![]() |
|
[7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +--- Wątek: [7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie (/showthread.php?tid=3207) |
RE: [7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie - Morpheus Longbottom - 24.05.2024 Wchodzę pod stół wysmarować kremem Basiliusa.
Spodziewał się, że Cain mu odda i tak oto jego strój królika stał się koszmarem dla każdego, kto miałby go wyprać. Na szczęście nie zamierzał zrzucać tego na biedną Malwę, która i tak będzie miała sporo sprzątania po tym przyjęciu, nawet biorąc pod uwagę, że wszystkie dzieci i wnuki Godryka Longbottoma były wytresowane, aby pomagać skrzatce i nie być bezużytecznymi mimozami, które pokładają się na swoich szezlongach. Nic dziwnego, że wielu zapomniało, że są rodem arystokratycznym, gdy większość z nich biegała w szortach, z miotłami nie tylko do latania. Albo mieli ciasto na twarzy. I ubraniach. Bawił się cudownie, a widząc błyski lampy w aparacie Brenny wiedział, że będzie chciał zabrać część odbitek do Little Hangleton, aby zawiesić je w jego prywatnej pracowni. Dobrze, że istniała teleportacja, bo i tak zamierzał spędzać mniej więcej tyle samo czasu w Warowni, co tam, po prostu czuł w kościach, że potrzebuje nieco więcej spokoju, a pojawienie się kolejnej nici losu, w postaci Samuela, w otoczeniu, nieco mu przeszkadzało. Nie chodziło o osobę, ale losy, splatające się z innymi. Chaos w głowie nie był mu potrzebny. Zdjął garść kremu ze swojej kamizelki i przykucnął, aby wgramolić się pod stół i wysmarować nim Basiliusa. Niech nabierze, hahaha, koloru, biedny, blady magidoktorzyna. Walka ciastowa w zwarciu z Bazyliszkiem (N)
[roll=N] RE: [7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie - Basilius Prewett - 24.05.2024 Przyglądam się imprezie, potem walczę (o życie) z Morpheusem Nigdy by się do tego nie przyznał, ale żart, który zafundował Thomasowi dał mu więcej satysfakcji niż przypuszczał. Zwłaszcza, że czarodziej nie zorientował się nawet kto rzucił czas (ukrywanie się pod stołem miało jednak bardzo dużo zalet. To chyba będzie jego nowy ulubiony stół, a przynajmniej nowy ulubiony stół u Longbottomów). Przyglądał się więc teraz z pewnym rozbawieniem chaosowi, który coraz bardziej postępował, ciesząc się, że może brać w nim udział jedynie jako obserwator. Musiał przyznać, że to wszystko prezentowało się jako całkiem ładny obrazek. Taki namalowany przez malarza abstrakcyjnego po kilku kieliszkach wódki, ale ładny. Gdzieś w tym wszystkim zarejestrował, że Brenna robiła gościom zdjęcie, ale uznał, że nie będzie marudzić, a jedynie wywróci czami jeśli się na jakimś zobaczy. Przynajmniej jeśli ktoś kogoś zabije tym flamingiem, będzie miał dowód, że on jest niewinny. I pewnie nawet pomyślałby z uśmiechem, że było to naprawdę udane przyjęcie urodzinowe, ale w tym momencie karma dopadła go w postaci nikogo innego, jak Morpheusa Longbottoma. – Nie, nie, nie, nie!