![]() |
|
[30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge (/showthread.php?tid=3281) |
RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 29.05.2024 Czy Crow był... skrępowany? To wyglądało jak skrępowanie. Bardzo głębokie skrępowanie, skoro nawet go dusiło jeszcze w tamtej łazience. Czy w takiej sytuacji powinien go przytulić czy jednak zostawić samego. Kakao. Zakodowane i zakotwiczone teraz w głowie tak mocno, jakby miało być odpowiedzią na wszystkie trudy. Chyba miał oczy na zapałki, kiedy stanął w tej kuchni, ignorując dwie rzeczy: to, że w łazience ciągle było światło i prowadziły z niej mokre ślady prosto tutaj oraz to, że trzęsły mu się ręce i od nadmiaru stresu i nerwów tego dnia chciało mu się rzygać. Mdłości, skręcony żołądek - to kakao na pewno było dobrym pomysłem? Musiało być, szczególnie, że trzeba było rozgrzać bardziej Flynna. Niby mówił, że już ciepło, tak... i do jego głowy, bardzo pustej, w której mało się przewijało informacji, słabo docierało, że mógł, no właśnie, ogrzać się w każdej chwili. Sam zostawił różdżkę w tej garderobie, również oświetlonej, bo żaden z nich nie wpadł na to, żeby zgasić światło, kiedy lądowali w łóżku między westchnieniami głodu. Bo to był głód, nawet nie rozkosz. Wszystko w tym domu było wywrócone do góry nogami, a on zamiast to porządkować to robił kakao. Muszę posprzątać. Doprowadzić to miejsce do stanu, w jakim powinno się znajdować. I może by o tym nawet naprawdę myślał, gdyby ta cisza między nimi trwała. Ale nie trwała. Odetchnął słysząc te słowa. To wcale nie tak... Takim się to wydawało? Że był aż taki zepsuty, żeby szukać tylko ran? Kiedy on chciał właśnie kogoś, kto go przed tym uchroni. Kto go już podtrzyma na tej powierzchni i nie będzie już więcej... tego wszystkiego. Tego cierpienia i bólu, bo wszyscy sobie idą i wracają do... kogoś, kogo kochali bardziej. Kogoś, kogo się nie wstydzili, bo mężczyzna powinien się pokazywać pod rękę tylko z kobietą. Bo nikt nie chciał ryzykować swoją renomą dla jakichś tam romansów. Ponieważ nawet jego jedna próba tego z Philipem... och, gdyby nie Philip to by się tak nie posypał. A potem gwoździem do trumny był cholerny Kayden. I już nie potrafił wrócić do dawnej, zdrowej równowagi, która go zadowalała... zadowalała. Ale wcale nie był szczęśliwy przez to. Zalał w końcu to mleko - udało się! Wielkie zwycięstwo! Zaniósł te kubki do pokoju i postawił je na stoliku, siadając obok Flynna - uważając na jego nogę. Czuł się tym bardziej brudny, tym bardziej okropnie - bo wcale nie chciał tego robić Edgowi. Nie chciał go prowadzić na zdradę, wolał, tak jak mu powiedział - ochronić go przed tym, nie pozwolić mu na śmierć, czy też na zmarnowanie swojego życia. Na zniszczenie go. Chyba był szczęśliwy? Kochał prawdziwie - to mógł powiedzieć o nim chyba od zawsze, tylko kiedyś aż tak intensywnie o tym nie rozmyślał. Kiedy wspominał to, jak spoglądał na Fontaine... albo to już tylko jego fantazja. - Przepraszam, ale kiedy ktoś mówi mi, że najbardziej go cieszy spacer między różami, a potem opisuje, że za najlepsze wspomnienie z drugą połową uważa seks w kuchni to... brzmi to... smutno. - To brzmiało odrzucająco, ale on miał tylko swoją perspektywę i bardzo wąskie pole postrzegania tego, co Flynn robił ze swoim życiem i z innymi ludźmi. Zaczął go głaskać i to był gest niemal tak samo odruchowy jak bawienie się pierścionkami. - Przepraszam, nie chciałem cię... wodzić na pokuszenie. - Naprawdę było mu przykro. - Myślę, że jesteś człowiekiem bardzo pogubionym, który potrzebuje tego, żeby ktoś wyciągnął z tej pustki to, co naprawdę cię uszczęśliwia. Osobą, która lubi podążać za kimś, bo swobodniej czuje się w czyimś cieniu niż w świetle reflektorów... co może brzmieć głupio, bo przecież występujesz w cyrku. - Zapach kakao. Laurent chętnie ogrzewał o niego własne dłonie. I właściwie naprawdę z chęcią je powoli pił. - Nikomu jeszcze o tym nie opowiadałem. - Bo przecież to było zupełnie żenujące. Jego największa porażka życia. Spojrzał w te piękne gwiazdy nad nimi. - Nie dogaduję się dobrze z moją rodziną. Moja matka mówi mi wprost, że jestem kurwą, a ojciec ma manię kontroli, więc w zderzeniu naszych charakterów ja umieram na podłodze a on patrzy na mnie na robaka, bo jestem za słaby. Te kilka lat temu byłem wobec tego bezradny i wywoływało to u mnie wielką frustrację. A Dante mi zawrócił w głowie. - TEGO nie opowiadał. Tego, jak to się stało. Tego, co tam się działo. Wiedziała jedynie Florence - i to wiedziała jedynie, że sprzedał się za dragi. - Myślę, że Dante nawet do końca nie udawał - tego zauroczenia, którym mnie poił. Gdyby było inaczej nie opuszczałby tak przy mnie gardy. Nie zmienia to tego, że pewnego dnia mnie upił, naćpał... i tak już zostałem. W Rose Noire. A koniec tej historii znasz. - Ot i cała historia. Bez wybuchów. Bez smoków i dobrych wróżek. Zamilknął na chwilę. - Uwielbiam bajki. Uwielbiam czytać te wszystkie historie o