![]() |
|
[29.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [29.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas (/showthread.php?tid=2456) |
RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Laurent Prewett - 16.03.2024 Człowiek potrzebował wyzwań na swojej drodze. Jeśli wszystko toczyło się gładko, zaczynał popadać w marazm. Prosta droga, monotonna, nawet jeśli przyjemna, potrafiła zburzyć człowieczeństwo u podstawy - ten fragment, w którym wszystko w tobie zbierało się do rozpoczęcia ewolucji. Ulegaliśmy ciągłym zmianom. Było to wpisane w nasze DNA, w powietrze, które wdychaliśmy i które wydychaliśmy. Mężczyźni zostali zaprojektowani tak, by walczyć z wyzwaniami, prawda? Ich dłonie były nawykłe do trzymania miecza, drewna włóczni, ich ramiona do napinania mięśni. Biologia czasami potrafiła być zadziwiająco okrutna w swojej zero-jedynkowości, nie ważne jak mocno rozwój człowieka brnął w przód, tak pewne rzeczy, w tym gadzim mózgu umieszczonym w bielmie naszych czaszek, szeptał ciągle o pierwotności i odwoływał się do rzeczy, które dawno były niby za nami i którymi nie powinniśmy się przejmować. W końcu - oto my, ludzie! Szczyt rozwoju tego świata! Nadinteligentni, obdarzeni uczuciami wyższymi - wszystko to brzmiało dumnie i wspaniale. Dlatego stawiasz przed sobą wyzwania do przekroczenia, żeby móc skakać. Żeby nie zapomnieć o tym, że twoje nogi były do tego skakania przystosowane. Coś, o czym Laurent nie myślał w tym momencie, taki rozluźniony, z zasianą przez ludzi nieufnością wobec nich samych i przez nich samych. Tak zamieniali czystą jak łza niewinność w pierwotny strach i świadomość tego, że w tym świecie naiwność była przynajmniej kilkoma gwoździami do trumny. Nicholas jawił się jak najbardziej statyczna rzecz tego świata, pewniejsza nawet niż to, że nastanie nowe jutro. I on myślał o przeskakiwaniu? O wspinaniu się gdzieś, o podróżach, które mogłyby odkryć coś nowego? Cóż, gdyby nie miał w sobie tej potrzeby to by go tutaj nie było. Albo byłby, żeby zaspokoić potrzeby cielesne i potem pofrunął z powrotem do siebie, zapominając o tym, że człowiek może się nauczyć delikatności, czułości i że emocje pobierane można zwracać, nawet jeśli w bardziej oszczędnej formie. Nie łudził się za to, że to były niewinne dłonie. Te, które go obejmowały. Ile było na nich krwi i ile błagalnych spojrzeń odbiło się w zimnych oczach Nicholasa wiedział tylko on sam. Daleko było Laurentowi do bycia głupim - naiwnym, owszem, wierzącym w ludzi - tak. Ale nie był głupi. Widział oczy takie, jakie nosił Nicholas - patrzące na ten świat z takim chłodem dlatego, że kawałek lusterka Królowej Lodu dostał się do nich prosto do serca. Czuł nacisk zimnych rąk na swoim ciele, które chciały tylko rozkoszy - i to tylko własnej, niekoniecznie przejmując się tym, czego potrzebowała druga strona. Zadał sobie też to pytanie: czy ten człowiek jest Śmierciożercą? Czy miał coś wspólnego z tym, co działo się w New Forest? Odpychał od siebie to myślenie tym, że przecież znali się wcześniej, więc to przypadek, po prostu historia się jakoś tak potoczyła... Tak jak zadawał sobie pytanie, czy pracuje nadal z Dante. Czy powinien się go naprawdę bać, a skoro tak to dlaczego mu nie zależy zupełnie, co się z nim stanie? Byle tylko nie cierpieć za długo, wtedy będzie w porządku. Umarłby myśląc, że umarł na warunkach, które sam sobie