![]() |
|
[05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele (/showthread.php?tid=3340) |
RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Anthony Shafiq - 29.05.2024 Na parkiecie z Victorią, próbuje pomóc Atreusowi i go odkapibarzyć
Znany rytm, znane kroki, znany taniec, znany sposób. Koleina. Kontrola, coś co lubił, coś co dawało mu złudne uczucie bycia panem swojego losu. Koło fortuny toczyło się dalej, tak jak oni toczyli się po sali.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=DOGBkON.png[/inny avek]
– Dobrze więc, opowiem Ci trzy historie, a tylko jedna jest prawdziwa. Będziesz musiała zgadnąć która. – Obrót, raz i dwa, musiał się streszczać, utwór zaraz się skończy, a jemu bardzo zależało, by piękna buzia Victorii pozostawała uśmiechnięta. – Bunt żywiołów wkradł się do biura Harolda Bumfuzzle'a, głównego inspektora ds. magicznych ziół. Jego parapetowa szklarnia rozrosła się do niebotycznych rozmiarów, a kwiaty kwitną zależnie od nastroju samego Harolda. Obecnie pół biura podejrzewa go o romans po tym, jak po nadgodzinach spędzonych nad kambodżańską umową następnego dnia sprzątaczki znalazły w jego pokoju mały zagajnik. – Jego ton podpadał trochę pod ciepłą opowieść przy ognisku, lub czytaną dziecku bajkę przed snem. Był gładki, melodyjny, otulał ciepło, zwracał ku sobie uwagę. Obrót, obrót, krótka przerwa przed drugą częścią historii prosto z OMSHM-u. – Urządziłem przetarg na latające dywany. Dostarczono nam kilka egzemplarzy, ładniejszych i brzydszych, a moi pracownicy podkuszeni słowem krnąbrnego stażysty urządzili sobie na nich wyścigi po otwartej przestrzeni biura do spraw reklamacji i zażaleń. Obecnie, w tej godzinie nawet moje małe żuczki próbują uporządkować zapodziane akta, bowiem nikt nie przewidział że pod takim magicznym dywanem jest powietrzna poduszka, która staje się pogromcą wszystkich luźno położonych kartek. – Obrót, obrót, to już repryza, już temat pierwszy powrócił a zaraz będzie drugi łagodny, w tonacji wyjściowej. Każda miara, każdy kroczek odliczał to krótkie spotkanie, tą humoreskę weselną na poprawę nastroju. – I trzecia dotyczy Mirandy Sweettooth, która specjalizuje się w dopuszczaniu zagranicznych magicznych słodyczy. Ostatnio dostała ciągutki, które zakleiły jej usta na dwie doby, a historią jest to, że złośliwi koledzy chcący się zemścić za podkradanie ich czekoladowych żab, potraktowali transmutacją wszystkie meble w jej gabinecie zmieniając drewno w piernik. Wszystko również było oblane obficie lukrem, kiedy tam weszła. To znaczy... mam nadzieję, że to był lukier. – dodał z błyskiem w oku i obrócił ją po raz ostatni. I nim udzieliła odpowiedzi, odwrócił się ku nieszczęśliwej kapibarze, której magia ograniczyła mordercze zapędy, choć pewnie z tej perspektywy być może Atreus po prostu chciał umknąć gdzieś, gdzie nikt nie zobaczy go w tym stanie. Anthony z westchnieniem sięgnął po swoją różdżkę. – Spróbuję, choć... muszę Ci powiedzieć, że ostatnio jest strasznie kapryśna. Odkąd zacząłem praktykę magii bezróżdżkowej, absolutnie mi nic nie wychodzi, ale... dla Ciebie jestem gotów spróbować. Nie śmiej się proszę zbyt głośno, jeśli nie wyjdzie staremu przyjacielowi, dobrze? – poprosił miękko i wymierzył w futerko przerośniętego chomika, a następnie szepnął słowa zaklęcia, które winno rozproszyć rzucony czar. Rozproszenie IV na uwolnienie prawdziwej formy Atruesa
[roll=PO] [roll=PO] RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Vakel Dolohov - 30.05.2024 Obok wejścia do sali bankietowej.