księżniczkach w wieży i rycerzach, smokach i długich warkoczach spuszczanych z okienka. - Spróbował podetknąć kakałko Flynnowi do dłoni, żeby się też napił. - Ja wiem, że nie ma ludzi idealnych. Może mnie źle zrozumiałeś wtedy, kiedy mówiłem, żebyś nie wrócił, ale wiem, że masz wielkie serce i bardzo cenię to, że nie opuszczasz osób, na których ci zależy. Jest po prostu różnica, kiedy wracasz do kogoś... a kiedy idziesz kogoś odwiedzić. - Rozumiał? Bo to mogło być trochę mętne określenie. Ale to ta różnica - mieszkał z Alexem i do niego wracał. Przyszedł odwiedzić jego. - Nie pozwałem sobie kiedyś na zakochiwanie się, bo wiedziałem, że będę bardzo nieszczęśliwy. Bo to, o czym najbardziej marzę - nikt mi tego nie da. Nikt nie pójdzie ze mną za dłoń po ulicy Pokątnej. Nie pocałuje mnie w kawiarence na Horyzontalnej. - Był skazany na tę nędzną, powolną agonię. - Dlatego ci powiedziałem, że ci zazdroszczę. Powiedziałeś, że mogę mieć każdego... kiedy ja tylko bym chciał budzić się z kimś rano, zjeść razem śniadanie i przejść się po parku bez myśli, że jak go dotknę, to już nigdy na mnie nie spojrzy i zniszczę mu życie. - To wydawało się takimi prostymi, takimi banalnymi zagadnieniami, ale w świecie ich otaczającym było wręcz skandaliczne. - Chciałem nawet rzucić to wszystko, zostawić fortunę, nazwisko, wyjechać na koniec świata, żeby tylko to marzenie stało się realne, ale widzisz... będę miał zamiast tego dwa puste domy. I będę sam. - Odchylił głowę na oparcie sofy, wpatrując się w to niebo bez wyrazu. Chwila milczenia w końcu wydobyła z jego gardła cichy śpiew. Śpiew, który rozmył pokój, w którym byli - zostawił tylko kanapę. Rozciągnął sztuczne niebo, które teraz było prawdziwym niebem nad ich głowami i dookoła nich. Odbijało się w tafli wody, na którym stała sofa i która tylko czasem się poruszała jakby wpadała do nich kropla wody. Gwiazdy migotały, niektóre opadały, a barwy tego nieba w pomarańczy i fiolecie przeplatały się na głębokim granacie jak droga prowadząca na sam koniec - prosto do wielkiego księżyca łączącego się ze słońcem. Ale kiedy tylko zamilknął to świat był znów dokładnie taki sam jak wcześniej. Angel, remember how we chased the sun
Then reaching for the stars at night as our lives had just begun When I close my eyes, I hear your velvet wings and cry I'm waiting here with open arms Oh, can't you see? Angel, shine your light on me Angel, we'll meet once more, I'll pray When all my sins are washed away Hold me inside your wings and stay Oh, angel, take me far away... RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - The Edge - 30.05.2024 - Za co ty mnie znowu kurwa przepraszasz... - I to jeszcze dwa razy pod rząd... Kurwa mać. - Mów... po prostu mów, możesz przy mnie mówić, nie obrażę się, chuj mnie obchodzi, że brzmię smutno. - Ludzie nazywali go obszczymurem, naśmiewali się z jego pochodzenia, z bycia sierotą bez przeszłości, wyzywali od pedałów tak często, że sam zaczął się tak nazywać. Drwili z niego, dokuczali to, stosowali coraz to bardziej wymyślne obelgi i dosłownie pluli mu na twarz, jeżeli nie potrafił się im postawić. W reakcji na to wszystko wykształcił alter ego mające stać się postrachem Podziemi. A ten przygłup przepraszał go... Za co kurwa. On ciągle go przepraszał, a tak naprawdę jedynym co mu zrobił był okazanie ciepła - to nie była wina Laurenta, że on od razu chciał go mieć dla siebie. Założenie krótkich fatałaszków nie stanowiło od razu przyzwolenia na obleśne teksty i płaszczenie się przed nim, żeby lizać go po nogach. - Nie istnieję bez seksu majaczącego w każdej scenie mojego życia i bez mrocznych uczuć zagrażających mi ze wszystkich stron. - Tak, on mówił takie teksty nieironicznie, bez cienia wstydu. I mógłby bronić tego biednego Caina, mógłby opowiedzieć Laurentowi o tym, że mężczyzna z tej historii, dawał od siebie absolutnie wszystko, na co pozwalały mu jego granice, a kilka razy przekraczał je tylko dlatego, że Flynn miał jakieś zachcianki. Nie zasłużył sobie na nazywanie tego „smutnym”, był idealny we wszystkim, co robił, wyglądał pięknie w blasku słońca tamtych dni i sprawiał, że nie tylko nocne niebo, ale i cały wszechświat zaciskał na Flynnie swoje ramiona i mówił: „to jest to, skarbie, to jest prawdziwe”, a on w odpowiedzi stawał się z nim związany i nic nie mógł na to poradzić. Gdyby ujął to w taki sposób, gdyby wyjaśnił, że mimo wielkiego, wewnętrznego lęku drzemiącego w każdej komórce jego ciała, ten jeden człowiek przynajmniej na chwilę potrafił zgasić ten strach jak świecę i wyrwać przeznaczeniu tych kilka scen, w których mogli poczuć się blisko... tak, to pewnie zabrzmiałoby to romantycznie. Ale to był Flynn. Kiedy bawił się zapalniczką i myślał o tym, pamiętał intensywne przeżycia, których nie potrafił opisać pięknymi słowami. Gdyby musiał coś z siebie wydukać, powiedziałby, że kiedy on go pieprzy, to szlochy i jęki nie brzmią okropnie, żałośnie ani zawstydzająco. One brzmią