![]() |
|
[Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +--- Wątek: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa (/showthread.php?tid=398) |
RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Florence Bulstrode - 12.11.2022 - Czerń będzie też ładnie kontrastować z twoimi włosami - zapewniła Florence. Nie zatrzymywała potem brata - skupiona już na licytacji. Gdy zbliżyła się do niej Alice, Bulstrode obdarzyła kuzynkę ciepłym uśmiechem. Gdyby była w Mungu i stażyści zobaczyli taki wyraz na jej twarzy, prawdopodobnie albo uznaliby, że ulegają halucynacjom, albo wietrzyli jakiś podstęp. A Florence miała po prostu do panny Selwyn, sporo od niej młodszej i czasem traktowanej przez własnych rodziców jak niechciany bagaż, ogromną słabość. - Witaj, Alice. O tak. Na tyle, że raz jeden z chłopców podczas urodzin dziadka próbował jednego wyrwać... - "Chłopcem" mógł być któryś z jej braci, ale też licznych kuzynów, nie sprecyzowała. Za to wzdrygnęła się lekko na samo wspomnienie. Omal nie została stratowana, wyciągając dzieciaka z boksu. A zdążyła tylko dlatego, że wcześniej przewidziała, co ten knuje... Słysząc, że ktoś przebił cenę, na moment odwróciła się od panny Selwyn, ponownie podnosząc rękę. - Pięćdziesiąt pięć galeonów! - zalicytowała suknię. Pocieszało ją to, że przynajmniej cel był szczytny, nie napychała kiesy (ręką Atreusa, znaczy się) jakiemuś domowi aukcyjnemu, a sam Bulstrode pewnie tyle wydawał na drinki jednej nocy w kasynie Mirage... - Tak łatwo mnie przejrzeć? - spytała z rozbawieniem, chociaż wcale nie dziwiło jej, że Alice domyśliła się, że suknia nie jest przeznaczona dla Florence. Nawet to, jak była ubrana dzisiaj, jasno pokazywało, że ekstrawaganckie kreacje, przyciągające wzrok, nie były w jej stylu. Miała wprawdzie ulotne wrażenie, że też niekoniecznie kochała je Elaine, ale z drugiej strony: ta konkretna suknia naprawdę była piękna. - Dla kogo licytujesz? - mruknęła nieco ciszej, przesuwając głowę ku kobiecie. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Heather Wood - 12.11.2022 Właściwie Heath też wypadło z głowy to, że ten bal był charytatywny. Skupiła się raczej na tym, żeby się pokazać, popić, później ewentualnie przetańczyć całą noc i wyśmienicie się bawić w towarzystwie swojego przyjaciela. Przemówienie gospodarzy przypomniało jej o tym, że powinna też zostawić tu trochę galeonów. W gazetach na pewno będą pisać o tym, kto ile wydał. Musiała się pokazać! To, że większość z licytowanych rzeczy była jej właściwie do niczego nie potrzebna, to inna sprawa.
- Takie podejście mi się podoba!- Sięgnęła po kolejny kieliszek z szampanem. Zupełnie nie przeszkadzało jej to, że wszyscy się na nich patrzą. Ważne, żeby spoglądali - nie liczył się powód dla którego to robili, tylko to, że byli w centrum zainteresowania. Zarzuciła sobie nogę na nogę, sukienka, którą wybrała na ten wieczór była dosyć krótka, więc Ci bardziej uważni obserwatorzy mogli zobaczyć jej udo, a może nawet trochę więcej niż udo? Zależy jak dobrze się przyglądali. - Znasz mnie przecież, alkoholu nie odmawiam, nigdy. - Nie powinien być to powód do dumy, jednak Heather najwyraźniej to imponowało. - Mam nadzieję, że się nie spinasz. Widziałam twoje rodzeństwo, możemy im zniknąć z oczu, jeśli chcesz.- Nie chciała, żeby Cameron czuł się nieswojo. Może sama nie miała rodzeństwa, jednak podejrzewała, że w ich towarzystwie jest kimś zupełnie innym niż przy niej. Wiadomo, jak to jest - przy rodzinie trzeba udawać osobę choć trochę ułożoną. Kiedy Lupin ujął jej dłoń i przyłożył ją do swoich ust odchyliła się do tyłu i przeczesała palcami rude włosy. - Co Ty byś beze mnie zrobił?