Secrets of London
[26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów (/showthread.php?tid=1921)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Rabastan Lestrange - 24.10.2023

Nie wiedziałem, że lubisz młodszych — skomentował konspiracyjnym szeptem, gdy krewniak oddalił się wraz ze swoim synem. — Nie myślałaś nad przekwalifikowaniem się? — Podniósł rozbawiony brew. — Podobno w przedszkolu na Pokątnej szukają opiekunki dla dzieci na lato. Mogłabyś poprowadzić im jakieś warsztaty, jak zostać zdrowym i odpowiedzialnym członkiem magicznej społeczności.

Jako przykład, w jakim kierunku lepiej nie podążać mogłaby wskazać nawet Rabastana. Bądź co bądź, dla znacznej większości społeczności (i rodziny) jawił się jako kompletna porażka. Bogaty leń, na dodatek samotny, który szlajał się po nocach, Merlin jeden wie gdzie. To właśnie przed takim losem przestrzegają matki, gdy zabraniają swoim pociechom wkradać się na Ulicę Śmiertelnego Nokturnu.

Wydają się bardzo zaangażowani, nie sądzisz? — rzucił rozbawiony w stronę Bellatriks, przerzucając nogi przez podłokietnik fotela, co by było mu wygodniej. — Jakby naprawdę im zależało! Chociaż jak na mój gust trochę za mało w tym spektaklu. — Uniósł kieliszek szampana w powietrze. — Wiesz, fajerwerki, astralne zwierzęta, nieoczekiwane przemiany! — Pstryknął palcami. — Wyobrażasz sobie, co by było, gdyby oboje byli animagami! I na dodatek ptakami? Bitwa na różdżki przerodziłaby się w pojedynek w przestworzach!

Na pewno byłoby to ciekawsze od tego, pomyślał z przekąsem Rabastan. Może członkowie Klubu Pojedynków widzieli w tym wszystkim jakąś logikę, może nawet sztukę, jednak dla Lestrange'a była to po prostu wymiana ciosów. I to bardzo mało ciekawie sędziowana. Gdyby faktycznie chciał odczuć jakieś emocje w związku z tym widowiskiem, to chyba musiałby udać się do rozgłośni radiowej Nottów. Och, tam to dopiero musieli się dobrze bawić, komentując na antenie poczynania kogoś związanego z właścicielami przybytku.

I co, to tyle?uniósł głos, przez co mógł zwrócić na siebie uwagę innych osób przesiadujących w loży VIPów. — Przecież oboje jeszcze się trzymają! — Wbił się plecami w oparcie fotela. — Mam wrażenie, że lepiej się bawiłem na gonitwach konnych pod Londynem...




RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Alexander Mulciber - 25.10.2023

Ten pojedynek jeszcze trwał? Dłuższy czas nawet nie zerknął na scenę. Po co, miał przed sobą najważniejszą że zgromadzonych tutaj osób. Dobrze wiedział, że Loretta czerpie chorą satysfakcję z całej tej igraszki, ale nie potrafił jej nawet o to winić. Bogowie trzymający w rękach nitki losów ludzi też czerpią w końcu satysfakcję z tego, kiedy ktoś mocniej nimi szarpie.

Ale on nie chciał tu być. Chciał... Zapomnieć o tym wszystkim. Axel nie był głupi. Nawet mimo tego, że większość czasu spędzał, tłocząc do swoich żył wszystko, co mogłoby jego nadnaturalną percepcję choć trochę przytępić - robił to tylko po to, coby do szczętu nie zwariować od nadmiaru bodźców: Loretty, smrodu zgromadzonych tutaj zapoconych ciał proletariatu, stukania kieliszków z aperitifem, Loretty, ssącego uczucia głodu tam gdzieś w samym środku jego jestestwa, które domagało się zaspokojenia jedną z ulubionych trucizn, pstrykania aparatów, Loretty.... Choćby nawet bardzo chciał, nie potrafił całkowicie przymknąć wszystkich swoich trojga oczu, poddać się słodkim podszeptom kobiety, zatracić się kompletnie w tych jej zgrabnych kłamstwach prawie tak samo jak w woni jej perfum, którą nasiąkła nawet jego pamięć, o czym uświadomił sobie, kiedy przeszedł obok kociołka z amortencją w sklepie.

Niestety, kończyło mu się zwolnienie od magomedyka, i musiał już wracać do pracy. Może nawet zapomniałby o tym, gdyby nie karta Kochanków, która wypadła mu z talii tarota, kiedy pakował ją do kieszeni. Może rzuciłby to wszystko w diabły, i po prostu zwariował, i dołączyłby do swojego nieumarłego brata w parodii Na straganie w dzień handlowy..., czy, jak to Diana pięknie ujęła, warzywniaka. Anglia znów stała się dla niego niczym więcej aniżeli więzieniem; może to ta gorąca krew pchała go do tej nieustannej ucieczki i poszukiwania wolności. Chyba że wpisać Lorettę Lestrange w poczet jego licznych nałogów - wtedy ta wolność byłaby bardzo dyskusyjną sprawą, i to nieważne, gdzie by się udał.

A zawsze udawał się do niej. Nawet tamtej pamiętnej nocy. nogi same zaniosły go pod jej drzwi, kiedy najpierw jak pies czekał na jej wycieraczce (bo Loretta nie chciała mu już otwierać, kiedy był tak pijany), a potem chyba wyznał jej prawdę... Tak jak ona teraz, o Leandrze.

