Secrets of London
[26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów (/showthread.php?tid=1921)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Logan Nott - 12.10.2023

Arena, dwóch oponentów i tłum gapiących się na nich ludzi. Logan zastanawiał się czasem czym ten rodzaj “rozrywki” różni się od meczów Quidditcha. Podczas jednych i drugich potyczek można było zostać rannym, stracić swoje dobre imię jak również zwycięzca mógł się cieszyć estymą i laurem wygranej. Jednak czy nie lepiej było takie rzeczy załatwiać polubownie i zwykłą rozmową. Tego właśnie starszy Nott nie wiedział. On starałby się próbować chociaż załagodzić konflikt i wytłumaczyć w potyczce słownej na argumenty swoje racje. Owszem wiedział, że do niektórych czarodziejów takie rozmowy nie docierają i wówczas trzeba im było pokazać swoje zdanie w inny sposób. Teraz szykując się na wyjście na pojedynek brata zastanawiał się jakim cudem do tego doszło. Oczywiście dochodziły do niego słuchy o licznych romansach jego brata jednak nie spodziewał się, że pojedynek będzie dotyczył honoru panny Lestrange. Ok, Logan nie zamierzał wdawać się w szczegóły sprawy i z całego serca życzył bratu wygranej jednak podejrzewał, że jego oponent może próbować niedozwolonych sztuczek. Nie mniej jednak rozumiał po trosze działania Philipa. Sam był ulepiony z podobnej gliny i gdyby jemu ktoś zaproponował taki pojedynek stanąłby do niego bez wahania.
Niestety te rozważania przed lustrem w swoim pokoju sprawiły, że Logan totalnie zatracił poczucie czasu i gdyby nie pukanie, a raczej walenie do drzwi jego pokoju pewnie nigdy, by z niego nie wyszedł.
Przez całą drogę był milczący i pogrążony we własnych przemyśleniach choć oczywiście słuchał tego co mówią do niego rodzice, od czasu do czasu kiwając potakująco głową. Dopiero po dojechaniu na miejsce i przywitaniu się z paroma znajomymi dołączył do rodziców i zasiadł z nimi przy stoliku. Widział te wszystkie zaaferowane twarze , które przyglądały się oponentom i gdy sam pojedynek się zaczął lekko się uśmiechnął. Wiedział, że jego brat całkiem nieźle sobie radził w takich rozrywkach. Niestety nie dało się po nim nie zauważyć zdenerwowania i zaciśniętych dłoni za zwycięstwo brata. Gdy już jego zdenerwowanie wzięło górę wstał od stołu i podszedł bliżej grupy zaaferowanych ludzi.
Przez chwilę przysłuchiwał się rozmowom i dopiero usłyszał coś o swojej drużynie i małym hazardziku włączył się w pogawędkę.
- Proszę o wybaczenie, ale sądzę, że to właśnie szukający Zjednoczonych z Puddlemere wyjdzie zwycięsko z tej potyczki. Wiem, że ma rywalizację we krwi. - powiedział spoglądając na dwóch mężczyzn i kobietę rozpoznając w nich członków rodzin Black i Borgin.


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Atreus Bulstrode - 13.10.2023

- To chyba dobrze? - zaryzykował, nieznacznie tylko unosząc brwi ku górze w powątpiewaniu. W końcu taką przecież miał pracę, prawda? Wszystko co zasyfione czarną magią trafiało na biurka w jego biurze, więc czemu miałby wyglądać jakkolwiek inaczej. Zaraz jednak naszły go pewne wątpliwości, bo czy przypadkiem jednym z egzaminów, jakie mieli zdawać na aurora nie było maskowanie się w terenie? Westchnął ciężko, opierając się o barierki, które oddzielały przestrzeń dla vipów od parkietu dla walczących. - Lepiej, żeby złapał ten świstoklik i przeniósł się w pizdu gdzieś, przez co poddałby walkowerem. Wyobrażasz to sobie? Wielki pojedynek, gdzie światowej sławy zawodnik Quidditcha nie pokazuje się w ogóle. Czy to strach? Czy to brak wiary we własne możliwości? - rzucił, a jego ton z każdym kolejnym słowem zmieniał się na trochę bardziej rozbujały, jakby właśnie wymieniał frazesy wyczytane w jakimś szmatławcu.
- Dziwię, nie dziwię. Szkoda, że jej nie ma. Ale masz rację, pewnie niewiele byśmy tu ugrali - bo przecież jak już mieli, to w duecie. Jeśli chodziło o hazard to Atreus i Seraphina momentami wydawali się nierozłączni i nawet aż za nadto w synchronizacji. Podobnie jak Stanley, Bulstrode spojrzał w tłum ludzi, wychwytując sylwetkę Cynthii i uśmiechając się do niej w ten sam zadziorny sposób co ona do niego.
- Co w nagrodę? - podchwycił niemal natychmiastowo, kiedy Tosiek znalazł się przy nich i coś o niej wspomniał. Obdarzył go czujnym spojrzeniem, lustrując od stóp do głów, jakby oczekiwał że rzeczony fant miał gdzieś przy sobie i to na wierzchu. - Odpierdolić? A niech cię chuj, czy ja wyglądam ci na takiego, który się do tego garnie? Jeśli ktoś miałby coś teraz spierdolić, to on - wskazał kciukiem na Louvaina znajdującego się na parkiecie. - Ale o to to, słuchaj Staszka - podłapał w sumie zaraz po Stanleyu, chyba nawet ukontentowany, że ten odpowiedział w ten sposób, pozwalając mu uczepić się tego natychmiastowo.
Atreus bardzo chętnie by sobie sam łyknął, ale Anthony wcale nie musiał mu odmawiać, bo sam nawet ręki nie wyciągnął po podawaną piersiówkę. Miał chociaż odrobinę zdrowego rozsądku w tym temacie, chociaż jak tak teraz na flaszkę patrzył, to aż go ręce świerzbiły.
- Już wyobrażam sobie te teksty; Sekundant Louvaina Lestrange pił jeszcze zanim rozpoczęła się walka. Nawet jeśli ja tu tylko stoję i trzymam barierki - prychnął na nich, kręcąc też lekko głową na proponowanego mu papierosa.


