Secrets of London
[28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent (/showthread.php?tid=4431)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8


RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 12.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iLpRvj2.png[/inny avek]

Nie odnalazł odpowiedzi na pytanie, kto niby chciałby stać się nim. Nikt. Każdy, kto tylko znalazłby się w tym beznadziejnym ciele zaraz znalazłby odpowiedź, jak to jest być nikim. Cieniem w ludzkich wspomnieniach i wyobrażeniach. Jak miał uwierzyć niby w to, że Flynn by tu został? Ach, nie... racja. Mógł. W końcu nie było osoby, która stanowiłaby dla niego jakąkolwiek alternatywę, ale to dopiero na teraz, prawda? Znajdzie sobie kogoś lepszego, kto go w końcu zrozumie i będzie mu w kółko powtarzał to samo. Prawda, nieprawda, nie ma znaczenia, dopóki Flynn dostanie to, czego chciał. Był w tym okrutny. Bezwzględny wręcz. I kiedy teraz patrzył na niego przez te brązowe oczy, które tak uwielbiał, uważał, że był w tym również całkowicie szalony.

Bał się go wręcz w tej chwili. Kiedy go słuchał i kiedy na niego patrzył. Jak na zupełnie szalonego człowieka, z którym nie dało się znaleźć porozumienia. Nie ważne, jak bardzo będziesz próbował, on i tak wszystko przeinaczy na swoje. Żadne próby wyjaśnienia czegokolwiek nie miały znaczenia. Tak, stawiać na piedestale... czego? Szaleństwa? Właśnie go tam umieściłeś. Burza wyła wokół niego, a jej cienie w niczym nie przypominały pomarańczy i purpury niknącego za taflą morza słońca. Ale może to jego ciało robiło mu taką krzywdę? Aż tak plątało jego myśli i sprawiało, że komunikacja była niemożliwa? Szukanie usprawiedliwień wcale nie było złą taktyką, dopóki te usprawiedliwienia jeszcze miały sens. A tu? Czy tutaj w ogóle cokolwiek mogło ten sens mieć?

- Prawda najwyraźniej bardzo boli. - Powiedział głosem zadziwiająco spokojnym. Niemal chłodnym. Spoglądał na Flynna z trwogą, nagle nie rozumiejąc tych słów, które do niego kierował. Tego wyklinania. To ciągle ten sam Flynn? Tak, z całą pewnością. Jeszcze bardziej psychicznie niezrównoważony niż w swoim własnym ciele. - Ty jesteś zwyczajnie okrutny. - Nie... on był teraz całkowicie niezrównoważony. To, co było prawdą, uznawał za bycie bucem. Dobrze, no dobrze! Może wcale nie było w tobie łagodności, tak? Ach, tak, oczywiście... Jeszcze zrobiłeś jeden krok w tył, żeby na pewno odsunąć się od tego szaleńca. Nawet z nożem w dłoni nie przechodziły cię takie ciarki, kiedy patrzyłeś na Flynna, jak te, które towarzyszyły tej chwili. Patrzę na ciebie jakby..? Zakończenie się wcale nie pojawiło. Nie musiało. Flynn nadal był Flynnem, ty byłeś nadal sobą - na pewno, prawda? Dusza przecież nie mogła ulec aż takiemu przeinaczeniu tylko dlatego, że...

Przeraźliwy pisk sprawił, że automatycznie zakryłeś uszy dłońmi. No spójrz na to - jakże piękne dzieło życia! Ktoś, kogo się kocha, w takim stanie. Jakie to było... niezwykłe de ja vu. Scena z innej perspektywy, z innego miejsca, kiedy ktoś żebra tylko o odrobinę zrozumienia. Porównanie tak wstrząsające, że wzdrygnąłeś się drugi raz - gdy ten pierwszy miał miejsce przy krzyku, który szybko wszedł w fałsz i okropne tony. Zepsute, złamane. Kolejne dwa kroki w tył. Wszystkie te wypowiedziane słowa nagle traciły na znaczeniu. Może to łuski spadające z oczu?

Gdybyś w to uwierzył - czy ta relacja miałaby jakikolwiek sens?

W uszach dzwoniło i piszczało jeszcze na długo po tym, gdy krzyk Flynna ucichł. Laurent sięgnął do kieszeni po swoją różdżkę. Wzywać Florence? Nie wzywać? Może wytrzymają. Byle do rana, potem szybko zleci. Jeśli teraz wezwie Florence, wrócą do swoich ciał i ona go zobaczy w takim stanie... Przecież ona zabije Flynna na miejscu. Ta uniesiona różdżka, gotowa do rzucenia zaklęcia, opadła w dół.

Jego serce waliło jak oszalałe. Czuł się pobudzony jak po dawce narkotyku. Stał wbity w ziemię przez krótką chwilę, nim w końcu zrobił parę kroków w stronę Flynna i stanął nad nim. Bardzo mocno próbował zrozumieć zachowanie tego człowieka, ale po prostu nie mógł. I nawet nie chciał tego akceptować.

- Jeżeli chciałeś zniszczyć zaufanie, które do siebie zbudowałeś, to brawo. Ładnie sobie z tym poradziłeś. - Stawiać na piedestale? Dobre sobie... Prędzej zastanawiać się, czemu w ogóle chciałeś dawać mu jakąkolwiek szansę, skoro wiedziałeś od początku, jaki to człowiek. Parszywy i paskudny. Czuły i kochający całym sercem. Pieprzenie. - Tak się nakręcasz, że nawet nie widzisz, że tworzysz samospełniającą się przepowiednię. Albo jesteś po prostu takim egocentrykiem. - Pochylił się, żeby go podnieść, pomóc mu podnieść... dźwignąć go na nogi w ten czy inny sposób. - Idziemy spać. Nie wezwę klątwołamaczki, bo nie skończyłoby się to dobrze. - Była w nim szorstkość i ozięłbość. Nawet całkiem jej sporo. Machnął różdżką, żeby koc się poskładał i grzecznie powędrował za nimi. - Wrócisz do siebie, będziesz znowu szczęśliwy i zadowolony. - A to już mówił z goryczą.




RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - The Edge - 12.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=C5Wsya3.png[/inny avek] To była prawda. Był zwyczajnie okrutny. I prawda mówiła też, że potrafił być jeszcze gorszy - niezliczoną ilość razy w to lato myślał o zdzieraniu z kogoś skóry pazurami z czystego gniewu i irytacji - bo znowu nie dostał tego, co chciał i zabijało go to od środka. Gdyby miał wymienić najgorsze ścierwa, jakie znał, obok liderów niszczenia innym życia, obok największych twarzy Ministerstwa i Ścieżek gotowych na to, żeby mordować za krzywe spojrzenia, wymieniłby siebie.

Fakt, że nie mógł dotrzeć do tego domu sam, że się musiał podpierać o innego człowieka... zdecydowanie mu nie pomagał. Wróci do siebie, czyli gdzie? Do tej obrzydliwej, szkaradnej zlepce kończyn i organów udającej żywego człowieka, która idealnie pasowała do tego, kim stał się przez te wszystkie lata? Leżała na nim jak naprawdę dobrze dopasowane spodnie. Okalała doskonale całe to zepsute jestestwo, ale to nie to było motorem napędowym błagania o tę zmianę. Oplótł się tymi drobnymi, bladymi, drżącymi rękoma tyle razy. Tyle razy wytarł nimi łzy, tyle razy zakrył nimi uszy i oczy. Nic nie działało. Nic nie dawało mu ulgi, nic nie przynosiło mu tego samego spełnienia, jakie czuł kiedy obejmował go Laurent. Jedynym co teraz czuł, było zimno i chłód, zestawione z głębokim uczuciem porażki. W momencie przekraczania progu domu, będącego jego schronieniem przez ostatnie dni, wydawało mu się, że zaśnięcie po czymś takim jest zwyczajnie niemożliwe.

Mylił się. Zasnął od razu i pierwszy raz w życiu śnił. To był bardzo barwny, bardzo realistyczny sen, w którym Frances wyglądała jak czarno-biała wycinanka podążająca jego szlakiem, żeby pożerać serca każdego, kto śmiał się do niego zbliżyć. Wiercił się, spychał z siebie koc i jęczał w niemożliwie irytujący sposób, próbując odgonić najgorszą z możliwych myśli - że coś takiego mogłoby mu się spodobać. Bo może było to kompletne szaleństwo, ale przynajmniej było jakimś wyrazem oddania, co stało w sprzeczności z odrzuceniem kiedy pokazywał esencję swojego wnętrza - pierwotny strach, z jakiego został wykuty przez los, żyjący w nim zawsze i pożerający wszystko, czego się dotykał.

Być może obudziłby się z krzykiem, gdyby w ogóle mógł się odezwać. Zamiast tego zachłysnął się powietrzem, a w jego oczach rozbłysła panika. Szukał rękoma, nogami, oczyma, nosem... czegokolwiek. Oznak życia obok, albo przynajmniej blisko. Kogoś, kogo mógłby chwycić i nie zapłakać nad tym, że nie obudził się sam, a moment obmywania nóg i rąk z piasku nie był ostatnim dotykiem, jaki miał ofiarować mu los. Nienawidził tego ciała. Nienawidził widzieć kolorów. Nienawidził tego ciała, bo był w jego wnętrzu, zamiast dać mu oplatać się w inny sposób.


RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 12.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iLpRvj2.png[/inny avek]

Zaprowadził go do domu i posadził na brzegu wanny. Obmył jego nogi, rozebrał, przebrał w koszulę nocną, chociaż wiedział, że Flynn wcale nie lubił luźnych rzeczy. Zmienię mu to w sypialni. Zaprowadził go do tego łóżka, położył i nakrył. Zaraz wrócę. Idę tylko po kilka rzeczy - powiedział do niego, ale zanim dobrze zdążył się odsunąć - Flynn już spał. A wyglądał przy tym niewinnie jak... Aniołek. Był też ostatnią osobą, jaką o niewinność można było posądzać.

Poszedł więc do biura i kazał Migotkowi zawołać Aleksandra. Wydał dyspozycję, poprosił go o doniesienie dokumentów - nie pytaj, Alexandrze. Nie potrafię wytłumaczyć. Inaczej nie mogłeś powiedzieć na fakt, że gość właśnie przyjmował rozkazy od mężczyzny od jakiegoś czasu goszczącego w New Forest. Chyba jednak przyjął do wiadomości, że klątwa na krótko zamieniła wasze ciała. Albo po prostu przyjął fakt tego, że to jednak nie Flynn z nim rozmawia. Trudno było nie zauważyć różnicy, jeśli tylko pomijało się efekty wizualne.

Pracował dość długo. Idąc do sypialni zatrzymał się obok kwiatów, które tak go cieszyły, a teraz chciał zrobić dokładnie to, co robił Flynn z innymi. Wyrzucić je. Ta radość z nich była odległa. Nieobecna. Jedynie jej echo szumiało w jego głowie czymś, na czym ci zależało. Zależy nadal. Ale przecież nie można tego pożądać kosztem... TAKIM kosztem. To było niezdrowe. Nienormalne.

Mimo to wrócił do sypialni i położył na własnym łóżku. Z własnym ciałem, które dzisiaj zostało wyczerpane do granic. Wcale nie lubił zasypiać przytulając kogoś do siebie. Lubił za to zasypiać wtulając się w kogoś i szukając ciepła. Ale Flynn nie był ciepły - był zimny. Nawet mimo tej kołdry drżał.

Miałby go nie przytulić?

Nie zdawał sobie chyba sprawy z tego, że można spać tak lekko. Bez żadnych snów. Niemal jakby czuwając - zupełnie inny poziom śnienia niż ten, który znał. Nie nawykł też do budzenia się pryz kimś, kto od startu przeżywa panikę.