jak muzyka. Taka, która mu się podoba. Jej dźwięk drżał mu w mózgu jeszcze długo po tym, jak Bletchley go zostawiał i szedł pod prysznic, a on liczył miejsca, w których będzie miał nowe siniaki. Mógłby opowiedzieć mu którąkolwiek z tych rzeczy, ale oczywiście tego nie zrobił. Zamiast tego zapalał tę zapalniczkę i gasił, zapalał i gasił... - I jakie kurwa wodzenie na pokuszenie... Czy ty siebie w ogóle słyszysz? Czy ciebie ktoś jebał, a potem próbował ci wmówić, że to twoja wina? Daj mi jego adres, to mu tak wpierdolę, że nie pozna go jego matka. Jeżeli ja tak powiedziałem, to też sobie przypierdolę dla zasady. - Chociaż zasad cholernie nienawidził. A później już tylko zapalał i gasił, zapalał i gasił. Aż wreszcie gdzieś pod koniec tego monologu zapalniczka przestała działać, a on już tylko otwierał ją i zamykał, otwierał i zamykał... Bawił się nią w podobny sposób, co wcześniej nożem. Potrzebował tego. Albo stukania palcami. Inaczej ciężko mu było skupić się tak długo, a no kurwa - Laurent naprawdę długo gadał, a później zaczął jeszcze śpiewać. To oczywiście nie tak, że mówił coś głupiego albo niezajmującego, Flynn miał po prostu spore problemy z koncentracją, a przed chwilą dobił to, sztachnął się heroiną. Kiedy tak sobie tutaj leżeli, wydawało mu się, że Prewett odczytał go tak poprawnie, tak prawdziwie, aż było mu wstyd. No bo od zawsze preferował życie w blasku chwały kogoś innego - to była prawda. Prawda... Prawda, którą powtarzał sobie jak mantrę. Milczał, słuchał, trochę chyba przysypiał i zrzucił z siebie ten koc, bo robiło mu się ciepło od narkotyku. Zamiast się nim przykrywać, zaczął zaciskać na nim palce, które rozluźniły się dopiero wraz z pierwszymi słowami piosenki. A kiedy się skończyła, a Laurent wpatrywał się wciąż w to niedoskonałe niebo wybrane na sklepienie swojego salonu, Flynn odetchnął. Powietrze świsnęło mu w nosie. - Czego nie powiedziałeś mi w tej łazience? RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 30.05.2024 Nachmurzył się lekko i byłby spłonął - podpalił się jak iskierki spadające na suche igliwie wrzucone do ogniska. Te iskry malowałyby jego policzki i zsuwały gardłem w dół, żeby tam zagrzebać swoje popioły i mimo wygaśnięcia ciągle tkwić ciężarem wszystkiego, czym były. Czym już nie są. Ten wstyd - Fleamont go znał, nawet kiedy stroszył swoje pióra i pokazywał, że ma ostre pazury. Nie wbijał ich w gałąź na pokaz - ten ptak od razu skakał do twarzy i dbał o to, żebyś zapamiętał daną lekcję. Tego chyba jeszcze do końca Laurent nie rozumiał - gdzie była ta groza, którą budził i tworzył wokół siebie? Ach... tak, tak, jest tam! Obecna, czająca się, obrzydliwa szczypawica, przed którą większość odruchowo ucieka, żeby tylko nie mieć przyciśniętego nawet milimetra skóry. Wygląda brzydko, przecież to robak. Była tam, gdzie odgrażał się nożem. Gdzie miał ten wyraz twarzy mówiący kotku, mogę wszystko i podrzucał sztyletem wytopionym tylko po to, żeby znajdować się między jego palcami. Błysk tej stali stawał w opozycji do jego zniszczonych rąk, które znały doświadczenia licznych prób i błędów, kiedy próbował tę stal opanować. Jeśli inni mieli panować nad jego życiem, to on mógł zapanować nad otoczeniem tych ludzi. Zadbać o to, żeby nie było za dużo iskier, żeby nie spaliły im tego wymarzonego domu, który zbudowali. Wygonić tych wrednych myśliwych, którzy na własnym podwórku strzelali do niewinnych saren. Nie musiał teraz ani gonić za myśliwymi ani gasić popiołu - wstyd, znajomy i Flynnowi, teraz Laurenta nie opętał. To już tylko przez zmęczenie. To okropne, ale czuł się dobrze zmęczony w tej chwili. Chyba przez to, że dotarł do takiego stanu, gdzie wszystko było obojętne. Nawet pierdolenie o tych głupotach, o których nikomu nie mówił, bo przecież one też normalnie krzesały iskierki. - ... no. Smutne... - Istnienie ograniczone do rozkoszy ciała i tego mroku, który musi cię pochłonąć. Musi? Albo to już tylko przyzwyczajenie? Próba zaakceptowania świata, w którym ciągle był ból, świata, w którym wszędzie był smutek było dla niego zaprzeczeniem życia. Nie chciał tego zaakceptować. Każdego dnia jednocześnie przyswajał to za fakt. Musiał, musieli, nie mieli wyboru. Chyba tego też mógł pozazdrościć Flynnowi, że się na to... godzi? Nie, nie do końca, bo sam się w tym gubił, bo chciał przestawać, ale nie potrafił przestać. Więc... ze wszystkim przecież dało się coś zrobić, prawda? Czas być bardziej egoistą, Laurent. Zajmij się sobą. Zamknął oczy. - Mnie obchodzi, czy brzmisz smutno. - Albo czy jest smutny. Nie tylko jego obchodziło, ale tego wcale nie zamierzał mówić. Ten świat był wielki, a ten salon bardzo malutki, szczególnie kiedy za plecami miało się resztę domu. Niewielkiego w gruncie rzeczy jak na standardy kogoś, kto mógł sobie postawić pieprzony zamek. Może nie na miarę tego Keswick, ale nadal. Podobał mu się ten dźwięk zapalniczki. Podobało mu się to brzmienie. Ale otworzył oczy, żeby z ciekawością