przygotował, jak wygładzoną pościel swojej sypialni. - Zastanawiam się, który z nas popełni błąd. Czy ja, kiedy przestanę zastawiać pułapki czy może ty, kiedy pomyślisz, że za bardzo się rozluźniłem. - Laurent zaplótł jedną pułapkę w swoim życiu. Pajęczą, cierpliwie ułożoną sieć. Był jak biała wdowa na tronie swojego królestwa, choć daleko mu było wtedy do króla i daleko miał do własnych ziem. To była pułapka na Dante. To, co działo się między nimi, przypominała ją tylko w jednym - sposobie działania Laurenta. Bo Nicholasa nie chciał skrzywdzić, bo i nie czuł się krzywdzony z jego strony. Wręcz przeciwnie. I nie chciał tworzyć fałszywego obrazu odpowiedzi, które mógłby dostać zadając odpowiednie pytania, więc zamiast tego chciał się przekonywać w czynach, do czego Nicholas się pokieruje, a do czego nie. Na razie czuł, że przegrywa. A to, że przegrywał, było akurat pożądane. Dobrze jest myśleć, że chyba jednak ta osoba nie chce ci posłać smrodu czarnej magii w plecy z jakiegoś powodu. Zastanawiał się też, czy powinien spodziewać się amortencji w swoim drinku, który tu został z Nicholasem i nie zamierzał go teraz pić. W zamian za te wszystkie niepewności Nicholas z całkowitą prostotą obdarzał go takimi słodkościami, że Laurent nie potrafił się nadziwić. Faktycznie, zawsze chciał się czuć jak księżniczka. Chciał przestać chronić i chciał czuć się broniony. - Wyobrażałem sobie, że mógłbym być jak Śpiąca Królewna. Pewnie tej bajki też nie znasz. - Laurent się nie uśmiechnął, bo w zasadzie jak smutne trzeba mieć życie, żeby nie znać bajek? - Księżniczka zamknięta w wieży, pilnowana przez smoka, przyjeżdża rycerz na białym pegazie i ratuje ją z opresji. A potem żyją długo i szczęśliwie. - Miał fantazje na wiele tematów i w różnych aspektach. Niektóre były bajkowymi wymysłami dzieci, inne były tak sprośne, że powiedzieliby, że to nijak nie pasuje do jego twarzy przypominającej dutki lotek na kościach policzkowych i chorągiewki dalej, do tej skóry jak gładkie, mleczne perły wyrwane z serca morza. - Ale to by do mnie nawet nie pasowało. Gdyby ktoś zamknął mnie w wieży pewnie przekonałbym smoka, że lepiej będzie mnie chronił lecąc ze mną ponad chmurami i tak przemierzylibyśmy cały świat, a nieszczęśliwy rycerz obszedłby się smakiem. - Dopiero teraz się uśmiechnął z rozbawieniem i zerknął kątem oka na Nicholasa, nim znów wyjrzał za oko. Uśmiech bardzo szybko ostygł. Milczał przez moment. - To nie byłoby złe - umrzeć w tym miejscu. Dostałbym na swój nagrobek mnóstwo kwiatów. Mam nadzieję, że moja siostra pomyślałaby, żeby przynieść moje ulubione słoneczniki z piękną, błękitną wstążką. RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Nicholas Travers - 21.03.2024 Z atakiem na Ne Forest, Nicholas nie miał nic wspólnego. Nie bez powodu zadawał pytania, okazując zainteresowanie tematem. Nie ukrywając po sobie, że być może życie magicznych stworzeń było dla niego cenniejsze niż ludzkie. Stworzenia miały w sobie znacznie więcej magii, historii i przywiązania do przyrody. Żyły w większości wolnością. Bez zasad. Niekiedy wykorzystywane do różnych celów społeczności ludzkiej. Nie okazywał po sobie tego, jakoby znał sprawę z atakiem. Nie zdradzał po sobie niczego, jakoby był śmierciożercą. To, że spoglądał oczami śmierci, miał w oku lodowe szkiełko z lustra, mogła być temu winna jego praca. Bycie świadkiem nie jednej czyjejś