Secrets of London
[26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów (/showthread.php?tid=1921)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Loretta Lestrange - 17.10.2023

Coś drgnęło w niej nieprzejednanie, gdy wbijała szpilki roziskrzonego wzroku w mężczyzn, którzy ją otoczyli; uścisnąwszy brata, otulając go ciepłem ramion – zupełnie nieprzystającym do zimnego welonu okrywającego jej oblicze. Uśmiech rozlał się, barwiąc wyginające się w przyjemny sposób wargi tak, jak tylko ona potrafiła. Była w tym niewybrednie szczera i autentyczna i choć bestia bulgotała niebezpiecznie gdzieś na samym dnie duszy – nie był to moment, aby ją uwolnić. Kurtuazyjna i elegancka, nigdy nie stłamszona, a jednocześnie nigdy nie w pełni wyzwolona. Kobiety jej wzoru były marginalne, cały świat stał u czubków butów z wysokim obcasem; nie wiedziała jednak, czy kiedykolwiek poczuła słodko-gorzki smak wolności w pełnej krasie słowa.

Philip Nott rysował się w jej umyśle jako istnienie nade wszystko irytujące, które byłaby gotowa cisnąć w kałużę. Coś było w nim tak niewybrednie denerwującego, że sama dziwiła się sobie, iż kiedykolwiek mogła ich połączyć nić romansu. Wzięła wdech nieco głębszy; czy to Mojry przędły tak jej życiorys, że odezwała się w niej ta kwestia jako jakkolwiek dobry pomysł?; absurd wymieszany z absolutną abstrakcją swoich przeszłych wyborów, zachwiał głową, która aż wzdrygnęła się machinalnie na myśl, jakoby ponownie miała mieć styczność z jego osobą, bliższy aniżeli skinięcie głową – chociaż prawdopodobnie nawet na to nie była gotowa. Jak na istnienie, które tak skrajnie ją drażniło – zaskakującym było, iż wciąż nie skończył marniej, niż mógłby pomyśleć.

Spodziewała się wymijającej odpowiedzi, że przecież nie jest uzależniony od jej kruchej, bladawej postury; że tak drobne istnienie nie mogło dyktować warunków pisanych przez jego serce – on jednak pojawił się na pojedynku, jakby nigdy nic; jak jedno z jego pijanych oświadczyn, którymi sycił jej potrzebę bycia dostrzeżona – kochaj mnie, Alexandrze, kochaj jak nic innego na tym plugawym świecie.

Bo nie kochała go bardziej niż pieniędzy i władzy, a jednak w pewien absurdalny, karykaturalny sposób, tonęła w miłości do niego.

Brak listownej odpowiedzi na zaproszenie utwierdzał ją w swym przekonaniu, że nie zaszczyci swoją osobą tak absurdalnego wydarzenia; prawdopodobnym wszak było, że spalił jej list w kominku – nie spodziewała się jego obecności; nie spodziewała się niczego, co łuną przecięło jej umysł. Uśmiech tańczył nieprzejednanie na wargach, gdy do słuchu dobiegły słowa Bellamy’ego; pokręciła jedynie głową na jego słowa. Prędko jej wzrok spoczął na Eden, która wyraźnie wodziła beznamiętnym spojrzeniem za jej osobą.

Przepra… – chciała rzec ku panom, którzy ją otaczali, aby skierować się do Eden z uśmiechem wymalowanym na wargach – dostrzegła, także u jej boku Vakela, prędko jednak ktoś złapał ją za dłoń. Dłoń przesiąkniętą zimnem kostuchy, stojąc w opozycji do letniej pory rozciągającej swoje poły nad Londynem.

Każdy na jego miejscu, byłby święcie przekonany, że sukub otwiera przed nim bramy piekła – on jednak już od dawna tkwił tam jako kompania; każdy na jego miejscu zadrżałby pod tym demonicznym spojrzeniem utkanym w miły uśmiech.

Uniosła brwi wysoko, obracając się ku niemu, biorąc głęboki wdech. Alexander. Przez jej oblicze przemknęła feeria emocji – od czystego zdziwienia, przez zadowolenie, po nagle wzbierającą złość. Milczała przez moment, niby zaklęta w nieprzebrnięte, oscylujące gdzieś w umyśle uczucia, których imienia nie znała.

Mi ciebie też – wydusiła z siebie ostatecznie, zupełnie jakby nie chciała splunąć mu w ryj. Loretta, poza bezmiernymi pokładami uroku, gościła wszak także niepokojące ilości gniewu. Zacisnęła palce na jego dłoni, odrobinę zbyt mocno, wbijając weń paznokcie.

Gdy kładł dłoń na jej policzku, przemknęły jej przez meandry myśli te wszystkie lata, na przestrzeni których tkwili przy sobie; Wraz z osiemnastą wiosną przykleił się do niej nieodwołalnie, a ona nienawidziła go w całej przestrzeni, w której darzyła go uczuciem.

Co? Mam na myśli: co? – rzekła, marszcząc brwi. – No co ty, fuj – odparła, krzywiąc się brzydko. – To było pięć lat temu, na boga. Dalej nie potrafisz tego przeżyć? Nie potrafisz przeżyć absolutnie nikogo, prawda? – Wywróciła oczyma teatralnie.

W Ameryce było na tyle dobrze, że Leander już nigdy nie przekroczy granic kraju – odparła niepoprawnie, nieoczekiwanie radośnie – jakby powijanie cudzych traum i lęków zawierało się w panteonie jej rozkoszy życiowych.




RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Alexander Mulciber - 19.10.2023

Mulciber właśnie wrócił z wakacji all inclusive w kręgu piekielnym przeznaczonym dla niedoszłych zabójców braci, więc towarzystwo sukkubów nie wydawało mu się taką znowu złą alternatywą; przeciwnie, myśl o Lorettcie czasem była jedynym, co powstrzymywało go przed rzucenia tego wszystkiego w cholerę i zanurzenia się - w czeluść szaleństwa (czającą się nieustannie z tyłu jego umysłu od kiedy tylko zaczął słyszeć intencje innych ludzi i przewidywać przyszłość), w tkwiącej w nim ciemności (marzył, by Czarny Pan dał mu jakieś zadanie, by usprawiedliwić folgowanie coraz silniejszemu popędowi do destrukcji, który w nim tkwił); i wreszcie - w kuszących objęciach uzależnienia. A tak konkretnie, w kadzi wypełnionej wódką, której polscy guślarze używali podobno do wywoływania duchów... Chętnie stawiłby czoła duchom, jednak alkohol przywołał tylko wspomnienia - wspomnienia tego co było, i tego, co miało się zdarzyć - dlatego znowu był tutaj.