na nią spojrzeć. Na to... magiczne pudełko z płomieniem zamykanym w środku. - Przecież wiesz, że ci takiego adresu nie dam. - Bo się przecież zdarzyło. I kiedyś zdarzały nawet gorsze rzeczy. Potraktował to jako taki żarcik, to że by skrzywdził samego siebie, chociaż właśnie podtrzymywał jego ranną nogę. Nie widział tego, co się działo z Flynnem. Nie widział tych oznak, które powinien chyba widzieć? Nie, niekoniecznie, nie był wcale specjalistą od narkotyków mugolskich. Daleko mu było do takiego specjalisty. Wyłączenie bodźców, wyłączenie siebie, zdawało się bardzo lukratywne. Opuścił ciężką głowę, żeby spojrzeć na te nogi... i położył swoją dłoń na tym opatrunku. Zbrodnia. Kara. Ból. Przypalone papierosami dłonie, cięcia na przedramionach, rysa na skórze za karę. Za co... za co... Za zdradę? Za to, że zdradził tę swoją drugą połówkę z nim? - Usłyszałeś to w zasadzie przed chwilą. Tam ten dom nie był pusty. Nawet pomimo tego, że mogłem być Bogiem. - W tej opowiastce o niespełnionych marzeniach, którą mu tutaj zapodał, wszystko brzmiało obrzydliwie romantycznie. Ciekawe, czy rano będzie żałował każdego wypowiedzianego słowa, czy tylko części? Wpatrywał się pusto w ten bandaż. - Crow... lubisz ból? - Jego głowa odtwarzała to okropne uczucie palca w ranie, ten widok, ta krew... to było tak obrzydliwe jak i... jak i co? RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - The Edge - 31.05.2024 Znowu się zaśmiał, ale tym razem inaczej - to co wciągnął, musiało mieć już jakiś wpływ na to, jak się czuł. To był leniwy, powolny, ciepły śmiech. - To musisz mieć ciężkie dni, bo ja jestem zajebiście smutnym człowiekiem - ale teraz przecież nie brzmiał smutno, brzmiał wesoło i spokojnie, delikatnie poprawiał ułożenie swoich nóg na jego udach. Uśmiechał się lekko. Przyłożył zapalniczkę do ust i zastukał nią o nie. Coraz mocniej widać było, że potrzebuje zapalić papierosa, żeby uspokoić narastającą w nim nerwowość, chociaż właśnie wykopcił w tej łazience tak dużo, aby śmierdziała jak dymiące ognisko. - Brzmiałbym weselej, gdybyś dał mi skopać im dupę. Wpatrywał się w niego, w tę dłoń ułożoną na opatrunku, wracając do klikania zapalniczką. - Chyba nie łapię - przyznał, sunąc wzrokiem od niego, do opatrunku i z powrotem... - Nie robię tego dla przyjemności, jeżeli o to ci chodzi. Ale tak, czasem lubię. - Zmarszczył brwi. Nie potrafił domyślić się, co mogło chodzić blondynowi po głowie i coraz mocniej czuł, że cokolwiek zaprzątało mu teraz głowę... cóż, efekt tego mógł zaprowadzić go do czegoś, czego pożałuje. Nie czekał więc na żadną odpowiedź, tylko podniósł się do siadu i oparł głowę o jego ramię, ciągnąc ze sobą kurtkę i nietknięty jeszcze kubek kakao, z którego napił się dopiero teraz. Następnie wyłożył tę kurtkę na jego ręce i swoje kolana, wewnętrzną stroną do góry. Wsadził dłoń do wszytej w nią wsiąkiewki, odkładając tam przy okazji pustą zapalniczkę i zaczął w niej grzebać. Dźwięk, jaki się z niej wydobywał, sugerował, że w środku znajdowała się masa szmelcu, ale tym, czego szukał Crow był dziennik. Mały zeszyt z twardą, białą okładką, w którym koślawym pismem notował przeróżne rzeczy mające dla niego jakiekolwiek znaczenie. Odwrócił go tak, żeby to Laurent mógł wpatrywać się w niego z dobrej strony, a sam przytulił się do blondyna swoim ciałem, trochę jakby siedział mu na kolanach, ale nie podciągnął się do góry. - Otwórz go na najnowszych rysunkach, ale zanim się podniecisz, to nie, nie umiem rysować - zachęcił go, najwyraźniej nie mając problemu z tym, żeby ktoś zajrzał do środka, jednocześnie zniechęcił go, jak zwykle cisnąć po własnych dziełach. Sam w ciszy pił tę czekoladę, odrobinę ciekawy tego, czy wścibskie oko będzie chciało obejrzeć coś jeszcze. RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 31.05.2024 Papierosów, niestety, w tym domu nie było. Było cygaro, które zostało już podarowane, a którego zapas nie został uzupełniony, bo Laurent nie miał do tego głowy. Ani nie miewał ostatnio gości nawet, którzy palą, wyłączając w to samego Flynna. Nawet gdyby były to zaaferowany wszystkimi myślami i spływającymi, znajdującymi się za kurtyną emocjami Laurent nie widział tego, co robi Edge. Nie dostrzegał, że te ruchy to tik uzależnionego i to nie dlatego, że nie potrafił tych tików rozpoznać - przecież sam je kiedyś miał. Zwyczajnie jego mózg spowolnił do takiego tempa, że załapywanie rzeczy stało się częściową przeszkodą. Ha! Sam sobie był przeszkodą. Drążył te aspekty tego spotkania, te szczegóły i szczególiki, kręcił się wokół rzeczy, o których nawet nie powinien rozmyślać, zamiast dostrzegać to co tu i teraz. I koniec końców - skupiał się na sobie. Mógł mówić. Gadać, gadać i gadać, jak opętaniec, tylko dlatego, że ktoś słuchał w taki sposób, w jaki słuchał on. Dziwne, co? Jakby istniały różne typy słuchania na tym świecie. Istnieją. Słuchać go chciały różne osoby: Victoria, Olivia, Florence, Nicholas, Pandora, Vincent... i