— krzyczał, próbując obronić się przed okrutnym tortowym losem, chcąc przekierować dłoń czarodzieja tak, by sam dostał tym ciastem. Chyba wolał Longbottoma, gdy nie był w stanie trafić w żaden cel. Skandal. On mu ogarnia oczy, a w nagrodę dostaje tortem. Rzut na tortowy pojedynek z Morpheusem. [roll=T] RE: [7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie - Millie Moody - 24.05.2024 Mildred śmieje się jak nigdy, rodzeństwo Moody leży na niegejowym niebieskim kocu. Będzie też bardzo suchy żart, ostrzegam. Millie biegła, mknęła niczym świetlista kometa, jak srebrzysty brokatowy znicz, nawet jeśli do tej metafory obecnie bardziej pasowałby tłuczek, zniczo czarnych jak noc skrzydełkach. Nie liczyła na to, że cokolwiek jej się uda tym wskórać, przez wzgląd na wiele czynników i kilkadziesiąt centymetrów różnicy wzrostu, zderzenia wagi piórkowej z wagą ciężką oraz nie da się ukryć - doświadczenia zawodowego. Głowa jej jednak uciekała do czasów dzieciństwa, gdy nie raz nie dwa za dzieciaka bili się i szarpali, nigdy w gniewie, zawsze jako forma "zdrowego rozładowania napięcia". Wściekłość, bezsilność, to zawsze można było wybiegać, wykrzyczeć, wyładować pięściami uderzanymi o twardy brzuch stoickiego brata, który co najwyżej poinstruował ją, jak lepiej trzymać gardę. Byli jak Hanzel i Gretel i nawet och! nawet razem czasami polowali na potworności, a wspólne polowania (niekoniecznie te na ryby) należały do topki dziesięciu zajęć z Alastorem. Być może ich życie, wyglądałoby inaczej, gdyby matka nie zgasła w dłoniach Miles pewnej grudniowej nocy, pozostawiając wyrwę w sercu dziewczynki i lęk przed zasypianiem, który był w stanie odgonić tylko kojący głos brata. Być może wyglądałoby inaczej, gdyby różnica wieku pomiędzy nimi byłaby inna i Moody nie zostałaby na trzy długie lata sama w domu z ich ojcem. Być może, ich historia pisałaby się wtedy inaczej... Podniósł się, gotowy do uniknięcia jej, gotowy do umknięcia, ale nie zamierzała odpuścić wyzwania. Dlatego też podwójnie zdziwiła się, że trafiła w jego twarz, zdziwiła się, czując twardy chwyt, który zaraz miał ją... rzeczy zadziały się stanowczo za szybko świat zawirował i nagle leżeli na zmiętolonym kocu, na trawie. Twarz Alastora była obecnie cała w bieli kremu i pokruszonej bezy, okraszona roztrzepanymi na boki brązowymi lokami pośród soczystej zieleni nieco zbyt długiej trawy, z resztą ich ubrania nie były w dużo lepszym stanie. Dzbanuszek zniknął gdzieś, a Mildred... nie było słów, by opisać jak głośno i serdecznie zaczęła się śmiać. Bez histerii, bez szydery, w powietrzu unosiła się wydestylowana euforia, która echem niosła się wśród drzew warowniowego ogrodu. Ostatnim razem gdy tak leżeli razem, urodziła się znów dla świata. Był zmierzch, a wszystko wkoło śmierdziało środkiem do czyszczenia podłóg. Była czerń, zachłanna i lepka, ale on kazał jej wtedy zostać i żyć. I ona została, bo jej kazał, bo był obok. Ale teraz, pośród zieleni, w lśniących barwach, w ciepłym sierpniowym słońcu, gdy tak leżeli, tak samo ale inaczej, zrozumiała, że teraz jej kolej. Bo każdy cios, nawet ten ciastowy, zadany w nią, był podwójnym ciosem dla niego, a napięcie i lęk odbierały mu to, co kochała w nim najbardziej. Zrozumiała, że teraz ona musi kazać mu żyć, że to jej najważniejsze zadanie, aby nie zniknął, aby nie pochłonęła go szarość. – Teraz już nie jesteś dzbanem. Teraz zostałeś moją najsłodszą bezą! – paluchem zgarnęła biały krem z okruchami białkowego deseru z jego policzka, jakby brzytwą ściągała piankę do golenia i wciąż się śmiejąc dodała – Aleśmy się ujebali. Jak zabijemy jednego z jeży, to będziemy mieli jeszcze wysypkę z kolorowych lentilek. Masz ochotę iść ze mną napierdalać w piniaty? RE: [7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie - Brenna Longbottom - 24.05.2024 Brenna - już z normalnym wzrostem - dalej robi zdjęcia, na końcu Morpheusowi i