Nie pamiętał wszystkiego, musiał to przyznać sam przed sobą, większość slow, które wtedy padły, wracały do niego tylko nocą, kiedy nie mógł spać. Obiecała mu wtedy tak wiele...
Szkoda, że nie wierności I czystości małżeńskiej, ale srać na wierność.

- Kto? - Tak jakby pamiętał imię każdej jebniętej narkomanki, z którą sypiał. Tak jakby w ogóle pytał je o imiona... - Nie znam. Nie było mnie tam. - Ale może Loretta była, tak dajmy na to, materacem, skoro była taka dobrze doinformowana. Nawet mu to połechtało próżność, prawdę mówiąc... Podobało mu się, że liczyła jego grzechy. - Błąd przeszłości. I w przeszłości został zamknięty - powtórzył jej słowa, obracając je na języku jakby powiedziała coś niezmiernie ciekawego. Zastanawiał się, czy to, co zostało z Leandra rodzina musiałaby zamknąć w trumnie, czy wystarczyłaby urna na jakieś popioły? - Czy to samo napisałaś Mary Jane? Spotkałem ją niedawno, podobno wysłałaś jej jakiś nieprzyjemny list, kiedy jeszcze była moją narzeczoną. - Skoro tak rozsierdzały ją jego miłosne(?) perypetie, to czemu nie przypomnieć jej o tym najpoważniejszym romansie (jedynym, które pamiętał, bo Mary Jane to było jego ulubione kobiece imię).
Och, a więc Lorettę naprawdę poruszyły jego słowa; nie byłaby tak gwałtowna, gdyby było inaczej. Podobało mu się, kiedy oscylowała na cienkiej granicy między dewiacją a defiacją. Potrzebujesz mnie bardziej, niż ja ciebie... Ach, te słowa padały między nimi tak często, że były lepsze od jakichś miłosnych wyznań. Śmieszna była ta agresywną interesowność, którą wyrzucali sobie w twarz; jego wkurwiało, kiedy przypominała, jak zgonował w rowie w Little Hangleton, ją - kiedy przypominał o momentach kiedy zalana łzami frustracji przychodziła do niego po pocieszenie.
- Bez ciebie bym zginął, przecież wiesz. - Nie zmienił tonu, nie zasygnalizował, czy to wciąż była kpina, żart - czy jest absolutnie poważny. Zacisnął tylko mocniej palce na urwisku jej talii.

- Nie muszę nikogo oszukiwać - odpowiedział spokojnie, celowo przybierając swój niewzruszenie opanowany ton, który w trakcie ich kłótni zawsze zdawał się potęgować wściekłość Loretty; jakby nie tyle jego słowa były powodem jej złości, co sam kontrast między jego lodowatym spojrzeniem i monotonicznością lapidarnych wypowiedzi, a pomiędzy ogniem w jej oczach i szałem kwiecistości jej wyrzutów. On i Loretta zawsze operowali na ekstremach, ona oskarżała go o mutyzm wybiórczy, on zarzucał jej, że ma dwubiegunówkę... - Ty mnie tu zaprosiłaś. - wyjaśnił, tak jakby tłumaczył gdzie jest przód, a gdzie tył hipogryfa. Ale to ty dzwonisz/wysyłasz sowę, Loretto...

Chciał powiedzieć coś więcej, ona też chciała się dalej kłócić, widział to w jej gniewnym spojrzeniu i pąsowych policzkach. Ale wtedy na firmamencie zabłysła kolejną gwiazda. Trochę jak zepsuty rave'owy neon, ale zabłysła!

Diana
nigdy nie czytała etykiet - czy uważała to za zajęcie poniżej jej godności, czy to Donald kiedyś zafundował jej lobotomię zamiast pobytu w spa w ramach prezentu rocznicowego, tego nie wiedział - więc pierwszą myślą szczwanego nałogowca (jak to można było podsumować egzystencję Axela), było to, że szwagierka musiała pomylić etanol z metanolem - albo innym świństwem z prywatnego magazynku domu Mulciberów, który pamiętał jeszcze czasy, kiedy ojciec sprzedawał hurtowo kadzidła i eliksiry na Nokturnie. Tak przynajmniej przypuszczał, kiedy zaczęła jęczeć rozdzierająco, że widzi ciemność; ale nie, żeby się na tym znał. Jego wiedza o właściwościach eliksirów i innych substancji wynikała wyłącznie z autopsji.
Niestety, czymkolwiek struła się Dianka, widocznie wypiła za mało, inaczej miałby z głowy i ją, i Donalda... Ale patrząc obiektywnie, poza nagłą ślepotą, wydawała się w pełni świadoma(!!!), i nawet nie chwiała się tak mocno jak zawsze... Nie, to nie może być to. W końcu kilka miesięcy temu, przy okazji odwiedzin w domu rodzinnym, zainstalował blokady na dzieci na wszystkie szafki z niebezpiecznymi przedmiotami, coby sobie ta ćpunka krzywdy nie zrobiła (co prawda, zrobił to trochę przypadkiem: otworzył drzwi jakiemuś domokrążcy, który wciskał mu przez jakieś pół godziny "nowe magiczne blokady, niezawodne", zanim kompletnie nietrzeźwy Axel machnął ręką, sypnął złotem i pozwolił zrobić co mu się żywnie podobało)...