śmierci. Doświadczając jej dość często. A także, samemu odbierając czyjeś życie. Travers nie dawał po sobie poznać, jakoby miał za cel zrobić krzywdę Prewettowi. Był jak te magiczne stworzenia, bezbronne. Które potrzebowały może swojego ochroniarza. Być może w ten sposób, przebywając z nim, budował jakąś więź zaufania. Aby go mieć przy sobie. Świadom będąc, że nie powinien przekraczać swoich granic. Narzuconych sobie. Nie straci kontroli. Którą coraz trudniej było utrzymać. Te słowa, ”który z nas popełni błąd”, nie brzmiały motywująco. Brzmiały poniekąd ostrzegawczo. Grali w grę. Swoją, niebezpieczną. Z pułapkami, w które sami wpadają i próbują jakoś wydostać. Na te słowa, Nicholas nie odpowiedział nic. Jedynie spojrzał na niego, milcząc. Czyżby te słowa mu się nie spodobały? Czy może nie wiedział jak odpowiedzieć? A może, postanowił zostawić odpowiedź dla siebie. Dla nich. Jako pytanie, bez odpowiedzi. Biała wdowa. Która w swoją sieć mogła schwytać motyle. I sama zdecydować, czy je wypuści. Czy uwięzi i zadecyduje o dalszym ich losie. Gdyby on, Nicholas Travers, wpadł w taką sieć Laurenta Prewetta, to czy dałby radę się z niej uwolnić? Czy w takim przypadku, zmuszony byłby wyjawić swój czarny sekret? Śpiąca Królewna. Czy to znaczyło, że Laurent otaczał się bardziej znajomością kultury i zwyczajów mugolskich, niżeli on sam? Pozwolił mu jednak opowiedzieć o kobiecie, pilnowanej przez smoka. O rycerzu, którego zadaniem było ją uratować. Przekładając na tutejszą ich relację, Prewett widział to inaczej. Nicholas sobie to wyobraził. Pasowałoby to do Laurenta, aby przekonać smoka do siebie. Ale tylko jeśli ten, zgodzi się z nim współpracować. Nicholas miał styczność z tymi stworzeniami. Pobierał praktyki, w pracy nad magicznymi stworzeniami. Piękne bezlitosne bestie. Wychować takiego pod siebie, byłoby wspaniałym wyzwaniem. Tak. Laurenta ponosiła fantazja. Ale też zaraz spoważniał, mówiąc o śmierci. Tutaj Nicholas okazał mu więcej uwagi. Spojrzał na niego, słuchając. Dowiadując się przy tym, jakie są jego ulubione kwiaty. Jaka kokarda. - Jeżeli nie ona. Ktoś inny na pewno będzie o tym pamiętał.Czyżby próbował go pocieszyć? Trudno stwierdzić. Nicholas nie pocieszał. Próbował może zrozumieć drugą osobę, jakie mogła mieć potrzeby i zapewnić, że ktoś inny, kto go zna, zadbałby o ten szczegół. Tylko jeśli, zostanie o tym poinformowany. Westchnął cicho. Może powinien się już zbierać? Tylko że Laurent nie wyglądał w obecnej sytuacji na takiego, co by teraz chciał go puścić. Leżąc prawie na nim, wtulając się. Będąc obejmowanym przez ramię Nicholasa. Pogoda też nie wydawała się szybko poprawiać. Lecz Traversowi nie przeszkadzała. Lubił deszcz. Lubi pochmurne niebo. RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Laurent Prewett - 22.03.2024 Światło, które miało moc wślizgnąć się niemal wszędzie, jeśli tylko dać mu taką okazję, jeśli tylko zrobić szczelinę, pokazywało ludziom to, czego częstokroć zobaczyć nie chcieli. Cały ten brud pod dywanem. Te trupy zamknięte w szafie. Te sznurki, na których wisiały marionetki zwane dalej ludźmi. Dopiero wtedy, kiedy przestajesz się światłem zachwycać i jego ciepłem dociera do ciebie, jak wiele mogło przynieść szkód - głównie tobie samemu. Jakie będzie miało znaczenie to, co zobaczy Laurent i co się z nim stanie, kiedy największym zagrożeniem będzie to, że te plany, te sekrety, zostaną