd, kształtów rozmytych w półmroku. Wewnętrznie wrzałem, z całych sił trzymając się, żeby nie eksplodować, nie zacząć wyrzucać z siebie wszystkiego, co zebrało się w środku. Potrzebowałem tego czasu, tej przestrzeni, którą Prudence tak rozważnie i cicho mi dała. Nie dlatego, że czułem się teraz słaby - wręcz przeciwnie - bezradność odpuszczała. Po prostu było coś w tym, jak bardzo nie chciałem zaprzepaścić wszystkiego, co zaczęło się powoli tworzyć między nami. Nie wiedziałem, ile minęło do momentu, gdy kątem oka dostrzegłem ruch - Geraldine i Ambroise przemieszczali się powoli, prowadzili rozmowę, najwidoczniej postanawiając, czy powinni się oddalić. To wystarczyło, żebym w końcu postanowił ruszyć się z miejsca. Powoli podniosłem się z ziemi, zaciskając mocniej zęby i prostując plecy. Kilka kroków wystarczyło, żeby znaleźć się obok Prudence. Wyciągnąłem rękę, by dotknąć jej ramienia, delikatnie, bez słowa - w tej chwili nie potrzebowaliśmy gadania. Byłem gotowy... Gotowy podnieść się z trawy - już tylko metaforycznie - wyprostować plecy - dosłownie - i ruszyć dalej z tym, co było, i z tym, co miało nadejść, bo na pieprzenie o tym, jak powinno być nie miałem dziś siły. Czułem, jak fala napięcia powoli opada, chociaż nie znikła - to nie była sprawa jednego wieczoru, jednego incydentu, to był ciąg zdarzeń, które wypalały coś w środku, a może i na zewnątrz. - Zbielamy szię? - Już bez zbędnego szeptania, zapytałem normalnym tonem, z lekka zachrypniętym. Nie obchodziło mnie, kto usłyszy - co Elias o tym pomyśli, ani Cornelius, ani Ambroise, ani Geraldine, ani ten pojebany, przemocowy manipulant, którego jeszcze rano nazywałem przyjacielem - jeśli ktoś miał z tym problem, to mógł się nim udławić. W głębi duszy miałem gdzieś, co sobie uznają inni, czy to, że przyznaję się do tego, iż coś między nami jest. Teraz liczyło się tylko jedno - by wyrwać się z tego miejsca, zanim coś znów wybuchnie i będzie za późno na naprawę nie jednej, a kilku relacji. To, co miało być dalej, zależało już od niej - no - od nas obojga, ale ja miałem dość tej całej szopki i postanowiłem to zasygnalizować. Potrzebowałem spokoju, ona też. Mogliśmy odzyskać go wspólnie, czy osobno - to niby nie miało znaczenia, lecz bez wątpienia byłoby miło nie kończyć wieczoru zupełnie samotnie. Nie chodziło o to, żeby być miłym i zostać tu na siłę, ani o to, żeby wywołać kolejną kłótnię albo rozmowę, która niczego nie zmieni. Po prostu chciałem ruszyć dalej, zamknąć ten rozdział i zrobić miejsce na coś, co chociaż trochę przypominało spokój. Musieliśmy się jakoś ogarnąć, a nie ciągnąć ten rozpierdol w nieskończoność. Niektóre granice należało ustalić na nowo, inne miały przestać istnieć, kolejne - dopiero się pojawić. Do tej pory wszyscy trzymaliśmy się pewnych reguł gry, a ja miałem swoje powody, by trzymać się z dala od publicznej manifestacji jakichkolwiek uczuć, ale to, co się stało - konfrontacja z Romulusem, jego atak - to nie było coś, co można by zignorować albo wymazać milczeniem. Stanąłem po stronie Prudence - po jej stronie, nie po stronie idiotycznych dramatów, manipulacji i rozlewu pretensji, i zrobiłbym to jeszcze raz, bez wahania. Tak jak wyszedłbym stąd razem, pod ramię, gdyby tylko wyraziła ochotę. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/e60270d63fb9b44c553f6fa5690873c9/dfa92458c3c77fc4-6b/s500x750/46a91b704d666081924397250b5c7ddfdd8288eb.gif[/inny avek] RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Prudence Fenwick - 27.06.2025 [inny avek]https://images2.imgbox.com/41/53/Geo6jcio_o.png[/inny avek] Trudno jej było przestać skupiać się na tym, co się wydarzyło. Powoli przetwarzała wszystkie informacje, musiała sobie na spokojnie poukładać to w głowie. Chwila ciszy, oddechu na pewno była dobrze widziana. Miała wrażenie, że wszyscy byli okropnie zirytowani, a wiadomo, jak to jest z irytacją. Trudno nad sobą zapanować, emocje potrafią być nie do końca dobrym przewodnikiem, reagowanie zbyt impulsywne nie zawsze służyło. Bletchley wpatrywała się w niebo, ten widok przynosił jej ukojenie. Łatwiej było Prue zebrać myśli, kiedy spoglądała na to co znane. Często zdarzało jej się siadać na parapecie, palić fajki i po prostu trwać. To nie było dla niej nic nowego. Rozmyślała wtedy nad egzystencją wszystkich ludzi o których kiedyś przeczytała, a czasem również nad swoją. Teraz było podobnie, wypadało przemyśleć to, co się wydarzyło. Trochę nie mogła się w tym odnaleźć, bo było tego wiele i te odczucia były okropnie intensywne, a ona nie do końca sobie radziła z przebodźcowaniem. Nie chciała jednak stanowić niczyjego problemu, musiała to sama przetrawić, poukładać sobie w głowie. Może uderzyło w nią to dość mocno, ale wyjątkowo - nie chciała uciekać, chociaż był to jej pierwszy odruch. Postanowiła, że zostanie, że jakoś się w tym odnajdzie, kolejny wielki krok dla Prudence, bo przecież to było odległe od jej typowego zachowania. Zachodziły w niej pewne zmiany, rozwijała się nieco, może właśnie tego potrzebowała? Ileż można być kimś kto chował się w bezpiecznej przestrzeni, unikał konfrontacji, szczególnie, że tak właściwie to przecież ona nie udzielała się podczas tej sprzeczki zbyt wiele, nie zdążyła tego zrobić, bo ktoś inny stanął w jej obronie, to też było zupełnie nowe i naprawdę to doceniała. Czas płynął, swoim własnym tempem. Nie skupiała się na tym, wiedziała, że każdemu przyda się chwila na złapanie oddechu, jej również. Znajdowała się dokładnie tutaj, gdzie chciała być, tuż obok Benjy'ego, nie dosłownie przy nim, bo chciała dać mu przestrzeń, ale obok, by czuł jej obecność. On również potrzebował czasu, nie sądziła, że poukłada sobie wszystko w głowie ot tak, bo sporo się wydarzyło, ale na pewno chwila samotności miała mu służyć. Chciała, żeby wiedział, że nie jest sam, że ma jej wsparcie, że są tutaj razem, oczywiście nie odezwała się na ten temat ani słowem, bo to było niepotrzebne, słowa nie zawsze musiały padać, by wiedzieć, co druga osoba miała na myśli. Bletchley spojrzała na mężczyznę, gdy poczuła ciężar jego dłoni na swoim ramieniu. Nie usłyszała, że się zbliża, pozwoliła sobie na chwilę zamyślenia, a w jej przypadku przysłaniało to