Dolohov wcale nie chciał tutaj przychodzić - próbował oszczędzać się w kwestii wydarzeń towarzyskich, odkąd zasłabł na konferencji naukowej i zwrócił na siebie uwagę mediów. Tak, dobre wystąpienie publiczne skutecznie zamaskowałoby problem szerzących się o nim plotek, ale prawda była taka, że jasnowidz nie czuł się szczególnie dobrze - nie planował więc nic, w ramach czego mógłby narobić wokół siebie więcej tego rodzaju szumu, którego wokół nie chciał. Nieobecność na weselu Perseusa wydawała się niestety dość sporym nietaktem, szczególnie przez wzgląd na urodziny jego i Annaleigh, co uważał za istny absurd, bo ich aktualne życie było wystarczającym dowodem tego, że tych rodzin wcale nie lubili. Stał więc z papierosem, otoczony wianuszkiem składającym się z zamkniętej liczby osób będących (z różnych powodów, niekoniecznie przyjemnych) najważniejszymi osobami w jego życiu. Obejmował Annaleigh w pasie i starał się ignorować lepkość rąk własnej córki. Widząc przedstawienie, jakie postanowił zaprezentować tu wszystkim Alexander, nie powstrzymał się od odwrócenia wzroku w kierunku swojej żony - w ten sam, nieco szyderczy sposób, co kiedy lustrowali spojrzeniami i obgadywali wszystkich na kwietniowym pogrzebie uroczej partnerki Kanclerza Skarbu (który swoją drogą zdawał się przejmować faktem jej śmierci mniej niż dziedzicem Longbottomów... więc gdyby nie paskudny charakter i złowrogie podejście do kobiet przez bycie zwodzonym przez tyle lat, może nawet odrobinę wzruszyłoby go jej odejście). Annaleigh nie odwróciła twarzy w jego kierunku. Cóż. Odchrząknął, poprawiając nienagannie ułożone włosy. W jego percepcji tegoż zdarzenia decyzja o tym, co stanie się z Alexandrem Mulciberem, którego oczywiście bez problemu rozpoznał, należała tylko i wyłącznie od niego. Mógłby go stąd przegonić, całkowicie świadom tego, jak bardzo musiało mu zależeć na znalezieniu się w środku. Dolohov lubił poczucie kontroli nad innymi, a beznadziejny nastrój dodatkowo motywował do zgniecenia tego idioty jak robaka, ale to był przecież jakiś tam pan serca Loretty, o ile to ścierwo potrafiło jeszcze kochać, w co coraz mocniej wątpił. Zamiast napełnić się gniewem, zrobił się zwyczajnie ciekawy powodu. Coś przecież musiało nim kierować. Wpierw spróbował sprawdzić jego intencje [roll=PO] później, ze wszystkich rzeczy, jakie mógł zrobić, Vasilij zagwizdał do niego i poklepał swoją nogę, jakby przywoływał do siebie psa. Chciał go trochę postraszyć, wybadać grunt, więc jeśli do niego poszedł, zapytał wprost: - Postradałeś rozum, zapomniałeś, że mogłeś po prostu poprosić nas o zaproszenie i próbujesz ściągnąć nas do swojego poziomu, czy pokłóciłeś się z Lor? No przecież to było żenujące, był mężem jej siostry. I tak naprawdę to po tym by odpuścił, o ile jego córka nie chciała się nad nim poznęcać, może nawet z tej okazji zaprosiłby go na drinka wewnątrz sali, ale w zasięgu jego spojrzenia znalazła się też Eden i mimo naprawdę mocnego skupienia, nie potrafił zrozumieć, po co blondynka to wszystko do niego mówi. Ani to było błyskotliwe, ani potrzebne. Nie miało szans zmienić nic w tym, jaką decyzję zechciałby podjąć. Kobieta, którą przygruchał sobie William, zawsze wydawała mu się być całkiem inteligentna, teraz dostrzegł w niej co najwyżej nieśmieszną gówniarę. Bardziej niż robiący z siebie kompletnego błazna Alexander wkurwiła go więc właśnie Eden. Oboje mogli z nim przecież zwyczajnie porozmawiać - to próba zignorowania go, potraktowania go jak kogoś, od kogo można było tak po prostu uciec, bo przecież był tłem, o którym można zapomnieć i on o was zapomni - to była zniewaga. Mógłby się jej odszczekać, ale za dobrze znał ten typ człowieka - gdyby rzucić w nią jakimś przytykiem, grałaby w tę grę dalej i to on straciłby na tym wizerunkowo. Zamiast się z nią droczyć, wykreślił ją w swojej głowie z listy osób, które miałby prawo od niego czegokolwiek chcieć. Czy był cholernie porywczy? Tak. I to jedna z najmniej istotnych wad, jakie posiadał. Dolohov ociekał nimi tak, jak Mulciber musiał ociekać potem, kiedy widział swoje odbicie w lustrze. Przekręcił więc głowę z bok, ukazując im swoje zmieszanie. - Robicie teatrzyk na oczach zebranych, a teraz oddelegowujesz go na bok, zanim wyjaśni mi, po co chce tam wejść i wyciera sobie w tym celu gębę moim nazwiskiem? Puścił talię Anneleigh. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - The Edge - 30.05.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Ztqe6zB.png[/inny avek] Gadam z Isaaciem blisko grającej muzyki, później uciekam.