I znalazł się wraz z nią w centrum tego absurdalnego pojedynku, chociaż nie chciał ściągać na siebie jeszcze więcej uwagi. Ale jeżeli Loretta miała obsesję na punkcie bycia najjaśniejszą gwiazdą na firmamencie magicznej społeczności, tak Alexander miał obsesję na punkcie Loretty.

Przyjechał dzisiaj, ledwie kilka godzin temu. Jego próby poznania wyroków przeznaczenia pozostały bezowocne. Nie udało mu się poznać całej prawdy o klątwie, którą reszta jego rodziny rzuciła na jego matkę, zanim jeszcze się urodził - Alexander dalej nie wiedział, czy do zamachu na życie brata pchnęła go własna ambicja, czy może to ten złowrogi poszept w jego głowie, ta wyśniona przedpowiednia, która coraz jaśniej klaryfikowała się w jego umyśle. Od czasu ataku na Donalda minął ponad miesiąc; media na szczęście skupiły się na jego bardziej popularnej szwagierce przypinając jej łatkę zabójczej femme fatale, zaś jemu - pogrążonego w głębokiej żałobie, uzależnionego brata z problemami; tego, który zawsze wolał stać w cieniu starszego z Mulciberów, realizując się jako naukowiec, nie jako polityk, bla bla...

W obliczu wszystkich tych trudności, po prostu chciał wiedzieć, że Loretta dalej jest po jego stronie.
Nie przeszkadzały mu nawet jej kłamstewka.

Czy ten pojedynek to była jakąś jej kolejna chora zagrywka, pokrętna gierka, która wymknęła się spod kontroli i - uciekając z zacisza ich alkowy - rozciągnęła się na większość magicznej śmietanki towarzyskiej? Wcale by go to nie zdziwiło. Cała ta sytuacja byłaby całkiem zabawna w normalnych okolicznościach: ona kochała atencję mas, on szczerze pogardzał pospólstwem (czyli każdym, kto nie parał się wróżbiarstwem i naukami pokrewnymi), oboje zaś uwielbiali snuć plany o tym, jak wznoszą się ponad rzeczywistością tych społecznych wszy...

Ale okoliczności nie były normalne. Może dlatego, że po incydencie z Donaldem - tym głupim skurwysynem, który nie umiał nawet zdechnąć jak człowiek - dalej nie potrafił dojść do siebie.

- Więc ot tak, po pięciu latach przypomniał sobie, że mógłby się nagle pobić z Louvainem o twój honor? - To, że większą część swojego życia Axel przetrwał w stanie wątpliwej trzeźwości nie oznaczało, że był głupi, choć niektórzy mogliby polemizować! w końcu za coś był w tym Ravenclawie. Przynajmniej pamiętał niemal wszystkie najważniejsze momenty swojej egzystencji na tym padole - nie to co Diana, która była tak głupia, że zapominała, że można jednocześnie iść i żuć gumę - a taki Alexander nie zapomniał nawet, że powinien być w żałobie, więc ubrał się stosownie (jego brat dalej żył, chociaż był warzywem, ale to szczegół)... Zapomniał, co prawda, że on i Loretta się NiEnAwiDzĄ.

Pięć lat temu? Dobre sobie... Wystarczyło jej - ile? - miesiąc? nieobecności Mulcibera, żeby znowu zaczęła sypiać z kim popadnie. Nie wierzył w ani jedno jej słowo, nie, kiedy jego rozsądek zmroziła zimna wściekłość, a jego dłoń płonęła, kiedy wpijała w nią swoje pazury.
Nie wiedział, czy to szok termiczny, czy zazdrość.

- Dobrze wiedzieć, że twoje uczucie potrafi przetrwać taką próbę czasu - powiedział powoli, ściszonym głosem, z ustami tuż przy jej uchu. Delikatność, z jaką Alexander dotknął jej policzka i odgarnął z jej buźki jakiś niesforny kosmyk, na dosłownie ułamek chwili zmieniła się w coś na kształt groźby, kiedy, opuszczając rękę, musnął jej szyję. - Może i ja powinienem się przygotować - tak na wypadek gdyby i Yaxley nagle zmartwychwstał, i chciał się pojedynkować w drzwiach naszej sypialni. Skoro taki śmieć przypomniał sobie - O WAS - po pięciu latach - czym jest taka... wieczność? dla n a r z e c z o n e g o - Słowa wyrzucał z siebie szybko, gniewnie, jakby pluł jadem - gdyby tylko wiedział, że i ona ma ochotę napluć mu do mordy! - a jego twarz wykrzywił grymas obrzydzenia, który mogła dostrzec tylko Loretta. Przez ten jeden moment emanował esencją czystej wściekłości, którą przecież zawsze tak dobrze kontrolował... Ale natychmiast się opanował. Co z tego, że ZNOWU ruchała się z jakimś Philipem Nottem skoro i tak zawsze wracała do niego?

Axel uśmiechnął się - po raz pierwszy od czasu wejścia na trybuny - i odsunął się nieco od Loretty (zrobił miejsce dla Ducha Świętego oraz jej potężnego ego) na odległość sugerującą, co prawda, lekko niestosowną poufałość - jego ręka dalej spoczywała podejrzanie swobodnie na kibici kobiety - ale dającą jeszcze zgromadzonym dookoła nich ludziom marną iluzję przyzwoitości. I tak zaraz obfotografują ich te wszystkie dziennikarzyny, resztki godności Loretty jej bliźniak gubił właśnie razem ze swoją dotąd niewzruszoną pewnością siebie na arenie... Zblazowana postawa Mulcibera, i igrający na ustach uśmiech mogły sugerować zgromadzonym, że właśnie szepnął pannie Lestrange na uszko jakiś niegrzeczny żart, a nie że w ostatniej chwili powstrzymał się przed zaciśnięciem palców na jej szyi i uduszeniem jej na oczach wszystkich.