wszystko inne. Odcinała się wtedy, nie zwracała uwagi na to, co działo się wokół niej, nie słyszała kroków, czy nie dostrzegała zbliżającej się sylwetki. Wróciła na miejsce. - Tak będzie najlepiej. - Nie do końca czuła, że powinni zostać w tym miejscu, które wzbudzało tak wiele negatywnych emocji, mogliby spróbować, ale czy miałoby to jakikolwiek sens? Chciała się oddalić, przestać myśleć o tym, co się wydarzyło, przestać skupiać się na osobie, która wzbudzała w niej same negatywne odczucia i nadarzyła się taka możliwość. Postanowiła skorzystać z okazji, tym bardziej, że Benjy już też był na to gotowy, a w tej chwili to na nim wolała się skupić. Znowu stanął w jej obronie, zadziwiało ją to, jak często to się powtarzało, jakoś tak naturalnie mu to przychodziło. Uniosła się w końcu z ziemi, była gotowa się stąd oddalić. Właściwie nie zamierzała się za siebie oglądać, bo aktualnie ignorowała trochę obecność innych osób. Nie miała pojęcia, czy nie spoglądali w ich kierunku, zresztą nie obchodziło jej to jakoś za bardzo, kiedyś pewnie by się tym przejęła, ale teraz była przecież zupełnie innym człowiekiem. Wsunęła swoje ramię pod rękę Benjy'ego, chciała znaleźć się blisko niego, bez względu na to, co ktoś mógł sobie o nich pomyśleć, miała to gdzieś, nie zamierzała się tłumaczyć z tego, co robiła, zresztą nie wydawało jej się, aby ktoś zamierzał ich osądzać. Byli dorośli, zbliżyli się ostatnio do siebie, stali się swoim wsparciem - przynajmniej tutaj, to było oczywiste, że to właśnie z nim zamierzała się stąd ulotnić. Nie zwracała uwagi na swojego brata, Corneliusa, Ambroisa, przede wszystkim na Romulusa, bo to nie oni się w tej chwili dla niej liczyli, chciała się po prostu znaleźć gdzieś indziej, z Benjym, który ostatnio kojarzył jej się z bezpiecznym azylem. - Na pewno wiesz, dokąd powinniśmy pójść. - Temu też nie dało się zaprzeczyć, była gotowa podążyć za nim, bez chwili zawahania, bez informacji o tym dokąd zmierzają, ważne, żeby w końcu opuścili to miejsce. RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.06.2025 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/bc072cc966641f9e2926cf87eae72144/49b76fe2fed73ccc-1d/s500x750/391661ef1bec221a3181c1faf51e48e367a2314f.pnj[/inny avek] W ostatnim czasie wielokrotnie powtarzał sobie z Geraldine, że mają ze sobą wyjątkową zgodność, czyż nie? Toteż żadnego z nich nie powinno zdziwić to, że i w tym wypadku była ona naprawdę zbieżna, wręcz wyśmienita. Bowiem ze wszystkich naprawdę paskudnych, parszywych i potencjalnie niegodziwych zachowań, o jakich tylko mógł pomyśleć Roise, nie stereotypowa czarna magia była dla niego najbardziej problematyczna. Nie, nie. Z nią nie miewał niemal żadnych problemów. Był wyjątkowo pojętnym uczniem. Za to cholernie mocno gardził wszelkimi metodami zauroczenia i hipnozy, które były wykorzystywane bez cienia zastanowienia. Tych, które nie mogły nawet być skategoryzowane jako zło konieczne. Jako nie mam innego wyjścia czy też nawet jako najskuteczniejsze, niemal jedyne rozwiązanie, by spacyfikować wroga. Być może nie obawiał się ich w ten sam sposób, co jego dziewczyna, nie czuł do nich aż tak głęboko wstrętu, jednak wydarzenia mające miejsce w ostatnim czasie bez wątpienia miały na niego wpływ. Nie mówił o tym na głos, nie zamierzał przyznawać się do swojej słabości, ale na widok wahadełka tak lekką ręką skierowanego wobec przyjaciela... ...poczuł coś, czego jeszcze nigdy nie czuł w stosunku do Romulusa. Mogli miewać z Potterem naprawdę różne sytuacje, spory, kłótnie i nieporozumienia. Szczególnie, że obaj mieli dosyć złożone (dla innych po prostu trudne) charaktery. Jednakże od wielu lat nie dopuszczał do siebie opcji, że przyjaciel mógłby kiedykolwiek złamać przysięgę, jaką złożył, gdy zaczynał wykazywać szersze zainteresowanie mentalną magią. Dziś przekroczył tę granicę. Nie, Roise nie chciał zostawiać Corio samego z tym całym pierdolnikiem. Tyle tylko, że w tym momencie był wyjątkowo daleki od trzeźwego myślenia. Co prawda sam nigdy by tego nie powiedział, ale fakty pozostawały faktami. Czuł się jak ktoś, komu napluto w twarz a potem usiłowano dać w ryj. Tyle tylko, że cios z pięści w mordę nie byłby tak upokarzający jak to, co odpierdolił Roman. Gdyby jego przyjaciel wybrał te rozwiązanie, biorąc pod uwagę okoliczności i to, że Greengrass postanowił przyznać się do bycia odpowiedzialnym za jego niekontrolowaną lewitację... ...no, niekontrolowaną przez lotnika... ...mogliby szarpnąć się kilka razy, ustawiając się do pionu, ewentualnie rzeczywiście uciec się do fizycznego załatwienia problemów z dominacją. Później znowu usiedliby przy ognisku. Możliwe, że trochę dalej od siebie, łypiąc gniewnie, ale w przeciągu kilku godzin zapominając o konflikcie. Bo byli przyjaciółmi, prawda? Przyjaciółmi. No właśnie... ...przyjaciółmi. Przyjaciele szanowali swoje granice. Przyjaciele wiedzieli, kiedy przestać. Przyjaciele pamiętali o tym, co jest najważniejsze. Przyjaciele nie robili sobie takich rzeczy. Pomagali sobie, nie tworzyli bagno i odmeldowywali się, chuj wie gdzie, teatralnie mdlejąc na trawę. Spojrzał zatem w kierunku wspomnianego przyjaciela, odruchowo mocniej zaciskając szczękę, po czym przenosząc wzrok z powrotem na dziewczynę i bardzo powoli kiwając głową. Miała rację, nie mogli zostawić Corio z całym tym burdelem. Tyle tylko, że jednocześnie nie chciał i nie zamierzał robić więcej czegoś wbrew sobie w imię zachowywania się jak dobry kumpel. Miał dosyć. - Zajmę się wygaszeniem ogniska. Później możemy spróbować rozproszyć resztę tymczasowych struktur - stwierdził powoli, patrząc w kierunku płonącej sterty drewna i bez słowa odkorkowując butelkę, żeby pociągnąć z niej głęboki łyk. Pozostałe tymczasowo odstawił na miejsce, sięgając po różdżkę. - Ale nie proś mnie o robienie czegokolwiek z tym - jednoznacznie machnął głową w kierunku części trawnika. - Jeśli w najbliższym czasie dotknę Pottera, to tylko po to, żeby dokończyć to, czego... ...z łaski swojej... ...nie zrobił Benjy - nie musiał mówić - i uwierz mi, naprawdę duża część mnie wyjątkowo mocno chce to zrobić - prawda? To było dostatecznie wymowne. Wybrzmiewało może nie w słowach, ale zdecydowanie