Axel zmarszczył brwi, przyciągnął szwagierkę za ramię, bo zaraz gotowa zwalić się napruta przez barierki na arenę - jeszcze jakiś żądny kontrowersji pismak pomyśli, że ją zamordował - tak jak brata i zdjął jej z oczu niedorzecznie wielkie, ciemne okulary. Drugą ręką dalej obejmował Lorettę, która chyba dalej wyzywała go od psów, chociaż nie wiedział, dlaczego miałby się tym specjalnie przejmować, bo akurat psy uważał za zwierzęta o wiele szlachetniejsze od ludzi... Nie chciał opuszczać jej boku, skoro już zdążyli sobie powyjaśniać pewne sprawy, zresztą, Loretta wyglądała zbyt dobrze wsparta o jego ramię. A nieszczęsne okulary przeciwsłoneczne zaraz włożył Dianie w rączkę, żeby nie zgubiła, albo jakiś psychofan jej nie wyrwał.
- Cześć, Diana. Robimy konkurs plucia na odległość? - W Ministerstwie też sobie takie współzawodnictwo parę razy zrobili, kiedy siedzieli zamknięci w biurze, pisząc nudne raporty - tylko celem nie była wówczas głupia morda Philipa Notta, tylko kubek z kawą Yaxleya. - Musisz trafić w tamtego obskuranta.

Zanim jednak zdążył zebrać trochę flegmy w buzi, pojedynek dobiegł końca.
A HONOR LORETTY NAJWIDOCZNIEJ TRAFIŁ SZLAG.

Mulciber posłał tylko porozumiewawcze spojrzenie swojej kochance, które mówiło po prostu: "bardziej już ten twój brat nie mógł spierdolić, co?" i wbił wzrok w Notta, który pojawił się na widowni ze swoim sekundantem. Przez chwilę pomyślał, że przecież mógłby użyć starych umiejętności i przeczytać intencje Philipa, może jakoś wspomóc Louvaina w walce, chrzanić regulamin... Ale tak ta go myśl po chwili rozbawiła, że niemal uśmiechnął się pod nosem. Nie sądził, że w głowie Philipa znalazłby cokolwiek poza cykaniem świerszczy.

Taksował więc Notta - starą przygodę (5 lat temu, niech jej będzie...) Loretty - obojętnym spojrzeniem wyrażającym czyste, niekontrolowane obrzydzenie wobec tego, że ktoś taki jak Nott w ogóle istnieje i zabiera innym, wartościowym ludziom przestrzeń życiową. Zblazowana poza Mulcibera krzyczała "wypierdalaj", a ręka ciasno zapleciona na talii Loretty mówiła "to moje". Nie, żeby robił to do końca świadomie. Był w końcu takim sobie artystokratycznym dupkiem jak jeden z wielu, i roztaczał wokół siebie aurę to-mi-się-należy, mając jak zwykle zdrowo wyjebane w to, co dzieje się dookoła niego.


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Loretta Lestrange - 25.10.2023

Przestała zwracać uwagę na pojedynek, który toczył się gdzieś w tle, omieciony miękką mgiełką nieistotności; oczy większości zwrócone były ku arenie, ślepo podążając za sylwetkami – ona jednak wbijała wzrok w niego uporczywie, jakby chciała go przeszyć tymi igiełkami spojrzenia, wydobyć z niego wszystko i nic zarazem. Czując dłoń zaciskającą się na swojej talii, czując ten przeklęty dotyk, który palił i zadawał nieomal fizyczny ból, zmarszczyła brwi – wyglądając zupełnie jak dziecko, któremu matka odmówiła cukierka, a w całej swej farsie i krasie jednocześnie jak rozjuszona lwica, w której wszelka moralność została pogrzebana. Ta miłość była przeklęta, a ona, wciąż wpierając sobie, że nie czuje absolutnie nic, zatapiała się w niej coraz więcej, aż zaczęła wzbierać wody w płucach.

Widziała w głębi jego tęczówek wszystko, czego nie chciał wypowiedzieć. Wszak czyż nie najlepiej było uciekać przed diabłem?; wiedziała, że brzydził się rozgłosu, kamer, tego całego zamieszania związanego z rozpoznawalnością; a jednak potrzeba bycia przy niej, była silniejsza niż jakiekolwiek pragnienie bycia anonimowym. Bo przecież mógł topić się w kłamstwach, było to jednak nieodwołalne – sława ciągnęła się za Lorettą jak guma do żucia – już przywykła, że jego obecność ją otula. Wiedziała, że nie mógł się od niej uwolnić i jednocześnie posiadła świadomość, że za każdym razem, jak odchodził, wracał do niej ze zdwojoną siłą.

To był właśnie urok ich przeklętej relacji.

Bardzo dyskusyjną, a jednocześnie autoteliczną kwestią było jego ciągłe uciekanie – widziała, że miotał się w sobie, szukając wolności, której nie mógł nigdzie osiągnąć; a ona była jednym z faktorów, które tę wolność ukracały. Nie gryzło to jednak jej sumienia, bo egocentryczna w swojej krasie, uwielbiała, gdy wracał do niej na kolanach, każdorazowo zabiegając o jej uwagę. Ich relacja była toksyczna; mętna i gęsta, zupełnie nie taka, jaka relacja tego gatunku powinna być – nie uskrzydlała, a przybijała do ziemi, odbierając ostatnie tchnienie, które zalęgało w spętanych bolączką płucach.

Zaćpany zawsze wysyłał jej sowy. Listy, w których wyznawał jej niekończącą się miłość, potrzebę bycia przy niej – często także zjawiał się przed jej drzwiami, na których był w stanie czekać do bladego poranka, tylko aby ją ujrzeć, wychodzącą z mieszkania, omiecioną tymi perfumami o zapachu bergamotki, patrzącą na niego czule z pogardą. Pijanego często nogi go wiodły do niej i gdy zdarzyło się, iż go wpuściła do środka, otulał ramionami jej nogi, oświadczając się po raz kolejny.