- Już, już... Flynn, jestem tutaj, hej. - Nieco zaspanym głosem próbował przywołać Flynna do zmysłów, unosząc się, żeby złapać jego dłonie i lekko go przytrzymać, by nie zrobił sobie krzywdy. IM krzywdy. Już chyba i tak wystarczająco złego wyrządził. - Jestem tutaj. Jestem. - Powtórzył już nieco spokojniej.




RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - The Edge - 12.02.2025

Tam w środku był człowiek, którego kochał. Tam w środku był człowiek, o którego stawał się coraz toksyczniej zazdrosny. Człowiek, którego chciał mieć dla siebie już na zawsze, nawet jeżeli ten nie rozumiał go ani trochę. W tym musiało chodzić o coś innego niż zrozumienie, bo mimo fali gorzkich słów, miłość w nim wcale nie przygasła, za to musiała wpuścić obok siebie silne, bolesne ukłucia czystej desperacji.

Jego stosunek do widzenia przed sobą własnego odbicia zmieniał się przeciwnie do tego, jak podchodził do tego Laurent. Wcześniej blada twarz skąpana w morzu czarnych loków wydawała się bezpieczną przystanią - bo była czymś mu bardzo znanym w świecie zalanym nowością, a on nie cierpiał nowości. Nie lubił nowych ubrań, nowych dań, nowych mebli. Nie wiedział też, jakie rzeczy lubił. Jego stare, zepsute, do jakich przywykł i twierdził, że nie potrzebuje innego życia. Egzystencja na Ścieżkach była okropna, ale oferowała jakąś stałość. Cyrk smakował znaną mu już nostalgią. Cain przeżywał te same rzeczy w kółko, mógł tkwić w tych samych fantazjach w nieskończoność. Przy Laurencie... Te fantazje się kończyły. Laurent ciężko przeżywał swoją przeszłość, ale nie rozpaczał nad nią non stop. Miał życie, którym żył. Lęki nie pozwalały mu spoglądać daleko w przyszłość, ale miał różne marzenia i plany - częścią nich było poszukiwanie przyjemności. Flynn się tej przeszłości i krzywd mu wyrządzonych trzymał jak świętych manuskryptów i miał bardzo wyraźną wizję tego, czym zakończy się wszystko, czego się dotykał - absolutną, bolesną i duszącą porażką. Ciężko było komuś z takim przepisem na funkcjonowanie zawiesić się na tu i teraz. Zapewne jeszcze ciężej było zrozumieć komuś zdrowemu, że dla niego moment powiedzenia nie wiem co będzie kiedyś smakował jak najgorsza z możliwych kar.

Jak to wszystko przetrwać?

Powiedział to w emocjach, ale już teraz wiedział, że to prawda. Jeżeli Laurent go zostawi, to się zabije. Mógłby wybłagać Alexandra o przebaczenie. Mógłby zrobić coś samolubnego, żeby Cain nie miał wyjścia i musiał z nim uciec. Mógłby wrócić na Ścieżki. Mógłby poszukać sobie kogoś innego, komu chciało się spełniać jego zachcianki i wrócić do wymieniania partnerów jak rękawiczek. Ale nie chciał. To było meritum tej kłótni - tym czego chciał było czuć na sobie dotyk Laurenta Prewetta. Chciał się czuć jak element komediowy jakiejś bajki, kiedy mieszkał w domu przypominającym jakiś pałac i korzystał z czegoś, co nigdy nie powinno być mu pisane. Z delikatności, z subtelności, z piosenek uspokajających go w nawet najgorszym momencie, z uśmiechu potrafiącego rozjaśnić każdą twarz. Dlaczego to nie mogła być prawidłowa odpowiedź? Chcę ciebie. Każdego, nawet najmniejszego okruchu twojej uwagi. Wszystkiego co możesz mi dać, żebym czuł się tak chciany i potrzebny jak w dniu, w którym się w tobie zakochałem.

Wtulił się w to cielsko, ale po chwili się od niego odsunął. Nie po to, żeby stąd uciec, ale żeby nawiązać dialog. Niemy, bo naprawdę nie mógł się odezwać. I wiedział, że Laurent na pewno języka migowego nie zna, on też zresztą mylił się w nim ciągle, ale istniał wciąż język gestów. Tych uniwersalnych, które rozumieli wszyscy. Zastukanie palcami w swoją klatkę piersiową. Otoczenie się ramionami i zabujanie się. A później zastukanie w niego. Ja kocham ciebie. Oczy mu się kleiły, poranne światło bolało bardziej niż zazwyczaj, ale powtórzył to jeszcze kilka razy. Ja kocham ciebie. A później przestał pokazywać na niego. Stukał palcami w siebie, oplatał się rękoma, bujał się na boki, ale później znów stukał w siebie i kręcił głową. Bo siebie nie kochał wcale. Siebie nienawidził, a tej nienawiści miał w sobie naprawdę dużo. Znów stukał w siebie. Ułożył dłonie jak do modlitwy i ułożył je pod swoją głową, jakby miał iść spać. A później zastukał w niego i pokazał rękoma ogrom. Chciał go doprowadzić do wielkości. Uczynić kimś zadowolonym z samego siebie. I chciał przekazać jeszcze więcej, ale panika sprzed chwili mijała, a do niego coraz mocniej docierała perspektywa konsekwencji i ta szansa, że... Zostanie tu sam. Oczywistą reakcją był powrót w bezpieczne objęcia - wtulił się w niego znowu i dopiero kiedy miał tak blisko tę klatkę piersiową z obrazkiem, którego bardzo nie lubił, coś do niego dotarło. Skóra. Przygryzł wargę i przyłożył do niej swoje zimne palce, żeby zacząć po nich przesuwać. P r z e p r a s z a m, które wczoraj nie wybrzmiało, zostało wyrysowane palcami na skórze, litera za literą. Naparł ręką na jego bark. Próbował położyć ich w pozycji, w której zawsze leżeli, tylko na opak. Nie na opak ciałami, to wciąż to samo ciało miało leżeć na plecach i obejmować drugie ręką, kiedy to kładło głowę na jego ramieniu, nogę na udach i... palce na klatce piersiowej. Żeby móc kontynuować jedyny sposób kontaktu na jaki wpadł i umożliwić mu obserwowanie tych ruchów. N a p r a w d ę c i ę k o c h a m. Z m i e n i a s z m o j e ż y c i e n a l e p s z e. J e s t e m z e p s u t y a l e n a p r a w d ę c i ę k o c h a m i l u b i ę s p ę d z a ć z t o b ą c z a s. Schował własną twarz w jego szyi, uciekając od namolnych promieni słońca. M ó w i ł e ś m i o t y c h r z e c z a c h p r z e z k t ó r e c i e r p i s z a j a s t a ł e m t u j a k i d i o t a i m ó w i ł e m c i t e w s z y s t k i e r z e c z y a p ó ź n i e j s z e d ł e m n a t r a p e z i k i l k a g o d z i n m y ś l a ł e m o t y m ż e b y ł b y m s z c z ę ś l i w y z k i m ś k t o c h c e b y ć k o c h a n y w t a k i s p o s ó b. N i e n i e n a w i d z ę c i ę j a c i ę a d o r u j ę. B a r d z o b o j ę s i ę p r z y s z ł o ś c i c i ę ż k o m i s i ę u s p o k o i ć k i e d y c o ś m o ż e m i c i ę z a b r a ć. Obrócił pierścionek na palcu i czekał na jakiś znak od wszechświata, że miał to kontynuować, albo po prostu zamilknąć już zupełnie.


RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 12.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iLpRvj2.png[/inny avek]

Relacje nie były czymś, co można kontrolować. Wymykały się spod prawideł poczucia, że możesz mieć co do nich pewność. Ludzie się zmieniali, a czasem zmieniał się twój pogląd na nich. Jak na przykład strach odczuwalny wobec Flynna, bo nagle to jedno słowo ["kontrola"] odbiegało od niego na przeciwległy biegun. Przeciwieństwa się przyciągały, ale skrajne przeciwności nie mogły stworzyć spójnego jutra. Leżąc obok Flynna miał zadziwiająco dużo czasu zastanowić się, co więc sprawiało, że ten człowiek był taki wyjątkowy. Co było nie tak ze spokojnymi kobietami, z którymi przecież mógł tworzyć to "jutro" bardzo spójne. Mógłby wtedy bez żadnych obaw planować, tworzyć kreować, miałby się na kim podeprzeć, byłby wspierany. Kłótnie? Na pewno by były. Jednak nie takie. Nie te, które zwracały się na ciebie wyrzygami i kończyły myślą, że to wszystko jest niczemu niewarte. Że szkoda czasu, że to i tak przegrana sprawa. Mimo to jakoś nie potrafił się na tym zatrzymać. Winne były kobiety? Ten brak poczucia, że jest się otoczonym opieką, zamiast wchodzenia w roli koniecznego opiekuna? Właściwie to dopiero przy Flynnie dotarło do niego, jak bardzo tej narzuconej przez społeczeństwo roli nie lubił. Jak mu przeszkadzała, wadziła, jak nie czuł się w niej... sobą. Potem spójrzmy na dżentelemenów, którzy potrafili być słodcy, ale jakby... czegoś w nich brakowało. To jak pies Brenny - naprawdę za nim przepadał. Za nimi. A mimo to nie potrafił się nimi zachwycić jak dobermanami. Jak wyżłami. Jak chartami. Kochał konie, ale nie potrafił na nie spoglądać tak jak na abraksany czy hipogryfy. Albo testrale. Lubił koty, ale jak miał się zachwycić Divą tak samo jak zapierającym dech w piersi nundu. I w tym wszystkim nie chodziło o potrzebę walki i przepychanki, o niechęć do spokojnej codzienności - pragnął jej bardzo. Przekonał się też jednak, że nie zawsze to, czego pragniemy, okazuje się dla nas dobre w większej skali. Tylko o co w takim razie chodziło? O przygodę? Dzikość? Nie. O oswajanie. O wyjątkowość. Nie mógł czuć się wyjątkowy stojąc przy boku mężczyzny, którego... och, no chyba mógłby mieć każdy? Nie potrzeba było go oswajać, nie gryzł innych po rękach. Albo to chodziło o misje? Zbawienie świata, myśl, że się komuś pomogło. A potem że można z tą osobą leżeć i oglądać sztuczne niebo nad głowami. Pewnie wszystko na raz. Tylko że te doświadczenia nie były warte tego, czego doświadczył wczoraj. Więc - usprawiedliwienia, tak? Trochę było w tym usprawiedliwień. Flynn miał rację - mógł sam zachować się lepiej, darować sobie niektóre zdania, wstawki, zmienić ton. Czy zmieniłby jednak sens swoich wypowiedzi? Nie potrafił znaleźć w sobie żadnego uczucia, które nakierowałyby go na odpowiedź: tak. Niezależnie, jak wiele chciał przypisywać temu ciału, to pokłady empatii wczoraj uległy zwyczajnemu wyczerpaniu. Doświadczył spotkania tej ściany, która już nie pozwalała chłonąć syfu z otoczenia. Na przestrzeni ostatnich tygodni doświadczał jej coraz częściej.

W pierwszej chwili sądził, że to odsunięcie się jest objawem kolejnego napadu paniki i chciał go na powrót do siebie przysunąć, zamknąć szczelnie, zanucić kolejną bzdurną piosenkę, która przyjdzie mu do głowy. I panikę dojrzał, ale w zupełnie innej postaci - w panicznej potrzebie porozumienia się. Kiedy zaczął machać tymi rękoma i robić te gesty chciał zapytać, czy boli go gardło - najbardziej trywialne pytanie na świecie. Ale jakoś tak... nie pasowało, prawda? Nawet gdyby nie bolało - było coś magicznego w tej formie komunikacji. Podjętej na najbardziej prywatnej stopie, na jakiej człowiek mógł się porozumiewać. W języku tak uniwersalnym, że nie ważne, czy spotkasz natywnego mieszkańca Afryki, który nigdy nie widział telefonu komórkowego, Królową Anglii, czy pracownika korporacji japońskiej - każdy zrozumie to, co czarnowłosy chciał przekazać. Tylko że Flynn był czarodziejem - mógł z łatwością, bez różdżki, stworzyć iluzje, wypisać w powietrzu cały list, albo nakreślić napisy płatkami róż transmutowanymi z pościeli. Mógł wszystko - tymczasem jako czarodziej sięgnął po tę najbardziej prymitywną formę komunikacji. Dlaczego? Wpatrywał się w niego bardzo uważnie, ze skupieniem, starając się zrozumieć wszystko. Przerywanie tego słowem zdawało się świętokradztwem.