w tonie jego głosu albo w postawie, jaką teraz przyjmował. Oczywiście, nie chciał zostawiać przyjaciela na lodzie. Normalnie niemal od razu przeszedłby do rzeczy. Zainterweniowałby w konkretny, fizyczny sposób. Zająłby się doprowadzaniem sytuacji do względnego porządku i tak dalej. Tyle tylko, że w tym momencie nic z tego, co miało miejsce nie było normalne. Nieważne jak bardzo by tego chciał, planując naprawdę przyjemny wieczór, łudząc się, że dopiął wszystko na ostatni guzik. Tak, aby to rzeczywiście mogło być przyjacielskie ognisko, przyjemne zwieńczenie raczej bardzo kiepskiego lata a także ostatecznie również celebracja, na której cholernie mocno mu zależało. Nie eksplodował. Nie zaczął gnoić Romulusa. Nie uniósł się, nie dał przyjacielowi w twarz, nie kazał mu zamknąć ryja, ale to nie oznaczało, że tego nie chciał. Po prostu nad sobą panował. Miał ku temu bardzo konkretne powody, o których (ewidentnie w przeciwieństwie do Romka) doskonale pamiętał. W tej chwili może nawet odrobinę za dobrze, ponieważ ta wiedza zdecydowanie mu ciążyła. Ponownie czuł się zbyt odpowiedzialny, ograniczony nie tylko własnymi założeniami, lecz także cudzymi uczynkami. Nienawidził tego. Jednakże zdawał sobie sprawę z tego, do czego doprowadziłaby go jego własna frustracja, gdyby pozwolił sobie wylać ją na zewnątrz. I właśnie: normalnie nie miałby w sobie na tyle opanowania, aby poprzestać na zdegustowanych spojrzeniach i wyjątkowo ambitnych komentarzach. Nie należał do najbardziej cierpliwych ani wyrozumiałych ludzi. Na szczęście dla Pottera, to też nie była normalna sytuacja. Pierścionek zaręczynowy spoczywający w kieszeni Greengrassa był dla niego zdecydowanie ważniejszy niż chęć dania w mordę komuś, kto nie tylko nie uszanował jego zaufania, lecz także przedkładał własne dramaty nad prośby o wsparcie. O ironio. O zgrozo. W uczynieniu tego wieczoru czymś nie do zapomnienia. Czymś, co Roise miał wspominać prawdopodobnie do końca życia. Cóż. Najwyraźniej musiał dużo jaśniej formułować swoje życzenia, bowiem Romulus miał w sobie coś z wyjątkowo zaciętego dżina. Być może rzeczywiście nic z tego nie było łatwo zapominalne. Ambroise z dużym prawdopodobieństwem faktycznie miał doskonale zapamiętać wszystkie wydarzenia. Jednakże zupełnie nie w taki sposób, w jaki mógłby tego pragnąć. RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Cornelius Lestrange - 27.06.2025 Tym razem udało mu się sięgnąć po alkohol, to był sukces, bez wątpienia. Cornelius mógł stanąć w miejscu, unosząc butelkę do ust, bez sięgania po szklankę, co samo w sobie było wyznacznikiem tego, jak blisko mężczyzna był tego, by wybuchnąć. Zazwyczaj cenił sobie kulturę picia, szczególnie wysokoprocentowych trunków. Teraz stał, popijając bezpośrednio z butelki i patrząc na otoczenie. Obserwował, jak jego przyjaciel podniósł się z ziemi i podszedł do Prudence, zauważył dłoń, która, choć niby od niechcenia, jakby mimochodem, wyciągnęła się ku niej w niemal nienaturalnym, jak na Fenwicka, geście otwartości. Zauważył też, jak kobieta bez słowa wstaje i bierze towarzysza pod ramię, pewnym ruchem, doskonale wiedziała, co robiła. Wzięła obrońcę pod rękę, a coś w tym było tak zupełnie naturalne, jakby robili tak od lat. Corio uniósł tylko jedną brew, ledwo zauważalnie, w jego umyśle pojawił się niekoniecznie dyskretny, ale nie całkiem złośliwy komentarz, którego nie uznał za wart wypowiedzenia na głos. Lestrange nie skomentował tego, ponieważ nie był to jego interes. Może tylko mrugnął z lekkim niedowierzaniem, w którym nie było nawet cienia kpiny, Corio był zbyt zmęczony, rozgoryczony, by silić się teraz na jakąkolwiek ocenę. Nie zamierzał tego analizować, nie miał takiej chęci, ani obowiązku, to nie była jego sprawa, ani teraz, ani wcześniej. W gruncie rzeczy, ich losy krzyżowały się na jego werandzie, ale nie były jego odpowiedzialnością. Przynajmniej tyle dobrego, Prue nie miała drugiego wroga. A Benjy? Cóż, on potrafił być znacznie groźniejszy niż Romulus, który, jakkolwiek głośno szczekał, przypominał bardziej rozhisteryzowaną chihuahuę, niż realne zagrożenie. Benjy był pitbullem, nie atakował dla rozrywki, już nie, raczej nie bawiły go konflikty, ale jeśli już raz się wgryzł, to nie puszczał. Cornelius znał go wystarczająco długo, by wiedzieć, że jego milczenie bywa znacznie groźniejsze niż podniesiony głos kogokolwiek innego. Zresztą, jak na ten dzień, nie była to wcale najgorsza konfiguracja, właściwie, jeśli miał być szczery wobec samego siebie, a miał, bo zawsze był, cieszyło go, że Prudence nie wychodziła stąd samotna. Cornelius nie zatrzymał ich, nie zawołał, nie poprosił, by zostali. Oboje wiedzieli, że nie muszą. Wiedzieli, że niczego więcej nie będzie i on sam też to wiedział, tak było lepiej, ich odejście było rozsądne, logiczne, przewidywalne i, szczerze mówiąc, potrzebne. Oboje zasługiwali na coś innego niż to żałosne widowisko, a on nie zamierzał nikogo o niczym przekonywać, nikomu nic wyjaśniać. Kto miał rozum, ten już wszystko zrozumiał. Lestrange nie rzucał słów na wiatr, nigdy, nie wypowiadał pustych deklaracji, nie miał skłonności do tworzenia dramatów, ale też nigdy nie pozwalał, by jego zasady były deptane. Jego spojrzenie przesunęło się w stronę Romulusa, który leżał bez ruchu, z rozrzuconymi kończynami, bezwładny jak kukiełka z obciętymi sznurkami, ktoś mógłby pomyśleć, że to Potter był tu ofiarą, a nie niedoszłym władcą marionetek. Błąd. Odwrócił się powoli, spojrzał po twarzach pozostałych, Ambroise’a, Geraldine, chwilowo nieobecnego Eliasa, czy raczej drugiej Prudence - każdego, kto pozostał w kręgu. Skrzaty, które przed momentem zniknęły z pieczołowicie przygotowaną świnią, pojawiły się znowu, bez słowa, czujne jak sekundanci na pojedynku, gotowe na każde polecenie gospodarza. Cornelius spojrzał na nie, nieznacznie unosząc podbródek, przez chwilę milczał, tylko po to, by wreszcie, z pełną świadomością wagi własnych słów, odezwać się z poleceniem. - Zabierzcie panicza Pottera na werandę. - Powiedział chłodno, niemal znużonym tonem, jakby mówił o pościeli do zmiany, a nie o swoim przyjacielu. Nie był człowiekiem, który rzucał słowa na wiatr, był poważnym gospodarzem, właśnie zadecydował o losie jednego z gości. - Nie pozwólcie mu wchodzić z powrotem, spakujcie wszystkie rzeczy, które do niego należą i wystawcie je na ganek, tu jego obecność jest już niepożądana. - To była jego przestrzeń, jego ziemia, jego zasady i żadne „ale przecież to tylko ja, przyjaźnimy się, nie wyrzucisz przyjaciela” nie miały prawa tego zmienić, skoro Romulus próbował pluć mu w twarz i mówić, że pada.