- a raczej ja bez Ciebie, tego jednak nie wypowiedziała na głos. Naprawdę cieszyła się, że to właśnie on jej tutaj towarzyszy. Niewiele było osób, przy których mogła się czuć tak bardzo swobodnie. - Właśnie, Charlie, wiesz, Christie mi coś przelotnie wspominała, że się tu pojawią.- Powiedziała również nieco ciszej. - Może zmienili plany, ale nie sądzę, żeby Charlie przegapiłby okazję do zalania się w trupa za darmo.- Bardzo dobrze znała nastawienie przyjaciela do takich wydarzeń. - Zastanawiam się w ogóle, czy ktoś w te noc pracuje, z tego, co widzę jest tu pełno ludzi od nas z roboty.- Nie ma się w sumie co dziwić, pewnie Longbottom zaprosili wszystkich znajomych, żeby zapełnić te krzesła. - Pomidory w sumie to całkiem dobry pomysł, może jeszcze jajkami?- Zastanawiała się, czym gorzej było by oberwać. - Pewnie mają ochronę, jakby ktoś czymś w nich rzucił, to miałby przesrane. Chętnie bym to sprawdziła, ale pracuję z Brenną i obawiam się, że mogłoby się to źle skończyć.- Może gdyby wypiła trochę więcej szampana nie miałaby takich oporów, jak na razie jednak była zbyt trzeźwa na takie akcje. Jeśli zaś znowu wracamy do szampana, to sięgnęła po kolejny kieliszek. Zamierzała się szybko wstawić i płynąć. - Jakaś dziunia, licytuje ze mną, przebijać to?- Wood miała to do siebie, że lubiła wygrywać, nie czekając więc nawet na odpowiedź Camerona wyprostowała się na krześle, a później krzyknęła, może trochę zbyt głośno. - 100 galeonów! - Nie zamierzała bawić się w półśrodki, w końcu mogła szastać pieniędzmi. - Ładnemu we wszystkim ładnie Cammi.- Posłała mu kolejny uśmiech tego wieczoru. - Właściwie, długie włosy to też nie jest głupi pomysł, mogłabym Cię za nie szarpać.- Próbowała go sobie w nich wyobrazić. - Chcesz te spinkę?- Zapytała jeszcze, tym razem poważnie, bo gdyby tylko powiedział, że chce, to by mu ją kupiła. - Nauczylibyśmy się czegoś nowego! Idealnie! - Dobrze, że to on miał być obiektem eksperymentów, a nie ona. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Mavelle Bones - 12.11.2022 Zastanowiła się przez krótką chwilę. Kasyno nie było miejscem, do którego by zaglądała, zwłaszcza całkowicie dobrowolnie – osobiście stroniła od hazardu, a i w otoczeniu nie miała nikogo, kogo musiałaby wciągać za ucho z czeluści „Mirage”. I bardzo dobrze, w końcu przez hazard potrafiły upaść wielkie fortuny; ba, nie tylko fortuny – sami ludzie upadlali się do tego stopnia, że stawali się jedynie cieniami samych siebie. W nadziei, że uda się odegrać i odwrócić nieprzychylny los. - Może kiedyś? Jak nam się grafiki zgrają i tak dalej? – odparła, po czym zainteresowała się na krótką chwilę swoim kielichem. „Może” nie oznaczało zdecydowanego „tak”; i choć zapewne była w jakieś sposób ciekawa tego, co rozgrywało się za drzwiami kasyna, tak… hm. Nie była do końca przekonana; zaszycie się w kącie z mugolską książką czy też szkicownikiem brzmiało… może nie interesująco, ale przynajmniej bardziej komfortowo. - Ale owszem, tu się muszę zgodzić, trzeba pozwolić – przytaknęła Seraphinie. Sama się tym wprawdzie nie zajmowała, ale to brzmiało całkiem logicznie – ile w końcu można reklamować, i tym samym pracować, bez chwili wytchnienia dla siebie? Skinęła też zaraz głową. Tak, teraz się zgadzało. - Owszem, rok wyżej – potwierdziła z lekkim uśmiechem na wargach. Ach, te szkolne czasy – wtedy wszystko wydawało się o wiele prostsze niż w rzeczywistości było, zaś problemy, które wtedy wyglądały na ogromniaste, z perspektywy czasu okazywały się jedynie marnymi pryszczami. Coś, co nie kosztuje czterdziestu galeonów i więcej, cisnęło się na usta. Jednakże o ile zapewne mogłaby w ten sposób zażartować do przyjaciół, tak Seraphina jednak nie