I kolejny. I kolejny.

Bertie, ta z krzywym nosem, jakby ktoś jej przyłożył cegłą w dzieciństwie; Octavia, ta, która miała zeza rozbieżnego; Linda, ta, której papieros by się zmieścił między jedynkami – wyliczyła, czerwieniąc się subtelnie ze złości; fakt, iż pamiętała je wszystkie, nie świadczył bynajmniej na jej korzyść.  – Jesteś pewien, że mnie kochasz? Jakim cudem, skoro masz taki gust do kobiet? – spytała, marszcząc brwi.

Mary Jane? – zabrzmiała, w skupieniu ogniskując spojrzenie w jego oczach. Myślała tak przez moment, trwając w zadumie, jakby wertowała kartki umysłu, chcąc znaleźć tę właściwą. – To ta wysoka? Ta, która mówiła na mnie Loletta, bo nie potrafiła wymawiać „r”? – Zamrugała kilkukrotnie, przywołując wspomnienie istoty tak absurdalnej jak Mary Jane; jakie miała wobec niej szanse?; przecież w starciu z Lolettą odpadała w przedbiegach. – Nie, ja pytam na poważnie. Co ty widziałeś w takiej Mary Jane?

Reagowała nerwowo na każde wspomnienie jego zdrożnych wojaży i romansów. Chciała go przecież w gruncie rzeczy dla siebie; aby żadna kobieta nie była dla niego równowarta, co ona; aby pragnął jej i z ten swój popierdolony sposób kochał ją; nawet aby oświadczył się jej po raz siódmy, gdy wypije sowitą dawkę alkoholu; aby była dla niego jedyna i najistotniejsza. To do niego przychodziła zalana łzami, to on wówczas gładził ją po włosach czule – zupełnie jakby nie był sobą; zupełnie, jakby pod całunem jej obecności miękł. Nie był wówczas tym butnym pijakiem, co w prozie codzienności. Dla niej zawsze był inny; dla niej zawsze był.

Uniosła dłoń niepewnie, przenosząc na jego policzek, sunąc po nim przez te wszystkie dłużące się sekundy, w których tonęła w bezkresie jego oczu.

Beze mnie byś zginął – powtórzyła jak przeklętą kantyczkę.

Ton jego głosu był niezmienny, ona jednak już dawno spadła z emocjonalnego urwiska; gniew, moszczący się gdzieś na dnie roziskrzonych, skąpanych w czerni oczu, był na swój sposób urokliwy. Zmarszczone brwi, pąs złości oblewający policzki woalką, ustąpiły po chwili zaczepnemu uśmiechowi, gdy zaciskał palce mocniej na jej talii. Pozwoliła się przyciągnąć mocniej – teraz nie istniały Bertie czy Linda, jedynie ich nieodzowne, rozbite tysiącami iskier połączenie dusz. Loretta lubiła w końcu myśleć, że są sobie na wszelki możliwy sposób przeznaczeni. Jego uczucia były w końcu okowami.

I już po chwili, złość rozgorzała w niej na powrót. Nienawidziła, gdy pozostawał w tej swojej stoickiej, zblazowanej krasie; jakby żadne słowa nie dotykały strun jego emocji; jakby był obojętny wobec enigmatycznego tego wszystkiego. Irytacja zapłonęła sowicie, rozgrzewając zarumienione policzki, świerzbiąc palce – chciała zadać mu niewysłowiony ból i było tak zawsze, gdy jego wnętrze nie reagowało. A przecież powinno! Była gotowa sięgnąć po jeszcze bardziej kwaśne słowa, tylko po to, aby go dotknąć u cna.

Bo byłam pewna, że nie przyjdziesz – wydukała wreszcie gorzko, odwracając wzrok od jego osoby tak daleko, jak tylko się dało. Westchnęła przy tym ciężko, czując, jak jego palce wbijają się w jej kibić jeszcze mocniej. Wiedziała, że sygnalizował w ten sposób swój teren; w Alexandrze było coś podejrzanie atawistycznego.

Gdy miała wysyczeć kolejne słowa, gdy już te kłębiły się w przełyku, aby zacząć lawirować na języku, gdy już sobie pomyślała, jak to ona mu dosoli, pojawiła się ona.

Cześć, Diana – rzekła pogodnym tonem.

Diana Mulciber.

Coś niewysłowienie ciężkiego spadło z jej klatki piersiowej, gdy mogła zwrócić uwagę na inną osobę, aniżeli Alexa. Już zaciskała w końcu swoje małe piąstki, już była gotowa wysyczeć mu wszystko, co o nim myśli, jak brzydkie były Bertie i Linda, jak pierwotnym zachowaniem się cechuje… Spojrzenie jednak miękko zsunęło się na blondwłosą ćpunkę, znaną jakże szwagierkę Alexandra. Nie żeby Loretta jej nie lubiła! Była w końcu jedyną na tyle przetrąconą osobą, że wybrała się z nią do Ameryki, gdzie były blade i nierozpoznawalne, gdzie mogły pić whisky sour bezkarnie, bez gapiów wlepionych w ich sylwetki.

Zawdzięczała Dianie o wiele więcej, niż by chciała.

Wyplątała się prędko z otulającego ją ramienia; stanęła zamiast tego obok dwójki, wbijając wzrok w arenę. Istotnie, pojawiła się tutaj jako gwiazda wieczoru, a nie zerknęła dotychczas nawet na losy potyczki. Wierzyła przecież głęboko w Louvaina, gotowa była go pocieszyć, gdy ten dzban Philip triumfował. Parsknęła śmiechem na propozycję Alexandra, posyłając mu wyzywające spojrzenie.