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Victoria Lestrange - 13.10.2023

Miała długi rękaw w tej swojej sukni, a Laurent miał na sobie marynarkę, miała więc nadzieję, że choć trochę chłód jej ciała zostanie przez to zatrzymany, kiedy tak go złapała pod rękę siedząc na swoim miejscu, skąd rozciągał się doskonały widok na arenę. Wyłapała pytające spojrzenie Laurenta, kiedy odezwała się do Vakela o śnie, i kiedy już siedziała wyprostowana, patrząc na arenę, gdzie Louvain i Philip się ustawiali, przechyliła się do Laurenta by odpowiedzieć na pytanie, którego nie zadał na głos.

– Vakel jest mężem mojej kuzynki, Annaleigh, ale nie ma jej tutaj dzisiaj – wyszeptała mu na ucho. – Jakoś w maju miał sen dotyczący naszej rodziny i wysłał mi list z wróżbą, była niezwykle trafna. Ale znasz moje zdanie – natomiast sposób w jaki zrobił to Vakel był sto razy lepszy od tego, co zrobiła Szeptucha na Beltane, więc tak się o to nie złościła. Nawet uśmiechała się gorzko pod nosem, kiedy wspominała treść wróżby, bo teraz widziała w tym dużo prawdy. Wielkie problemy, jej naiwność i niewinność, i to, jak został ukształtowany jej charakter. Uważała, że to, że czekają ją wielkie problemy, to może powiedzieć każdy, nie trzeba być do tego wróżbitą, wystarczyło przeczytać w gazecie co się stało na Beltane, a o niej pisali przecież niemało. Tym niemniej… To nie było tylko suche stwierdzenie, że czekają ją kłopoty i koniec. Ale faktycznie nie był to może najlepszy moment na rozmowę o tym, bo na arenie rozpoczął się pojedynek.

– Hmm… Zobaczymy – odparła jeszcze Laurentowi, kątem oka widząc, jak zacisnął powieki wraz z pierwszym błyskiem zaklęcia jakie poleciało od strony Philipa. Ale nic wielkiego się nie stało, Louvain musiał rozproszyć zaklęcie – znała te gesty aż za dobrze.

Błysk. Świst. Odbicie. Dokładnie tyle zobaczyła, wraz z gestami, jakie wykonywali atakujący. Pierwsza tura dobiegła końca, po niej nastąpiła chwila przerwy, by zawodnicy mogli zająć swoje pozycje.

W tym dokładnie czasie poczuła dotyk na swoim ramieniu i odruchowo się odwróciła, by dostrzec swoją najlepszą przyjaciółkę, która zajęła miejsce za jej plecami. Była pewna, że Cynthia się zjawi, chodziło w końcu o Louvaina…

– Cynka, cześć. Tylko troszkę. Zaczynają drugą turę, w pierwszej nic się nie wydarzyło – wyjaśniła przyjaciółce szybko, a widząc, że się przedstawiła, zaraz się zreflektowała. – To jest Laurent, przyjaźnimy się. A to Cynthia, moja najlepsza przyjaciółka – chociaż pewnie mogli się kojarzyć ze szkoły. Ale kojarzyć, a znać… Po latach umykają imiona i nazwiska, jeśli się jakoś nie zapisały w głowie.

Druga tura okazała się być bardziej widowiskowa. Philip rzucił zaklęcie, a Louvain zamiast spróbować go odbić, czy rozproszyć, zamierzał zrobić jakiś zwód. Nie zdążył jednak i zaklęcie go trafiło, i jej kuzyn zamarł. Sędzia uniósł rękę – punkt należał się Nottowi. Victoria w reakcji tylko wypuściła głośniej powietrze i pokręciła głową.

– Zmusza go do ciągłej defensywy. Jeśli tego nie przełamie to cały pojedynek może wyglądać tak, że Nott rzuca zaklęcie, Louvain je rozprasza i koniec tury – skomentowała po chwili.




RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Loretta Lestrange - 13.10.2023

Przywykła do roztaczania światła supernowej wokół swojej osoby; do bicia tym niebanalnym, dokuczliwym blaskiem, który niczym miałki, złoty pył otulał jej sylwetkę, gdziekolwiek się pojawiła. Skrywając mroki duszy głęboko na dnie klatki piersiowej, uchodziła za ostoję towarzyskości, egzaltowaną ekstrawertyczkę, żywo czerpiącą z brylowania pod miękkim całunem niewymownego podziwu i nut zazdrości, które objawiały się irytacją na twarzach nieprzychylnych panien. Zdawała sobie sprawę, iż jest cudzym marzeniem sennym, w równej mierze co duszną marą.

Była w końcu gwiazdą wieczoru i choć jej obecność, osnuta woalką tajemnicy, nie była spodziewanym – wiedziała, że wzrok obecnych prędzej czy później na niej spocznie. Była wciąż dumna, zadzierająca podbródek wysoko, a roziskrzone spojrzenie – poprzetykane gwiazdami – ślizgało się po obecnych; skinęła głową na słowa Bellamy’ego, rozglądając się bacznie po ciżbie, która zechciała zaszczycić obecnością wydarzenie, mogące uchodzić wręcz za farsę. Naturalnie, wspierała Louvaina i była mu winna ogrom wdzięczności – nie chciała tu być; jednak jej absencja z pewnością nie dodałaby kurażu bliźniakowi – godność Loretty Lestrange była czymś niewątpliwie wartym obrony.

Chyba sama niekoniecznie w tę godność wierzyła.

Miłość do Louvaina otumaniała i owijała ją miłą pierzyną – bliźnięta od dziecka chodzące pod rączkę, gotowe skoczyć w języki ogniste, w oko samego Wezuwiusza, przekroczyć bramy Hadesu, aby uratować drugie.

Powiedz mi, Bellamy – rzekła półgłosem, stając na palcach, aby omieść jego małżowinę uszną oddechem, nadając niejakiej konspiracji słowom. – Albo nie. Chciałam cię spytać, co takiego lubisz w osobie Notta, ale zrozumiałam, że sama z nim spałam – jak wielkie mogą być błędy młodości? No na boga! – dokończyła, odsuwając się na stosowną odległość.

Nie bawię się w zakłady, gdy wynik jest przesądzony – odparła, sięgając po kieliszek wina, wirujący dookoła nich wraz z zaklętą tacą.

Wzrok prędko przeniosła na zmierzającego ku nim, starszego brata.

Laaaaaurence! – powitała go jowialnie, rzucając się mu w ramiona – na tyle, na ile było to w jakikolwiek sposób stosowne. Uśmiech zakwitł prędko na jej wargach, gdy wypuszczała go z uścisku chuderlawych rąk – pomimo wyraźnie szczuplejszej, niezdrowej sylwetki, zachowywała charakterny sobie animusz, a czerwień szminki jasno przemawiała, sugerując, z kim ten ma do czynienia.

Już uchylała różane wargi, chcąc coś rzec, jednak pilny wzrok sarnich oczu trafił na zmierzającego w jej kierunku Kaydena. Skierowała ku niemu otwartą dłoń, a gdy ta została naznaczona uściskiem, na jej usta wpłynął urokliwy, filuterny uśmiech. Że też tak piekielna kobieta posiadała w sobie tyle uroku osobistego!

Niezwykle mi miło, panie Delacour. Komu pan kibicuje? Ostrzegam, pytanie jest tendencyjne i za złą odpowiedź ześlę pana na pożywkę ogni piekielnych – rzekła; tylko trzepot welonu czarnych rzęs sugerował, że jej słowa były raptem niezobowiązującym żartem.

A może i nie.

Loretta rozejrzała się odrobinę, lustrując goszczących przenikliwym spojrzeniem. To zawiesiło się, niczym ta mara stercząca za plecami, na osobie Anthony’ego Borgina, na którym skoncentrowała je odrobinę dłużej. Na kanwie pamięci wciąż gościł ten jeden raz, gdy zostali zatrzaśnięci w hogwardzkiej łazience…




RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Bell Dupont - 13.10.2023

W sumie cieszył się, że udało mu się tutaj pojawić. Odrobina towarzystwa na pewno mu nie zaszkodzi. Pojedynki nie były jednak jego ulubioną formą rozrywki. Być może wynikało to jednak z faktu, że sam nigdy nie brał w nich udziału, ponieważ nie mógł pozwolić sobie na wybuchy emocji. Nie skończyłoby się to dla niego zbyt dobrze.
   O bliźniętach Lestrange można było zapewne powiedzieć wiele rzeczy, niemniej jednak relacja, która ich łączyła, była szczególna i Bell często o niej myślał. Sam nigdy nie był szczególnie blisko ze swoim rodzeństwem. Był najmłodszy i jego starsi bracia przez długi czas traktowali go jako małą zabawkę. Później, gdy już podrośli, po prostu przestali go zauważać i się nim interesować. Wciąż pozostawali w przyjaznych relacjach, nawet teraz kiedy młody Dupont mieszkał w całkowicie innym miejscu. Jednak jego relacja nie była nawet ułamkiem tego, co posiadali Loretta i Louvain. I było to powodem do zazdrości.
   – Och, dużo by tu opowiadać, za co go lubię…. – zaczął, udając, że się zastanawia. Zapewne nikt nie wiedział o tym, że zdarzyło mu się sypiać z Philipem, bo nie była to wiadomość, o której Bellamy mówił na prawo i lewo. Nie dlatego, że tak nie wypadało i pewnie na dobre pogrzebałoby jego relację z rodziną, ale dla prostego faktu, że nie był to niczyj biznes.
   – Po prostu boisz się przegranej – zaśmiał się. On sam nie miał pojęcia, kto w tym pojedynku mógłby okazać się zwycięski, bo nie znał umiejętności ani Philipa, ani Louvaina. Ciężko mu więc było oceniać. Miał jednak niewielką cząstkę hazardzisty w swojej duszy, więc taka rywalizacja była dla niego czymś wyjątkowo interesującym.
   Szybko przeniósł swój wzrok na mężczyznę, który się do nich zbliżył. Dopiero po chwili zauważył, że ten przyprowadził ze sobą małe dziecko. Bellamy nie przepadał za dziećmi, ale na szczęście żadnego nie posiadał. Uśmiechnął się jednak do Laurence’a. Znał go oczywiście, jak każdego członka rodziny Lestrange. Następnie skinął lekko głową na powitanie do Kaydena, którego nie znał osobiście, ale jego nazwisko oczywiście było mu znane.


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Laurent Prewett - 14.10.2023

Materiały ubrań skutecznie dzieliły ich chłód, by nie przenikał przez nie. Przynajmniej na razie. Co jednak jeszcze było skuteczne to to, że chwilowo Laurent niemal sam czuł adrenalinę we krwi, którą powinni odczuwać tylko ci stojący na parkiecie. Nie podobało mu się to uczucie wywołujące niepokój i sprawiające, że człowiek stawał się spięty, nie mógł rozluźnić, zrelaksować, mózg był tylko nastawiony na krzywdy i negatyw bodźców, który mógł się pojawić jak wachlarz, a każde zagięcie to inne słówko z tej gamy. Pochylił się na bok, w jej stronę, kiedy i ona to zrobiła, wyłapując, że chce mu coś przekazać, co zupełnie zatonie w szmerze rozmów. Kiwnął głową twierdząco, kiedy usłyszał, co mu powiedziała. Tak, rozmawiali na ten temat - ostrzeżenia i wróżby można było przekazać na wiele sposobów.

Świst i błysk zaklęć docierał do wyobraźni nawet, kiedy zamkniesz swoje oczy. Nawet jeśli nie były jedynym źródłem światła. Ta wymiana zaklęć trwała... chwilę. Laurent ledwo zdążył otworzyć powieki, kiedy dwójka mężczyzn skryła się za osłonami, a już w następnym momencie wychylili się zza nich, świsnęły zaklęcia, poleciały i... Louvain zesztywniał. Laurent aż drgnął i uśmiechnął się, ale zaraz ukrył ten uśmiech za dłońmi, za dobrze świadom, że znajduje się w towarzystwie, w którym wręcz nie wypada kibicować Nottowi. Nie powstrzymał jednak westchnięcia ulgi, że skończyło się tylko na tym - na niegroźnych zaklęciach, które nie czyniły żadnej krzywdy i żaden z panów nie miał nawet obitego kolanka ani złamanego paznokcia. Kiedy opanował swoją mimikę twarzy ułożył dłoń na sercu. Nie, naprawdę, w obliczu wszystkich ostatnich wydarzeń to stres tego typu był ostatnim, jakiego potrzebował. Ale nie mógłby odmówić. Oderwał wzrok od areny, kiedy wszedł sędzia, by obwieścić zwycięzcę, gdy pojawiła się Cynthia.

- Dobry wieczór. Tak, znamy się z Hogwartu. - Choć dokładnie tak - znać się z Hogwartu, a utrzymywać relację, pielęgnować ją - dwie różne sprawy. Laurent uśmiechnął się w stronę Królowej Lodu. Zadziwiające, że taka dama przyszła tutaj samotnie. - Przyjaciele Victorii są moimi przyjaciółmi. - Nie mogło być inaczej. Jeśli Victoria komuś ufała to nie widział powodów, dla których on miał tego nie robić. Przesunął wzrokiem po tłumie i napotkał znów oczami na Bella i och, no proszę, Loretta... jak to było? Jadowita tentakula? Jakoś tak? Ale... ale. Kayden. Odwrócił szybko wzrok, żeby znowu patrzeć na scenę przed nimi.