cóż z tego? Jego próżność bycia gwiazdką migającą wesoło była zapełniona dopiero przy osobach takich jak Edge. Nawet powiedziałby, że każda z tych osób była innym słuchaczem. - Są chwile, w których jesteś zajęty czymś innym niż smutkiem. - Dopiero słysząc śmiech Flynna rozchylił powieki, żeby na niego spojrzeć. I tak, to prawda, był bardzo smutnym człowiekiem. Tak smutnym, że Laurenta to zupełnie przejmowało i tak mówił sobie, że to głupota się przez to nim zajmować, jak i każdą myślą zastanawiał się, jak się nim zająć. - Nie mogę. - Powtórzył, kładąc przed siebie tarczę. I chronić miała ona jego przed światem, czy świat przed nim..? - Inaczej w pewnym momencie zaczęłoby mi się to za bardzo podobać. - To było tak zatrważająco ekscytujące, że kiedy Laurent przyłapywał samego siebie jak unosiła go wizja władzy, która wykracza poza to, po co człowiek powinien sięgać to przerażał samego siebie. I nie rozumiał, skąd się to brało, bo przecież nie był takim człowiekiem. Przecież krew go obrzydzała, a rany były straszne. Ból był straszny. Tak... straszny... Zmiana pozycji Flynna i głowa na jego ramieniu sprawiła, że Laurent drgnął. Zaskoczony, wyciągnięty z tych lepkich, brzydkich myśli, które nie powinny w ogóle się w nim lęgnąć, rozluźnił się zaraz i poprawił tak, żeby Flynnowi było wygodniej trwać w tej pozycji, obejmując go ramieniem. - Najnowszych... gdzie są najnowsze? - Sięgnął po dziennik, trochę niepewny, jak go otworzyć, żeby to były najnowsze rysunki. Sam prowadził swoje bazgroły w swoim i chociaż pokazywał czasem ludziom jego fragmenty i nie było w nim niczego stricte prywatnego to nie chciałby, żeby ktoś go kartkował. Tak czy siak w końcu zeszyt otworzył, jeśli nie otworzył go Flynn to sam postarał się go otworzyć od końca, żeby lecieć od ostatniej zapisanej strony. Tak, Laurent był ciekawski, miewał brak opamiętania w dociekliwości i zadawaniu pytań, ale nie należał do osób myszkujących komuś po prywatnych rzeczach. Aż znów zaczęły mu drżeć te dłonie, kiedy patrzył na to otępiałym spojrzeniem. Plany. Domu. Pociągnął nosem, czując ciepło wzruszenia tak głębokiego, że nim wstrząsała. I znów - nie rozumiał. Niby rozumiał, a jednak miał problem z wlepieniem tego do swojej rzeczywistości. - Mówiłem... że znalazłbym dla ciebie lepsze zastosowanie niż tylko podpórka pod nogi. - Zadrżały mu też kąciki warg w tym wzruszeniu, kiedy dotykał tych kartek z nabożną czcią. - Dziękuję. Jesteś taki kochany i słodki. Utalentowany. - Pogładził go czule po głowie. I nie zdał sobie sprawy z tego, że dokładnie tak samo głaszcze swojego psa. RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - The Edge - 31.05.2024 - Kiedy? - Zadarł głowę do góry, wpatrując się w twarz Prewetta, z nieco głupkowatym uśmiechem. Takim, który sugerował, że szukał zaczepki. - To źle, że by ci się to podobało? Myślałem, że lubisz mieć nad wszystkim kontrolę. - A przynajmniej takie wnioski wyniósł z ich ostatniego spotkania i... Ciężko było ukryć to, że mu się to podobało. Przykrywał te myśli sporą warstwą wstydu, bo nie chciał być niewierny, nie chciał nikogo zwodzić, ale tak przecież łatwiej się żyło - w dłoniach kogoś, kto miał sensowne zastosowanie dla twojej egzystencji. Cisnęło mu się na usta: tak, użyj mnie. Jako tego podnóżka, albo daj mi inny cel, skoro do czegoś przydałbym się lepiej. Użyj mnie do czegokolwiek chcesz. W takim funkcjonowaniu można częściowo wyłączyć myśli. Nie trzeba się zastanawiać nad tym, kim się właściwie jest. Czego się chce. Co się lubi, a czego się nie lubi. Przebywanie w miejscach, w których nie czuł się dobrze, jedzenie rzeczy, które mu nie smakowały, rozmawianie z ludźmi, którzy go irytowali... To wszystko traciło na znaczeniu. Bo miał te proste polecenia. „Zbuduj mi dom”. Oczywiście, że miał gdzieś jakieś budowanie domów. Ale dla niego zbuduje dom. „Zajmuj się ze mną cyrkiem”. Dupa z niego była, a nie zarządca, ale skoro Alexander chciał go w jakimś miejscu... Lepsze to niż cokolwiek innego. I o wiele lżejsze niż „chciałbym zwyczajnie mieć cię w swoim życiu, patrzeć na ciebie i widzieć, że jesteś szczęśliwy” - co to w ogóle znaczyło, co to znaczy szczęście, on nie miał pojęcia czego chce, to przeklęte lustro też niczego mu nie powiedziało. Opuścił głowę w dół, chowając twarz przy szyi blondyna. Uśmiechał się wciąż. Był taki wesoły, a to ciepło... Lubił, kiedy robiło mu się tak ciepło i powoli zalewała go euforia. Oczywiście, że takiej reakcji od niego oczekiwał, nawet jeżeli wcześniej na samą myśl robiło mu się niezręcznie i chował głowę w piasek, uzbrajając siebie i jego w przeczucie, że cokolwiek co stworzył było kompletnie beznadziejne. - Laurent - zaczął cichutko. - Kim dla ciebie jestem? - Ale zanim chłopak mógł mu na to odpowiedzieć, zadał mu jeszcze jedno pytanie, przejeżdżając ręką wzdłuż jego torsu. - Kim chciałbyś żebym był? RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 01.06.2024 Na przykład... teraz. Kiedy te