Wolałby stać do niego przodem. Może gdyby stali gdzieś z boku, naprzeciw siebie, zdobyłby się na coś więcej niż słowny flirt. Położyłby na nim rękę, uszczypnął go i sprawdził, czy w takich sytuacjach nadal miał na gębie ten głupi uśmiech. - Akurat zgubiłem instrument, ale jestem bardzo kreatywny. Co on tam ględził o jego bracie...? Nie obchodziło go to. Jim lubił każdego, kto był miły i przyjmował od niego obrazki ze świętymi patronami alkoholików. Isaac miał rację - nie polubił go, ale Flynn generalnie ludzi nie lubił. Z drobnymi wyjątkami, o ile popadanie w tak głęboką i toksyczną obsesję dało się nazwać czymś drobnym. Coraz mocniej czuł, że znowu robi sobie krzywdę - rozejrzał się więc wokół, poszukując wzrokiem Alexandra. Skoro nie widział go na sali bankietowej, musiał siedzieć w ogrodzie. Kokieteryjna osobowość Bagshota nie pozwalała mu jednak odejść tak po prostu, zdążył zbyt mocno wczuć się w napięcie ich spotkania na Lammas, ale... Wszechświat najwyraźniej się nad nim ulitował, nawet jeżeli przed uwolnieniem postanowił się nad nim odrobinę poznęcać. Kobieta wyglądająca niemal identycznie jak Fontaine, chociaż odrobinę niższa i młodsza. Przypominała mu ukochaną z czasów, kiedy ściągnęła go na Ścieżki. Zrobiło mu się niedobrze i aż podziękował świętemu Talbotowi za mrugnięcie do niego z nieba - kimkolwiek była ta bogolka, chciała coś od Isaaca, nie od niego. Mógł więc zaoferować jej kieliszek alkoholu i zniknąć stąd tak szybko, że się za nim kurzyło. To nie były informacje dla jego uszu, jeżeli chciał pana młodego jeszcze choćby minimalnie lubić. Kiedy Isaac wskazał na Flynna, okazało się... że Flynna już tam nie było. Bell nie usłyszał też pytania zadanego mu przez Imogen. Ulotnił się stamtąd w momencie, w którym zaczął słyszeć za dużo - tak czy siak jako kelner nie miał obowiązku wsłuchiwać się w tego typu rozmowy. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Florence Bulstrode - 30.05.2024 Parkiet Muzyka i tańce były dokładnie takie, jakich można by się spodziewać u Blacków, zupełnie inne niż na zabawie zaledwie dzień wcześniej – i po prawdzie nieco lepiej pasowały do charakteru i Florence, raczej mało żywiołowej. - W pierwszych dniach listopada jeden z uzdrowicieli uważał, że śmierciożercy to banda cyrkowców, którzy zostaną aresztowani po tygodniu – odparła nim wykonała obrót, pozwalając sukni zawirować. Tymczasem byli tutaj, prawie dwa lata później, a wojna nie zdawała się ani trochę bliżej końca finału. – Nie znam historii dostatecznie mocno, by znaleźć lepsze porównanie. To bratobójcza wojna, a takich było mnóstwo, ale chyba żadnej, gdzie racja byłaby tak jasna – powiedziała. Słowa, które nigdy nie powinny zostać wypowiedziane pod dachem Blacków i których Florence nie wypowiedziałaby nie tak dawno temu. Neutralność leżała niejako w jej charakterze, ale wszystko, co zobaczyła podczas Beltane i Atreus oraz Patrick, niosący w sobie chłód Limbo, na zawsze odmienili tę sytuację. A akurat teraz mieli pewną prywatność tańca, gdy muzyka i ruch utrudniały podsłuchanie, zaś Morpheusa Longbottoma nie podejrzewała o zakładanie mało gustownych masek. Za bardzo dbał o prezencję, aby pozwolił sobie zrobić tak paskudny tatuaż. – Widać dla Malfoyów przyjaźń z Blackami jest ważniejsza niż siostra – stwierdziła, tym niezbyt zaskoczona, bo tak już działało to w rodach czystej krwi. – Wydaje mi się, że jedna z nich mi mignęła, chociaż mnie raczej dziwi, że ich zaprosili, po tych wszystkich plotkach na ich temat. Ale może to