wyciągnięte i coś będzie ci groziło? Czy dojdzie wtedy do kolizji, która rozbije świat na kilka części? Zastój, bezruch, próba wyceny, co zrobi druga strona. Czy teraz mogę zaufać, kiedy prawda padła? Teraz jest już satysfakcja z objawionych faktów? Brakujące elementy układanki, które Laurent ignorował, a większości nawet nie wiedział. Bo przecież myśl o tym, że leży na Śmierciożercy byłaby zbyt przerażająca, żeby w nią uwierzyć. Że przytula się do osoby, której dłonie zadały tyle bólu i śmierci, że chyba pozostałoby tylko wymiotować od krwi, która w niewidzialnym woalu okrywała palce. - Pamiętał... tak... - Uśmiechnął się, przymykając oczy. Żeby o czymś pamiętać to jeszcze trzeba o tym wiedzieć. Pewnie Victoria by wiedziała. W końcu kiedy przychodziło do otaczania się kwiatami to róże i słoneczniki były chyba pierwszym wyborem, po jaki by sięgnął, nawet jeśli te dwa kwiaty nie komponowały się ze sobą w jednym bukiecie. Ojciec by nie miał pojęcia. Macocha by pewnie jeszcze podziękowała Bogu nad jego grobem, że to już, że W KOŃCU nie będzie musiała oglądać jego twarzy. Brenna na pewno przyniosłaby pięęękny wieniec. Jeden wianek od niej stał się teraz ozdobą jadalni, którą mieli za plecami - stał się częścią tworzącą lampion. Bez magii transmutacji nie wyglądałoby to nawet w połowie tak dobrze. I przede wszystkim kwiaty by zwiędły. A tak ciągle kwitły i ich łagodny zapach mieszał się tu z morskim tchnieniem. - No dobrze. - Powoli się podniósł i odetchnął. Automatycznie jego palce zaczęły przesuwać się po platynowych kosmykach, żeby je ułożyć. To było już naprawdę machinalne - konieczność wyglądania dobrze niezależnie od tego, czy przed chwilą ktoś ci te włosy wyszarpał, czy może parę kosmyków się przestawiło od zwykłego leżenia. - Przepraszam, robię się bardziej pesymistyczny, kiedy jestem zmęczony. - Bo ciągle ciążyły mu negatywy i brak wiary na głowie, a kiedy nie miało się siły traciło się też panowanie nad tym, żeby udawać, że jest inaczej. Ale to proste pocieszenie, banalne wręcz, było miłe. Naprawdę miłe. Bo tak, miał rację, ktoś pewnie będzie pamiętał. - Dziękuję. Miałem naprawdę wspaniały dzień. - Taki... szokująco prosty i jednocześnie szokująco magiczny w tej prostocie. Taki... taki, który sprawił, że poczucie szacunku wobec jego osoby i dowartościowania malowały burość i szarość różową pastelą. Nie miały szans zamalować jej całej, ale przynajmniej pojawiło się coś nowego. RE: [28.07.1972] It Takes a Lot to Know a Man | Laurent & Nicholas - Nicholas Travers - 22.03.2024 Dlatego trzeba było działać ostrożnie. Nie dopuścić do tego, aby promienie jakiegokolwiek światła, dotarły tam, gdzie nie powinny. Aby nie odkryły to, co jest przeznaczone dla uszu, wzroku i serca tego, który nie powinien o tym wiedzieć. Doświadczać dodatkowego bólu. Istota żyjąca w niewiedzy, bywa bardziej szczęśliwa, niżeli ta, która znając brudy będzie żyć w obawie. O swoje lub cudze życie. Lepiej jest żyć w kłamstwie, niżeli w prawdzie. Kłamstwa są proste i zakrywają to, co prawdziwe. Prawda często przynosi ból. A chyba tego Laurent nie chciałby doświadczać. Temat, który był nie raz omawiany, potrafił powracać jak bumerang, za każdym razem. Laurent, jako istota stworzona w połowie człowiekiem, w połowie selkie, była gatunkiem "zagrożonym". Choć piękny, miał wrogów. Choć bezbronny, jest nieufny. Uważny i ostrożny. Ryzykował, lecz