- Kogo chcesz oszukać? - Jego głos był wyjątkowo łagodny, acz słychać w nim było nutę... pretensji? Zawodu? Uwielbiał dualistyczną naturę Loretty; to, że pod niewinnie uroczym usposobieniem i słodkim uśmiechem skrywała ogrom swojego zepsucia i absolutny brak moralności... Ale Axel wiedział, jaką płaci się za to cenę. Uważał się za zdecydowanie bardziej spaczonego od niej, a przecież popełnione zbrodnie prześladowały jego podświadomość - przestał temu zaprzeczać - nie zamierzał wyjść przez to na słabego, tylko dlatego, że ona udawała, że wszystko jest po staremu. Nie było. - Taka jesteś radosna, a wyglądasz jak cień dawnej siebie. Jakbyś stała jedną nogą w grobie - grobie Leandra, dokończył w myślach, porzucając obserwację tłumu, by móc wpatrywać się w jej twarz. Przez ostatni miesiąc mogła go nawiedzać jedynie w tych samych snach, w których raz po raz zabijał Donalda...

Naprawdę mu jej brakowało. I skłamałby, gdyby powiedział, że nie odczuł jakiejś chorej satysfakcji, kiedy patrzyła na niego z nienawiścią i obiecywała mu wzajemność.


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Cynthia Flint - 19.10.2023

Co rusz zerkała na Louvaina, powstrzymując westchnienia niepokoju. I po co to wszystko? Wiedziała, że taki miał charakter: dumny i uparty, ich rodzina miała to we krwi, gdyby wziąć pod uwagę także jej ukochaną przyjaciółkę. Dodatkowo czarnowłosy mężczyzna był oddany swojej siostrze, gotów bronić jej oraz jej honoru przed całym światem. Zawsze była niewinna w jego oczach, bracia już tak chyba mieli. Przywitała się oczywiście wcześniej z Atreusem, posyłając nieco luźniejszy, bardziej zadziorny uśmiech — lubiła go bardzo. Słowa przyjaciółki przyjęła z ulgą, że nie była spóźniona aż tak paskudnie. Jej kuzyn byłby zły, gdyby nie przyszła, niezależnie, jak pokrętna i niejednoznaczna była ich relacja.
- Hmm Prewett? Słyszałam o Tobie troche. /b] —[odparła, przenosząc spojrzenie na chłopaka z delikatnym uśmiechem, wyuczonym i niewinnym. Nie chciała zrobić złego wrażenia, skoro Vic się z nim przyjaźniła. No i fakt, jak różnił się od Rookwooda, był zaskakujący. [b]- Tak, byłeś w bandzie St.. Borgina, prawda?
Obrazy pojawiały się jej w głowie, Prewett był dość uroczym, ale i niezdarnym przedstawicielem tej gromadki. W czasach szkolnych miała lepsze zdanie o nim, niż o Lou, Atreusie i Anthonym, który był kwintesencją słowa "nieznośny". Jej przyjaciółka jako prefekt, miała z nimi urwanie głowy.
Znów się coś zadziało na arenie, Cyna przeniosła tam wzrok, najpierw na Notta, potem na Lou, jednak po jej twarzy trudno było cokolwiek stwierdzić. Dlaczego nie odbił lub nie rozproszył czaru? Poczuła, jak ciało się jej nieco spina, gdy ten Lestrange zastygł w bezruchu.
- To nie w jego stylu. - zauważyła, przenosząc wzrok ponownie na ciemnowłosą czarownicę, bojowość i zawziętość ich ród miał również we krwi. Ruchem dłoni zgarnęła jasne pasmo za ucho, kontynuując. - Jeśli zremisuje lub co gorsza, przegra, to się załamie.
Dodała, pozwalając sobie na subtelny ruch ramion. Siedziała prosto, dłonie trzymając na kolanach. Ona też się nie znała na pojedynkach, chociaż kiedyś ktoś trochę jej o nich opowiadał, pomagając przy okazji z nauką podstawowych zaklęć bojowych. To był dobry nauczyciel. Przymknęła na chwilę oczy, stukając paznokciami w wierzch swojej dłoni, a potem znów spojrzała na arenę. - Też nie sądziłam, że Pan Nott sobie tak doskonale poradzi. Wydawał się typowym talentem do sportu z tego, co słyszałam. -miała okazję poznać Notta na Beltane, wydawał się jej wtedy dość zagubiony i rozlazły, ale teraz wydawał się zupełnie innym mężczyzną. Jakby po wydarzeniach z obchodów i z Lorettą, ktoś rozpalił w nim nową iskrę. Pytanie Laurenta sprawiło, że przeniosła na niego wzrok, wydając z siebie ciche mruknięcie, chociaż odpowiedź była jasna. - Obydwoje są dobrymi Czarodziejami, mają na swoich kontach podobne osiągnięcia. Jednak tak, jak Tori, jestem tu na zaproszenie Louvaina. Znamy się już trochę czasu.
To było niedopowiedzenie, ale naprawdę nie wiedziała, jak określić to, co mieli. Pomagała mu w kwestiach zdrowia, była powiernikiem jego sekretów, miewali swoje momenty, a byli przecież tak skrajnie różni. No i kwestia tego wianka. - A Twoim? Wydaje mi się, że usłyszałam sympatię i podziw w Twoim głosie, gdy mówiłeś o Panie Philippie.
Przekręciła niewinnie głowę na bok, posyłając mu zaciekawione spojrzenie, a potem zerknęła na przyjaciółkę. Ach te męczące, wymagające życie towarzyskie, gdy tyle osób na nich patrzyło.


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Victoria Lestrange - 19.10.2023

Uśmiechnęła się miło do Vakela, a później do Lyssy, której rzeczywiście nie miała możliwości wcześniej poznać. Czyli jednak to była córka Dolohova. Kojarzyła imię, ale nie twarz – teraz już przynajmniej miała pewność. Przedstawiła się dziewczynie, a później na powrót skupiła na Vakelu.

– Rozumiem – powiedziała nie rozumiejąc zbyt wiele o tym całym wszechświecie, ale nie jej rolą było to wszystko kumać. Dla niej wróżby… były. Ale Dolohova szanowała na tyle, że nawet nie podarła jego listu, a nawet raz na jakiś czas zastanawiała się nad jego brzmieniem i treścią. I całkiem szczerze mu podziękowała.