[/a]Skrzaty ukłoniły się i ruszyły bez słowa, zajmując się wykonaniem polecenia, a on, wciąż z tym samym niezmiennym spokojem, zwrócił się do pozostałych. - Jak zapowiedziałem. - Powiedział, spokojnie, niemal konwersacyjnie, równie dobrze mógł ogłaszać, że deszcz może spaść pod wieczór. - To są ostatnie minuty Pottera w tym domu, gdy się ocknie, zostanie poinformowany, że jego rzeczy są już spakowane. - Mówiąc to, Corio nie spojrzał już na Romulusa, nie sprawdzał, czy się poruszył, czy jęknął, to nie była już jego sprawa. Tylko kątem oka zauważył, że skrzaty zaczęły lewitować jego przyjaciela. - Uprzedzałem go... - Kontynuował, nie podnosząc głosu. Wzrok Geraldine spotkał się z jego spojrzeniem i przez krótką chwilę nic się nie działo, a potem Cornelius wzruszył ramionami, nieznacznie, mężczyzna ledwie poruszył ramieniem, ale w tym geście było wszystko - zmęczenie, rezygnacja, potwierdzenie, że ostrzegał, mówił, prosił i teraz nadszedł czas na konsekwencje. - Powiedziałem wyraźnie - albo się uspokaja, albo się wynosi... Nie uspokoił się... I teraz się wynosi. - Powiedział głośno, zwracając się już nie tylko do Yaxley, ale do wszystkich, którzy zostali. Jego głos był spokojny, nie podniesiony, ale miał w sobie twardość i deklarację egzekwowania decyzji, którą mężczyzna podjął już kilka minut temu. Nikt nie miał obrażać go, ani jego własnych gości, w jego własnym domu, przyjaciel czy nie, Lestrange tego nie tolerował. - Zabierze swoje rzeczy i zniknie. Może wynająć pokój w gospodzie, mają tam wystarczająco grube ściany, by nie przeszkadzał innym. Może iść gdziekolwiek, ale nie zostanie tutaj. - Zakomunikował. Nie pytał, czy ktoś się z nim zgadza, nie patrzył, czy ktokolwiek chciałby zaprotestować, nie dawał nikomu okazji do zabrania głosu, ponieważ to był jego dom i jego decyzja, podjęta z pełną świadomością, wyrok wymierzony nie z gniewu, lecz z potrzeby przywrócenia porządku. W takich przypadkach, całe szczęście - nielicznych, nie pytał o zdanie, nie otwierał dyskusji, z perspektywy Corneliusa nie było miejsca na „czy ktoś ma inne zdanie?”, „może przesadzam?”, „co wy na to?”. Nie było na to miejsca, bo to nie był już wieczór z przyjaciółmi, to był pogorzelisko po tym, co zostało z ich planów, i jeśli Lestrange miał zamiar coś z niego jeszcze uratować, a chciał ze względu na pozostałych, musiał zacząć od wyrzucenia tych, którzy wzniecali pożar i dolewali smoczej oliwy do ognia. - Niestety, to koniec ogniska na dziś. Nikt nie musi już tu siedzieć z uprzejmości. - Głos miał łagodniejszy, ale wciąż rzeczowy, zdecydowany. Na jego twarzy nie było już gniewu, jedynie zmęczenie i ta specyficzna rezygnacja, z którą przyjmował do wiadomości, że pewnych rzeczy, choćby bardzo się chciało, nie da się odczarować. - Sugerowałbym się rozejść. Nie zamierzam nikogo zatrzymywać ani do niczego zmuszać. - Nie patrzył już na nikogo w szczególności, gdy wypowiadał te słowa. Dopiero po chwili przeniósł spojrzenie na Ambroise’a, nawet na dłużej niż należało. Wystarczająco długo, by było jasne, że wiedział i rozumiał. Nie trzeba było słów, by zrozumieć, jak bardzo to wszystko rozminęło się z planem, jak bardzo sytuacja wymknęła się spod kontroli i ile wysiłku zostało zmarnowane. W tej jednej wymianie spojrzeń mieściło się więcej, niż w całym nieszczęsnym wieczorze. - Będę ci tylko bardzo wdzięczny, jeśli pozbędziesz się tego zbiornika wodnego. - Dodał po chwili, z lekkim ruchem głowy, niemal przepraszająco - O ile to jeszcze możliwe, rzecz jasna. - Powiedział to całkiem spokojnie, nie potrzebował wyjaśnień, nie wymagał usprawiedliwień, dlaczego to powstało, nie w tej chwili. Uniósł brew z cieniem ironii, ale bez złośliwości, po prostu chciał odzyskać swój ogród. Westchnął cicho, nie dla efektu, a raczej dla zachowania resztek wewnętrznej równowagi, a potem, nie poruszając się, nie zmieniając nawet pozycji ciała, odezwał się znów, tym razem nieco ciszej. - I nie radziłbym wchodzić do sypialni. - Skierował to już wyłącznie do Ambroise’a, z dyskretnym skinieniem głowy. - Zaraz każę skrzatom przenieść was do pokoju gościnnego. - Nie potrzebował wyjaśniać, co może znajdować się w środku. Bobry. Bobry, kurwa... [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=O7EeKxG.jpeg[/inny avek] RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Benjy Fenwick - 27.06.2025 Nie zamierzałem się podkradać. Nie podchodziłem do niej po cichu z premedytacją. To nie był jeden z tych momentów, gdy rozważałem, czy jej nie wystraszę, czy nie zaskoczę - a może powinienem. Wystarczyło już napięcia na dziś, a może i na cały pieprzony tydzień. Nie podchodziłem do Prudence ostrożnie, przynajmniej nie z zamysłem, nie próbowałem być dyskretny, skradać się - nie tym razem. Po prostu podszedłem tak, jak zawsze chodziłem - cicho, równo, trochę za bezszelestnie, jak na faceta mojej postury. Od lat tak się poruszałem - bez zastanowienia, bez robienia z tego sprawy, w szkole mnie to bawiło, potem już nie, teraz było mi to kompletnie obojętne. Może to dlatego, że większość życia spędziłem ucząc się nie wchodzić nikomu w drogę, dopóki nie chciałem, żeby mnie zauważono. Nie zależało mi na teatralnym efekcie, nie próbowałem nikomu niczego udowodnić, ukradkiem wyjść z obrazka, właściwie - miałem to wszystko głęboko w dupie. Byłem po prostu sobą - zmęczonym, wkurwionym, gotowym zamknąć za nami to parszywe przedstawienie. Jeśli ktoś jeszcze wierzył, że z Bletchley trzymamy się dla zasady na dwóch końcach boiska, to może powinien odrobinę uważniej czytać sytuację. Ja już nie zamierzałem robić uniku, ani udawać, że nic mnie to nie obchodzi. Stanąłem przy niej, obok, nie spiesząc się z gestem, ale też nie odkładając go na potem. Prudence uniosła się z ziemi, dołączając do