Och, nie mogę na niego patrzeć – wydusiła w końcu. – Gdzie ja miałam oczy, na bogów? Daję wam błogosławieństwo w sprawie tego plucia – spuentowała, wiedząc, iż ta dwójka jest do tego absolutnie zdolna, biorąc na siebie ciężar ewentualnej flegmy w oku Notta. W jego umyśle w końcu zawierało się tylko dęcie wiatru, wpadającego jednym uchem, a drugim wypadającego.

Loretta Lestrange lubiła skandale – to niewątpliwie miało potencjał nim się stać.




RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Bell Dupont - 25.10.2023

Uśmiechnął się delikatnie do swoich towarzyszy. Musiał przyznać, że rodzeństwo Lestrange bardzo mu odpowiadało pod względem towarzystwa, chociaż mogłoby się wydawać, że nie pochodzą z tych samych światów. Loretta była osobą, z którą szczególnie lubił przebywać. Być może wynikało to z faktu, że całkiem nieźle się dopełniali, a ich energie nieco się neutralizowały. Bellamy miał wrażenie, że przy niej może się nieco bardziej otworzyć.
   Pojedynek powoli dobiegał końca. Bellamy był szczerze zaskoczony tym, jak szybko mija czas jeśli przebywa się w dobrym towarzystwie. Niestety Dupont szybko męczył się, gdy wokół niego pojawiało się zbyt wiele osób, a gdy przebywało się w towarzystwie Loretty, należało liczyć się z tym, że prędzej czy później zleci się do niej grupa adoratorów. Bellamy pożegnał się szybko, przeczuwając, że wkrótce pojedynek się zakończy. Był ciekawy wyniku.
   Po wymianie uprzejmości odszedł na bok. Miał nadzieję, że nikt nie odbierze jego nagłego odejścia jako nietaktu. Jednak taki już był – znikał, gdy robiło się tłoczno.
   Remis, usłyszał. Wynik pojedynku nie był dla niego zadowalający. Nie był fanem pojedynków, a jeszcze bardziej nie był fanem pojedynków, z których nic nie wynikało. Przynajmniej Philip nie okazał się przegranym. Nie wiedział, jak mężczyzna mógłby na to zareagować, ale Nott był sportowcem, a sportowcy raczej nie najlepiej znosili porażki. Szybko odnalazł Philipa i Erika.
   – Cieszę się, że jesteś w jednym kawałku – powiedział, podchodząc do przyjaciela. – Mam tylko nadzieję, że skoro różdżki nie rozwiązały sporu, to oponent nie postanowi posłużyć się pięściami – zażartował, bo w sumie wątpił, żeby Louvain byłby zdolny do czegoś takiego. Nie znał go jednak zbyt dobrze, by dać sobie uciąć głowę za to stwierdzenie. Wierzył jednak, że byli dorosłymi ludźmi.


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Bellatrix Black - 25.10.2023

Spojrzała na Rabastana bardzo morderczym wzrokiem. Nie przepadała za dziećmi, wiadomo, że te z rodziny traktowała nieco inaczej, bo były ich nadzieją, lepszym jutrem, przyszłością. To by było na tyle. - Myślisz, że w przedszkolu można rzucać imperiusa? - Powiedziała cicho, tak, aby ten żart dotarł tylko do uszu przyjaciela. Nie wyobrażała sobie, jak inaczej można by zapanować nad zgrają rozwrzeszczanych bachorów.

Zapewne by się z nim pokłóciła o to, jak surowo oceniał swój żywot. W oczach Belli był zawsze pocieszny, przyjacielski i nigdy nie odmawiał pomocy. Może trochę gnił w swojej jaskini, ale jej to wcale nie przeszkadzało.

- Wiesz co, niby zaangażowani, ale nic się tam nie dzieje. - Powiedziała obserwując pojedynek. - Spodziewałam się większych fajerwerków, jak widać, jak zawsze się przeliczyłam. - Ziewnęła przy tym teatralnie, aby pokazać przyjacielowi, co tak naprawdę o tym myśli.

- Brakuje mi krwi, to zdecydowanie dodało by nieco teatralności. - Lubiła oglądać przemoc, taką najbardziej przyziemną, a tutaj nic specjalnego się nie działo. Żaden z nich nie dał się porządnie uszkodzić, a szkoda, jeszcze większa szkoda, że nie spotkało to tego, całego Notta.

- Ty to masz wyobraźnie, na taki pojedynek chętniej bym poszła! - Zachwycił ją pomysł Rabastana. Walka w przestworzach brzmiała na taką, która byłaby naprawdę interesująca.

- Przynajmniej szybko poszło, ciekawe, czy Lou planuje po tym jakieś świętowanie, chociaż, czy ma co świętować? - Rzuciła pytanie w eter, bo właściwie nie wiedziała kto wygrał. Czy nie powinni walczyć do skutku, aż któryś zwycięży? Może spotkają się drugi raz, chociaż wątpiła, aby kolejne takie wydarzenie cieszyło się, aż takim zainteresowaniem.




RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Cynthia Flint - 26.10.2023

Milczała dłuższą chwilę, wpatrując się w przyjaciółkę. To nie był czas i miejsce na rozmowy o Saurielu, nie chciała o nic pytać, chociaż plotki szybko rozprzestrzeniały się po magicznym świecie. Nie zamierzała też tego oceniać, osądzać wampira, dopóki nie dowie się wszystkie źródła. Lubiła go przecież, był całkiem inteligentny i rozmowa z nim zawsze była swojego rodzaju wyzwaniem, a do tego była przekonana, że Tori zwyczajnie była dla niego ważna.
Z zamyślenia wyrwał ją głos czarnowłosej, przeniosła na nią spojrzenie, a spomiędzy warg uciekło ciche mruknięcie zastanowienia.. No właśnie, dlaczego Lou się nie starał? Nadmierna pewność siebie potrafiła być zgubna. Niedobrze. Podobnie, jak jej siostra nie z krwi, nie umiała znaleźć żadnego sensu i radości w tym pojedynku. Była, bo to było dla niego ważne, mogła się tak poświęcić.
- Masz rację, niezbyt jest skupiony. - potwierdziła spokojnie, poprawiając materiał sukienki, która rozlewała się jej po nogach, więc musiała wyeliminować zagniecenia. - Już? Ostatnia? - uniosła brew nieco zaskoczona, chociaż nie utrzymało się to długo na jej twarzy. Zamiast tego, uśmiechnęła się i przeniosła spojrzenie na Laurenta. Przytaknęła, bo przecież byli z jednego domu, doskonale pamiętała tę gromadkę popularnych chłopców, za którymi oglądały się dziewczęta i prawie każda czekała, aż któryś którąś zaprosi na bal czy do wioski na kremowe piwo. Życie w Hogwarcie było dużo łatwiejsze. Laurent wyglądał na delikatnego i uroczego, jeszcze bardziej niż w szkole. Miał ładną buzię, chociaż żaden komplement, który przemknął w jego kierunku w jej głowie, nie znalazł ujścia na jej twarzy. - Wydaje mi się, że traktowali Cię, jak równego sobie, ale może masz rację. Przepraszam, jeśli Cię uraziłam lub powiedziałam coś niestosownego.
Odpowiedziała tonem nieco łagodniejszym, brylując doskonale w odrobinie poczucia winy, jak i skruchy z pokorą. Nie zamierzała się dopytywać, zagłębiać mocniej w relacje mężczyzn, bo nie było to jej sprawą, a prawda była taka, że sprawy, które nie były jej, coraz mniej Cynthię obchodziły. - To bardzo dobry Auror, Twój kuzyn. Przyjemność z nim pracować, podobnie zresztą, jak z Victorią. - rzuciła z uśmiechem, przenosząc spojrzenie na przyjaciółkę. Faktycznie, wyglądała na znudzoną, ona też by była, gdyby nie konwersacja z młodym Prewettem. - To prawda. Nie dostarczyli chyba wystarczająco emocji.
Wzruszyła delikatnie ramionami, przesuwając palcami po pasmach srebrnych włosów. Wiedziała, że Lestrange będzie wściekły i sfrustrowany. Mimowolnie zerknęła na kilka sekund w stronę Stanleya, Atreusa i Anthonyego, którzy takim obrotem spraw pewnie też nie będą zadowoleni, bo przecież w szkole zawsze jeden bił się za drugiego, pamiętała długie wykłady od Tori w ich kierunku. Pokręciła delikatnie głową, poprawiając się na krześle i ponownie spojrzała na Victorie oraz Laurenta. - Remis. Cóż, nie jest to chyba satysfakcjonujące dla żadnego z nich i dla honoru Loretty.
Zauważyła nieco ciszej, przenosząc wzrok na czarodzieja o onyksowych oczach. Wiedziała, że Louvain był zwyczajnie wściekły, znała go na tyle, aby mieć świadomość o gotującej się w nim furii, bo on naprawdę nie lubił przegrywać. A jeśli chodziło o sprawy, które dotyczyły Loretty, zależało mu. Odkąd pamiętała, zrobiłby dla siostry wszystko i obrona jej honoru była jednym z punktów na szczycie listy. Westchnęła raz jeszcze, ruchem głowy odgarniając luźne kaskady na plecy i  przenosząc wzrok na przyjaciółkę, której posłała krótki uśmiech. - Będę się zbierać, mam sekcję do skończenia. Podejdę tylko przywitać się z Lou. Uważaj na siebie. - zaczęła, wstając i poprawiając sukienkę, a potem palcami musnęła jej ramię z troską, przenosząc wzrok na Laurenta. - Ciebie też było bardzo miło poznać.
Obdarzyła ich uśmiechem, kiwając raz jeszcze głową, a następnie przecisnęła się przez tłum i kolegów Lestrangea, zamieniając z nim kilka szybkich słów, zanim opuściła teren pojedynku, udając się do Ministerstwa. To nie było miejsce na swobodną rozmowę, a poza tym, Lou jako jedna z głównych atrakcji wydarzenia, miał przecież na głowie wystarczająco ludzi. Wychodząc, zlustrowała też ukradkiem spojrzeniem Notta, który w przeciwieństwie do ciemnowłosego, wyglądał na dumnego i zadowolonego z siebie, podobnie jak kibicujący mu ludzie.

Postać opuszcza sesję



RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Stanley Andrew Borgin - 26.10.2023

To akurat było trochę dziwne, że z Atreusem zgodzili się bez żadnej sprzeczki czy nawet minimalnej przepychanki słownej. Wiadomo, że pomagali sobie w potrzebie ale jednak to robienie sobie pod górkę było pewnego rodzaju tradycją - Tosiek... Jakby Bulstrode nie był fachowcem to by nie robił tego co robi po dziś dzień. A po drugie nie zostałby sekundantem Lou gdyby też nie jego umiejętności - wtórował po raz kolejny przyjacielowi. Czy mógł zrobić coś inaczej, niż powiedzieć prawdę? Raczej nie, a i kłamać zbytnio nie wypadało w tym momencie.