Victoria zawiesiła się na moment na pytanie Eden. Powinna się z tym liczyć, ktoś w którymś momencie zapyta, a ona nie miała na to żadnej gotowej odpowiedzi. Ale nie była też żadnym wybitnym kłamcą. Cóż… Nie było to nic, czym by się chwaliła na lewo i prawo, ale brak biżuterii na dłoni mógł dawać pewną wskazówkę – o ile ktokolwiek w ogóle na te dłonie patrzył.

– To już nieaktualne – odpowiedziała po chyba odrobinę zbyt długiej ciszy z jej (Victorii) strony, po czym uśmiechnęła się do Eden, ewidentnie zaprzeczając też słowu Vasilija. Nie przyszła z połowicą, bo jej nie miała. Był za to przy niej Laurent, jej przyjaciel, bo miała przyjść całkiem sama? – Więc nie wiem gdzie jest, może nawet i w jakiejś piwnicy – mówił jej, że pójdzie sobie popić do Wiwerna – ale czy faktycznie to zrobił? Może siedział w tej swojej piwnicy. A może robił cokolwiek innego, nie miała możliwości, żeby wiedzieć – co ich teraz łączyło, skoro już nie żadne narzeczeństwo? Przyjaźń…? Trudno było powiedzieć.

Ale co tu było więcej komentować? No było i się skończyło. Wola rodziny żeby się zaręczyć i wola rodziny, żeby się… odręczyć. A Victoria znowu była zupełnie wolną kobietą. I nie zamierzała pozwolić, by choć jeszcze raz rodzina dyktowała jej życie, co to, to nie. To było o dwa razy za dużo. Zamierzała sama sobie nim pokierować, bo najwyraźniej rodzina nie miała do tego za grosz wyczucia biorąc pod uwagę jakich wyborów dokonywali i jak to się dla niej kończyło.

– Do pięciu – odparła na pytanie Laurenta. – Jak na moje, to Louvain się wyjątkowo mocno nie stara, z całym szacunkiem do Notta – powiedziała do Laurenta i Cynthii, gładko wpasowując się do rozmowy. Nie uważała go za dobrego w pojedynkach. W ogóle nie uważała tego za dobry pojedynek i nie miała pojęcia po co ta cała szopka. Oboje należeli do klubu pojedynków i to przecież z ramienia klubu było to całe widowisko. Atreus i Erik zdaje się również tam należeli. Victorię jakoś nigdy to nie jarało, szkoda jej było czasu na tę pokazówkę, zresztą mało to miało wspólnego z prawdziwą walką – może dlatego jej spojrzenie na to było tak wypaczone i tak naprawdę to guzik się znała. – No cóż, ostatnia tura. Szybko poszło – skomentowała, patrząc na pojedynek, jaki rozgrywał się na arenie. Westchnęła. – Nie znam Notta osobiście, więc powstrzymam się od komentarza – ale wszyscy sportowcy byli zarozumiali.

Nie patrzyła na nowo przychodzących ludzi, nie kręciła się – po prostu zerkała na arenę, z umiarkowanym zainteresowaniem prawdę powiedziawszy.




RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Loretta Lestrange - 19.10.2023

Ciężki oddech skropił przestrzeń zapachem słodkim i dziwnie miękkim – tak jakby woń potrafiła być odczuwalnie cielesna; woń jej perfum rozlała się gdzieś między słowami, tą przeklętą bergamotką i drzewem sandałowym, otulając jej kruchą posturę. Gdzieś daleko w aberracji wspomnień zachowała Leandra, ale jego dotyk był wciąż namacalny – to, jak zaciskał palce na łabędziej szyi; jak rozmazał jej szminkę, nazywając kurwą, tuż przed wyjściem na urodziny jego rodzeństwa; jak wyciągał tę przeklętą papierośnicę – żywy dowód na to, iż nie była niezastąpiona – i jak tę właśnie papierośnicę rozbiła o kamienistą ścieżkę przy altance rezydencji; wreszcie: jak mówił o wspólnym życiu i dzieciach. Dzieciach, których przecież nie mogła mu dać i choć zaklinała brudny, obłudny sekret we wnętrzu – prędzej czy później dowiedziałby się, iż nie wyda mu na świat potomka. Mulciber z kolei był wspomnieniem, był babim latem i słodką wonią letnich pól rzepakowych, był też gwałtownością i burzą, która ciskała pioruny, łunami przecinając nieboskłon. Był jej uzależnieniem i prawowitym posiadaczem jej skorego do podrygów serca.

Miała w końcu obsesję bycia tą jedyną; najistotniejszą i najjaśniejszą, mrugającą z firmamentu nieosiągalności. Mrugała z okładek Proroka, brylowała na bankietach i ponad wszystko, ukochała sobie swój rozgłos, bycie na ustach i wodzenie za nią wzrokiem. A ruchy miała przecież pełne niewymownej gracji i wyważenia; tak, jakby trenowała właściwość kroków – jej jednak przychodziło to naturalnie. Wierzyła, że urodziła się, aby być gwiazdą, supernową przecinającą podszycie ziemskie, nawet jeśli byłaby to kometa śmierci, spalająca wodór ognistą wstęgą ciągnącą się za upadkiem. Była gotowa na upadek; moralność zaprzedała wraz z duszą diabłu.

On i to jego twarde spojrzenie, które szyło igłą jej oblicze. Nie wnikała w powody jego absencji – mieli to do siebie, że czasami bezsłownie znikali nawzajem ze swoich żyć, tylko po to, aby wrócić do nich ze zdwojoną mocą. Miękła więc pod jego dotykiem, czując, jak nogi w kolanach delikatnie zadrżały. Chciała go uderzyć i opaść mu w ramiona zarazem; coś w niej jednak drgnęło, zupełnie jakby nie była prawowitą właścicielką swojej cielesności.

On był jej właścicielem; musiał zdać sobie sprawę z tego już dawno.