przyjaciele Perseusa. W końcu rody czystej krwi nie lubiły kontrowersyjnych zachowań i biedoty. A jedna z gałęzi Mulciberów straciła pieniądze, w drugiej nie brak było kontrowersyjności. Oczywiście, takie zbrodnie łatwiej było wybaczyć niż poparcie dla mugolaków, a tę popełniali Longbottomowie, gdy z jednym z nich właśnie tańczyła, więc ogólnie skład gości nieco Florence dziwił, ale i nie oburzał. Pewnie przyjaźnili się z którymś z państwa młodych. Zwróciła wzrok w kierunku kobiety, wskazanej przez Morpheusa: dla Florence kompletnie obcej. Brzoskwiniowa barwa nie kojarzyła się jej z panną młodą, ale i w sali pełnej czerni zwracała uwagę. – Za to Vespera niemal jakby już szykowała się do stanięcia nad grobem męża – powiedziała, a kąciki ust uniosły się jej nieco. Był to żart odrobinę niestosowny, ale Florence miewała nieco wisielcze poczucie humoru, i nic nie mogła poradzić, że czerń jako motyw tego wesela przywodziła jej takie skojarzenia. Nie dostrzegła na razie kapibary. Dobrze, bo pewnie popędziłaby na ratunek bratu… [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=YRkzpGi.jpeg[/inny avek] RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Laurent Prewett - 30.05.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=BBl9HB4.png[/inny avek] Sala bankietowa
Nie lubił się narzucać, ale kto lubił? Rodolphus, nawet mimo egzystencjalnego bólu powiązanego z koniecznością stawienia się na tym weselu, takiego odczucia nie dawał. W zasadzie wręcz przeciwnie - dawał wrażenie zainteresowania i zaangażowania w rozmowę. Zaś jej tempo? Wcale Laurentowi nie przeszkadzało. Mógł siedzieć i leniwie filozofować z każdym, dopóki te zawieszenia nie były wspomnianym narkotycznym zagubieniem wśród słów, obrazów i gestów. Pewnie i nawet wtedy nie uciekałaby jego cierpliwość, a jedynie skupienie w myślach, czy ma nadal jakieś kadzidła, które na to pomagały. Uśmiechnął się weselej, nieco ożywiony tą rozmową. Oderwany od negatywu, który kazał mu uciekać tutaj i szukać ukojenia wśród róż. Był społeczną bestią, potrzebował kontaktu z ludźmi. Pozostawało jeszcze kwestią jakiego rodzaju był to kontakt. - Oby strzegł pan kluczy do swojego domu, nie znasz dnia ani godziny kiedy ta śliczna wróżka zakradnie się do wnętrza i zostawi za sobą zieloną dżunglę. - Zażartował, bo chociaż doskonale zdawał sobie sprawę, że to zupełnie nie było w stylu Victorii, to abstrakcyjna wizja tego, że zastajesz polskę drewnianą, a zostawiasz murowaną swój dom w wersji udekorowanej kwieciem jego osobiście bawił bardzo. Kiedy wychodziłeś wszystko było w porządku, wracasz - i już nie jest. Nie wiedział wielu rzeczy o człowieku przed nim stojącym, ale rozmowa była takim małym bożkiem poznania. Odpowiadał na spojrzenie ciekaw tego, co usłyszy. Nie poganiał. Nie było do czego poganiać. Nie śpieszyło im się, nie mieli ginąć w tej rzeczywistości zabaw ślubnych i muzyki dobiegającej gdzieś z dala. Co jednak na pewno połączyło tę dwójkę w jednym, strategicznym momencie, to pełne wątpliwości spojrzenie, jakie sobie posłali, kiedy prawie że na wejściu do sali bankietowej zobaczyli TĘ scenę. W gruncie rzeczy to Laurent nie do końca nawet chciał szukać po prostu drinków. Chciał namierzyć Edga. Po przemielonych wątpliwościach, po ochłonięciu, po zastanowieniu się. Nie dojrzał go już jednak przy grajkach cieszących uszy muzyką do tańca. Wejście do tej sali znowu uderzyło go tym odrzuceniem nadmiaru czerni, w której lśniła ta czerwień jak krople krwi opadłe na kostki węgla. Sylwetka