- Heej... Flynn... - Chciał powiedzieć "spokojnie", ale powstrzymał się. Odezwał się, kiedy ten na nowo się w niego wtulił. - Jestem tu. Nigdzie się nie wybieram, nie martw się. - Może "nie martw się" było tak samo chujowe jak "spokojnie"? I znów zamilkł. Z początku sądził, że to jeden z tych momentów, w których Flynn po prostu musi coś robić rękoma i zaraz będzie naciągał jego spodnie, jakby chciał nimi strzelić tak samo jak bielizną, lecz nie. Znów błąd. Poddał się temu ruchowi i położył się na plecach, wysuwając rękę, by objąć Flynna. By pozwolić mu się na sobie ułożyć. Dziwne to było - dziwne i ciekawe. Ale nad tym nie miał czasu znów dumać - tą zamianą ról - bo całe jego skupienie pożarło odszyfrowywanie powolnego kreślenia liter na skórze. Na jego twarzy pojawiło się rozczulenie, które przechodziło przez marszczenie brwi i mocniejszy fokus, aż do zrozumienia. Strach przed odrzuceniem. To było coś, co rozumiał, ale co doświadczał w inny sposób i innej dawce niż Flynn.

- To miałem na myśli mówiąc o zaufaniu. Że kiedyś zaufasz mi, że nikt mnie nie zabierze od ciebie. I ja zaufam tobie, że nikt nie zabierze ciebie. Bez względu na to, czy ty nie lubisz jeść ośmiornic, a ja lubię, czy ty lubisz zakupy w camdem, a ja nie. - Pogłaskał go czule po jasnych włosach. - Ja też cię przepraszam. Masz rację, byłem... bucem. Widzę, jak bardzo się boisz i postaram się lepiej sobie z tym strachem radzić następnym razem. Rozumiem to. Bo ja też się boję. Ale to nie może wyglądać tak, jak wczoraj. Nie pozwolę ci wymuszać na sobie rzeczy w ten sposób. Bo to nie jest wtedy miłość. To jest wtedy tylko strach.




RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - The Edge - 12.02.2025

Flynn poprawił swoje ułożenie i wydał ustami dźwięk, jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie nie powiedział nic. Kołdra, w którą był wcześniej zawinięty, a teraz leżała obok, wzniosła się do góry i opatuliła ich szczelniej. A jednak wciąż nie przyszła mu do głowy żadna inna forma wyrażenia swoich myśli.

K i e d y b y ł e m m a ł y m d z i e c k i e m m o i r o d z i c e w y w i e ź l i m n i e a ż d o B i r m i n g h a m i w y r z u c i l i m n i e z s a m o c h o d u n a u l i c ę t a k j a k c z a s a m i z o s t a w i a s i ę p s y n a a u t o s t r a d z i e. Na chwilę położył dłoń na płasko. Nie odkleił swojej twarzy od jego szyi. P ł a k a ł e m i k r z y c z a ł e m b ł a g a j ą c ż e b y t e g o n i e r o b i l i a l e m o j a m a t k a w y p y c h a ł a m n i e n a s i ł ę p r a w i e w y d ł u b a ł a m i o k o s z p i l k ą. B i e g ł e m z a t y m a u t e m a p ó ź n i e j d o t a r ł o d o m n i e ż e j e s t e m s a m. C z e k a ł e m t a m n a n i ą t y g o d n i a m i l i c z ą c n a t o ż e z m i e n i z d a n i e. Poruszył się nieznacznie. To był bardzo nieprzyjemny, pełen nerwowości ruch, ale wykonany w taki sposób, jakby się balii, że od zbyt dużej gwałtowności szansa na bliskość zniknie. N i g d y n i e w r ó c i ł a a j a n i e u m i a ł e m m ó w i ć z u l i c y z a b r a ł a m n i e d o p i e r o f a n t a s m a g o r i a. Zastukał palcami o jego skórę i odetchnął głęboko. W i e m ż e j e s t e m d o r o s ł y a l e c z a s a m i c z u j ę s i ę t a k j a k w t e d y. Zastukał nieco bardziej nerwowo. W y b i ó r c z y m u t y z m n i e c h c ę l e k a r z a n i e p ó j d ę d o l e c z n i c y a n i d o B l a c k a c h c ę ż e b y ś s p ę d z a ł z e m n ą c z a s ż e b y ś m n i e k o c h a ł i z a w s z e w c h w i l i z w ą t p i e n i a m y ś l a ł o t y m ż e w y b r a ł e m c i e b i e b o c i ę p r a g n ą ł e m. N i e m ę c z y s z m n i e. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=C5Wsya3.png[/inny avek]


RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 12.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iLpRvj2.png[/inny avek]

Nieprzyjemny dreszcz przeszył jego ciało. Historia brzydka, straszna, brutalna. Nikt nie powinien tak traktować drugiego człowieka - co dopiero dziecka. Zdawał sobie sprawę z tego, że Flynna porzucili rodzice - wspomniał o tym raz, może nawet dwa. Przewinęło się to gdzieś w tym całym poczuciu strachu i wylewanych emocjach, między słowami potrzebnymi mniej i bardziej. Dzisiaj nie wybrzmiało - dzisiaj zostało wypisane na jego własnej skórze. Gdyby w palcu miał atrament to właśnie zamieniłby swoją skórę w historię życia. Nie była nim już? Płótnem, które przyjęło wiele opowieści wyrażonych w tatuażach i bliznach. Ta historia była tego początkiem. Albo zły początek miał jeszcze miejsce, zanim dziecko zostało wyrzucone na bruk - tak, jak pies. Dokładnie jak szczenię, które wyrosło za bardzo, żeby się nim cieszyć. Poniekąd Flynn miał szczęście - przygarnęła go rodzina. Może i dysfunkcyjna, ale jednak jakaś rodzina. Osoby, które dawały mu jeść, spać i ubrać się w cokolwiek. Pewnie musiał być dla nich użyteczny. Więc uczył się, jak mógł pracować dla cyrku. Taka szkoda... Flynn był taki inteligentny. Mógłby osiągnąć tak wiele, stać się kimś..! Na pewno? W tych niespokojnych czasach, w których Śmierciożercy chcieli zniszczyć każdego, kto nie był czystej krwi?