mnie, bez wahania - zrobiła to tak naturalnie, jakbyśmy robili to od lat i... Może nie robiliśmy, ale cholera, nie miałem nic przeciwko, żeby robić to od teraz. Jej ruch był równie pewny jak mój - Prue po prostu się do mnie dostosowała, znalazła miejsce tuż przy moim boku, rękę pod ramieniem. A ja? Nie zamierzałem tego komentować i raczej nie musiałem. Nie znosiliśmy się - jasne. Kiedyś, ale to wypaliło się tak samo, jak zaczął płonąć Londyn - niespostrzeżenie, bez naszego udziału. Stało się. Zresztą, ci, co mieli wiedzieć - czyli wszyscy - już wiedzieli. Pomogłem jej wtedy, podczas pożarów, nie dlatego, że byłem dobrym człowiekiem - nigdy się za takiego nie uważałem - tylko dlatego, że miała w oczach coś, czego nie potrafiłem wtedy zostawić. I została, i ja też zostałem. Zostaliśmy przyjaciółmi... Na całe kilka godzin, rozbite na parę dni, a teraz nie było już sensu udawać, że byliśmy tylko tymczasową pożarową koalicją. Czułem, jak opiera się lekko o moje ramię - ten ciężar, już nie mentalny, tylko fizyczny, niewielki gest zaznaczający obecność - mówił mi więcej niż wszystkie słowa, których nie wypowiedzieliśmy od momentu, gdy to wszystko się rozpieprzyło. Była blisko - to wystarczyło. Próbowałem się do niej uśmiechnąć - może i technicznie się udało, bo kącik ust uniósł mi się o milimetr, ale raczej wyglądało to bardziej tak, jakby coś mnie nadal uwierało pod żebrami. Nie spojrzałem na nikogo - ani na Corneliusa, który jeszcze próbował ratować resztki sytuacji i odzyskać kontrolę, ani na Ambroise’a, który udawał, że stoi opanowany, nic się nie dzieje, chociaż z pewnością był wściekły, ani na Eliasa-Prudence... Ani tym bardziej na Romulusa, który mógłby się dla mnie w tej chwili stoczyć po trawniku i utopić w jeziorze, i nie zrobiłoby to na mnie większego wrażenia. Może na początku wieczoru jeszcze coś w środku trzymało mnie na dystans, nakazywało mi obserwować sytuację, lecz teraz - po tym wszystkim, po tym jak wyglądał ten wieczór, po tym, co pozwoliłem, żeby mnie spotkało z rąk kogoś, komu ufałem - nie miałem już wątpliwości, po czyjej stronie stoję. Nie odezwałem się od razu, tylko patrzyłem jeszcze przez moment na ścieżkę, która zaczynała się tuż za ostatnim kręgiem światła bijącego od ogniska. Spojrzałem na Prue - przelotnie, z ukosa, kątem oka, i ponownie spróbowałem się uśmiechnąć... Nic z tego, wyszedł mi raczej półgrymas, i to niezbyt przekonujący - uśmiech polegający na wygięciu warg tylko z jednej strony, jedno przymrużone oko z głębszą zmarszczką w kąciku, którą wyhodowałem tam sobie przez lata ukrywania cynizmu i braku cierpliwości - ale mimo to, gdy się odezwałem, odpowiedziałem bez goryczy i ostrości w głosie. - Jak najdalej od Pottela. - Rzuciłem wprost. - Ustalimy po dlodze. - Nie czekałem, aż ktoś nas zatrzyma, nie patrzyłem, czy ktokolwiek ma coś jeszcze do powiedzenia - nie interesowało mnie to. Po prostu ruszyliśmy ścieżką w głąb ogrodu - w ciemność, która, o dziwo, wcale nie wydawała się nieprzyjazna. Nie po tym, co stało się ze strony kogoś, kto powinien być przyjazny... Odeszliśmy - nie szybkim marszem, nie biegiem, ale zdecydowanym krokiem. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/e60270d63fb9b44c553f6fa5690873c9/dfa92458c3c77fc4-6b/s500x750/46a91b704d666081924397250b5c7ddfdd8288eb.gif[/inny avek] Postacie opuszczają sesję
@Prudence Bletchley RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.06.2025 [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/12/8d/99/128d99bf2c679f040de4f68a1cfadc1b.jpg[/inny avek] - Mam wrażenie, że Potter miał więcej szczęścia, niż rozumu. - Nie wątpiła w to, że Benjy pokazałby mu, że nie robi się takich rzeczy, zresztą nie on jeden miał chęć to zrobić. Ona była nieco zszokowana, nie spodziewała się tego, że Romulus w ogóle może wpaść na taki pomysł... gdyby to ona stała na przeciwko niego na pewno miałaby chęć zademonstrować mu to, że pewnych granic się nie przekracza, nawet jeśli na ogół darzyła go sympatią. Teraz nieco się to zmieniło, skąd mogli bowiem wiedzieć, że nie powtórzy podobnego numeru? Nie mogli mieć pewności. Nie miała pojęcia, z czego wynikała jego histeria, nic jednak nie było w stanie usprawiedliwić tego zachowania w oczach Yaxleyówny. - Nie ma sensu tego dokańczać, nie ruszaj go, nie warto. - Zasługiwał na to, ale powinni być ponad jego zachowaniem, zresztą czuła, że to jak zakończy się to ognisko uderzy w niego bardziej. Wszyscy chyba mieli podobne podejście, co do tego, co się wydarzyło. Chyba jasne było to, że takie zachowanie nie powinno być akceptowalne wśród przyjaciół. Spoglądała na Corneliusa, który właśnie sięgał po butelkę i wypił z niej alkohol. To świadczyło samo za siebie, wiedziała, że raczej trzymał się dobrych zwyczajów i było dla niego dość istotne z czego pije trunki wysokoprocentowe, w tej chwili to też nie miało znaczenia. Musiał ukoić nerwy, co było całkiem zrozumiałe, ale zwróciła uwagę na ten drobny szczegół, który nawet trochę ją zaniepokoił. Uderzyło to w niego dość mocno, zresztą nie dziwiło ją to - to wydarzyło się w jego domu, a wiadomo, że Corio lubił mieć wszystko pod kontrolą, jak nikt inny, tak, czy siak to on w końcu zapanował nad Potterem opętanym histerią. Słowa wybrzmiały, ponownie. Bardzo konkretne słowa, spodziewała się je usłyszeć. Romulus nie uszanował prośby Corio, nie zastosował się do jego polecenia, a ten dość jasno określił jakie będą konsekwencje, nie było więc nic zaskakującego w tym, co miało nadejść. Nie miała pojęcia, jak Potter się będzie z tym czuł, nie do końca ją to w tej chwili obchodziło, bo przesadził. Skorzystał z dziedziny magii, która ją przerażała, niestety obawiała się tego, że może się to powtórzyć, że ją mogło spotkać to samo. Miała z tym problem, naprawdę spory, właściwie to chyba nawet ucieszyła się z tego, że nie będzie go tutaj z nimi. Nie mogli mieć pewności, że nie zrobi tego ponownie pod wpływem emocji, które na pewno się pojawią, gdy dotrze do niego, że zawiódł wszystkich, że nikt się za nim nie wstawił. Były jednak granice, których nigdy nie powinno się przekraczać i to była jedna z nich. Corneliusa należało traktować poważnie, należał do osób, które były bardzo