zaliczała się do tego bliższego kręgu. Stąd też potrzebna była inna odpowiedź. - Nie pogardziłabym szkicownikiem. Takim z naprawdę porządnym papierem – odparła – A ty planujesz coś licytować? – w końcu teoretycznie by pasowało. Z jednej strony fant, z drugiej datek, bardzo ładnie to wizerunkowo mogło wyglądać. I… och. Przyjaźnili się, owszem, ale tego nie do końca jednak się spodziewała. Niemniej, zaśmiała się cicho, głównie w odpowiedzi na pytanie Prewettówny. - Cóż mogę rzec? Wręcz nie mogę odmówić, mam tylko nadzieję, że nie będziesz miał mi za złe, jeśli przydepczę ci palce – zgodziła się, z maleńkim zastrzeżeniem. Cóż, może faktycznie nie radziła sobie najlepiej z pląsaniem po parkiecie – w końcu była raczej typem chłopczycy niż powabnej panienki. 366/1441
RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Eunice Malfoy - 12.11.2022 - ...w istocie. Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, że wypala ciebie z gobelinu. Chyba że nie wiem, zbratałbyś się z mugolami? – mruknęła i parsknęła cicho. Rozwód. Tak, to brzmiało jak jej ojciec. W końcu małżeństwo zaaranżowane, sojusz między rodami i tak dalej, w momencie zaś, gdyby Black przestał być Blackiem – to co wtedy za sojusz? - Zapewne tak by było. Niemniej na razie nie mamy co się tym martwić – skwitowała, nie zaprzątając sobie głowy tym, że wizja ta mogłaby być prawdziwą; rozpatrywała ją teraz w czysto abstrakcyjnych kategoriach. - No tak – westchnęła cicho – Chociaż może nawet tak lepiej – dodała z pewną zadumą. Jedna rzecz – tracić coś, do czego się przywiązało. Inna całkiem – gdy spomiędzy palców wysmykało się coś, o czym prawie się już nie pamiętało. Choć tak po prawdzie, Eunice na dzieciach nie znała się wcale i nie miała pojęcia, że brak matki w ten czy inny sposób i tak zapewne odciśnie piętno. Choć wciąż, pewnie lepiej tak niż pamiętać jej chorobę. Za oferowany kieliszek ładnie podziękowała, odbierając go od brata i nie omieszkała, bynajmniej, zamoczyć warg w trunku; zresztą, procenty miały to do siebie, że w umiarkowanej ilości ułatwiały wiele spraw. A przynajmniej zdawały się ściągać z barków najróżniejsze ciężary. I oto nagle do ich małego grona dołączyła kolejna twarz, w dość… wypadkowy sposób. Aż przymrużyła ślepia, upewniła się szybko, że Perseusowi nic się nie stało – no, wyglądało, że raczej nie – po czym uważnie przyjrzała się mało uważnej kobiecie. I jeszcze najwyraźniej znała jej męża – choć to akurat nie wywołało żadnego alarmu; w końcu jako magipsychiatra z pewnością znał wiele osób. Nie wnikała w to. Nawet jeśli okazywało się, że to była Elaine – kojarzyła ją z Munga. W końcu pracowała na wydziale zatruć, a z czego Eunice robiła specjalizację? No właśnie. - Witaj, Elaine – wyrzekła miękko – Miło, że mogłaś dziś przyjść – wyrzekła, pomijając całkiem aspekty pracy w tym samym miejscu, nie widząc potrzeby, żeby to wyciągać tu i teraz. W każdym razie, z grafikami było różnie – ktoś zawsze musiał czuwać. Tego dnia tym kimś najwyraźniej nie była Delacour. - Przede wszystkim z zegarem. On musi być nasz – stwierdziła tonem sugerującym, że ten fant sobie upatrzyła i nie planowała odpuścić ani o jotę. Miała już nawet na niego gotowe miejsce i była pewna, że będzie się prezentował o wiele lepiej niż ta cholerna waza od Daphne, tak irytująco kłująca w oczy. Rzucała co jakiś czas spojrzenia wokół siebie, żeby sprawdzić, co działo się obok na sali balowej. Nic więc dziwnego, że prędzej czy później wychwyciła siostrę… tyle że w bardzo interesującym momencie – wskazywała na nią samą palcem. Hm. Ale też zaraz pomachała, więc po prostu posłała Eden uśmiech i skupiła się z powrotem na prowadzonej rozmowie. Oho, brat rzucił interesującą sugestią (przez co posłała mu charakterystyczny uśmiech), a Perseus... - Czyżbym jednak nie tylko ja decydowała, z czym wrócimy do domu? – zażartowała lekkim tonem, nie uciekając z objęć męża. Z boku wyglądali chyba na wręcz idealną parę. Zaś gdy w końcu pojawił się JEJ zegar, niezwłocznie przystąpiła do licytacji, mając zamiar wygrać za wszelką cenę. 505/1169
RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Erik Longbottom - 12.11.2022 Bez względu na to, jak atrakcyjna wydawała się perspektywa buszowania na parkiecie wraz z innymi gośćmi tego wieczoru, wiedział, że nie może tak po prostu odejść. Nie wyglądałoby to zbyt elegancko, gdyby dosłownie chwilę po swoim wystąpieniu zszedł ze sceny i zaczął rozmawiać z mniej lub bardziej znanymi go gośćmi. Owszem, korciło go to, bo wiedział, że ma parę słów do zamienienie z pewnymi konkretnymi osobami, jednak doświadczenie wyniesione z wieloletniej tradycji tego typu wydarzeń przez Longbottomów nauczyło go, że nie zawsze można robić, co się chce. Zwłaszcza jeśli sygnowało się wieczór swoim imieniem i nazwiskiem. Mężczyzna musiał więc uspokoić kołatające mu w piersi serce i doprowadzić się do względnego porządku. Pozwolił Brennie pławić się w atencji zapewnianej jej przez żądnych coraz to bardziej drogocennych fantów gości. Nie zawsze musiał być w centrum uwagi, a to, że dziewczyna musiała przez chwilę znosić to samo co on, sprawiała mu drobną satysfakcję. Wystarczająco dużą, aby się krzywo uśmiechnął, ale również też na tyle małą, że dalej czuł lekki niedosyt. Sądząc po reakcji gości, wszystko szło zgodnie z planem. Organizując licytację, mieli świadomość, że nie każdy eksponat będzie się cieszył dużym uznaniem. Niektóre przedmioty przyciągały spojrzenie bardziej niż inne, jednak widać było, że zebrane tu osoby powoli zaczynały się rozkręcać. A może by im tak nieco pomóc?, pomyślał Erik, przemykając ukradkiem, dalej skryty wśród cienia, w stronę jednego z kelnerów, który obsługiwał gości nieopodal sceny. Widział, że paru pracowników wynajętych na tę noc zajmowało się rozdawaniem drinków z tyłu sali. Postanowił więc przekierować kilku z nich w okolice osób biorących aktywny udział w licytacji. Nie wpływał w ten sposób bezpośrednio na wynik aukcji, ale było to raczej w dobrym guście, aby pokazać, że doceniają charakter i wolę walki określonych person. Po wydaniu odpowiednich instrukcji kelnerowi Erik dołączył do Brenny na środku sali, akurat, gdy ta zaczynała prezentować pierścionek, który wedle jej słów został przekazany przez ich matkę. Zmarszczył lekko brwi, jednak nie pozwolił, aby to lekkie zdziwienie przezwyciężyło uśmiech, z którym musiał paradować tego wieczora. Z początku nie zrozumiał, czemu postanowiła przedstawić ten konkretny element biżuterii bez żadnego polotu. Czyżby nagle odjęło jej mowę? Zerknął z zaciekawieniem na wiktoriański wyrób. Dopiero gdy zauważył drogi kamień, którym był przyozdobiony, przypomniał sobie plany, o jakich jeszcze niedawno dyskutował z Dorą. Tak, ten element biżuterii miał przed sobą bardzo konkretne zadanie do spełnienia. Ha, jednak cwana bestia była z tej jego siostry. TLDR: Erik wydał kelnerom dodatkowe instrukcje. Osoby biorące aktywny udział w licytacji mogą zauważyć, że zostały im zaoferowane dodatkowe kieliszki szampana. Oprócz tego, Erik wrócił na scenę i dzielnie towarzyszy Brennie, nieświadomy czekając aż ta go wrzuci pod autobus podczas finału licytacji <3 RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Cameron Lupin - 12.11.2022 W sumie trudno było im się dziwić, że nie do końca załapali klimat imprezy zanim na nią trafili. Nie przy każdej zbiórce na biedne pieski i małe dzieci