Uwielbiali przecież istnieć na nieboskłonie jako niedosięgniony ideał i choć on unikał wszelkiego rozgłosu, a ona się nim karmiła – snucie planów przychodziło im gorliwie łatwo. Istnieli jako niejakie sputniki, bezwiednie krążące po swoich orbitach, acz przecinające się w pewnym momencie. Czasami na sekundę, czasami na odrobinę dłużej, każdorazowo wiodąc za drugim tęsknym spojrzeniem. Farsa będąca walką o jej zawyżoną godność była tylko jednym z epizodów, które miały uczynić z niej pożywkę dla prasy, w którą chętnie przecież by się zmieniła.

Ciężkie westchnięcie opadło na jej wargi welonem, gdy marszczyła brwi na jego słowa. Ach, przecież całość tej rozgrywki nie mieściła się na jednej stronicy luźno rzuconych zdań. Prostota wychylała się jednak spośród alkowy długiej historii, jak to Nott wrzucił jej wianek na pal podczas Beltane.

Nie będę ci się tłumaczyć – wydukała jedynie, zamiast począć rozwijać poły zawikłanej opowieści o tym, jak została w oczach Philipa jadowitą tentakulą. – Dlaczego, dlaczego nie jesteś w stanie mi po prostu uwierzyć? Litości, Nott to błąd przeszłości i w przeszłości został zamknięty. Ty z kolei nie jesteś w stanie się pogodzić z tym, że w każdej kobiecie doszukujesz się mnie. Bertie, Octavia, Linda… a to tylko czubek góry lodowej, Alexandrze. Będąc w związku z każdą z nich wracałeś do mnie, wiedząc, że żadna z nich nie jest mną. A ty potrzebujesz mnie bardziej, niż ja ciebie – syknęła gorzko.

Ognisty płomień wypalił na jej policzkach pąs złości. Rozmowę zachowywała wciąż w wyważonym tonie, który nie sugerował drakońskiej kłótni, która miała miejsce. Wciąż układał dłoń na jej talii, wciąż sunął opuszkami palców po jej policzku, wciąż znaczył ją tą piekielną subtelnością dotyku, pod którym miękła każdorazowo. Uniosła wzrok, którym dotychczasowo błądziła po obliczach otaczającej ich ciżby, sowite pioruny igrające w głębi posyłając mu wprost. Chciała go skrzywdzić; chciała wbić paznokcie w skórę jego karku, pociągnąć go za luźny krawat, nauczyć go, czym jest najbardziej atawistyczny spośród bólu.

Słowa cięły bezlitośnie, a ona sama – zaklęta w posąg, acz przesycona absolutem wyrazu – rozwierała oczy jeszcze szerzej, gdy szept omiótł zwolna ucho, sycąc ją idyllą o narzeczonym, który miałby stanąć u progu ich życia. Nienawidziła, gdy sycił ją tymi słowami; gdy zachowywał się jak beznadziejny gówniarz, który nie widział stosu zapłakanych kobiet, które porzucał dla niej. Leander Yaxley już nie był elementem jej życia; porzuciwszy ją na początku kwietnia, podpisał istotnie cyrograf z samym diabłem, a tak się złożyło, że tym diabłem była Loretta. Demony nigdy nie przebaczają, Leandrze – kołysało się gdzieś w myślach, pomiędzy jego krzykami bólu.

Bo w każdej kobiecie widział ją; jej niesfornie opadające na czoło kosmyki grzywki, pełne, zawsze barwione czerwienią usta i wielkie, brązowe oczy, które zawierały w sobie niewinność tak ogromną, jak buńczuczny fatalizm, który zapowiadały. Nie potrafił się oderwać; nie potrafił zniknąć na lata, pozostawiając ją samą – bo choć swoje powroty usprawiedliwiał mnogimi faktorami, wiedziała, że najistotniejszym spośród nich była ona, spowita wonią czarnej magii i dusznymi perfumami goszczącymi w zagięciu szyi.

Widziała w jego oczach, jak powstrzymuje się od zaciśnięcia palców na jej szyi; jak bardzo chciałby zatopić jej bezwładne ciało; jak okrutna była ta potrzeba krzywdy, której przecież oboje od siebie oczekiwali na scenie ich relacji. Nie było to jednak miejscem; choć wychudła i bledsza, musiała prezentować się nienagannie w świetle fleszy, których jasne światło ją otulało w najbardziej intymnym spośród tańców. Drugą intymnością, której nie mogła okrzesać, była jego obecność tak blisko, że dławiła swoim samym jestestwem.

Kogo chcę oszukać? – zabrzmiała, uginając brwi w bezradnym wyrazie. – Nie, Alexandrze, kogo TY chcesz oszukać, przychodząc tu jak zbity pies. Różnica jest taka, że zbite psy na ogół nie żebrzą tak o moją atencję, jak ty – syknęła jadowicie, na wargi przybierając kwiecisty uśmiech.

Było w końcu coś chorego i niepoprawnego w ich relacji, a każde obcowanie – czy przy publice, czy w zaciszu – kończyło się dwojako. Ich losy, splecione w nieodwołalność, syciły przeklętymi kantyczkami; bo przecież nie potrafili żyć bez siebie w równej mierze, jak ze sobą.




RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Logan Nott - 19.10.2023

Pojedynek się rozkręcał. Logan zdawał sobie sprawę, że jego brat nie odpuści, przecież nie było to w jego naturze. Zresztą porażka nawet w czymś tak innym od Qiudditcha nie wchodziła w grę. Poza tym podejrzewał, że Philip choć raczej nie walczył o honor kobiety to stawiał na szali ich reputację. W końcu obaj należeli do rodu Nott, w którym porażki zawsze były jakoś karane, a przynajmniej takie wrażenie odnosił Logan. Obserwował błyski zaklęć i to jak jego brat porusza się po polu bitwy. Musiał przyznać, że czynił to z dość dużą gracją i szybkością. Natomiast jego oponent wydawał się poruszać wolniej, i choć starszy Nott widział to z dość dużej odległości, Logan odnosił wrażenie, że jego brat jest szybszy od Lestrange’a. Jednak mogło mu się tak tylko i wyłącznie wydawać.
Czekając na odpowiedź ze strony osób, do których podszedł zastanawiał się jak sam by sobie poradził na arenie. Owszem czasem pojedynkował się dla odprężenia czy też dla odrobiny zabawy jednak nigdy nie stawał przed tak ogromnym wyzwaniem, aby obronić honor i dobre imię swojej rodziny.
W przedłużającym się milczeniu obserwował również czarodziejów i czarownice zgromadzonych w strefie VIP. Cóż dziwne mu się wydało to, że członkowie rodu przeciwnika Philipa wydawali się dość pewni wygranej jednak Logan doskonale znał hart ducha brata i jego wolę walki i jeśli tylko przeciwnik mu pozwalał pokazywał całą gamę swoich możliwości. Tak było też gdy starszy Nott obserwował poczynania Philipa na boisku podczas treningów.
Gdy pod koniec drugiej rundy Ścigający Zjednoczonych sparaliżował swojego przeciwnika Logan uśmiechnął się sam do siebie. Brawo bracie. Tak trzymaj, a na pewno wyjdziesz z tego zwycięsko szepnął do siebie w myślach i nie doczekawszy się odpowiedzi ruszył w stronę innej grupki czarownic i czarodziei obserwujących ten pojedynek. Szedł spokojnym krokiem starając się rozpoznać oraz usłyszeć o czym aktualnie rozmawiali członkowie rodzin Lestrange i Black, a przynajmniej właśnie tak mu się wydawało, że to ich rozpoznaje. Na pewno natomiast poznał osobę, która była przyczyną tego całego pojedynku, pannę Lorettę Lestrange. Z lekkim uśmiechem przyspieszył więc kroku i stanął koło nich, by spojrzeć na arenę. Widział kolejne błyski i świsty zaklęć i miał nadzieję, że tym razem Philip też wyjdzie z tej rundy zwycięsko. Po czym spojrzał na grupę jak mu się wydawało kibicujących Lestrange’owi ludzi.
- Jak się państwu podoba owy pojedynek? Myślicie, że oponent Philipa ma już jakiś plan, by go pokonać? - zagadnął z lekkim przekąsem, chociaż sam był pewny wygranej swojego brata. Miał tylko nadzieję, że nie zostanie zbyt szybko rozpoznany.


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Laurent Prewett - 19.10.2023

Eden.

Skowronkowy śpiew skutecznie kupił jego uwagę, kiedy się rozległ. Ta porcelanowa twarz komponowała się z tym głosem jak kobiece ciało z atłasem - w zmysłowej kompozycji żaden mężczyzna nie mógłby oderwać oka, szukając potrzeby utrwalenia tego widoku i dźwięku na zawsze w swojej pamięci. Najlepiej na skórze. Najlepiej na własnych dłoniach i ustach. Niewinność była jednak grubymi nićmi szyta - duże oczy selkie, które wyglądały jak migoczące fale w półcieniach widowni, odbijając pojedyncze błyski z samej sceny, wydawały się równie niewinne co sugestywne spojrzenie to tu, to tam. Gdyby nie ta sceneria tutaj, gdyby nie powód wizyty, gdyby nie Victoria obok, Philip na scenie i Kayden kręcący się po widowni, albo i milion więcej czynników. Gdyby spotkali się wcześniej. Seria tego gdybania nie zmieniała tego, że Laurent był zdezorientowany ilością bodźców i uwagi, jaką musiał podzielić, kiedy wszystko rozgrywało się na scenie, a on starał się przy tym wszystkim nie siedzieć jak na szpilkach i niekoniecznie pokazywać, jak bardzo nie lubił tego typu wydarzeń.

- Dla show? - Mimo wszystko powiedział to z lekkim zwątpieniem, jakby nie spodziewał się, że ktokolwiek mógłby dla tego show tutaj przyjść. A raczej spodziewał się, że większość tutaj po to była. - Nie. - Uśmiechnął się do Eden. - Nie mógłbym jednak pozwolić damie na spędzenie takiego wieczoru samotnie. - Wybrnął gładko z odpowiedzi, nie mając ochoty tutaj wychodzić z bożą prawdą wobec nieznajomej kobiety i to wśród członków rodziny Louvaina. A gdyby miał powiedzieć prawdę to powiedziałby, że nie interesują go walki kogutów w klatkach ani pawiany obrzucające się łajnem, tak i nie interesują go samce mierzące w siebie zaklęciami. Innymi słowy - tak, miał krytyczne podejście do pojedynków, a wraz z tym, jak ten pojedynek brnął, wcale to nie polepszało jego wrażenia i mniemania o tym wszystkim. Ktoś mógłby uznać to za wulgarne, ale cóż zrobisz? Sama natura! Tak w świecie zwierząt, jak i w świecie ludzi. Samce musiały zaimponować samicy i w ogóle... albo dać upust swojej energii na arenie. Życie. Natomiast komentarz o narzeczonym Victorii... ouch. Laurent delikatnie zacisnął palce na jej przedramieniu, spoglądając na nią na moment czujnie.


Vakel.

- Brzmi to bardzo smutno. Jakby zabrakło już emocji płynących z odkrywaniem przed ludźmi tego, co tak mocno w sobie skrywali. - Skomentował słowa Vakela nie spoglądając jednak na niego. Nie znał się na tym. Dolohov z tego słynął, a przecież sława... wszystko potrafiło się przejeść. Wszystko potrafiło stać się szare, nijakie, jak popiół w ustach. Nie znał tego człowieka oprócz tego, że nie znał się na wróżbiarstwie i jasnowidzeniu. A jednak miał do czynienia z wróżeniem i jasnowidzeniem. I żaden moment nie był bardziej magiczny niż ta krótka chwila, która łączyła cię z drugim człowiekiem, kiedy obnażano cię z tajemnic. Najpierw obdzierałeś się ty, a potem ściągała z ciebie resztki tych szat druga strona. Wszystko się układało. To było naprawdę intensywne doznanie. Potem pozostawało tylko czekać na nieuniknione i odpowiednio się przygotować.


Cynthia i Victoria

- W... bandzie? - Prawie się zaciął, to dopiero byłoby bardzo nieeleganckie. Poczuł się zmieszany tym pytaniem. Może to było lepiej, że rozmowy wokół trwały i nie mógł się w pełni skupić na pojedynku? Czuł tylko rosnące napięcie, a dzięki temu rosło ono zwyczajnie wolniej. - Nie nazwałbym tego tak. - Nie powiedziałby, że się z nimi "trzymał". Co on by tam robił? Chyba ubieraliby go w sukienkę, znając ich poczucie humoru, żeby robił im za dziewczynkę. Albo latał po sok dyniowy. W każdym razie rzeczywiście miał szczęście, że ci "najwięksi bad boye szkoły" nie uwzięli się akurat na nim. Chyba ze względu na Atreusa, koło którego nóg potrafił się kręcić jak szczeniaczek i szukać u niego ratunku przed kłopotami, które przyciągał aż za często.