Flynna mignęła mu przesuwając się między gośćmi i byłby do niego skierował swoje kroki, gdyby nie spoczął spojrzeniem na Perseusie. Pan młody, który w zasadzie odstępował właśnie od towarzystwa jego ojca. Laurent nieco się skrzywił - ale nie na spojrzenie Perseusa. Skrzywił się patrząc na ojca i automatycznie zesztywniał w swojej wyprostowanej pozie. - Jak mija przyjęcie, Perseusie? - Uśmiechnął się do pana młodego, kiedy już podeszli do niego z Rodolphusem. O ile jego chwilowy towarzysz tego przyjęcia nie zdecydował się wycofać. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Charlotte Kelly - 30.05.2024 Sala jadalnia Przeszli z Jonathanem w stronę drinków – Jeśli działałoby to w ten sposób, na samym wejściu do kaplicy trafiłby mnie piorun z jasnego nieba, Johny – odparła Charlotte. – To wszystko przywołuje wspomnienia, prawda? Pamiętasz, jak wybieraliśmy tort? Zmusiłam matkę do zamówienia najdroższego i największego, oznajmiając, że albo będę miała ten tort, albo nie wyjdę za mąż. Wciąż pamiętam ten smak, jestem pewna, że nie zdołali tutaj zdobyć lepszego… Musimy potem spróbować. Gdyby Morpheus powiedział Charlotte, że ona i Jonathan coś knują, prawdopodobnie zatrzepotałaby rzęsami i rzuciła mu spojrzenie pełne urażonej niewinności, pytając, jak w ogóle może ich o coś takiego podejrzewać. Ale oczywiście, że coś knuli. Ledwo na nich spojrzał, w jego głowie rozbrzmiał głos przyjaciółki „Matko, znasz już mojego narzeczonego, prawda?”. Potem jednak znikli mu gdzieś z oczu, bo nie wyszli na parkiet, a przeszli ku drinkom. – Powiedziałabym, że musiałeś bardzo mocno uderzyć się w głowę, skoro pleciesz takie bzdury o tym, że jesteś najpiękniejszy… ale ponieważ wolę pokłócić się dziś z innymi, nie z tobą, to zgódźmy się może po prostu, że jesteśmy najpiękniejszą parą na tej sali? – oświadczyła. Oczywiście, całe mnóstwo osób by się z nimi nie zgodziło. A jakaś część Charlotte wiedziała, że na to wesele przyszło wiele dziewczyn znacznie od nich młodszych i pięknych. Nie zamierzała sobie jednak zawracać głowy takimi rzeczami i może dobrze: przynajmniej nie szeptała teraz Jonathanowi do uszka, że o, patrz, ta z lewej strony, z jasnymi włosami, zatrudnię kogoś, żeby przyniósł mi jej serce. Uważała, na całe szczęście, że nie musi usuwać konkurencji, bo taka dla niej nie istnieje. Nie, prawdopodobnie nie była socjopatką: kochała swoich synów i przyjaciół. Ale chyba niewiele jej do tego brakowało. Ruszyła z Jonathanem, krocząc na butach na wysokim obcasie, i kołysząc przy tym nieco biodrami. Jak jego uśmiech znikł, tak jej nabrał ogromnych pokładów fałszywej serdeczności, gdy zmierzali ku jej ukochanej matce oraz jej przyjaciółek. Charlotte nie pamiętała, jak te się nazywały – nigdy nie zaprzątała sobie głowy ludźmi, którzy jej nie interesowali – ale jedna chyba była jakoś tam spokrewniona z Blackami… a może coś jej pomyliło, nieważne, grunt, że mieli widownię! Pani Crouch wyglądała, jakby pod nos podsunięto jej coś wyjątkowo paskudnego. – Jonathanie – wycedziła, kompletnie ignorując swoją córkę. – Widzę, że wciąż nie nauczono cię ani odrobiny kultury. – Matko, jak możesz? – westchnęła Charlotte, trzepocząc rzęsami, jakby w oczach zaraz miały stanąć jej łzy i bardziej wtuliła się w Jonathana. – Nie obrażaj mojego partnera. Panie znają już mojego narzeczonego? To najwspanialszy mężczyzna w Anglii, dla niego uciekłabym nawet na inny kontynent. – Przestań się wygłupiać, Charlotte. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Sauriel Rookwood - 30.05.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=DP8zuR8.png[/inny avek] Sala bankietowa - stoły