oczy nabierały błysku i chociaż nadal były tymi samymi oczami psa, którego ktoś wystawił na zewnątrz w deszczowy dzień z bagażnika samochodu i odjechał w ciemną noc. Pies przez chwilę biegł za tymi czerwonymi światłami, ale w końcu zgubił trop. Lub biegnąc zgubił samego siebie. W jednym i drugim przypadku zagubienie nie pozwoliło mu dotrzeć do domu, a widząc to, jaki był, to chyba nawet musiały być oba na raz i jeszcze kilka jakichś kleszczy zarobionych na tyłek, które mu się wbiły, kiedy biegł szosą przez las. Nieszczęścia, choroby, wliczcie w to boreliozę, jasne. Teraz temu psiakowi chyba niewiele brakowało do szczęścia? Może burzy za oknem, bo ta się chyba skończyła. Już tylko deszcz uderzał o szybę w tych półcieniach rozjaśnianych świecami i światłem gwiazd nad nimi. Laurent zapalił tutaj blade światło lampki nocnej, żeby cokolwiek było widać w tym notatniku, a które rzucało łunę na prawie nagie ciało Flynna. Szczególnie teraz, kiedy wykopał się z tego koca, powiercił, a szlafroka nawet dobrze nie wciągnął na siebie wcześniej. - Na przykład w takim dziwnym momencie, jak robisz taką minę jakbyś był bardzo, bardzo głodny. - Otworzył nieco szerzej jasne oczy przy podkreśleniu tego strategicznego słowa i robiąc całkiem udawaną minę, że naprawdę nie rozumie, cóż to mógł być za głód. No kto by na to wpadł? - Właśnie. Skoro mam ustalony grafik tego, jak życzyłbym sobie swoje własne występowanie, przy tragicznym przyjmowaniu własnych niedoskonałości, to dobrowolne pozwolenie sobie na odchodzenie od niego jest sprawą do przemyślenia. - Albo całkowitego odrzucenia, tak jak tutaj. - Wystarczy, że czasami puszcza mi fantazja. Jeśli zrobię jeden krok każdy kolejny byłby łatwiejszy. Gdzie bym potem skończył? Wciągając ludzi do kultu, żeby padali przede mną na kolana i wykrwawiali się dla mnie? - Wyciągnął lekko kącik ust, mówiąc o tym niby żartem, niby krytycznie... ale czasami uciekała mu tam fantazja, szczególnie, kiedy pojawiały się jednostki, które autentycznie były do tego zdolne. Irracjonalne, bo przecież nie chciał tak naprawdę niczyjej krzywdy. - Jeszcze nie wiem, kim dla mnie dokładnie jesteś. Jeszcze zostało przynajmniej 957 pytań do zadania z tamtego tysiąca, żeby do tego dotrzeć. - Odpowiedział to takim spokojnym głosem, bez zastanowienia i zająknięcia, jakby naprawdę te pytania liczył i jakby ta odpowiedź była oczywista. Nie liczył. Ale zaczął mówić dopiero, kiedy pierwszy dreszcz ciepłej w końcu dłoni przesunęła się po jego piersi, bo na tę jedną sekundę wstrzymał oddech. - Realnie czy nierealnie? - Bo to była bardzo duża różnica. W fantazjach w końcu można mieć różne wyobrażenia. - To bardzo trudne pytanie. Jeszcze nie wiem, ile chcesz i możesz mi dać. Jeszcze tyle muszę się dowiedzieć, zbadać, nauczyć się. Żeby człowiek był w pełni szczęśliwy i obecny trzeba mu w końcu przygotować odpowiednie miejsce w swoim życiu. - To wydawało się prostym pytaniem - dla Laurenta to była cała pierdolona matematyka. Wyliczenia, obliczenia, całki i pitagoras. - Chciałbym... - Oderwał dopiero teraz wzrok od tego drżącego notatnika (przez jego dłonie), żeby zerknąć na wciśniętego w jego szyję Flynna. - żebyś był moim Dumą. - Uśmiechnął się do mężczyzny. To była trochę gra słowna, a trochę o wiele większa deklaracja, niż mogła brzmieć na pierwszy rzut... ucha. Bo to właśnie ta istota była z nim prawie cały czas. Jemu ufał, że go ochroni. On go ogrzewał. Leżał obok niego, kiedy łóżko było puste i groził szczękami osobom, które czyniły krzywdę. Ale to było tylko zwierzę, nawet jeśli magiczne. Spoglądał teraz więc z tymi lekkimi iskrami na Flynna, całkowicie łagodnie. RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - The Edge - 01.06.2024 Czy to było możliwe, żeby jutro obudzić się z przynajmniej minimalnie lżejszym sercem? Takim, które nie ciągnęło go w dół jak kamień, jak głaz, jak coś ciężkiego osuwającego się w dół, obijającego o inne skały tworząc hałas, wstrząs... Oh on był głodny. Uzależnienie nie było czymś, co dało się nasycić, choćby i miało go to ostatecznie zabić. Jak na złość jego to nie zabijało - sprawiało mu jedynie cierpienie. Czasami świat zdawał się zwalniać i o tym zapominał, ale jak miałby zapomnieć o tym teraz? Kiedy on to wszystko mówił i był przy tym tak pewny siebie? Fala trudnych słów, których nie rozumiał. Nie załapał przynajmniej połowy jego wypowiedzi - własne co, czego on sobie życzył? Grafik? Skończenie jako przywódca kultu - to już łapał, może nie tak łatwo jak kiedy mówiło się do niego prostym językiem, ale łapał. Gdyby miał kult i dopuszczał do siebie więcej takich jak on, to byłby już zupełnie jak Fontaine. Ze szczura stać się psem... Powiedziałby ktoś, że to społeczny awans, ale szczury były mądrzejsze. Psy były lojalne. I jak się nad tym zastanowił, o ile z przećpaną głową jakiekolwiek owocne myśli miały szanse przejść przez ten umysł, to wysunął taki wniosek, że to jednak do niego nie pasowało - wierność. Ta