- Do ilu punktów będą walczyli? Czy też - rund? - O zgrozo, był zupełnie niezorientowany w tych zasadach pojedynków, natomiast jeśli teraz każda runda miała tak wyglądać, tak BEZPIECZNIE to nawet oglądanie nie wydawało się takie tragiczne. - Nie sądziłem, że Philip jest taki dobry w pojedynkach. - Był zaskoczony, pozytywnie. Chociaż w zasadzie z tego co się orientował to chyba należał do tego klubu pojedynkowego..? - Rozumiem, że Louvain nie spełnił twoich oczekiwań? - Zwrócił się do Victorii, która była ewidentnie zawiedziona. Tylko nie bardzo wiedział, czym dokładnie. Rzeczywiście ta wymiana wyglądała bardzo jednokierunkowo. - A kto jest twoim faworytem, Cynthio?




RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Eden Lestrange - 14.10.2023

- Walczył? Masz na myśli walkę ze mną? - Dopytała Lyssę, nie będąc pewna, czy dobrze zrozumiała pytanie. Uśmiechnęła się enigmatycznie, zastanawiając się przed drobną chwilę, jak ująć w słowa przymusowy pakt o nieagresji, który łączył ją z bliźniakiem. - Widzisz, istnieją powody, dla których Elliott nie odważyłby się podnieść na mnie ani ręki, ani różdżki. I wcale nie chodzi o to, że są bliźniacze - wyjaśniła, stawiając się w lepszym świetle, choć prawdę powiedziawszy, była postawiona w identycznej sytuacji. Od zarania własnych dziejów marzyła, by zostać jedynaczką, ale najpierw te plany zostały ukrócone przez narodziny Eunice, a potem przez ingerencję ojca w relacje bliźniąt.
Odwróciła głowę do Vakela, gdy oświadczył, że to oczywiste, że górale nie znają lokalizacji Williama. Już miała nie pozwolić mu dokończyć, wtrącić, że co ty nie powiesz, Vasilij, ale potem zrozumiała, że jemu chodzi o chowanie się w podziemiach, a nie na wysokościach. Jęknęła z bólem na myśl, że jej małżonkowi peron odjechał na tyle, by przesiadywać w cudzych piwnicach.
- Jak już wspomniałam, w naszej go nie było, a wydaje mi się, że takie grotołażenie w celu szukania go po cudzych nieco urąga mojemu statusowi - mówiąc to nie wyglądała na zadowoloną. Raczej na poirytowaną, jeśli nie zrezygnowaną. Naprawdę traciła już siły do tego człowieka, coraz częściej czuła się, jakby udomawiała małpę. I to taką z kilkoma tytułami naukowymi, co czyniło to naprawdę karkołomnym zadaniem.
- Jeśli zaś chodzi o zaproszenie od Annie, to bardzo miłe z jej strony - ciekawe czego chce - Jak tylko William przypomni sobie, że ma dom i żonę, to się odezwę w celu ustalenia jakiegoś terminu. - Uśmiechnęła się uprzejmie, ale w oczach tańczył ten dziwny błysk, który ciężko było umiejscowić na spektrum pomiędzy złością oraz obłąkaniem. Zaczynała mieć powoli dość rodziny Lestrange i nie chciało jej się udawać, że jest inaczej.
Gdy Dolohov wspomniał, że on i Elliott mogą kibicować innym drużynom, zmarszczyła brwi, bo nie wiedziała, by ten drugi był jakoś powiązany z Nottem. Rozejrzała się więc odruchowo po sali, szukając kogoś innego po tamtej stronie. Oczy napotkały Erika, który też akurat patrzył w jej kierunku. Uśmiechnęła się w rozbawieniu, bo to bardzo rozjaśniło sytuację i wyjaśniło afiliację Elliotta z drugą stroną. Musiała się powstrzymać, żeby nie parsknąć śmiechem - w końcu to dziwne, że bardziej kibicujesz sekundantowi niż jednej z głównych gwiazd wieczoru.
Odmachała Longbottomowi, po czym wzruszyła ramionami i pokręciła głową, jakby niemo chciała dać mu znać, że nie wie, gdzie jest Elliott i też chciałaby wiedzieć. Doskonale wiedziała, że nie rozglądał się tak namiętnie po tłumie, żeby odnaleźć ją samą, było to przecież widać. Poza tym - skoro nawet Dolohov o tym wiedział, to Eden tym bardziej nie mogła być w ciemię bita.
Przedstawiona Laurentowi uśmiechnęła się nawet, nie chciała być z marszu niemiła, wszakże nie każdego mężczyznę od ręki trzeba było spisywać na staty. Tendencja była jaka była, ale a nuż Prewett wyrwie się z ram i będzie miłym wyjątkiem od reguły.
- Miło mi. Przyszedłeś tutaj dla show czy dla towarzystwa? - Zapytała niewinnie, ćwierkając wręcz jak skowronek, po czym najpierw sugestywnie spojrzała na niego, a momencik później na Lyssę. Nie miała nic złego na myśli, naprawdę.
Niedługo później w okolicy pojawiła się Victoria. Eden westchnęła cicho, ale nie z powodu dziewczyny, absolutnie - po prostu dotarło do niej, że zjawił się tutaj praktycznie każdy członek rodziny, tylko jak zwykle nie William. Aż poczuła fizycznie potrzebę wzbogacenia swojej krwi o kilka promili.
- Wzajemnie. Gdzie zgubiłaś narzeczonego? Może utknął w tej samej mitycznej piwnicy, co moja kula u nogi? - Rzuciła wesoło do Victorii, przechyliła głowę jakby rozanielona, po czym przekręciła oczyma, jakby chciała dać jej znać, że zaraz nie wydoli i pójdzie do Lecznicy Dusz piach widłami przerzucać.
Nie zauważyła, w którym momencie obecnością zaszczyciła ich Loretta, której to honor przecież leżał tu na szali. Ciężko było jej ocenić, czy było co bronić, biorąc pod uwagę, z kim wcześniej była zaręczona, niemniej nie miała zamiaru oceniać na głos, bo też nie mogła się poszczycić wybitnym doborem partnera.
- A kto to przyszedł - rzuciła cicho, mając wrażenie, że powinni ją usłyszeć tylko Vakel i Lyssa. Gdzieś tam w tle Nott tłukł oponenta, co tylko zmusiło ją do bacznej obserwacji Loretty. Była nieziemsko ciekawa, co sądzi na ten temat, ale nie miała ochoty wstawać, więc jedynie wodziła wzrokiem od pojedynku do szwagierki, licząc, że może sama będzie chciała podejść.


