![]() |
|
[30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge (/showthread.php?tid=3281) |
RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 01.06.2024 - Ooch, ależ to jak najbardziej twój problem. Szarpiesz się z tym jak dziki pies na smyczy. Unieszczęśliwiasz też siebie. - A ich? Nie wiedział, jak oni się mają. A Laurent? Laurent miewał kochanków i miewał osoby, z którym spajało go coś więcej niż zwykły seks i pogawędki przy kawie. Inaczej nie miałby tych ran, inaczej nie byłby taki skonfundowany, inaczej miałby prostsze życie. Nawet mógłby mówić o tym dalej, o wiele bardziej bezkompromisowo, ale został zatrzymany przed pocałunek. I przez drobinę strachu, której żyłka została pociągnięta, kiedy on został pociągnięty w dół. Nie spodziewał się tego. Automatyczne napięcie nie pociągnęło za sobą próby oderwania się od niego siłą czy oporu. Zamiast tego oparł dłoń na jego udzie i wsunął się na jego ciało, starając się znaleźć linię między rozsądkiem i pożądaniem - i zatrzymać po stronie tego pierwszego. - Zasłużyłeś na to. - Odetchnął głębiej, czując to rozpalenie ciała, które mieszało w rozsądku. Gapił się na niego, dokładnie tak jak chciał, bo przy tym rozbudzeniu nie mógłby oderwać od niego oczu. Przy tej pułapce z jego ramion i nóg. Tej podniecającej bliskości, gdzie tak niewiele brakowało, żeby czuć się bardziej, głębiej, mocniej. I czy to była przygana, klątwa czy może pochwała - Edge na to zasłużył. Jako nagrodę i jako karę, błogosławieństwo i klątwę. - To ty sobie w tej głowie mieszasz i prosisz mnie o rzeczy, których nawet nie chcesz otrzymać. Jesteś tak pazerny, że chciałbyś człowieka dla siebie całego, ale siebie całego nie oddasz w zamian. - Mówił to bez zawahania i ze stanowczością tego, co wywnioskował do tej pory. Bo gdzieś tam była inna droga - tylko co trzeba było zmienić, żeby na nią wejść? Ścieżki były pootwierane i wszystko wydawało się wyborem jednej osoby. - Nie masz w sobie odwagi, żeby wybrać, więc błąkasz się jak porzucony pies od jednej nogi do drugiej i chcesz każdą rękę do głaskania. Boisz się odrzucenia? Skarbie, ty mylisz głęboką miłość z fascynacjami i porywami serca. Może nawet mylisz miłość z głębokim połączeniem przyjaźni. - Bo dało się to mylić. Miłość miała w końcu bardzo wiele form i Laurent to doskonale rozumiał. A to, co teraz mówił, nieco niespokojnym, bardziej głębokim głosem od podniecenia, kiedy przesuwał dłońmi po jego ciele wpuszczony między jego nogi nie brzmiało nawet jak przygana. A mimo to były sykami węża. Powinien mu to mówić czy też nie powinien - och, teraz nie miał w sobie tego zastanowienia. Bo właśnie byli w punkcie, gdzie Flynn chciał miłosnych uniesień, a na drugi dzień będzie znowu płacz. Laurent nie chciał tego przeżywać. Nie chciał go widzieć drugi raz w takim stanie pod swoim prysznicem. Nie zamierzał mu pozwolić na to, żeby bardziej wbijał szpony w samego siebie mocniej i przy okazji rozrywał jego. Opowieść wyżłobiona dramatyzmem, bo przecież Flynn nie był wystrzelonym w kosmos psem. Był człowiekiem, szczurem, który miał do kogo wrócić. Który był kochany. Który miał przy sobie człowieka, co, cholera, chciał nawet wziąć z nim ślub. I po tej rozmowie o zaręczynach byli kurwa tutaj. A po tutaj będą w miejscu, gdzie pierścionek nie będzie robiony do Alexandra. Nie, tak nie wyglądało szczęście. Tak wyglądało zagubienie. I w tym zagubieniu żadna z dróg dla Flynna nie była dobra. Zaćpał się. Nie wiedział kiedy, jak, gdzie, przed tą łazienką, po niej? Pewnie przed. A teraz pływał i dryfował, a Laurent nie wiedział nawet, co mu dolegało. W pierwszej chwili pomyślał o uldze, bo przecież niektóre narkotyki pobudzały seksualnie, ale wykreślił to ze swojego mózgu. Strzelał: nie wziąłby czegoś takiego. I był... zły. Nie, zły to nawet złe określenie. Zawiedziony? Też nie, nie odczuwał zawodu. Smutny? Ucałował jego szyję, czoło, usta. - Mam nadzieję, Crow. Bo chcę patrzeć na ciebie, a nie twój cień. - Odsunął się, ale nie zostawił go zupełnie samego z tym napięciem. Przesunął swoją rękę z jego dłonią w dół brzucha, dociskając wargi do jego ciała. Było bardzo dużo perwersyjnej przyjemności w byciu dyrygentem czyjegoś ciała. W tym, gdy ktoś uginał się pod dotykiem jak plastelina. Przeniesienie Crowa do sypialni nie wchodziło w grę, więc opatulił go tutaj, na tej kanapie, kocem, kiedy już otarł jego zmęczone ciało, poniszczone bliznami i doznaniami dnia. Zebrał kubek, albo to co z niego zostało, wytarł podłogę. A potem jeszcze powisiał nad umywalką w łazience wymiotując po tym, co zastał w tej łazience i po tym, jak przypomniał sobie tę paskudną ranę i to uczucie dotyku jej. Kiedy ten smród krwi połączył się z tym smrodem fajek, a jemu zwyczajnie kręciło się w głowie. Posprzątał i tam. Posprzątał też we własnej sypialni, chociaż mógł przecież poczekać, aż skrzat się obudzi i zostawić to wszystko jemu, tylko, o zgrozo, co ten skrzat złego zrobił, żeby go o to prosić? I sam potrzebował zajęcia. Niemyślenia. Panował już blady świt kiedy Laurent zasnął na fotelu w salonie, ściskając w dłoni magiczny kamień z zaklętym w środku niebem prawie jakby modlił się, żeby ten świt przyniósł cokolwiek lepszego. Koniec sesji
|