konsekwentne, nie spodziewała się, że zmieni zdanie. Określił, co spotka Romulusa, jeśli nie przestanie i to właśnie się działo. Spoglądała na Corio przez chwilę, było jej naprawdę przykro, że został doprowadzony do takiego stanu. Plany szlag trafił, towarzystwo zaczęło się rozpraszać, widziała, że Benjy zniknął gdzieś z tą kobietą, która stała się ofiarą gniewu Romulusa. Nie dziwiła im się wcale, że tak szybko opuścili to miejsce. Nie było sensu na siłę tutaj siedzieć i próbować jakoś ratować wieczór. Nikomu chyba już nie miało to sprawić przyjemności. Szkoda, ale czasem tak bywało, nie do końca miało się wpływ na każdego obecnego. Nie spodziewała się, że może dojść do czegoś takiego w grupie zaufanych osób, ale chyba faktycznie zawsze powinno się spodziewać niespodziewanego, czy coś. - Potrzebujecie pomocy z rozproszeniem, czy mam zająć się tym? - Wskazała wzrokiem na pudło w swoich rękach, trzymała w dłoniach karton z tym nieszczęsnym mięsnym jeżem. Radziła sobie z rozpraszaniem całkiem nieźle, więc jeśli zajdzie taka potrzeba, to na pewno chętnie pomoże im doprowadzić to miejsce do porządku. RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Ambroise Greengrass-Yaxley - 28.06.2025 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/bc072cc966641f9e2926cf87eae72144/49b76fe2fed73ccc-1d/s500x750/391661ef1bec221a3181c1faf51e48e367a2314f.pnj[/inny avek] No cóż, trudno byłoby mu powiedzieć, że Geraldine myliła się, co do swojego osądu. Po prawdzie mówiąc, jego dziewczyna rzadko kiedy nie miała racji w podobnych sytuacjach. W tym wypadku nie było inaczej. On także zresztą miał dokładnie takie same spostrzeżenia. Jedynym błędem, jaki oboje popełnili było... ...jakkolwiek nie zapiekły go te słowa, nawet jeśli nie posunął się do tego, aby je wypowiedzieć... ...zaufanie w to, że sztywno ustalone granice będą takie na zawsze. Im obojgu wydawało się, że zdolności i umiejętności Pottera są czymś, co nigdy nie obróci się przeciwko nikomu z szeroko pojętych nich. Oboje sądzili, że choć ich towarzysz posiada szeroką, bardzo zaawansowaną wiedzę na temat mentalnej magii, są całkowicie poza strefą ryzyka, jeśli chodzi o użycie na nich tych umiejętności. W tym momencie, Roise czuł się zdradzony na wyjątkowo wiele sposobów. Nie na jednej, lecz na kilku różnych płaszczyznach. Co gorsza, wcale nie najmocniej przez Pottera, ale przez samego siebie. Romulus nie wymusił na nim bowiem tego, aby Ambroise darzył go zaufaniem (chyba, cholera jasna, chyba tego nie zrobił) to Greengrass sam (chyba, kurwa, chyba sam) podjął decyzję o tym, żeby uznać go za swojego przyjaciela i obdarzyć go kredytem ufności. Mógł być zły głównie na siebie. A tego nader wszystko nie lubił czuć. Miał dostatecznie dużo wyrzutów sumienia, z którymi walczył, jeśli chodziło o inne tematy. W tym wypadku zdecydowanie nie potrzebował dokładać sobie kolejnych. Jego życie dopiero zaczęło wracać na właściwe tory. To ognisko miało być czymś w rodzaju ostatecznego potwierdzenia, że od teraz wszystko zacznie nabierać odpowiedniego tempa. Mimo pożarów Londynu, wszechobecnego zniszczenia i lęku, wszyscy mieli spróbować odprężyć się i zrelaksować. To miał być ich czas. Nie czas jednej jedynej osoby. Gwiazdy ze spalonego teatru. Kogoś, kto zachowywał się tak, jakby uwzięła się na niego... ...cóż... ...dosłownie cała Ziemia. Z odchodzącą Prudence na czele. Oczywiście, że Roise zauważył, że pozostała dwójka opuściła towarzystwo. Ani trochę nie dziwił się, że to zrobili. Może tylko lekko drgnął mu kącik oka, nieznacznie zmrużyła się powieka, jednak nijak nie skomentował tego, w jaki sposób Prue i Benjy ulotnili się z ogniska. W gruncie rzeczy, koalicja tej dwójki nie zrobiła na nim zupełnie żadnego wrażenia. W końcu widział ich wtedy w Londynie. Poza tym doskonale zdawał sobie sprawę z tego, w jaki sposób wyglądało to w przeszłości. Po prawdzie, gdyby tak się zastanowił (a zupełnie o tym nie myślał) raczej uznałby to za całkiem logiczne. Może niezbyt naturalne, ale tak właściwie? Cholera wiedziała. To nie była jego sprawa. On zdecydowanie nie miał w zwyczaju ingerować w cudze życie, dopóki naprawdę nie czuł potrzeby tego robić. Co działo się w tych nielicznych przypadkach, gdy zdecydowanie zależało mu na konkretnej osobie i widział, że ta całkowicie marnuje sobie życie. Ingerował wyłącznie w bardzo skrajnych przypadkach. Takich jak przypadek Nory. Takich jak sytuacja Romulusa z Britney, Brittany, Bettany, choć nawet wtedy nie przeszłoby mu przez myśl, aby robić coś podobnego do tego, co zrobił Roman. Nie słyszał bowiem słów Pottera, jakie ten skierował do Benjy'ego, jednak był niemal w stu procentach pewien, że dotyczyły Prudence. W końcu cała sytuacja miała z nią bezpośredni związek. W tym momencie był także bardzo świadomy tego, że gdyby sytuacja dotyczyła jego dziewczyny, sam również nie próbowałby się powstrzymać. Nie miał zielonego pojęcia, czy udałoby mu się tak po prostu pozostać z dupą na trawie a potem zwyczajnie odejść. Rozwścieczony, naprawdę nad sobą nie panował. Nie był wtedy zbyt wyrozumiały, odpalał się w przeciągu sekundy i myślał wyłącznie o tym, co zdecydowanie chciał zrobić. To, że w tej chwili powstrzymywał wściekłość również musiało być związane z wnioskiem wysnutym przez Rinę. Roman miał cholernie duże szczęście, ponieważ obie osoby, które mogły mu wpierdolić miały zupełnie inne, ważniejsze priorytety. Ewidentnie umiały je wyznaczać. Cornelius też pozostawał zresztą jeszcze wyjątkowo łagodny. Roise widział go w prawdziwym stanie furii, ten jeden jedyny raz, który w zupełności wystarczył mu do wyciągnięcia wniosku, że nigdy, przenigdy nie chciał rzeczywiście wkurwić przyjaciela. Nie dało się powiedzieć, że Romulus nie otrzymał notki. Tym bardziej, że dostał upomnienia. Po prostu zupełnie je zignorował. Ambroise nie zamierzał go bronić ani nijak komentować tego, co gospodarz domu właśnie egzekwował. Po prawdzie, słowa Corio dotyczące wyjazdu Pottera z Exmoor zdecydowanie nie miały spotkać dezaprobatą że strony Greengrassa. Nie czuł nawet żadnej potrzeby, aby je skomentować. Po prostu kiwnął głową, obserwując jak skrzaty zabierają się do wykonania zadania. Słysząc skierowane do