Basiliusowi, bijących się ciastem pod stołem, a po drodze podczas tej bieganiny pyta Thomasa Figga, czy żyje Brenna naciskała migawkę raz po raz, i przemieszczała się po sadzie wcale nie wolniej niż inni uczestnicy zabawy, ganiający się z ciastem - chciała w końcu sfotografować w s z y s t k o, co tylko się dało. Millie i Alastora upadających na koc, Thomasa w nagle zwężonej kiecce, i drugiego Thomasa, leżącego na trawie... - Żyjesz, Tommy? - upewniła się, pochylając się nad nim i robiąc mu zdjęcie od góry. Przez chwilę, tu i teraz, była zupełnie beztroska i miała nadzieję, że wszyscy inni też właśnie tak się czują - jakby zmartwienia dnia codziennego, te związane z pracą, tocząca się w Londynie i w całej Anglii wojna, widmo ciemności wyspy, która pojawia się i znika, na moment gdzieś przepadły. – Bertie się zapłacze, jeśli się dowie, co spotkało jego tort – rzuciła jeszcze, do nikogo w ogólności, sama porywając niewielki kawałek tego ciemnego tortu, ale nie po to, by nim w kogoś cisnąć, a by wpakować go sobie do ust. Byłoby szkoda go tak marnować, gdyby nie to, że Millie Moody dzięki tej ciasteczkowej bitwie była taka szczęśliwa. Brenna, która gdzieś po drodze zatraciła swój nadnaturalny wzrost, przysiadła przy stole – w odpowiedniej odległości od bijących się tam ciastem mężczyzn. Tak, żeby znaleźć się poza zasięgiem, gdyby chcieli odebrać ich aparat, ale dostać też dobre ujęcie, akurat w momencie, gdy wujek usiłował rozsmarować ciasto na twarzy Basiliusa. RE: [7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie - Bard Beedle - 24.05.2024 Ciasta znikały ze stołów, ciesząc się większą popularnością niż wyśmienity tort Bertiego Botta, ale trudno winić cukiernika, bo to nie o smak chodziło a czystą rozrywkę upierdolenia się kremem i kawałkami wypieku. Rodzeństwo Moody aktualnie leżało pod drzewem na zgruchmolonym niebieskim kocu, po tym jak Alastor widowiskowo poślizgnął się na nim próbując wykręcić swoją siostrę do góry nogami. Większość gości skupiła się przy stole. Cain z sukcesem zaatakował Morpheusa, który postanowił naruszyć spokojność miru domowego podstolników i wejść pod blat, by zaatkować Basiliusa(ten jednak skutecznie się obronił i ciasto powędrowało na ziemię. UWAGA mina!). Szczęśliwie Erik wciąż nie oberwał, podobnie z resztą jak jego siostra Brenna, która uwieczniała wszystkie te draki na zdjęciu, kręcąc się po polance pikniku. Wracając jeszcze na moment do stołu: Thomas H. ciężko znosił nieoczekiwane zwężenie spódniczki, nie przeszkadzało mu to jednak z sukcesem odbić pocisk Isaaca. Ten nie uchylał się już bardziej przed przeznaczeniem, zamiast tego upaciany ciastem poszedł do złożonego whisky Thomasa F. proponując mu więcej słodyczy albo papierosa. [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/fc/a2/ea/fca2ea243a5a3d9295397b144b785b56.jpg[/inny avek] Następne podsumowanie 30.05 godzina 21:00 RE: [7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie - Thomas Figg - 24.05.2024 Leżąc zajada się ciastem i rozmawia z Isaaciem i Brenną. Podziwiał właśnie dość ciekawą chmurę, która zdawała się co sekundę zmieniać swój wygląd, z hipogryfa w smoka, z smoka w wielką kałamarnice, potem w tiarę przydziału, a potem... Zamrugał bo zobaczył nad sobą Bagshota trzymającego ciasto i papierosa. - Isaaaac, Merlin mi cię zesłał, pewnie, że chcę! - nie sprecyzował na co ma ochotę ale wyciągnął ręce i po ciasto i po