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Laurence Lestrange - 16.10.2023

- Ja!
Louis wyszczerzył się na pytanie ciotki Bellatrix, kiedy padło do niego pytanie. Odkąd zmarła żona Laurenca, on musiał mieć chłopca ciągle na oku. Nawet w loży dla VIPów nie trudno było się małemu dziecku zgubić. O tyle w tym miejscu było lepiej, że większość obecnych stanowiła ich rodzina. Szczególnie kuzynostwo. Laurence nie chciał przeszkadzać rozmawiającym, zatem z uśmiechem podziękował kuzynce Bellatrix. Jako że po chwili dostrzegł obecność siostry, przeprosił i skierował się w jej kierunku.
Loretta na widok najstarszego brata, niespodziewanie aż rzuciła mu się na szyję w powitaniu.
- Louvain ucieszy się, że tu jesteś.
Odrzekł w trakcie tego powitania, gdzie objął siostrę w przyjaznym uścisku, uważając też na jej kreację. Kobiety niektóre mają to do siebie, że niewielkie zagniecenia sukni doprowadzają je do szału.
W takim miejscu nie trudno o uwagę Loretty, do której podchodziły inne osoby. Znane bardziej  i mniej. O ile Laurence z Bellamym się znali, tak przedstawiającego się jako Kayden Delacour, już nie kojarzył. Laurence puścił siostrę, aby mogła powitać kolejne osoby. Czując zaraz jak syn ciągnie za nogawkę, wziął go na ręce. Ciekawskie małe oczy Louisa lustrowały obce mu osoby.
Mimo tych wszystkich przyjemnych rozmów, powitań, pojedynek w końcu się rozpoczął. Louis trzymany na rękach ojca, miał lepsze poje widzenia na arenę. Poleciały pierwsze zaklęcia i jak na razie była jedna wygrana ze strony Notta. Laurence zmarszczył lekko brwi, w duchu wierząc, że Louvan nie podda się i pokaże jeszcze na co go stać.


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Vakel Dolohov - 16.10.2023

Dolohov powitał kolejną Lestrange przyjaznym uśmiechem.

- Dobrze cię widzieć, Victorio - powiedział spokojnie, bardzo przyjaznym tonem głosu. - Miałaś już okazję poznać Lyssę?

To było upokarzające, skrajnie upokarzające jak dokładnie znał rodzinę swojej żony. Wiedział o niej wszystko, studiował każdy detal jej cholernego życia. Na wszystkich bogów, w których wierzyli ci lokalni druidzi, na Kosmos, na Wszechświat, na Absolut, jak on tej kobiety nienawidził za to, że przez sześć lat życia, zamiast kontynuować badania z należytą intensywnością, wracał wcześniej do domu, żeby robić do niej maślane oczy i analizować jej drzewo genealogiczne. Doprowadziło to do tego, że żywił rzeczywistą niechęć do takiej na przykład Victorii, która nic mu przenigdy nie zrobiła. Po prostu sobie siedziała, przywitała się z nim uprzejmie, nawet jeżeli miała jego egzystencję głęboko w dupie. A on, gdyby tylko świat działał tak jak w jego marzeniach sennych, bardzo chętnie złapałby ją za włosy i przejechał jej twarzą o stojący przed nimi stoliczek. I wciąż - to nie była jej wina. Ale ta nienawiść była tak żywa, tak pieruńsko irytująca.

A jednak siedział tutaj i rozmawiał o jakiś dyrdymałach z jej bliskimi. Z tych wszystkich ludzi, najbliżej mu było charakterem do Eden. Oby się nigdy z Williamem nie rozwiodła, to przynajmniej jedna twarz na zjazdach rodzinnych nie będzie wywoływała w nim udaru.