organizowano wielki bal, na którym wyprzedawano suknie i inne bibeloty podarowane przez jedne z najgłośniejszych nazwisk w towarzystwie. Cameron miał prawo czuć się nieco nieswojo, chociaż robił, co mógł, aby nadrabiać to charakterem, ciesząc się jednocześnie z towarzystwa Heather. Gdyby tylko jeszcze z tego ich duetu mogli przejść na ikoniczne już trio, to już w ogóle poczułby się spełniony i gotowy do harców przez resztę nocy. — Za kołnierz to my raczej nie wylewamy — skomentował, odstawiając na tacę kelnera puste szkło i biorąc kolejny kieliszek. Cóż, szkoda, żeby się zmarnowało, prawda? Wprawdzie widział zaparkowanego na zewnątrz abraksana, jednak wątpił, czy akurat ten trunek przypadłby mu do gustu, gdy przyjdzie do usuwania niedopitków po gościach. — Przez nich? Gdzie tam. Po prostu... nie są tak dzicy jak ja, czy ty. — Szelmowski uśmiech sprawił, że kąciki jego ust wystrzeliły ku górze. — Co najwyżej, dostanę burę na najbliższym obiedzie rodzinny, jak coś przeskrobię. W razie, gdyby zaczął nieco przeginać podczas tego wypadu, a rodzeństwo postanowiło go wsypać, miał już w głowie przygotowany plan B. Matka przymknęłaby oko na jego wybryki, gdyby tylko postanowił zjeść trochę zielonego bez mięsa w najbliższe święta. Poza tym, czy było się o co martwić? Przecież był ich ulubionym dzieckiem. Dlatego tylko jemu z ich trójki nadano drugie imię. Chyba dlatego. — Segregowałbym eliksiry w szpitalnym magazynie — odparł bez ogródek, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że gdyby nie dzień wolny, który postanowił spędzić z Heather, siedziałby teraz w szpitalu. — Ewentualnie czytał regulamin i zapoznawał się z kartoteką przyjętych na oddział pacjentów. Spojrzał ze zrozumieniem na Rudą, gdy wspomniała o Christie. Wydało mu się to trochę dziwne, że nie czekali już na nich na miejscu. Chyba że planowali po prostu ominąć najmniej interesujący segment wieczoru i zjawić się dopiero wtedy, gdy na sale zostaną wniesione najlepsze alkohole. W sumie to był dosyć genialny pomysł. Aż żałował, że sam na taki nie wpadł parę godzin wcześniej. — Przecież wygląda na taką słodką i niewinną. Na pewno by szybko wybaczyła — rzucił z niedowierzaniem. Ciężko było uwierzyć na słowo, że kobieta brylująca na scenie w towarzystwie brata, mogłaby jakkolwiek skrzywdzić jego psiapsiółkę za taki drobny psikus. Powłóczył wzrokiem po sylwetce swojej towarzyszki, starając się wyrażać, chociaż minimalne zainteresowanie tym, co było akurat wystawiane na sprzedaż zaledwie parę metrów przed nim. Gdy wspomniała o tym, że ktoś próbuje ją przebić, machinalnie się odwrócił, aby przyjrzeć się konkurentce Heather i prawie mu oczy wyszły na wierzch, gdy zorientował się z kim ma do czynienia. Bulstrode. — Ja jebię. To moja szefowa ze szpitala — mruknął, ale jeszcze zanim zdążył to zakomunikować, głos Heather ponownie rozbrzmiał na sali. Wrócił do normalnej pozycji, chociaż jego wzrok ponownie strzelił w kierunku Florence. — Chwilami się jej boję. Chyba niezbyt docenia mój temperament. — Teraz, jak tak gadasz, to chyba muszę to przemyśleć — powiedział, udając wielce obrażonego. Po chwili machnął ręką od niechcenia, jakby robił jej tym wielką łaskę. Nie musieli koniecznie podbijać stawki. Bądź co bądź, dalej mieli sukienkę do wygrania, a coś czuł, że starcie z Florence może nie być najłatwiejszą rzeczą na świecie. — Odpuśćmy sobie. Na pewno uda nam się uszczuplić twój portfel tego wieczora. Perspektywa dłuższych włosów, sięgających mniej więcej do ramion, była kusząca ze względów estetycznych. Ot, taka moda wśród ich rówieśników, zwłaszcza tych wywodzących się z niemagicznej dzielnicy Londynu. Tylko ile czasu musiałby spędzić na