Ten uparty jak osioł człowiek nadal tak bardzo chciał. Nie chciał sobie pomóc, żeby przez to pomóc innym, nie. On chciał. Co to miało udowodnić? Naprawdę to miało udowodnić miłość? Obejmował go pod tą kołdrą, wrócił do głaskania go w chwili przerwy. Bo kiedy kreślił litery wysilał się, by nie przegapić ani jednej. To trwało. To kreślenie trwało, a on czuł ten charakterystyczny uścisk mówiący o irytacji. Nie przekazem, a jego długością. To nie drażniło go mentalnie, to zaczynało się w bardziej pierwotnej stopie - ciele. Teraz to rozumiał o wiele lepiej. Nie chciał jednak przerywać tej chwili - chciał poznać całą historię. Wszystko, co było tu do napisania, chociaż przy końcówce coraz trudniej było mu po prostu leżeć pod tą kołdrą. Pod którą było mu zresztą jakoś za ciepło, ale nie ruszył się na tyle, żeby ten fakt zmienić jakkolwiek. Żeby się poprawić. W tym wszystkim najbardziej myślał o tym i przejmował się tym, że Flynn nie chciał dać sobie pomóc. Ale w ciągu dalszych myśli wpadło do niego to, co zostało powiedziane na samym końcu. Nie męczysz mnie. Adoruję cię, lubię, kocham, kochaj mnie też. Widzisz przed sobą problemy do rozwiązania, a nie dostrzegasz płatków kwiatów rozsypanych pod nogami. Czasem czuł się tak jak wtedy. Jak wypchnięte dziecko z auta, które musi za kimś biec. Ten szereg problemów, z jakimi Flynn się musiał zmagać był bardzo trudny. Uzmysłowił sobie, że tonie w tak głębokim zamyśleniu, że Flynn może to zaraz uznać za coś niedobrego, więc przerwał ciszę ze swojej strony.

- Nie wiem, czy bez pomocy jesteśmy sobie poradzić z twoimi traumami, ale liczyłem się z tym od początku i gotów byłem spróbować. Nadal chcę próbować. - Zrobił malutką pauzę. - Od razu uprzedzę: słyszę, albo raczej - czuję - co do mi przekazujesz. Spoglądam na to pragmatycznie... - Tutaj na moment się zawiesił i spojrzał na Flynna, czy rozumie, co to za nowe "mądre słowo". Bo jak nie, to w tym punkcie wystąpiło wyjaśnienie, zanim kontynuował. - Nie wiem, co będzie za 10 lat, ale mam wyobrażenie tego, gdzie chcę się znaleźć za miesiąc, rok i dwa. Jesteś zawarty w tych wizjach przyszłości. Zdaję sobie sprawę z tego, że emocje to twój główny sposób komunikacji, wyrażany w słowach czy dotyku. Potrafisz je wyrażać w sposób wstrząsający do cna, aż zapisuje się w kościach. Nie ufam jednak za bardzo gwałtownościom chwil, bo to się rozpływają, a potem ludzie znajdują kogoś innego i... już ich nie ma. Wierzę w czas, bo to on daje mi logiczne argumenty, że to nie jest tylko kaprys chwili. - Zastanowił się odrobinę, więc znów była mała pauza. - Chcemy tego samego. - Uśmiechnął się. - Chcę tego od ciebie i chcę, żebyś ty też wiedział, że cię nie zostawię. Żebyś w chwilach zwątpienia wiedział, że cię wybrałem i wybieram. Twoja rodzina cię porzuciła, ale teraz ja mogę być twoją rodziną.




RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - The Edge - 12.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=C5Wsya3.png[/inny avek] Uśmiechnął się. Smutno, ale przecież tego uśmiechu nie było wcale widać. Może jedynie powietrze, jakie wypuścił przy tym z nosa, obiło się o jego szyję i uświadomiło go w tym, że Crow się z tego powodu jakoś ucieszył.

L u b i ę k i e d y r z e c z y s ą i n t e n s y w n e. M o ż e d l a t e g o c z a s a m i z a b a r d z o u l e g a m c h w i l i. P r z e p r a s z a m. N i e j e s t e m i d e a l n y. A l e t o c o c i m ó w i ę j e s t p r a w d z i w e. J e ż e l i k t o k o l w i e k z a p y t a m n i e o t o z k i m d z i e l ę s w o j e ż y c i e i k o g o k o c h a m b ę d z i e s z t a m t y l k o t y. C h c ę b y ć t w o j ą r o d z i n ą. T y m k t ó r y p r z y t o b i e z o s t a n i e.

Czuł się źle z faktem, że w ogóle go o czymś takim zapewniał. Że to, w jaki sposób żył zmuszało w ogóle do zaistnienia takich zapewnień, tłumaczeń... Od zawsze stwarzało to w nim poczucie głębokiego wybrakowania. Nikt przecież czegoś takiego nie nazwał inaczej niż zwykłe kurestwo, nie miał żadnego punktu odniesienia, żadnego wzoru, którego istnieniem mógłby się sugerować. Miał tylko tego połamanego, bardzo nieprzyjemnego siebie ociekającym wadami tak, jakby się w nich właśnie wykąpał i ledwo wychylił się z wody. Jego mimikę przejęło więc dogłębne uczucie wstydu. Chował się jeszcze chwilę w bezpiecznej strefie jego szyi i dopiero kiedy ten wstyd uleciał chociaż odrobinkę, podczas gdy gładził palcami jego skroń i żuchwę, odważył się podnieść.