- Znamy się z Philipem. - Odparł zdawkowo, nie chcąc się wdawać w tą dyskusję. Szczególnie, że sekundantem Louvaina był Atreus. - Atreus jest moim kuzynem. - Uzupełnił, żeby jednak odpowiedź "znamy się z Philipem" - więc mu kibicuje nie była taka zero jedynkowa. Co sobie ktoś pomyśli, to sobie pomyśli. Skinął do Victorii w podziękowaniu za wyjaśnienie. - Wydajesz się wręcz znudzona. - Zwrócił się do Victorii.




RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Diana Mulciber - 22.10.2023

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=sDI3S2z.jpg[/inny avek]

Dni takie jak ten, Diana spędzała zazwyczaj pławiąc się w frywolnych przyjemnościach doczesności, na które środek tygodnia wpisany w żmudną pracę w Ministerstwie, najczęściej nie pozwalał. Odsypiała piątkowe eskapady, włóczęgi po ulicach Londynu skąpanych w półmroku licho tlących latarni. Niektóre z tych wieczorów poświęcała zapijaniu smutków życiowej wegetacji, jeszcze innym składała na ołtarzu męskie serca, schwytane brutalnie i rzucone w zjadliwe kleszcze jej ulotnych kaprysów.
Dzisiaj również może to uczynić. Ale za jasną cholerę nie jest w stanie sobie przypomnieć, na jaką imprezę się właściwie wybiera. Przebąkiwań szwagra o ratowaniu czyjegoś honoru nie pamięta. Pomruki wyobraźni i pamięci nie są w stanie wyciosać z eteru solidnego obrazu sytuacji, ale to nie szkodzi.
Wie gdzie ma się stawić, a to najważniejsze.
Na miejsce, z bilecikiem, który Alex wcisnął jej w ręce, wpada okryta atramentowym płaszczem, pod którym skrywa czarną, koronkową suknię z odkrywanymi rękawami. Spojrzenie nieobecne, skryte za cudacznie grubymi, szkłami ciemnych okularów, omiata sylwetki zgromadzone w loży przeznaczonej dla Bardzo Bogatych Ludzi. Dostrzega Alexa z Lorettą; dalej zaś postacie znane i mniej znane; skojarzone i już mylące się w poszatkowanej pamięci. Wie, że jej się przypatrują, wszak jej imię nie zdążyło jeszcze zniknąć z okładek szmatławców, aluzyjnie oskarżających ją o próbę zamordowania własnego męża.
Ach, Donald, zakała rodu spierdoleńców, zasiedlony w lokalnym warzywniaku (jako warzywo) w końcu dawał jej spokój. Na samą tą myśl, uśmiech przybłąkałby się do kącików jej ust, gdyby tylko nie drobne potknięcie zaserwowane gapiom, którzy akurat zerkają w jej kierunku. Mulciber stęka zrozpaczona, gdy uświadamia sobie, że założone na nos szkła, z każdą sekundą przyciemniają się, kompletnie blokując obraz z zewnątrz.
– Ja pierdole, co to ma być – sapie pod nosem, w momencie gdy okulary samoistnie resetują się do poziomu zero, czyli całkowitej ciemności. Może to odpłata potężnego, mugolskiego Boga, który próbował zemścić się na wszystkich czystokrwistych degeneratach, zaczynając od destrukcji ich magicznych gadżetów, a Diana miała być jedną z pierwszych ofiar.
– Alex, ja nic nie widzę, ratuj mnie – wtrąca się zdesperowana do jego rozmowy z Lestrange, a gdyby tylko mogła, to pociągnęłaby Lorettę i każdą inną paniusię z łokcio-bara, ale nie może. Jest za niska, no i nie trafi, bo oślepła.
– Ja też nie, siadaj babo – odpowiada facet siedzący nieopodal.
Mulciber nie przejmuje się brakiem manier, nie zważa też na zamęt jaki rozstawia po kątach wejściem swojej niezwykle nieważnej osoby.
Po raz pierwszy zerka zaś na arenę i odczuwa euforię na miarę odkrywców nowych lądów – a więc to nie jest konkurs tańca tak jak podejrzewała, ale prawdziwy pojedynek na zaklęcia!