robił to świadomie. Wpuścił do siebie kogoś, kogo się bał. Ta wspominana często "wyjątkowość" przyciągała go do niego jak magnez. Do Traversa. Czarodzieja, o czarnym sercu, którego korzenie wywodziły się z rodu skazanego na życie w likantropii. A on, jeden z nielicznych, nie był jednym z nich. Stał się motylem, nie wilkiem. Czy piękny owad, może być groźniejszych od wyjącego w pełnię, przerażającego ssaka? Z fauny do flory. Kwiaty. Rośliny, których Nicholas do pewnego czasu, nie posiadał w swoim mieszkaniu. Jeszcze w połowie tego miesiąca, był zdziwiony bukietem, jaki odebrał a przekazane były dla jego współlokatora. Nawet, jeżeli miały inne przeznaczenie, szpeciły mu wnętrze. Było dobrze, że temat pozostawił bez komentarza, bowiem niedawno, to on, Travers, otrzymał nie bukiet, ale roślinkę doniczkową. Od Laurenta. Czy Nicholas miał swoje ulubione kwiaty? Nie. Chyba, że susz, wykorzystywany do rytuałów? Albo odstraszenia czegoś, kogoś. Ale jeżeli podejść do tego jak Laurent, który uwielbiał słoneczniki, tak Nicholas cenił sobie kalie. Czarne, kalie. Nikogo nie powinni dziwić, dlaczego. Laurent zaczął wyswobadzać się z jego objęcia, więc Nicholas zabrał rękę, pozwalając mu się poprawić. Przyglądał się temu, jak poprawiał włosy. - Nie masz za co.Zapewnił. Nie zrobił nic, za co miałby teraz przepraszać. Miał prawo być zmęczonym, biorąc pod uwagę dzisiejszy dzień i swoją chorobę? Może jego organizm wymagał częstego odpoczynku. - Jesteś, jaki jesteś. Nie przeszkadza mi to. Dodał. Nie wiedzieć po co. Może chcąc zaznaczyć, że nie przeszkadza mu to, jaki jest Laurent podczas zmęczenia? Dzień zleciał im pozytywnie, przyjemnie, bez konieczności sięgania po przyjemności. Głębokie, przyjemności. Bez seksu. Travers widocznie udowodnił mu, że bliskość przebywania ze sobą dwóch osób nie zawsze musi się tym kończyć. Zaspokajaniu potrzeb. Pokazał mu sobą inną wyjątkowość. Choć nie darzył go żadnym ciepłym uczuciem, żadną miłością, był obok. Prewett podziękował za ten dzień. Travers skinął głową i powoli wstał. To by znaczyło, że spotkanie mogło dobiegać oficjalnie ku końcowi. Nawet, jeżeli deszcze nie przestawał padać, dla Nicholasa nie było problemem teleportować się. O ile nie przewidziano zakłóceń. O ile nie będzie zmuszony zostać tutaj dłużej niż jest to konieczne. Zostawać na noc? Uwagę początkowo skupił na jego jarczuku, a po chwili odwrócił w kierunku Laurenta. Zbliżył się, pochylił, aby jedną ręką oprzeć oparcie kanapy, zaś drugą ujął jego podbródek. Spojrzał mu w oczy. W te niespotykane, piękne oczy. Ile by dał, aby je mieć tylko dla siebie. Ucałował go w usta. Tak, jakby na pożegnanie. - Będę się zbierał. Uważaj na siebie.Poradził. Nie musiał tego mówić. Ale skoro Laurent uwielbiał tego typu słowa, chciał poczuć się ważny, Nicholas kontynuował ich grę. Możliwe, że Nicholas w ostrożności, nawiązywał także do tego śmierciożercy, który rzekomo wtargnął na jego posiadłość. Mógł także nawiązać do innych przypadków, o których mógł nie wiedzieć. Bądź, samego Dante. Cofnął się prostując. Jeżeli Laurent nie zamierzał go zatrzymywać, Nicholas pozwolił się sam odprowadzić do wyjścia. Stamtąd teleportując do Londynu. W bezpiecznym miejscu, gdzie nikt nie powinien go widzieć. Od razu wtem zaszedł do mieszkania na Horyzontalną. Choć przemoczony, to był poniekąd niezadowolony. Miał ku temu swoje powody. Koniec sesji |