tym, żeby doprowadzić takie kudły do porządku codziennie rano? Może nie był najpoważniejszą osobą pod słońcem, ale miał na tyle wyczucie czy też instynktu samozachowawczego, aby nie wpychać się na oddział z kudłami powywijanymi na wszystkie strony. — Na naukę podobno nigdy nie jest za późno — rzucił sugestywnie, uważając, że tego typu tekstu sprawią, że ta noc stanie się chociaż trochę bardziej znośna. Może Heath była przyzwyczajona do obcowania z niemalże arystokracją, ale Lupin nie mógł tego powiedzieć o sobie. Owszem, znał parę osób, w dużej mierze przez rodzeństwo, jednak wątpił, aby co poniektóre czystokrwiste rody uznały za stosowne zaproszenie go gdziekolwiek tylko z uwagi na jego nazwisko. — Ale wiesz, co jeszcze mówią ludzie? — Nachylił się nad jej uchem nieco bardziej. — Że dużo przyjemniej jest przyswajać wiedzę w grupie. Zagryzł dolną wargę, starając się nie wybuchnąć gromkim śmiechem. Ah, jak żałował, że nie było z nimi Charliego, on na pewno dużo bardziej doceniłby ten klasyczny już tekst. Wrócił wzrokiem do jednej z głównych gwiazd wieczoru, czyli Brenny Longbottom, starając się ocenić, co też miała jeszcze do pokazania swoim gościom w tej części wieczoru. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Patrick Steward - 12.11.2022 Patrick uśmiechnął się szerzej, najwyraźniej albo rozbawiony, albo zadowolony, że Mavelle uznała jego kurtuazyjne pytanie za rodzaj zaproszenia. Prawda wyglądała tak, że tylko pracowali razem. I chociaż żadne z nich nie ukrywało wzajemnej sympatii – a przynajmniej Stewardowi wydawało się, że łączyła ich wzajemna sympatia, to było to tylko tyle i aż tyle. Skłamałby, gdyby zaczął się zapierać rękoma i nogami przed faktem, że Mavelle podobała mu się na swój sposób. Ale była jeszcze przeszłość Stewarda, która stawała mu przed oczami zawsze, gdy myślał o przyszłości. Pewnych spraw nie dało się ot tak przeskoczyć a oplatający go sekret wydawał się zbyt wstrętny, by został zaakceptowany w obecnych czasach.
Pokręcił głową, najwyraźniej nie zgadzając się ze słowami, które powiedziały. - Nie o reklamowanie mi chodziło – sprostował, unosząc kieliszek z szampanem do góry. Dołączył do toastu Seraphine. – Prędzej o zaznaczenie swojej obecności, o dobre wrażenie, które za sobą pozostawisz po dzisiejszym wieczorze, o tę nutę zainteresowania, którą wywołasz – opisał. Oczywiście z Patricka był żaden teoretyk handlu. Nigdy, nawet w czasach młodzieńczych, nie stanął za ladą sklepu, nie musiał też nigdy reklamować żadnego przedsięwzięcia. Nawet do Zakonu Feniksa werbował tych, którzy chcieli do niego należeć, a nie tych których uważałby za najlepszych możliwych członków. - O, dobrym szkicownikiem i ja nie pogardziłbym – wtrącił. W sumie tak zaczęła się jego znajomość z Mavelle. Oboje szkicowali. I oboje podrzucali sobie szkice. Patrick może trochę częściej, ale też jego biurko w pracy zawalone było rysunkami, bo rysowanie pomagało mu w skupieniu uwagi i przy szukaniu rozwiązań. Przysłuchiwał się ich wymianie zdań, obserwując licytację. - Jak to miło usłyszeć, że aż dwie kobiety uważają mnie za przystojnego – zauważył przekornie. Nawet jeśli Seraphine wlałaby w tym momencie w uwagę na temat jego wyglądu całą ironię, na jaką była tylko zdolna, on świadomie (albo i nie) zignorowałby to. A Mavelle? Mavelle nie zaprzeczyła. Przewrócił oczami, wsłuchując się w jej wymówki. – Po prostu pozwolisz mi się poprowadzić, Mav. Masz szczęście, że akurat ja tańczę całkiem dobrze – albo się pochwalił, albo zażartował. Kiwnął głową, gdy usłyszał odpowiedź Seraphine. - W takim razie, ja rezerwuję ten pierwszy – zaproponował. Tak będzie łatwiej zapamiętać. Pierwszy zresztą był o tyle ważny, że sporo osób zwracało wtedy uwagę na parkiet, jeśli więc Mavelle źle się czuła w tańcu, będzie jej lepiej, gdy nie stanie się nagłym obiektem zainteresowania. A Seraphine sprawiała wrażenie kobiety, która dobrze odnajdywała się i na balu, i na parkiecie, i w towarzystwie, i wzbudzając wszechstronne zainteresowanie. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Fernah Slughorn - 12.11.2022 List od matki jasno wskazywał, że Fernah ma się zjawić na balu charytatywnym i już. Ani nie wymówi się pracą, ani chorobą, ani niczym innym, co mogłoby sprawić, że nieobecność byłaby usprawiedliwiona. Nie pozostało jej więc nic innego, jak być obecną na przyjęciu. Z ciężkim westchnięciem złożyła list oraz zaproszenie z powrotem do koperty, a tę wcisnęła za połę orzechowej marynarki. Pustymi dłońmi zaczęła szperać w kieszeniach spodni o tym samym kolorze, w poszukiwaniu fiolki z ciemnego szkła. Nie miała zamiaru zjawić się w posiadłości Longbottomów i pierwszej napotkanej osobie obrzygać butów. Stąd upiła sporawy łyk gorzkiego płynu i wkroczyła do szpitalnego kominka. Oczywiście, że musiała być spóźniona i jeszcze prosto z pracy… Żołądek podszedł jej do gardła, zresztą jak zawsze, gdy miała (nie)przyjemność gdzieś się teleportować. Najchętniej wybierała latanie na miotle, lecz w tej sytuacji liczył się czas. Odetchnęła głęboko tuż przed wyjściem z kominka, by odzyskać nieco rezonu. Lokajowi, który dopadł ją w tej samej chwili, odpowiedziała skinieniem głowy oraz powitaniem, podając zaproszenie. Dzięki temu mogła przejść dalej, czyli do głównej sali, gdzie licytacja trwała już w najlepsze. Odgarnęła z twarzy niesforne kosmyki włosów, jednocześnie przypominając sobie, że powinna je jakkolwiek upiąć. Na brodę Merlina, przecież na pewno obowiązywał strój wieczorowy, a i tak nie miała na sobie ani sukni, ani garnitur, które wpisywałyby się w te wymagania. Zaklęła w myślach po raz pierwszy i na pewno nie ostatni tego wieczoru, po czym wchodząc na salę, od razu skierowała się w lewo i zatrzymała tuż pod ścianą, przy ogromnej monsterze. Powinna jeszcze przywitać się z gospodarzami, lecz ci prowadzili już licytacje, więc zaplanowała, że podejdzie do nich później. Fernah nie miała pojęcia, co dokładnie licytowano, prócz tego, że akurat został ogłoszony pierścionek. Zdecydowanie bardziej była zainteresowana, czy pośród zebranych znajdzie jakąś znajomą twarz lub czy umknie uwadze większości (z czego zresztą by się bardzo cieszyła). Nie miała zamiaru, ani też finansów, by uczestniczyć w aukcji. Jednak zgodnie z tym, co jej rodzicielka napisała w liście, wraz z ojcem przeznaczyli już stosowną sumę pieniędzy. Było to pokrzepiające, bo nie miała pojęcia, jak dokładnie powinna przebijać propozycje innych gości, ani też o ile. Zapewne to wszystko było zapisane w zaproszeniu, tylko że nie miała czasu go przeczytać. Natomiast o tym, że bal odbywał się dzisiaj, cóż… Przypomniał jej list matki, otrzymany przed trzema godzinami. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Giovanni Urquart - 13.11.2022 Zgodził się z Geraldine co do smaku szampana. Był subtelny, zdawał się nie mieć wiele procentów. Zdecydowanie z przyjemnością mógł go sączyć do końca przyjęcia. — Oh, to bardzo miłe słowa, ale przyrzekam, tu naprawdę nie ma wielkiej filozofii jeśli chodzi o "odnajdywanie się". Wystarczy bardziej skupiać się na ludziach niż poczęstunku — zaśmiał się. — Wiesz, jak to ze mną jest. Nigdy nie wiadomo, kiedy zdobędę materiał na coś dobrego i zatopię się w pisaniu zapominając o całym świecie. Kupowanie prezentów "na zapas" przy każdej okazji to najlepsza strategia jaką obrałem w tej kwestii. — Tak, miał cały schowek pełen