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Eden Lestrange - 24.10.2023

Uśmiechnęła się z satysfakcją wymalowaną na ustach; pułapka na Lorettę była niezbyt subtelna, ale skuteczna. Pochwyciła wreszcie jej wzrok, szybciej niż później na szczęście, bo już ją gałki oczne zaczynały boleć od tego ciągłego wodzenia spojrzeniem tam i z powrotem. Eden poprawiła się na kanapie, usiadła nieco wygodniej, porządniej można by rzec, gotując się na rozmowę ze szwagierką. Nawet zaczęła dobierać słowa skrupulatnie, bo choć myślała dokładnie to, co do Dolohov - mianowicie, że prezentowała się jak kurwisko - to bardzo nie chciała, by się jej to wymsknęło na głos. Może i nie podzielała wyborów modowych Loretty, niemniej dziewczynę chcąc nie chcąc lubiła. W przeciwieństwie do jej braci bezkręgowców miała jakąś osobowość, a jeśli podnosiła ciśnienie, to nie na tyle, żeby od razu zalała cię krew.
Niestety gwiazda wieczoru odbiła się od jakiegoś gościa, co bardzo nie spodobało się Eden. Nagle na twarzy blondynki wymalował się niesmak, jakby ofiara wysmyknęła jej się w ostatnim momencie z sieci i teraz posępna pajęczyca musiała trudzić się raz jeszcze, by ją zwabić ponownie. Przeniosła wzrok na winowajcę, wyglądając przy tym, jakby chciała gościa zabić tuż po zidentyfikowaniu go.
Litości.
Nie interesowała się za bardzo, jakie piekło Axela ostatnimi czasy pochłonęło, ale uważała to za przekomiczne, że wypluło go akurat tutaj. Wypuściła powietrze nosem, dając upust irytacji, po czym wywinęła oczyma zamaszyście, szukając oparcia psychicznego w otaczającym ją towarzystwie. Ukoić jej myśli samobójcze w tym momencie mógł chyba tylko Vakel, ale nie zamierzała mu streszczać całej historii znajomości, jaką dzieliła z Mulciberem, a bez niej nie zrozumiałby, skąd u Eden to niemiłosierne zażenowanie i refluks. Gościa naprawdę lubiła, żeby nie było, że życzyła mu źle, ale brzydziła się wręcz tym, jak od wiek wieków ślinił się do Loretty. Gdyby nie fakt, że dziewczynie się to zupełnie podobało, bo miała parcie na szkło i uwagę jak nikt inny, to zaczęłaby jej współczuć. Trafiła kosa na kamień, ale Axel mógłby już sobie darować to sępienie miłości, bo wyglądało to żałośnie i lata temu przestało być śmieszne.
Odwróciła głowę w kierunku Laurenta, bo na tamtą dwójkę zwyczajnie nie chciała już nawet patrzeć. Uniosła brwi, ni to w zdziwieniu, ni w zwątpieniu, słysząc, jaki z niego amant. Wybrnął jednak z pytania sprawnie, więc nie miała zamiaru drążyć, przyznała mu jedynie rację:
- W sumie - prychnęła, zerkając mimochodem na arenę. - Ciężko to nazwać show. - Postronny obserwator mógłby jej wytknąć, że co ty się Lestrange w ogóle wypowiadasz, jak pewnie sama się bić nie umiesz, a tego pojedynku nawet nie oglądasz, więc co ty w ogóle wiesz. I miałby rację, ale Eden nie z powodu mordobicia tu przyszła, ani nawet nie dla obrony honoru Loretty, bo nie była błędnym rycerzem przecież. Ją ciągnęło tam, gdzie rodził się konflikt. Jak pszczołę do miodu.
Słysząc, że zaręczyny Victorii już nieaktualne, szczerze się zdziwiła. Przechyliła głowę, wyglądając na wziętą z zaskoczenia, nawet przyjrzała się dziewczynie raz jeszcze, żeby się upewnić, że nie żartuje. Miała wrażenie, że po Beltane wszystkie związki przeżywały kryzys, jakby wszyscy w tej rodzinie byli przeklęci. Może powinna się ewakuować jak Rookwood? Może czas zeskoczyć z tego tonącego okrętu tak szybko, żeby ludzie zaczęli się zastanawiać, czy w ogóle na nim była?
- Powiedziałabym, że mi przykro, ale nie chciałabym cię okłamać - odparła na wyznanie Victorii, wpierw brzmiąc dosyć szorstko. - Takiego kwiatu to pół światu, moja droga. A najlepiej to nie wychodź za nikogo, wyjdzie ci to na dobre. Zaufaj mi. - Eden zabrzmiała jak ciotka, co mówiła ze swojego wieloletniego doświadczenia. Spojrzała w trakcie na Vakela, posyłając mu spojrzenie szukające zgody w tym temacie, przyznania racji. Wszyscy przyszli tutaj bez swojej połowicy z jakiegoś powodu i nie wyglądali na poszkodowanych. Musiał przecież stać za tym jakiś powód.


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Erik Longbottom - 24.10.2023

W przeciwieństwie do całkiem sporej części bawiącej się w najlepsze gawiedzi, Erik nie zamierzał po prostu cieszyć się rozgrywką. Z pewnego punktu widzenia była to nie lada angażujące przedstawienie. Dwóch sportowców, wprawionych w sztuce pojedynkowania, stało teraz naprzeciw siebie. Mieli zawalczyć o swoje racje, o to, kto miał rację w tym „sporze”. Nie chodziło tutaj tylko o udowodnienie drugiej stronie, że było się lepszym. Wynik tego pojedynku miał pokazać publice kto tego lata będzie pławić się w chwale, a kto topić w niesławie.

Jedną z podstawowych zasad Srebrnych Różdżek było to, aby nigdy nie ignorować swojego przeciwnika. Bez względu na to, jak słaby lub nieudolny ktoś może się wydawać, zawsze może mieć w rękawie kilka asów. A ci panowie... Najwidoczniej mieli ich wiele. Dawno nie widziałem tak wyrównanego pojedynku, pomyślał przelotnie, chociaż wredny głosik z tyłu jego głowy podsunął mu kolejny wniosek: czy świadczyło to dobrze o doświadczeniu obu czarodziejów? A może stanowiło jawną oznakę tego, że oboje byli po prostu bardzo źli w swoim fachu?

Kolorowe wstęgi zaklęć i tarcz obronnych co rusz materializowały się na arenie, a gdy kurz bitewny w końcu opadł... Erik był zawiedziony wynikiem. Remis. Skrzywił się, gdy usłyszał słowa sędziego. Wieczny pat. Nikt nie wygrał, nikt nie przegrał, ale kto w takim razie miał w tym sporze szansę? Longbottom zerknął kontrolnie na widownię, skupiając się przede wszystkim na anonimowych fanach obu pojedynkowiczów. Wątpił, aby śmietanka towarzyska świata czarodziejów planowała wszcząć tu zamieszki, ale fani sportu... Co do nich nie miał takich nadziei.

Gratuluję, Philipie. To była dobra walka — odezwał się, komplementując jego formę rzucania czarów. — Chociaż mam wrażenie, że wynik może nie zadowolić pana Lestrange'a.

Z wygranej by się cieszył, przegrana mogła go rozjuszyć, ale co z nierozstrzygnięciem? Czy to oznaczało, że konflikt miał rozejść się po kościach, skoro widownia dostała po części to, czego chciała, czyli dobrego widowiska i emocji? Erik nie był wcale pewny, czy był to koniec. Gdyby była tu Brenna, pewnie rzuciłaby jakimś komentarzem, że warto by było na wszelki wypadek ewakuować stąd Philipa. Na wypadek, gdyby ktoś stwierdził, że czas wyegzekwować sprawiedliwość na własne sposoby.

Planujesz jakieś orędzie dla prasy... Albo swoich fanów? — dopytał, odwracając się ku widowni, mierząc tych wszystkich ludzi pełnym wątpliwości wzrokiem. Miał jakieś złe przeczucia. A może to niedoprawiony obiad?


[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=kuYsegN.png[/inny avek]