Człowiek (i nieczłowiek) spodziewał się w życiu wielu rzeczy. No na przykład spodziewałeś się podatków, tak. One były tak kurwa pewne, że nawet jak zdechniesz to będą ci nadal wysyłać gołębiem pocztowym obsranym gównem, że dwadzieścia lat temu nie zapłaciłeś jednego knuta za wodę. Teraz masz odsetki, jest git, wynoszą już tylko 100 galeonów. Pewne było też to, że w najgorszym momencie skończy ci się też papier w kiblu i będziesz wołał mamusię, żeby ci przyniosła albo cudował z różdżką. Na bank też skończy ci się ulubiona kawa akurat kiedy będziesz najbardziej spierdolony i nie będziesz mógł się wybrać do pracy, tylko będziesz musiał do niej pełznąć jak dżdżownica po chodniku. Takie rzeczy były w życiu pewne. Ale kapibara szarżująca na ciebie na weselu? Nie, taka rzecz zdecydowanie pewna nie była. I pewnie gdyby nie reakcje wokół to Sauriel nawet nie zwróciłby na to uwagi i wyjebałby cię na ten głupi ryj razem z tym majestatycznym, świńskim stworzeniem. - Albo świnka morska. - Sauriel nie miał zielonego pojęcia, co mówi, ale to nic, bo jego autorka też zajebała się w akcji. Na szczęście ten prosty zabieg pozwolił Saurielowi przez parę sekund zostać specjalistą rozpoznającym kapibary w ich nie-naturalnym środowisku. To, że chuja wiedział o przyrodzie i według niego ogórki wykluwały się z jajeczek było zupełnie innym tematem nie wartym rozpatrywania. Tak. To właśnie ta świnka morska była elementem chaosu. Sauriel z zaskoczeniem obrócił się w kierunku biednego Atreusa, który przypuścić chciał swoją szarżę, ale przed jego wścieklizną uratowała go prawdziwa królewna w czarnej sukience. - O kuurwa... to mój kumpel. Spierdolony, ale swój. - Mruknął tłumacząco do Bellatrix i podszedł w stronę Atreusa nawet jakby ten miał go zacząć gryźć po kostkach. Bo może i był skurwielem, ale był skurwielem z sercem! I zdecydowanie nie chciał, żeby jego kuzynowi (nawet w formie świni) coś się stało. Sauriel spojrzał całkowicie nieufnie na Shafiqa i jego machanie magicznym patykiem, ale chociaż krzywił się z niezadowolenia, którego nie próbował nawet kryć, to nic nie powiedział. Stała przy nim Victoria więc poziom zaufania rósł do poziomu "okej, pozwolę ci do swojego kumpla pomachać swoim patykiem", a i zresztą nawet jak na swoje standardy wcale nie chciał tutaj robić nadmiernego syfu. - Żyjesz, świnko? - Mruknął do niego, bo czar rzeczywiście coś zaradził. Spodziewał się sierpowego na starcie, więc już gotował się na zatrzymanie tej buły ocieplacza ich relacji swoim łapskiem. Nie obyło się bez paskudnego uśmieszku. [roll=PO] [roll=PO] RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Atreus Bulstrode - 30.05.2024 Bulstrode chyba się trochę zdziwił, bo nie spodziewał się że ta towarzysząca Saurielowi flądra, wyciągnie sobie różdżkę i postawi mu przed nosem tarczę. To było nawet zabawne - sposób w jaki odbił się od niej, rozbijając sobie chyba przy tym trochę nos i odślizgując się trochę na tym parkiecie, bo kapibarze futerko tylko zmniejszało tarcie. Przez chwilę tak siedział, dochodząc do siebie, zanim znowu stanął na cztery nogi, gotowy do przypuszczenia ataku numer dwa; w tym momencie był definicją walenia głową w ścianę, bo nie wątpił że Bella mu tu zaraz znowu zagrodzi drogę do kostek Rookwooda. Ale na całe szczęście, wuja przyszedł mu z pomocą i machnął różdżką, uwalniając go spod tej okropnej postaci i Atreus przemienił