- Nie wydaje mi się, aby było to jakkolwiek ciekawe widowisko. - Nie mówił tego z fałszywą skromnością. - Prawda jest taka, że ludzie zaskoczeni są dopiero wtedy, kiedy te wróżby się sprawdzają i uważam to za całkowicie zrozumiałe.

Kiedy skończył mówić i przerwał kontakt wzrokowy, spojrzał się na Lorettę, która na walkę o własny honor przyszła ubrana jak kompletne kurwisko. Opuścił okulary na nos, chcąc sprytnie ukryć zerkanie w jej kierunku, bo bał się, że znowu zrobi jakąś pogardliwą minę. Na szczęście jego twarz pozostała niewzruszona.

- Jeśli komuś masz dziękować - zwrócił się do Victorii - podziękuj raczej wszechświatowi. Ewidentnie miał wam tego dnia coś do przekazania... ugh - zmarł na moment, obserwując początek pojedynku. Był potwornym snobem, nienawidził brudnych miejsc, a z potencjalnie niebezpiecznej sytuacji uciekłby pierwszy. Możliwe, że powinien się wzbronić przed tym stęknięciem, ale chyba nikt się nie spodziewał po człowieku kojarzonym ze stosem książek, że będzie wielkim fanem okładania się po mordzie. Na szczęście Eden rzuciła czymś błyskotliwym, mógł się tak bardzo nie skupiać na swojej osobistej porażce. Zamiast tego zmarszczył brwi, kiedy zauważył, że...

- ...faktycznie przyszliśmy tutaj wszyscy bez naszych połowic.

Może teraz siedzą gdzieś w Little Hangleton i się z nich nabijają, że tu przyszli? Kurwa, ale by był zły. Ale młody Rookwood średnio pasował mu do kiszenia się razem z nimi w piwnicy. No, chyba że on był teraz przypięty do krzesła, a oni nacinali jego skórę i wylewali na rany jakieś nowe receptury, które trzeba było przetestować na kimś żywym.

Korzystając z okazji... udał, że dopiero co zauważył tę nieszczęsną Lorettę. Jeżeli nawiązała z nimi kontakt wzrokowy, spojrzał na nią ciepło, ale zza ciemnych szkieł, ukrywających wcześniej skrajne niedowierzanie.


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Alexander Mulciber - 17.10.2023

Czyżbyś o mnie zapomniał? dźwięczało w głowie Mulcibera, kiedy wkroczył do hali widowiskowej, aby obejrzeć pojedynek o pizdę - wróć - o honor (?????) Loretty Lestrange, na który zresztą otrzymał osobiste zaproszenie, jak gdyby chodziło o jakieś wesele albo bal dobroczynny... Widać siedziba fundacji mieściła się między jej nogami, które w ramach akcji charytatywnej pozostawały szeroko otwarte dla wszelkiej maści przyjebów - w tym dla obecnej tu postaci Philipa Notta - kiedy choćby na chwilę spuścił ją z celownika swojego trzeciego oka. Tylko głupiec chciałby licytować jej wdzięki... Na szczęście, Axel cieszył się nimi za darmo.

Ale Philip Nott? Znowu się puściła z tym dupkiem, czy co? Przecież typ wyglądał, jakby pasty Fleetwooda do polerowania rączki od miotły używał zamiast lubrykantu i żelu do włosów zarazem. Ciekawe, czy użyłby jej też jako maści na ból dupy, gdyby ktoś wepchnął mu tę jego miotłę w...

Na początku pomyślał, że Loretta zaprasza go na orgię.

Cóż, mógł się pomylić. Loretta zawsze miała skłonność do egzaltacji. Lubowała się w takich wyszukanych metaforach, kiedy już do niego pisała (głównie wtedy, kiedy chciała go obrazić, albo właśnie wtedy, kiedy pragnęła mieć go przy sobie). Było coś szalenie pociągającego w sposobie, w jaki dobierała słowa - zawsze bardzo elegancka, niezależnie od tego, czy pojawiali się gdzieś publicznie czy skrywali się przed ciekawskimi spojrzeniami w jakimś ciemnym zaułku na Nokturnie - najciekawsze jak zawsze pozostało jednak to, co tkwiło niewypowiedziane między wierszami. Zaproszenie przeleżało na jego biurku ponad pół miesiąca, ale zapach perfum, jakimi zwykle skropiona była papeteria Loretty i tak owionął go całkowicie kiedy rozerwał znajomą pieczęć, posyłając na podłogę resztę nagromadzonej przez ostatnie tygodnie korespondencji.