przedmiotów, które prędzej czy później zostaną komuś wręczone. Czasem kupował z myślą o konkretnej osobie i okazji, czasem nie. Ale zawsze był przygotowany, nawet jak o specjalnym dniu przypominał sobie na ostatnią chwilę. — Nie mam pojęcia, zdam się na fanty. Takie licytacje zawsze zaskakują interesującym zbiorem przedmiotów, których normalnie nie w sposób zdobyć. — Marzenie? Czy wiem o nim? — spytał wielce zaciekawiony. Miał już plany na prezent urodzinowy dla przyjaciółki, ale zawsze można je zmienić. Będąc bliżej Brenny, lepiej mógł się przyjrzeć licytowanym obiektom. Nie musiał się natrudzić by wejść w zdobycie obrazu, chociaż niezręczności dostarczył mu fakt bycia jedynym zainteresowanym. Miał nadzieję, że autorka nie bierze udziału w balu i nie dotknął ją ten fakt. Tak, Giovanni potrafił wziąć udział w licytacji, gdy nikt inny nie interesował się przedmiotem, tylko po to, by ofiarodawcy nie było przykro. W walce o spinkę nie chciał aż tak się stawiać, nie zależało mu na niej konkretnie. Z pewnością uda mu się zdobyć coś innego dla matki. Już po chwili zdecydowanie nie żałował wyboru. Geraldine mogła dostrzec z jakim zapałem zgłosił się do przebicia ceny zegara z porcelany. Wystarczyło rzucić jakikolwiek wiekowy przedmiot, a on już zacznie aportować dla rodziców. Kolejny przedmiot jeszcze silniej podziałał na Urquarta. Będzie zdecydowanie walczył o wazę. Gio nie zwrócił uwagi na szatę, wejściówka do kasyna brzmiała interesująco, ale nie dla niego. Rzucił okiem na pierścionek, ale to zdecydowanie nie było coś, co mógł komukolwiek podarować. Gdyby chociaż miał wartość historyczną... Był bardzo ładny, ale zdecydowanie zapowiadał się jedynie jako prezent dla ukochanej, a takowej Gio nie posiadał i nic nie zapowiadało się, by to się zmieniło. Spoglądał co jakiś czas na Geraldine, był ciekawy, czy ją jakaś licytacja zainteresuje. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Martin Crouch - 13.11.2022 Zainteresowanie przepływało spokojnie po zebranych osobistościach, ale myśli szybko odleciały w najdalsze zakamarki fantazji i przemyśleń. Niewiele bodźców w otoczeniu miało siłę przyciągnąć uwagę Croucha. Delektował się spokojem na kanapie, nawet szmer rozmów przeistoczył się w rwącą rzekę. Świadomość powróciła wraz z początkiem licytacji, jako że dźwięki otoczenia uległy zmianie. Nie planował brać udziału w przepychankach, jak również jego rodzina. Szczytne cele Longbottomów mało go obchodziły. Nawet nie poznał tematu mrzonek dzisiejszego wieczora. Podczas przesyłania iskier neurony odczytały w pewnym momencie zaskakująco znajomą twarz. Spotkana niedawno brygadzistka, wtedy szara i nijaka, teraz obleczona strojem wyjściowym, w jakim trudno było ją rozpoznać. Poświęcił Brennie chwilę uwagi, na tyle, na ile pozwalało mu to zajmowane miejsce, czyli niemal wcale. A więc został przyłapany nie przez bezimienną kobiecinę, a czarownicę z Longbottomów. Nie wiele sobie z nich robił, ale krążyli niebezpiecznie w orbitach jego matki, musiał się więc z nimi liczyć. Spodziewał się, że kobieta zapomniała o tym przypadkowym spotkaniu. Któż by kiedykolwiek pamiętał o jego egzystencji. Nie śledził przebiegu licytacji, znudzony przejechał wzrokiem po otoczeniu, gdy dostrzegł najciekawszy egzemplarz rodzaju ludzkiego zgromadzony na tym nieszczęsnym bankieciku. Fernah nie topiła się w ciężkim brokacie, jej włosy spowijała szara codzienność, a twarz zdradzała kroplę niechęci, bądź zagubienia, bądź trochę jednego i drugiego. Jakże wyróżniała się w wypolerowanym tłumie. Kim była? W jakim celu przybyła? Nie chciało mu się teraz wstawać z kanapy, ale ciekawość wzbierała w nim na tyle, że być może to uczyni wkrótce. |