Sam lubił ten widok. Kiedy Laurent podnosił się rankiem i jego obraz był w tych popsutych oczach taki rozmyty, kiedy promienie słońca otaczały jego głowę jak aureola, a on był taki piękny, taki czysty, tak jaśniał i jaśniał i wydawał się jaśniejszy, niż cokolwiek co go otaczało. Założył, że nawet z roztrzepanymi włosami musiał wyglądać przynajmniej odrobinę podobnie, ale to nie była prawda. Mylił się! Bo nie było w nim ani trochę arystokratycznej nuty, nie było w nim nic z takiego bogatego paniczyka pełnego ogłady, mówiącego harmonijnym głosem, panującego nad tym czy i jak wyginały się jego brwi i kąciki ust. Podróbka Laurenta, która usiadła obok podróbki Flynna, miała w sobie niebotyczne pokłady kobiecej zadziorności. Nie miał prostych pleców - jedno z ramion znajdowało się wyżej, przekrzywiał bark. Opierając rękę przy jego udzie i puszczając nogi prostopadle do jego, zakopując je w pościeli, wyglądał trochę, jakby opierał się o jakiś bar, w którym zamówił kolejnego, absurdalnie słodkiego drinka, którego za moment wypije przez zakręconą słomkę i pobrudzi ją czerwoną jak krew szminką. Mięśnie twarzy też miał spięte, trochę jakby rzucał światu wyzwanie, ale zmrużone powieki wyraźnie odejmowały mu agresji. Była w tym zalotność. Obserwował go z tej pozycji dłuższą chwilę, bawiąc się guzikami własnej piżamy.

Spróbował coś powiedzieć. Dźwięk zabrzmiał bardzo szorstko, więc szybko wrócił do mówienia na granicy szeptu. A skoro musiał szeptać, położył się znów, tuż obok, tak żeby mu móc złożyć kilka pocałunków na rozgrzanej szyi i znowu odwieść jego myśli od problemów w jakimś innym kierunku.

- Wiem, że lubisz takie rzeczy - nie mówił oczywiście o tym co widział przed sobą, jednak zrobił krótką przerwę na to, żeby odgarnąć z czoła roztrzepane kępy włosów - ale nie chcę, żebyś w tym kopał. Nie będziesz? - Potarł mu palcami policzek. - Pytałeś mnie, jak się nazywam. Jak masz do mnie mówić. Oto twoje odpowiedzi. Matka nazwała mnie Fleamont. To czarodziejskie imię. Bellowie nazwali mnie Flynn, bo to łatwiej krzyknąć. Sam siebie nazwałem Crow, bo się chciałem odciąć od przeszłości, a moim duchowym przewodnikiem jest kruk. Ona nazwała mnie szczurem. Mówiła mi, że są inteligentne, ja nigdy w to szczególnie nie wierzyłem. John nazywa mnie Monty. Wpisałem to imię w prawie jazdy, wypełniając wniosek na poczcie. Wymyśliłem imię Edge, żeby schować się za maską i Florence, żeby ukryć się w innym ciele. Ludzie nazywali mnie różnie, ale nikt nigdy nie zapytał mnie, jak chcę być nazywany. Chyba byłem dla ciebie wtedy wredny, bo się tego zwyczajnie wystraszyłem. Wiesz... - zaśmiał się ochryple, nie brzmiało to dobrze zestawione z tak delikatnym szeptem - ja lubię pieszczotliwe określenia.


RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - Laurent Prewett - 13.02.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iLpRvj2.png[/inny avek]

Przymknął oczy, a ten uśmiech już został na jego wargach, gdy kolejne słowa były szyfrowane na jego-nie-jego skórze. Bardzo kochane, bardzo czułe, bardzo ciepłe. I cóż przy tym z tą kołdrą? Za ciepło, nie za ciepło - jakie to w zasadzie miało znaczenie? To strzelanie gumką bielizny nagle stawało się czymś, co denerwowało, ale i tak na to pozwalałeś i wspominałeś z uśmiechem. Jakimś przywilejem. To nie działało tak, że słodyczą można się było jednak zapchać na zapas. Tak jak same chęci do kochania nie wystarczyły, żeby Laurent przykuł siebie do kogoś, albo kogoś do siebie. Różnica całkiem spora - w pierwszej wersji to niekoniecznie on cokolwiek kontrolował w tym rozdaniu. Zupełnie jakby miłość była grą, a każdy krok powinien być wyważony. Nawet jeśli decydujesz się skoczyć na głęboką wodę to potem spijasz tego konsekwencje. Skiśnięta woda ze zbutwiałego statku zamiast słodkiej herbaty z gryczanym miodem.

- Wybaczam ci. Nie gniewam się już. I dziękuję. Za wszystko, co powiedziałeś - Rozchylił powieki, spoglądając, jak się podnosi. Z prostą myślą - czy nie potrzebował czasem pomocy. Nie tylko nie miał ochoty wracać do własnego ciała, nawet jeśli to miało swoje mankamenty, ale i nie chciał sobie wyobrażać, w jakim teraz było stanie, jak Flynn zrobił taką przejażdżkę bez trzymanki. Nie wstawał jednak - jedynie się podniósł, kiedy Laurent leżał. Wyciągnięty na tym łóżku chwilowo jak prawdziwe bożyszcze, z subtelnie pewnym siebie uśmiechem, rozjaśniającym jego brązowe oczy ciepłem czekolady. Tej gorącej, która może rozgrzewać i wokół której oplatało się palce, żeby zmarznięte dłonie poczuły ulgę. Jego leniwe i jednocześnie uważne spojrzenie spoglądało na Flynna z tą nutą troski. Czasem nie potrzebne były nawet słowa - wystarczyło jedno spojrzenie. Laurent nieco poprawił sobie poduszkę, żeby podciągnąć się wyżej i poprawił swoje ułożenie. To w takiej pozycji artyści chcieli malować swoje muzy w kontrastującej, białej pościeli. Gdzie twarz wyróżniała się przez czarne pukle włosów. Dzięki temu też się z tej pościeli trochę wygrzebał, a Flynnowi nie żałował podpórki z jego własnych nóg.