pozycja, w której się teraz znajdowali, była pozycją, w jakiej przytulał go do siebie zawsze Alexander. Wrócił nawet wspomnieniem do tego, jak wczoraj tak siedzieli i tak go szarpał za tę wzorzystą koszulę, tak panikował, że powyrywał z niej guziki. Teraz nie panikował, wszystko wydawało mu się takie oczywiste. Ciekawe czy gdyby znowu odwalił im numer ze zniknięciem i przyszedł tutaj, zatykając uszy i zabijając w sobie myśli, jak bardzo musieli cierpieć i nie rozumieć co się stało, to potrafiłby jeszcze patrzeć w lustro. Chyba... chyba jednak nie. Coś się w to lato zmieniło. Wydawało mu się, że naprawdę by tęsknił, ale jemu się bardzo dużo rzeczy wydawało, a potem życie weryfikowało to w sekundę. Na niekorzyść jego rozważań. - Naprawdę myślisz, że mógłbym być przy tobie szczęśliwy? - To było szczere pytanie z dna serca. Takie, którego człowiek wstydził się zadać, póki sobie nie dodał w jakiś sposób do tego odwagi. - Kiedy śpiewałeś tę piosenkę - wydał się przy tym bardzo nieobecny - to wydawało mi się, że to, że tu siedzę, jest ostatecznym dowodem na to, że szczęście, którego zawsze tak uporczywie szukałem, nigdy nie było mi pisane. Zadarł głowę, żeby spojrzeć w to nocne niebo. Nie potrafił go dobrze odtworzyć, ale wiedział, że astrologowie rozpisywali się o wpływie gwiazd na charakter, nastrój, przyszłość... Jeżeli to była prawda, to jemu musiały zapisać życie w czyimś blasku. Jak księżycowi. Księżyc nie świecił sam, tylko odbijał cudze światło. Bez słońca był niczym. Skąpany w ciemności, skuty lodem, dryfowałby w Kosmosie samotnie, szukając czegokolwiek, do czego mógłby się przyczepić i zaznać odrobiny cudzego ciepła. Kiedy to spojrzenie opuścił, utkwiło w Laurencie. Nie w jego oczach, nie w całej twarzy, tylko konkretnie w ustach. Wbrew temu co mówił, chciałby być pocałowany. Chciałby poczuć jego język pomiędzy swoimi wargami. Pociągnąć go za koszulę, kiedy kładłby się na plecach, wpuszczając go pomiędzy swoje nogi. Chciałby poczuć to ciepło, ale... Ten opatrunek wciąż znajdował się na okaleczonej nodze i gorzko przypominał cenę, jaką by za to zapłacił. A jednak dudniło mu w głowie to pytanie. To samo, które Laurent zadał mu wcześniej, to które doprowadziło go do tego stanu. Nie odezwał się. RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 01.06.2024 Zero-jeden. Nic pomiędzy, żadnych cyfr po przecinku, a próby wyliczeń kończyły się jakimiś bzdurami napisanymi przez pieciolatkę. Flynn rozpędzał się od zera do jednego w dwie sekundy. Najszybsze przeskoki emocjonalne, bo wystarczy jeden bodziec, żeby jego delikatna muzyka przerodziła się w crescendo. Nie było tam więc miejsca na sensowne rozwiązania, które nakazywałyby zmierzyć się ze swoimi słabościami i w końcu poukładać swoje zwichrowane myśli. Mógł tylko puścić się z tej górki licząc na to, że saneczki poniosą go na sam dół stoku i wcale nie trafi po drodze na głaz, na którym się rozbije. Co najwyżej podrapią go gałęzie drzew, prawda? Wszystko po to, żeby czerpać jak najwięcej emocji. Ta jedna chwila była tego warta - serce waliło młotem, krew tak szybko krążyła w żyłach. Więc czy Flynn mógł być tutaj szczęśliwy? Nie. Nie mógł, bo przecież kochał kogoś innego. Laurent nie wierzył nawet w to, że ta część, jaką tutaj pokazywał i dawał to była miłość. Nie ta czysta, pełna romantyzmu, kiedy motyle tańczą w brzuchu i chcesz, żeby oczy tej osoby były tylko twoje. Tę miłość zostawił poza granicami tego miejsca, u nienazwanego mężczyzny i jeszcze tajemniczego kogoś, albo paru ktosi, bo przecież mówił wcześniej w liczbie mnogiej. Czy on sam mógł być szczęśliwy przy Edgu? Nie. Nie mógł, bo przeciż Flynn kochał kogoś innego. Tam, gdzie istniała alternatywna rzeczywistość dla tego wszystkiego - tak i tak. Lecz tu? Przy oczywistych wyborach, jakie zawsze padały, a kiedy nie padały to ta relacja była wykręcona, chora i niezdrowa? - Nie. Ponieważ jest ktoś, komu chcesz poświęcić swoje bycie. Gdybyś kogoś takiego nie miał - tak. Ale przecież ty ciągle będziesz przy mnie wracał myślami do tamtej osoby, więc jak mógłbyś być szczęśliwy... Flynn. - W świecie, w którym nie kochałbyś kogoś innego - tak. W tym samym świecie, który tutaj im przecież nigdy nie powstanie. Samo zadawanie takich pytań było ciężkie. Bolesne. Obarczało duszę, bo nie istniała na nie jedna odpowiedź. To, co sądzisz, co byś chciał, a jak wygląda świat - Laurent miał w tym zbyt duży, świadomy rozjazd. Nie rozumiał, dlaczego Flynn nie jest szczęśliwy i co się dzieje w jego relacjach. I czemu jednocześnie chce do nich wracać? Żeby nie skończyć o tak - w pustym domu? Laurent wolał to niż kogoś, kto by go ograniczał, kto by... ha... nie wypełnił jego potrzeb. Zaś jak na czasy, w których żyli, były to potrzeby prawdziwej księżniczki z bajki. - Jakie to szczęście. Opowiedz mi. - Powoli zamknął ten notatnik, powoli odłożył go na bok, powoli obrócił się do niego i położył dłoń na jego policzku. Musnął kciukiem jego rozchylone