- Opijał pewne zwycięstwo Atre... Pewne zwycięstwo - uśmiechnął się, tłumacząc mu z pewnością w głosie - A zresztą to Twój wybór. Doceniam. Szanuję... Ale lepsze takie teksty, niż inne w gazecie, nie? - zapytał, zaciągając się papierosem. Oczywiście chodziło mu o ich małą sprzeczkę tudzież nieporozumienie z końcówki maja. Stanley nie chciał jednak mówić o tym na głos, ponieważ obiecał, że będzie trzymał dziób na kłódkę w tym temacie.

Borgin Starszy z Młodszym rozkoszowali się papieroskiem, sięgając co jakiś czas po łyczka z piersiówki Anthony'ego. Biedny był ich Ślizgoński kompan, który postanowił tkwić w trzeźwości podczas tego wydarzenia ale taka była rola ascety - obrońcy uciśnionych. Ktoś jednak musiał pełnić taką rolę czyż nie?

- Tosiek...? Wszystko w porządku? - zapytał, spoglądając na kuzyna, który chyba nie czuł się zbyt dobrze. Co jest? Fajka i trochę wódki zaczęło Cię ścinać z nóżek? Brak formy? zastanawiał się nad tym przez chwilę, a później odrzucił peta gdzieś na bok, gasząc go butem - No i się porobiło kurwa mać - przyznał, widząc jak kuzyn kręci się na boki i próbuje utrzymać się barierki - Atreus weź no mi tu pomóż... Bo zaraz nam się na arenie pojawi trzeci zawodnik... - dodał, łapiąc Tośka pod ramię aby ten przypadkiem nie zarył tym swoim pięknym pyszczkiem w podłogę, wszak byłaby to ogromna szkoda i rysa na porcelanie.

- Dawaj go tutaj spróbujemy usadzić z boku i będziemy zerkać co jakiś czas czy nic mu się nie dzieje - zaproponował, ciągnąć go na bok. Stanley nie wiedział jeszcze, że będą walczyć z Anthonym przez cały czas trwania pojedynku, ponieważ ten nie chciał wcale z nimi współpracować. W ten właśnie sposób, Atreus został po raz drugi sekundantem w tym dniu. Po raz pierwszy dla Louvaina, a po raz drugi dla Staszka w tej równie nierównej walce.

W końcu udało im się go jakoś usadzić i Borgin był gotowy zerknąć w kierunku pojedynku ale dostrzegł kątem oka, że ten zaczyna lecieć - Łap go bo leci - rzucił szybko i wystawił ręce aby go asekurować. Czy Ty możesz z nami współpracować? Oparł Iana o krzesełko, upewniając się, że tym razem na pewno siedzi stabilnie, a następnie przetarł twarz - Ehh... Dzięki Atreus. Ty to jednak jesteś dobrym przyjacielem - przyznał, szturchając go żółwikiem w bark - W końcu możemy zerknąć na... - zamilkł na moment widząc, że już jest w zasadzie po wszystkim - Pojedynek? - zapytał z nieukrywanym zaskoczeniem, sięgając po papierosa - Już po wszystkim? Lou wygrał? - spojrzał w stronę Bulstrode'a jakby ten był wyrocznią w tym momencie. No to żeśmy mu pokibicowali... Szkoda strzępić ryja...




RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Philip Nott - 26.10.2023

Po opuszczeniu areny z podniesioną głową zupełnie jakby to on wygrał ten pojedynek został zaczepiony przez swojego sekundanta, do którego się uśmiechnął z zadowoleniem. Zdecydowanie było miło usłyszeć taką pochwałę. Zakończenie pojedynku oznaczało również, że mógł wypić kolejny kieliszek szampana. Od rzucania tych wszystkich zaklęć i wykonywania uników trochę zaschło mu w gardle. Wypity kieliszek szampana będzie swoistym uhonorowaniem tego, że nie przegrał tego pojedynku i to nawet jeśli nie zdołał go wygrać. Okazał się minimalnie lepszy od Louvaina, który zdołał przełamał jego obronę podczas ostatniej rundy.

Dziękuję, Eriku. Bardzo wyrównana. — Docenił słowa swojego towarzysza. — Z pewnością liczył na swoją wygraną, podobnie jak ja liczyłem na to, że opuszczę arenę jako zwycięzca. Remis nie wydaje się niczym złym w perspektywie urządzenia widowiska dla wszystkich osób na widowni. — Potrafił wczuć się w swojego rywala, który od tego pojedynku oczekiwał tego samego, co on. Nierozstrzygnięcie tego pojedynku tworzyło pewien impas, jednak dla niego ten konflikt dobiegł końca... z tego względu, że podniósł rzuconą mu rękawicę wyłącznie dla swojego dobrego imienia i nie zamierzał tracić więcej czasu na toczenie pojedynków w jakiejkolwiek intencji powiązanej z Lorettą. Louvain będzie musiał żyć z niesatysfakcjonującym go wynikiem tego pojedynku. Podobnie jak on. Z dala od wszystkich widzów da upust swojemu niezadowoleniu z ostatecznego wyniku.