- W tym? - Trochę go zaskoczył. W "tym" to znaczy... w "czym". W tym, co zamierzał powiedzieć. Skinął zachęcająco głową dając znać, by mówił. Uwielbiał, kiedy do niego mówił. I potem przyszło drugie zaskoczenie. Aż lekko potrząsnął głową. Kolejne imię. I to się okazywało, że dopiero to było jego prawdziwym. Powinien poczuć się jak idiota, ale w sumie to wcale tak nie czuł. Każde z tych imion miało swoją przeszłość i teraźniejszość. Rozchylił wargi przy tym kruku, ale uśmiechnął się tylko i je zamknął. Ostatnie, czego teraz potrzebowali to wykład na temat fauny zwierzęcej. Bo Flynn, posłuchaj, kruk a wrona to różnica, łacińskie odpowiedniki... Przecież to było skomplikowane i nawet nie miało sensu po angielsku. Crow brzmiało lepiej niż Raven. Z prostej przyczyny - nie było tak... oklepane. Co dalej go zdziwiło to to, że nikt nie zapytał jego o zdanie w tym wszystkim. Jeszcze wiele rzeczy miało go zdziwić w jego świecie. To i to, jak potrafił być traktowany przez innych. I jak sam potrafił podle traktować tych innych.

- Szczury to jedne z najbardziej inteligentnych zwierząt. Nie myliła się. - Przytaknął temu, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Miało? Laurent lubił porównywać ludzi do zwierząt i roślin. Jak się tak nad tym zastanawiał to może robił to nawet trochę za często. Szczur... stworzenie, które przetrwa pomimo. Inteligentne, mające konkretną strukturę w swoich stadach. - Ani piesek, ani żadne tego odmiany nie brzmią zbyt pieszczotliwie. - Zażartował trochę, a przynajmniej miał nadzieję, że się wstrzeli, a nie podkopie tę rozmowę w niezręczność. - To może: myszko.




RE: [28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról, część II | The Edge & Laurent - The Edge - 13.02.2025

- Nie chciałem zbudować wrażenia, że to zaproszenie do odkopania tego, kim byłem przed Fantasmagorią. Pamiętam swoje imię bo je do mnie wtedy mówiła i tyle mi wystarczy. - I widać po nim było, że nawet mimo zachęty do mówienia, zwyczajnie nie ma siły lub ochoty rozwijać tego głębiej. Porzucił ten temat na rzecz tematów o wiele przyjemniejszych.

Kiedy uderzał kijem w swój atak histerii, nawet on nie podejrzewał, że uda mu się wybić go z orbity tak szybko. Znowu było spokojnie. Znowu kwiknął uroczo, przebierając nogami i wycałował mu prawą stronę twarzy tak mocno, że lewa aż zaskwierczała z zazdrości. Nie miało już znaczenia, że wywrócił oczami kiedy Laurent bronił jej tezy, ani jak mu przed chwilą wadziło widzenie tej paskudnej, zdziadziałej twarzy z bliska - bo nagle przesuwanie stopami po prześcieradle generowało iskry, nawet ta gęba się stała jakaś ładniejsza i przywoływała do głowy wspomnienia strojenia się przy lustrze i wyglądania bosko, zamiast tych porannych, spazmatycznych ataków kaszlu, podczas których wyglądał jak skończone gówno i pluł flegmą do zlewu. Nie trzeba było dużo się domyślać - Myszko zdecydowanie mu się podobało, szybko załapał żart i nawiązanie do Fontaine nie wydawało się już tłumaczeniem wariatki, lecz oskrobaniem pewnych rzeczy z bólu i ostrych krawędzi. Jakby ktoś te cholerne gryzonie wytarł papierem ściernym tak dobrze, że stały się idealnie obłe, niegroźne i słodkie w ustach kogoś, kto wiedział jak to powiedzieć.

Crow przygryzł wargę. Wyjątkowo nie swoją, tylko jego. A może właśnie swoją? Nie zastanawiał się nad tym, po prostu ugryzł ją, a później przesuwał po niej językiem.

- Podoba mi się - szepnął tym zmęczonym głosem, ale dało się w nim wyczuć radość otulającą go jak ta pierzyna. Zresztą, wciąż naprawdę niewiele pozostawiał mu teraz pola do niedopowiedzeń - wplótł palce w te czarne pukle i zaczął go całować, namiętnie, nie szczędząc sobie eksplorowania jego ust i zapraszania go do swoich. Nie zamknął się jednak całkowicie. Pomiędzy sapnięciami i rzucanymi tu i ówdzie uśmiechami, przy których wydychał w niego nieświadomie ciepłe powietrze, Crow kontynuował te pieszczoty słowne. - To zadanie na kreatywność. Po tym jak cię błagałem, żebyś grzał sobie mną nogi przy pracy, piesek średnio działa? Pomyśl tylko jaki ma słodki Pyszczek, jakiego ma Pysia... - Przeniósł swoje zainteresowanie na tą niewykochaną część twarzy, dając mu czas na odsapnięcie. - Mój Skarb, moja Słodycz, moje Słoneczko, mój Aniołek - wymieniał bezwstydnie pomiędzy pozostawianiem na skórze szeregu mokrych śladów. Słowa miały... Wielką moc. Czy to dlatego tak ich się bał? Tego w jaki sposób dało się urzeczywistnić cokolwiek człowiek sobie tylko wymarzył. - Moja prześliczna Modnisia, moja Księżniczka - na moment chyba zapomniał, że jego przepiękny chłopak stał się na ten szalony dzień kimś o wiele mniej drobnym, za to bardziej owłosionym - czy moja Perełka jest głodna? [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=C5Wsya3.png[/inny avek]