się niczym zaklęty w kapibarę książę za sprawą pocałunku pięknej księżniczki. Obrzucił Sauriela oburzony spojrzeniem i zaraz wyciągnął w jego stronę ręce, ale nie po to żeby mu przywalić, ale żeby go złapać za łachy i przytrzymać blisko siebie, aby móc wycedzić mu słowa cicho i prosto do uszka. - Ty gnoju masz szczęście, że mnie Anthony odczarował bo bym ci już rzepki przestawiał - bo wyżej by nie sięgnął niestety. No, może jakby podskoczył to by mu krocze skasował, ale czy w ogóle te przerośnięte świnki morskie to potrafiły? Puścił Rookwooda, o zgrozo, bez bicia i położył mu rękę na ramieniu - Słuchaj Sauriel... - zarzucił przyjacielskim, nieco konspiracyjnym tonem. - Nazwij mnie jeszcze raz świnką, a znowu mnie opiszą w gazetach, że kogoś trzepnąłem po mordzie, ale tym razem już nie kutasem. A teraz idę się napić - poklepał go po policzku, a potem skinął grzecznie Belli głową, obdarzając ją przy tym lekkim uśmiechem i odszedł do baru. !weselnedrinki RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Pan Losu - 30.05.2024 Czy to jest przyjaźń? Czy to jest kochanie? Twoje serce gwałtownie wyrywa się z piersi, zaś w brzuchu tańczy stado motyli - już wiesz, że osoba, którą obdarzyłeś spojrzeniem jako pierwszą, jest tą jedyną, na którą czekałeś całe życie. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Rodolphus Lestrange - 30.05.2024 [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/2a/90/29/2a9029bbee43640e5f4edc056f54e00b.jpg[/inny avek] Sala bankietowa
- Dla Victorii żadne drzwi nie są przeszkodą - odpowiedział, kręcąc delikatnie głową. Jego kuzynka była uparta, tą cechą dorównywała każdemu w rodzinie, a wielu nawet pokonywała w tym starciu. Byłby jednak głupcem, gdyby przyrównał ją do jednego z najbardziej upartych, mugolskich i magicznych stworzeń, więc nawet jeśli wiedział, że nikt nie słyszy jego myśli, to dla bezpieczeństwa wolał nie wyobrażać sobie Viki jako oślicy. Zesztywnienie Laurenta umknęło jego uwadze, jako że i sam na chwilę stanął, jakby wrósł w ziemię. Najwyraźniej nie tylko zaskoczone spojrzenie łączyło ich w tej chwili, bo obydwoje woleliby chyba znaleźć się w zupełnie innym miejscu. Rodolphus, jak na odważnego pracownika Ministerstwa Magii, czarodzieja który był pewny swoich umiejętności, zrobił to, co uznał za słuszne. Przeszedł z drugiej strony Laurenta, chociaż doskonale wiedział, że nie mógł się za nim schować między innymi ze względu na wzrost. Ale jakoś tak odruchowo zareagował, chcąc uniknąć konfrontacji. Chcąc nie chcąc, ruszył razem z Prewettem, lekko opuszczając głowę i odwracając wzrok, by brońcie Merlinie nie zetknął się z Bellatrix. - Perseusie - dopiero gdy znaleźli się przed mężczyzną, zdecydował się podnieść wzrok i posłać mu nieco... Skonfundowany uśmiech. Laurent już robił za wodzireja tej rozmowy, więc nie miał zamiaru dorzucać swoich trzech sykli i ewentualnych pytań. Namierzał wzrokiem wyjście z sali bankietowej do jadalni, co w teorii mogło wyglądać jakby po prostu rozglądał się po osobistościach, które się tu zjawiły. Tam było. Jeszcze chwila, kilka uprzejmych słów wymienionych z Blackiem i będzie mógł dyskretnie się zmyć z tego pomieszczenia, wielki odważny czarodziej. Po drodze wyłapał jeszcze Victorię wzrokiem. Zmarszczył nieco brwi, bo nie spodziewał się jej tu, ale ludzie byli pełni niespodzianek i czasem musieli robić niekoniecznie to, na co mieli ochotę. Zwłaszcza że wcześniej mignął mu jeszcze Sauriel. Mógł się tylko domyślać, jakie to kuzynki było niekomfortowe. |