wargi, czekając na swoją odpowiedź. Dopiero wtedy pochylił się, żeby pocałować te zapraszające usta. Powoli, bez pośpiechu, wymieniając jego oddech na swój. W namiętności miał jednak opanowanie. Bardzo dużo opanowania myśląc o tej ranie. Odsunął się od niego kawałek, żeby na niego spojrzeć. To było nieznośne - hamowanie się, kiedy czuło się pulsowanie w lędźwiach, ale co miał zrobić, kiedy ten mężczyzna znów potem będzie samego siebie zjadał poczuciem winy? - Bardzo chciałbym ci zrobić dobrze, ale ty się za to karzesz. - Patrzył na niego i dopiero teraz pomyślał, że coś jest nie tak. Że to zachowanie odbiegało od normy tego, co działo się ostatnim razem. Tego jak się trząsł, albo z jakim trudem przychodziło mu mówienie takich rzeczy. Ale to nie jego zachowanie zwróciło uwagę na problem, a problem zwrócił uwagę na zachowanie. Te jego oczy jak pięciozłotówki. Spojrzenie niby utkwione w jego ustach, ale czy obecne w ogóle? RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - The Edge - 01.06.2024 - Oh gwarantuję ci, że potrafię kochać więcej niż jedną osobę i to wcale nie ja mam z tym problem. - To był kurwa problem wszystkich wokół. - Moje szczęście? Jak coś takiego się kurwa opisuje? - Opowiedział mu już scenę, którą uważał za szczęśliwą, ale on powiedział, że była kurwa smutna. - Lubię kiedy jest mi ciepło. - I kiedy nie musiał o to błagać. Kiedy proszę... było tylko grą, a nie przykazaniem. Flynn nie pozwolił na to, żeby ten pocałunek był krótki, przyciągnął go do siebie dosyć gwałtownie, odchylając się przy tym do tyłu. - Ciągle mnie za wszystko przepraszasz, ale jeszcze nigdy za to, że o tobie też będę myślał. - Powiedział, obejmując go rękoma wokół szyi i uwieszając się na nim i nie pozwalając na powrót do pozycji, w której mógłby się opierać i wpatrywać w to sztuczne niebo, albo tkwić z zamkniętymi oczami. Miał się gapić na niego. - Jeżeli czegoś chcesz, to nie mów tak, jakbyś nie chciał niczego, a jeżeli niczego ode mnie nie chcesz, to przestań prosić o coś i mieszać mi w głowie. - Tak naprawdę to sam sobie w tej głowie mieszał. I odpływał częściowo, zwężone źrenice miały problem ze skupieniem się na jego twarzy. Rozbiegane myśli wędrowały do najbardziej absurdalnych skojarzeń. Kładł się więc na tej sofie, ciągnąc Laurenta w dół, na siebie, a mówił... - Wiesz, że Ruscy wystrzelili psa w Kosmos? - Sapnął. - Bardzo łatwo użyć trudnych słów, które tak lubisz, żeby posnuć takie farmazony, ja tak cholernie tego nie lubię... - Jakaś gorycz drzemała w nim wciąż, coś nie pozwalało mu na zbyt szeroki uśmiech, ale uśmiechnął się. Przejechał ręką wzdłuż sklepienia nad nimi, jak Alexander zapowiadający następne przedstawienie, ale nie mówił tak pięknie jak on. - O tym jak ten pies dryfował po spokojnych wodach oceanu, pomiędzy iskrzącymi się klejnotami gwiazd rozrzuconych po aksamitnym niebie. Opuściła ziemski dom, aby doświadczyć nieskończonej przestrzeni. Była częścią czegoś większego, Kosmos pełen był obietnic i tajemnic, wszyscy szeptali do niej z dalekich zakątków wszechświata, bo oto stała się, tu i teraz symbolem ludzkiej tęsknoty za przekraczaniem granic i okrywaniem nieznanego. - Chciał to mówić teatralnym tonem i wyszło mu nawet, ale nie przebijał się on mocno nad to, że czuć było przyćpanie. - Łajka się wabiła. - Dodał już normalniej. - Wiesz, jaka jest prawda? - Zniżył głos do szeptu. - Była tam w cholernie małej, ciasnej kapsule, w której zamknęły ją ścierwa, którym ufała. W ostatnich chwilach jej życia było ciemno i zimno, gówno widziała z tej łuski, pewnie nawet nie słyszała dźwięków aparatury podtrzymującej jej życie, a na końcu spłonęła tam żywcem. Samotna, przerażona, pełna strachu i mam wrażenie, że chuja ją obchodziło stanie się „legendą zapisaną na zawsze na annałach kosmicznych podróży”. Zdechła tam ze strachu i przegrzania, a oni produkują z nią znaczki pocztowe i się cieszą, że ją mieli i była taka dzielna. Coś mi kurwa mówi, że wolałaby zostać na ziemi i bawić się z innymi pieskami. - Zaśmiał się znów, nienaturalnie. I nie pozwalał mu podnieść się do góry. Poluzował ten uścisk dopiero po tym, jak pochylił się nad jego uchem i wyjaśnił, po co mu o tym wszystkim opowiadał. - Teraz ty też będziesz musiał o mnie myśleć. - Ale to była tylko połowa prawdy. On lubił takie pojebane historie. Dostrzegał w nich najbardziej dramatyczne elementy. Normalnie by to sobie darował, jak przy Cainie, kto by chciał analizować relacje przez takie historie, ale ten dzień nie był normalny. - Bo zawsze kiedy będziesz patrzył na niebo inne niż to, które stworzyłem, będziesz sobie przypominał, że gdzieś tam jest zdechły pies. - Nie trzymał go już, ale przejechał dłonią wzdłuż tej delikatnej twarzy. - Nie chcesz mnie... - Jakoś już nie pamiętał, jakie to były dokładnie słowa. Wypadły gdzieś bokiem, tak jak myśl, że już nie miał dzisiaj niczego opowiadać. - No weź, weź mnie, przecież to może być ostatni raz kiedy mnie takim widzisz. |