papierosa, dlaczego by się ograniczać. Połykając pierwszy kęs zapytał jeszcze. a nie masz nic do picia? Wtedy też zobaczył nad sobą nikogo innego niż pannę Longbottom. - Brenna, słońce moje, ależ ty cudnie wyglądasz, czy już ci to mówiłem? - po głosie Figga można było wyraźnie usłyszeć, ze upojenie alkoholowe trwało w najlepsze. - Żyję, żyję. Szedłem tam o - pomachał dłonią z papierosem w stronę adaptera z muzyką. - Ale nogi mi się zmęczyły i Isaac mnie nakarmił - dojadł ciasto i powoli dźwignął się do siadu, przecież nie mógł tak leżeć i rozmawiać z nimi, to było niegrzeczne.[/b] RE: [7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie - Alastor Moody - 26.05.2024 Jestem na kocyku. Moody nie puścił siostry, a nawet ścisnął ją mocniej, żeby mu się nie wymknęła - któż by się nie bał upadku na miękki koc leżący na trawie z wysokości dwudziestu centymetrów? Jego siostra mogła lubić spadanie, ale to nie znaczyło, że musiał ją w tej pasji wspierać. Wręcz przeciwnie - od tego też trochę byli starsi bracia, żeby te swoje młodsze siostry powkurzać. - Lubię się w tej roli, piekł mnie Bertie? - Zapytał, ściągając kawałek ciasta palcem, a później go oblizał. Marnowanie jedzenia nie kojarzyło mu się dobrze, ale to przecież był jej dzień. Jeżeli chciała rzucać się ciastem, to niech rzuca się ciastem. Jeżeli chciała mieć broń w kształcie flamingów, to strugałby jej te flamingi nożem całą noc, żeby tylko chodziła uśmiechnięta. Na szczęście ich znajomi mieli nieco więcej pieniędzy i zdolności artystycznych. On sam... nie wiedział, skąd miałby wziąć na to wszystko kasę. - Zanim się wypieprzyłem, to chciałem poudawać, że chcę cię użyć jako kija. - Czy powinien się do tego niecnego planu aż tak otwarcie przyznawać? Pewnie nie, ale już i tak było po ptakach (po flamingach?), bo się tego drugi raz nie podejmie, skoro za pierwszym razem się wywalił. Przyzwyczaił się do możliwości podniesienia jej w każdym momencie i zawiódł na tym niezwykle... Nie zaryzykuje drugi raz, zwłaszcza przez ilość lukru leżącą na trawie - rozbicie głowy solenizantki nie znajdowało się na liście fajnych rzeczy do zrobienia. - Tylko nie rozumiem, dlaczego trzeba je zabijać? - Na przyszły rok mogłyby po prostu srać tymi cukierkami, albo coś... RE: [7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie - Erik Longbottom - 26.05.2024
Odpowiadam Thomasowi na dialog sprzed 2 stron. Komentuje zaklęcie Basiliusa wycelowane w Thomasa. Uciekam spod stołu, gdy Morfeusz atakuje Basiliusa. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=5yWrj12.jpg[/inny avek]
— Nie aspiruję dzisiaj do tego, żeby dołączyć w szeregi bohaterów — odparł na słowa Figga. — Mogę za to zapewnić, że obserwowanie tego chaosu z bezpiecznej odległości też jest świetną rozrywką. Uniósł wymownie prawą brew, jakby tym jednym gestem chciał przekazać swoje zdziwienie postępowaniem Prewetta, jak i okazać przyzwolenie czy też... brak wyciągnięcia konsekwencji wobec tego czynu. Raz, że Thomas i tak już wyglądał dosyć komicznie w tej sukience, więc pociągnięcie żartu wydawało się całkiem niezłym sposobem na to, aby powstrzymać go przed kolejną próbą wystąpienia w podobnym stroju. Dwa... Hmm. Cóż. W tej grze wszystkie chwyty były dozwolone, a obecnie zarówno Erik, jak i Basilius uczynili z terenu ''pod stołem'' swoistą Szwajcarię. Neutralną. Przyjmującą uchodźców uciekających przed wojną. Takie zagrywki poniekąd mogły zniechęcać