niego słowa, ponownie przeniósł głos na Corneliusa, jeszcze raz kiwając głową. - Jasne. Zaraz to zrobię - stwierdził, dochodząc do wniosku, że prawdopodobnie powinien zająć się tym w pierwszej kolejności, jeszcze przed wygaszaniem ognia. - Jak najbardziej da się rozproszyć jezioro bez uszczerbku dla trawnika - zapewnił jeszcze dodatkowo, obracając głowę w kierunku Yaxleyówny i twierdząco poruszając podbródkiem. Doskonale zdawał sobie sprawę z umiejętności jego dziewczyny w tym zakresie i zdecydowanie nie chciał bezcelowo odtrącać wyciągniętej dłoni. - Mogłabyś zacząć od lewej części? Ja wezmę się od prawej - dzięki temu mieli być bardziej skuteczni, spotykając się mniej więcej pośrodku. Zanim jednak zdążył przejść do rzeczy, dotarły do niego kolejne słowa. W pierwszej chwili posłał pytające spojrzenie w stronę Corio, mrużąc przy tym oczy i przechylając głowę, jakby nie do końca rozumiał, o czym mówi jego przyjaciel. Wystarczyła jednak dosłownie chwila. Sam nie wiedział, co tak właściwie sprawiło, że niemal od razu domyślił się znaczenia słów, jakie skierował do niego gospodarz. Być może były to lata bardzo bliskiego obcowania ze sobą nawzajem. Może coś jeszcze innego. Najważniejsze, że sekundę później z ust Greengrassa padło soczyste: - Kurwa mać - nie musiał pytać, czy to naprawdę miało miejsce. Nie musiał. Po prostu nie musiał mówić tego na głos. Ani przez sekundę nie zakwestionował, że doskonale zrozumiał przekaz. Ba. Nie tylko doskonale, lecz nawet aż nazbyt dobrze. Wiedział, co miało miejsce i zdawał sobie sprawę z tego, że Cornelius nie żartował. Nie potrzebował nawet rozglądać się dookoła w poszukiwaniu nieszczęsnych bobrów. Nie było sensu iść nad to drugie jezioro, nad którym skrzaty miały je umieścić. Nad jeziorem. Nie w sypialni. Nie w miejscu, w którym spali. Tam, gdzie trzymali swoje rzeczy. Tam, gdzie nigdy w życiu nie pomyślałby je umieścić, bo to miało wyglądać naturalnie. To miał być dyskretny plan. Dyskretny. Nieinwazyjne wywabienie Geraldine w określone miejsce, nie konieczność przeprowadzenia gruntownego remontu pokoju, bo nikt nie kontrolował tych zwierząt. Poza tym w domu trzymali też kota i psy. Gdyby nie fakt, że jego niedoszły kooperant został już wyniesiony przez skrzaty z terenu ogniska, Roise nie wahałby się ani przez chwilę. Nie. Tym razem nie posłuchałby rad Riny. Słysząc o tym, co jeszcze wymyślił jego zjarany, kto wie, może też naćpany i mocno podpity (szczególnie, że Potter zachowywał się jak nie on) kolega, Ambroise zrobił się wpierw blady, zaś później ciemnoczerwony. Co, zważywszy na fakt, jak mocną miał opaleniznę, stanowiło nielada wyzwanie dla jego naczyń krwionośnych. Jeśli Cornelius zaczął pić bezpośrednio z gwinta, co za każdym jebanym razem znaczyło, że był już naprawdę mocno wkurwiony, tylko starał się opanować i zachować klasę. Ambroise nie potrzebował więcej chlać, nie zamierzał też tłumić wściekłości. Romulus był skończony. Skończony. Bardziej niż ich nieszczęsne ognisko. Całkowicie, zupełnie skończony. Roise nie chciał go widzieć na oczy. Zagryzając zęby aż do bólu, potrząsnął głową i wyprostował palce, przekładając różdżkę z ręki do ręki, żeby rozluźnić napięte stawy. Moment później bez słowa odmaszerował w kierunku prawego brzegu, wściekłym machnięciem próbując rozproszyć wytwór nienatury. Rozproszenie (III) - pozbycie się jeziora [roll=Z] [roll=Z] RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Cornelius Lestrange - 30.06.2025 Cornelius obserwował, jak Ambroise, w pełni zrozumiawszy ciężar jego słów, zaciska wargi, wyraźnie wpadając w gniew, w ten rodzaj frustracji, który nie tylko rozświetlał oczy, ale też wyostrzał rysy twarzy. Nie musiał mówić nic więcej, to w zupełności wystarczyło, żeby jego przyjaciel powziął kroki w celu wyładowania rozgoryczenia, wściekłości, frustracji, biorąc się do dzieła. Obserwował, jak z każdym krokiem Ambroise’a w stronę jeziora, gdzie uprzednio rzucane zaklęcie wykształtowało wodną powierzchnię, akwen zaczyna powoli rozpraszać się w powietrzu, rozpływając się niczym mgła znikająca wraz pierwszymi promieniami porannego słońca. Lestrange patrzył na to wszystko ze stopniowo zwiększającym się dystansem, ale i z narastającym poczuciem, że tego wieczoru więcej stracił niż zyskał. Mimo to, w tym zmęczeniu i rozdrażnieniu, nie było ani cienia żalu, była tylko chłodna ocena faktów i decyzja, że nie zamierzał pozwolić, by ktoś jeszcze naruszył ten dom i tę przestrzeń bez konsekwencji. Ten spokój, nawet jeśli teraz ledwo uchwytny, był dla niego cenniejszy niż jakiekolwiek pozory lojalności wobec ludzi, którzy nie potrafili uszanować granic. Patrzył jeszcze przez moment na Roise’a, który, wyraźnie wkurwiony, odchodził coraz dalej, koncentrując się na rozpraszaniu zaklęcia, jakby ten rytuał mógł choć trochę rozładować napięcie, które nagromadziło się przez ostatnie wydarzenia. Dla Corio było jasne, że nie chodziło tylko o magiczną powierzchnię jeziora, ale o coś znacznie głębszego, o granice cierpliwości, o zaufanie, o to, co znaczyło być w tej grupie i mieć świadomość, że każda decyzja niesie ze sobą konsekwencje. O coś, co rozumieli wszyscy, prócz Romulusa. I dlatego Potter musiał odejść, Lestrange nie chciał się już angażować w kolejne spięcia, nie miał siły na kolejne dramaty, a jedyne, czego pragnął, to chwila ciszy i możliwość spojrzenia na świat bez ciężaru tego wszystkiego, co wydarzyło się tego wieczoru. Sam nie do końca wylewając frustrację na zewnątrz, choć wewnętrznie poirytowany do granic możliwości, uniósł delikatnie brew, spoglądając na Geraldine, stojącą przy stole. Skrzaty, które wcześniej zajmowały się wsparciem w organizacji przyjęcia, wyniosły Pottera na werandę i wróciły, krzątały się w tle, dyskretnie zabierając resztki śladów nieudanej celebracji, któryś z nich zajął się także zgaszeniem ognia, nawet o to nie pytając, tylko robiąc to w milczeniu. To była cisza, której Lestrange tak bardzo potrzebował, i choć atmosfera wciąż była napięta, przynajmniej płomień ogniska nie płonął już niepotrzebnie. Rzucił jeszcze raz kątem oka na Yaxley, która stała niedaleko, obserwując całe zamieszanie. Wzdrygnął się lekko, unosząc brew i wypowiadając w jej stronę zdawkowe: - Jeśli będziesz tak miła, chętnie skorzystam z twojej pomocy przy pozbywaniu się jeziora i plaży. - Stwierdził spokojnie, podczas, gdy myślach przewinęły mu się wszystkie niedoskonałości tego wieczoru, jak i wszystko to, co zostało powiedziane, zrobione i pominięte, ale starał się nie pozwolić, by te myśli zatruły mu spokój. W końcu, choć irytacja i zażenowanie nadal siedziały głęboko w nim, Lestrange miał w sobie tę cechę, która pozwalała mu z dystansem spojrzeć na własne emocje i, chociaż z trudem, pozwolić im odejść na bok, robiąc miejsce dla działania. Cornelius wziął kolejny łyk alkoholu, zanim ruszył do pracy nad pozbyciem się palm tropikalnych z ogródka, cisza wokół nich nastała, a on sam poczuł, że na tę chwilę to wszystko musiało wystarczyć. Wieczór, chociaż krótki, dobiegał końca i nie było nic, co mogłoby to zmienić. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=O7EeKxG.jpeg[/inny avek]RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Ambroise Greengrass-Yaxley - 01.07.2025 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/bc072cc966641f9e2926cf87eae72144/49b76fe2fed73ccc-1d/s500x750/391661ef1bec221a3181c1faf51e48e367a2314f.pnj[/inny avek] W tym momencie zdecydowanie nie był w nastroju na to, aby prowadzić jakiekolwiek dłuższe rozmowy. Nie tylko nie chciał, ale wręcz po prostu nie zamierzał zbyt głęboko wnikać w temat tego, co tak dyskretnie przekazał mu Cornelius. Nie potrzebował pytać o to, co kryje się pod słowami o konieczności przeniesienia jego i Geraldine do dolnej gościnnej sypialni. Mina przyjaciela oraz spojrzenia, jakie wymienili były dostatecznie wymowne. Nigdy, przenigdy nie pomyślałby o tym, że te wszystkie wydarzenia przyjmą aż tak dramatyczny obrót. Oczywiście, po wszystkich doświadczeniach z okresu ostatnich dwóch lat, poniekąd powinien być przygotowany na naprawdę różne zwroty akcji. Rzeczywistość, w jakiej przyszło im żyć raczej nie należała do najbardziej spokojnych. Tyle tylko, że nawet biorąc pod uwagę wszelkie dotychczasowe anomalie, nagłe zwroty akcji, zaskoczenia i absurdy, Ambroise w dalszym ciągu nie spodziewał się, że tego wieczoru przyjdzie mu doznać zdrady ze strony kogoś, w kogo wierzył i komu ufał. Może aż za bardzo? W końcu, jak inaczej mógł nazwać to, do czego posunął się Potter? Zaczęło się całkiem niewinnie, był nawet w stanie przełknąć fakt, że przyjaciel dosyć mocno nadwyrężył jego zaufanie, gdy zaczął na prawo i lewo chwalić się planami, które miały pozostać między nimi dwoma. Znając skłonności Romka do plotkowania, powinien zresztą założyć, że to może skończyć się w ten sposób. Miałby wtedy rację. Czy podjąłby inną decyzję? Do pewnego momentu był w stanie stwierdzić, że nie. Tym bardziej, że poniekąd nic się nie stało, Geraldine nie usłyszała paplaniny Pottera, a Greengrass był wyjątkowo wyrozumiały w stosunku do najbliższych. Oczywiście, nie oznaczało to, że nie podniósłby Romulusa w górę. Nie darowałby sobie tego rodzaju lekcji, nie oszczędziłby sobie tamtej lewitacji. Jednakże później pewnie nie byłoby już zupełnie żadnej sprawy. Przecież nie raz, nie dwa robili sobie wygłupy. Dawali nauczki. Komentowali zachowania. Od czasu do czasu ścinali się ze sobą, ale ostatecznie zawsze stosunkowo szybko szli dalej. Otóż nie tym razem. Tego, co postanowił zrobić Roman... ...tego nie szło tak po prostu pozostawić bez reakcji. Nie, nie tego zachowania. Nie, nie, gdy chodziło o kilka rzeczy na raz. O ciąg zdarzeń prowadzących do tego, że ich ognisko skończyło się, zanim dobrze się zaczęło. Do tego, że wszystkie plany, starania i oczekiwania, jakie Roise miał wobec tej nocy. To wszystko runęło dużo bardziej spektakularnie niż ofiary jego pochopnie rzuconego zaklęcia. Choć może raczej należałoby, aby użył tu liczby pojedynczej? W końcu Cornelius, mimo zdecydowanego braku zadowolenia z uniesienia się nad ziemią, nie zrobił z tego zupełnie żadnej sprawy. Nie to, co jego towarzysz niedoli. Ten bez wątpienia zasługiwał na miano spadającej gwiazdy. I jak to było ze spadającymi gwiazdami: zniknął gdzieś za horyzontem, wyniesiony przez skrzaty domowe. Już wkrótce nie miało go być na posesji. To była najpewniej kwestia najbliższych minut, nie godzin. O ironio, nie respektując próśb Ambroisa, ostatecznie jednak poniekąd przyczynił się do spełnienia jego życzenia. Tyle tylko, że będąc już zupełnie nieprzytomnym, pozbawionym świadomości. Roise nader wszystko bowiem życzył sobie teraz nie musieć oglądać romkowej mordy. Rozdartej czy też milczącej. Po prostu nie chciał widzieć go na oczy. Nie sądził, że szybko ponownie zachce mu się stanąć twarzą w twarz z kimś, kto dla pozyskania atencji postanowił całkowicie zniszczyć mu zaręczyny, dodatkowo atakując przy tym dwie inne osoby. Oskarżając, sięgając po mentalną magię, obrażając gospodarza i doprowadzając Corio do naprawdę znacznej wściekłości, a dwoje pozostałych świadków do mocnego zaniepokojenia i do stanu, który trudno było określić, ale także zdecydowanie nie była to spokojna reakcja. Krótko mówiąc: cyrk. Całe szczęście, choć mieli tu egzotyczne palmy, Romulusowi nie przyszło na myśl, aby zadbać o zasiedlenie terenu przez małpy. Ku uldze Greengrassa, w rozpraszanym jeziorze nie było też narwali, o których wspominał Potter. Nie było wodnych barów, nie było przypadkowych drinków, za to zdecydowanie nie brakowało im wspomnień. Oj tak. Ich mieli zapewnione aż w nadmiarze. Skupiając się na czynnościach prowadzących do pozbycia się zarówno zbiornika, jak i znajdującej się tam wody, minął ognisko i siedzącego tam Astarotha, kątem oka upewniając się, czy brat Geraldine nie postanowił zrobić nic głupiego. Mimo wszystko, wciąż zależało mu na tym, żeby sprawy nie pokomplikowały się jeszcze bardziej. Jednakże ostatecznie całkowicie skupił się na czynnościach mających przywrócić wrzosowisko do pierwotnej formy, usiłując nie myśleć przy tym o niczym innym, tylko zająć myśli rozpraszaniem wcześniej wykorzystanych zaklęć. Noc była jeszcze stosunkowo młoda, ale wieczór już się skończył, więc Ambroise chciał jak najszybciej zebrać się ze sceny. Czuł się dostatecznie wkurwiony. Rozproszenie (III) - kontynuuję [roll=Z] [roll=Z] |