Walka o honor Loretty Lestrange, słyszał, jak dyktują swoim samopiszącym piórom zgromadzeni wokół areny reporterzy. Machnął tylko ręką na kelnera, który proponował mu aperitif. I tak nie wyszedłby z domu trzeźwy, jak zawsze. Rozważał, czy nie wziąć ze sobą szwagierki, skoro jego kochanka zgromadziła całą salę ludzi debatujących o jej cnocie, ale Diana guzdrała się, a on nie mógł dłużej wytrzymać w ciasnym mieszkaniu.
Dookoła niego było za dużo bodźców, co nie wpływało zbyt korzystnie na jego samopoczucie. Przepalone od narkotyków styki w jego głowie też nie stykały tak do końca - czuł się nieco otumaniony, w końcu powrócił do rzeczywistości po krótkim L4 - ale dzięki zaproszeniu wszedł na halę bez problemu.

Nie tego spodziewał się tu zastać po powrocie.

Tępym wzrokiem przeszukiwał salę. Najszybciej rzuciła mu się w oczy Eden Lestrange - zawsze miał słabość do tej sadystycznej blondynki, choć skoro wżeniła się w rodzinę Lestrange’ów miała widocznie bardziej nasrane w głowie, niż on, a przecież oświadczał się Lorettcie już chyba z sześć razy, co prawda niepublicznie... - A zaraz obok niej nie kto inny, jak Vakel Dolohov (nic dziwnego, takie pokłady many od razu przyciągały wzrok) w towarzystwie kolejnej niezłej blondynki, która wyglądała tak młodo, że mogła być jego córką, no, no... A nie, to naprawdę jego córka, ups. Skinął mu głową, chociaż nie spodziewał się, by ten fircykowaty skurwysyn nawet zerknął w jego stronę - koszula Axela miała trochę zmarszczek po podróży, a znając pedanterię starszego wróżbity, pewnie myślał, że jeszcze czymś gotów się zarazić od typa, który ostatni miesiąc spędził chlejąc na umór w cygańskiej komunie. Jego spojrzenie gładko przesunęło się po elegancko ubranym mężczyźnie - czyżby jakimś nowym przydupasie Dolohova? - i kolejnej blondynce, w której żyłach niechybnie płynęła krew wili... Jakaś czarnowłosa piękność - Victoria Lestrange, czyż nie? - też czaiła się obok.
Reszty tłuszczy nie zamierzał na razie zaszczycać nawet najmniejszym ochłapem swojej uwagi, ponieważ nie byli Lorettą, a autorka zapomniała ustalić mu więcej relacji sory. Przez chwilę gotów był uwierzyć, że jej tu nie ma, że nawet dla niej ta farsa była zbyt absurdalną, że nawet jej umiłowanie do światła fleszy nie zmusi jej do zmieszania się z tym motłochem... Ale właśnie zaczęła boleć go głowa, jak zawsze, kiedy chodziło o Ettie. Cóż, Loretta była jego ulubionym bólem głowy. Zimne spojrzenie Alexandra ślizgało się po twarzach zgromadzonych w hali ludzi...

Wreszcie ją zobaczył. Czyżbyś o mnie zapomniał, znów zadzwoniło w jego głowie, ale miał już na to gotową odpowiedź: Kurwa, chciałbym. I zaraz skierował swoją kroki w jej stronę, przeklinając własną głupotę i chuć. Tylko u jej boku czuł się tu na miejscu.

Rzucił przepraszające / mordercze / puste spojrzenie do reszty npców orbitujących dookoła jego kobiety (nie zarejestrował ich twarzy, bo był jebanym debilem z przerostem ego - i zwyczajnie w świecie nie miał cierpliwości, by czekać, aż Lestrange skończy bajerować kolejnych debili - gdyby mieli jakiś problem, mogli dołączyć do zjebów bijących się na arenie, nara) i odciągnął Lorettę nieco na bok, chwytając ją za rączkę.

- Brakowało mi ciebie - rzucił tak beztrosko, jakby na co dzień składał jej takie deklaracje bez mrugnięcia okiem, jakby byli zwykłą parą zakochanych... Nawet nie wydawał się zły, że znowu upadła tak nisko, że wyrażenie kobieta upadła mogło być co najwyżej eufemizmem na jej obecną pozycję. W końcu i w upodleniu można było znaleźć pewien urok. A tego Loretta posiadała wiele.
- Byłem na odwyku. - Prawdę mógł wyznać potem. O ile w ogóle. Dotknął jej twarzyczki, gestem równie czułym co zaborczym. Na tym skończyła się wylewność Alexandra, phi. Tylko jego spojrzenie wędrowało od jej czerwonych ust, do oczu, które były najpiękniejsze, kiedy ciskały weń pioruny. - Tobie też by się przydał, skoro jesteś tak zdesperowana, że znowu skaczesz po jakimś tam kiju od szczotki Notta. - Ale wybaczę ci to tym razem, przemiędlil w głowie kolejny fragment listu. Och, jakże on nienawidził tej jej atencyjnej potrzeby pozostawania na ludzkich językach. A Alexander? Nawet nie zmienił swojego obojętnego tonu czy wyrazu twarzy od kiedy tu przyszedł. No, może parę głodnych iskierek zapaliło się w jego pustych oczętach.

- Jak było w Ameryce? - Czy łamiąc palce Leandrowi, złamałaś przy okazji wasze zaręczyny?