innych uczestników tej gry wojennej do tego, aby się nimi zainteresować. — Jesteś agentem chaosu — skomentował tylko z kamienną twarzą zaklęcie medyka, tłamsząc w zarodku uśmiech, który chciał wedrzeć się na jego usta. Zabawa reszty gości trwała w najlepsze, kiedy niespodziewanie przy stole przykucnął Morfeusza. Erik już miał powitać krewniaka w gronie osób niezainteresowanych walkami na słodkości, kiedy zauważył garść kremu w jego ustach. Momentalnie odskoczył w bok. Wyglądał zapewne przy tym, jak niepełnosprawna dżdżownica, biorąc pod uwagę jego rozmiary, a małą odległość między jego głową a dolną częścią blatu). — Aua! — syknął, gdy uderzył się o jedną z deseczek stołu, po czym wypełzł spod stołu. Już nie było tam bezpiecznie. Erik rozejrzał się dookoła, szukając kolejnej bezpiecznej przystani i... wystawiając się w ten sposób poniekąd na atak. Był łatwym celem. RE: [7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie - Isaac Bagshot - 27.05.2024 Karmi Thomasa Figga Isaac wcale nie chciał nakarmić Thomasa ciastem. Chciał rozsmarować mu je na twarzy, a potem wetknąć peta do ust. Rozkojarzył się jednak, kiedy podeszła do nich Ziemniaczek. Wyglądała na szczęśliwą i rozbawioną. Bardzo dobrze! Chciał ją nawet zagadać żeby z nimi została, ale w tym samym momencie Figg zabrał mu ciasto z ręki. - To... no dobrze.- W rozbawieniu uniósł brwi ku górze. Zaciągnął się papierosem, patrząc jak chłopak pochłaniał wypiek.- Chcesz jeszcze peta? To masz. - Wetknął mu swojego papierosa do ust i usiadł obok, żeby nie męczyć kolan kucaniem.- Co piłeś i gdzie mogę to znaleźć? - Zapytał, wyciągając kolejnego papierosa. Był cały brudny od ciasta, ale nie wyglądało jakby miał z tym większy problem. RE: [7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie - Millie Moody - 27.05.2024 Jestem na kocyku Poszamotała się trochę, nominalnie, niech ma, niech mu się wydaje, że wcale nie sprawiał jej tym uwięzieniem przyjemności. W końcu jednak władowała mu twarz w policzek, ten "nieogolony". Gdy się podniosła, miała cały nos biały, usta, brodę i kawałek czoła między brwiami. Oblizywała się ze smakiem, jej oczy nieprzerwanie iskrzyły szczęśliwością. – To by tłumaczyło czemu jesteś taki słodki. Dobrze, że spałam dzisiaj w Warowni i nie przeszkadzałam mu w takiej kulinarnej niespodziance! – zaczęła na moment zezować na swój nos, który teraz z dodatkowym "obłożeniem" kremowym nagle był dostrzegany przez umysł i robił nieco zamieszania. Spróbowała ściągnąć z siebie krem, była teraz trochę jak kot, który w zachłanności zderzył się z kubłem śmietanki i zaczął intensywnie proces mycia. – Myślisz, że chłoszczenie coś na to pomoże? Czy do końca imprezy będziemy ciasteczkowymi potworami? – zamyśliła się, po czym zmęczona trzydziestoma sekundami poświęconymi jednej aktywności położyła głowę na piersi Alastora, myśląc o byciu kijem i mordowaniu jeży. – To tak właśnie było w tej książce, że Alicja musiała odbijać jeże flamingiem i on był żywy, trzeba było go zmusić do tego, żeby był twardy i nieruchomy, aby to cokolwiek zadziałało. – zaczęła chichotać rozbawiona nieco myślą odbiegającą od tekstu literatury jakby nie było dziecięcej, choć wielu miało swoje wątpliwości w tej materii. – To piniaty Alik, takie worki z cukierkami do rozbicia, przecież bym prawdziwych jeży nie powiesiła na drzewie – naburmuszyła się z taką samą autentycznością jak wyrywała się z uścisku. |