W związku z tym, że ten pojedynek został nagłośniony przez prasę, powinienem się wypowiedzieć o nim na łamach prasy... więc tak, planuję. — Zapewnił Erika. Spodziewał się próby kontaktu ze strony mediów, choć jeśli on nie nastąpi to zamierzał wydać stosowne sprostowanie. Po chwili podszedł do nich Bellamy, do którego również się uśmiechnął. Odebrał też od niego swoją pelerynę, od razu ją zakładając.

Nie mogło być inaczej, to nie była barowa bójka. — Zwrócił się do swojego przyjaciela, nie przestając się uśmiechać. — Jeśli tego spróbuje to zostanie spacyfikowany. — Wypowiadając te słowa, spojrzał z ukosa na Erika. Podczas Beltane Louvain pokazał, że jest zdolny do tego. Rzucił się na niego z pięściami. Nic więc dziwnego, że podszedł do tego znacznie poważniej i nie obrócił tego w żart.

Dobrze się bawiłeś? — Zmienił temat, nie chcąc rozmawiać o tym czarodzieju, z którym dopiero co skończył się pojedynkować.




RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Laurence Lestrange - 26.10.2023

Jego siostra Loretta miała widocznie sporo adoratorów. Ledwo się pojawiła, a już została otoczona przez męskie grono. O tyle było dobrze, że udało mu się z nią przywitać. Nie oddalał się zbytnio, aby mieć ją na oku, na wszelki wypadek, gdyby miało coś pójść nie tak. O ile wiedział, że Loretta poradzi sobie z facetami, tak jednak jako starszy brat, Laurence wolał być w pobliżu. Większość członków rodziny skupiona była na rozmowach i plotkowaniu. On z kolei pilnował syna i obserwował pojedynek. Po to tutaj przyszedł, aby wesprzeć Louvaina. Znał goi wiedział, że mimo starania się, co mogło pójść nie tak.

Podczas obserwacji, został poczęstowany kieliszkiem wina, przy okazji Lestrange poprosił o sok dla swojego syna. A kiedy otrzymał, pomógł Louisowi przytrzymać szklankę. Dzieciak żywiołowy, mimo iż bywa samodzielny, to jednak ojcowska pomoc była mu jeszcze potrzebna. Wtem Laurence usłyszał wynik pojedynku – Remis. Przeniósł wzrok na arenę pierw sprawdzając, czy jego brat jest cały. A dopiero później na tego drugiego. Niestety, Nott też się trzymał na nogach. Mężczyzna westchnął z niejaką ulgą. Nie była wygrana, ale też nie była przegrana. Remis sprawił, że nie ma wygranego ani przegranego.
Mały Louis nie chciał już pić soczku i spojrzał na arenę, widząc że się panowie rozchodzą.

- Konec? Wuja wyglał?
Zapytał ojca, widocznie nie zrozumiawszy, że remis nie był wygraną ani przegraną. Odstawiając szklankę z niedopitym sokiem na pobliski stolik, Laurence spojrzał na syna z lekkim uśmiechem, gdy siedzieli na kanapie.
- Wujek i Pan Phillip zremisowali. Nie ma wygranego, ani też nie ma przegranego. Zdobyli tyle samo punktów.
Wyjaśnił chłopcu na tyle prosto, aby jego umysł zrozumiał przekaz informacji. Było widać, że Louis trochę myślał, ale miał inne jeszcze pytanie z tym związane.
- To dobze cy zle?
Wujkowi Louvainowi widocznie zależało, aby wygrać. Trzymał kciuki i nie wiedział, czy tak miało być, czy poszło coś nie tak.
- Dobrze.
Odparł w odpowiedzi Laurence z uśmiechem, aby chłopak się nie zamartwiał i na swój mały mózg zrozumiał sytuację. Laurence pogłaskał syna po główce i przeniósł spojrzenie na Arenę. Nott już zszedł. Czy Louvain dołączy tutaj do rodziny?


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Elliott Malfoy - 28.10.2023

W ostatnich tygodniach miał pełne ręce roboty. Skłamałby, gdyby powiedział, że nie stresowała go ilość spraw jaką był obarczany codziennie w pracy, a to się w jego trzydziestoletnim życiu jeszcze nigdy wcześniej nie zdarzyło. Przynajmniej nie na tak długi okres. Odmawianie sobie przyjemności nie leżało w jego naturze, tak uważał. Głównie dlatego zirytowanie rosło z każdym dniem, a możliwość jego zelżenia znikała za horyzontem niekończących się spotkań, które mogły być listami.
Chciał poświęcać czas tym, którzy na niego zasługiwali, a nie pretensjom i ciągłemu stresowi. Oczywiście nie był świadomy, że problemem w tym wszystkim wcale nie był natłok obowiązków, a fakt, że w całym swoim dotychczasowym życiu nie musiał wykonywać faktycznej pracy. Zmęczenie, frustracja w pracy czy niemożność pogodzenia życia zawodowego z prywatnym były Elliottowi Malfoyowi dotychczas obce.
Zawsze musi być ten pierwszy raz, ale nie zawsze jest przyjemny - Malfoy niezbyt zdawał sobie z tego sprawę.
Chociażby teraz, po raz pierwszy był w stanie poczuć niesamowicie wielką frustracje połączoną z ogromnym natłokiem wstydu w bardzo irracjonalnej sytuacji. Nie codziennie wszak człowiek zatrzaskuje się w kiblu podczas istotnego eventu, na którym jest ogromna ilość ważnych i znajomych osób.
Przeklinał siebie z przeszłości, który uznał, że załatwienie tego, co załatwić potrzebował, będzie lepszym pomysłem poza domem niż w jego czterech ścianach. Wszystko z powodu źle wyprasowanej koszuli, zmiany marynarki po raz czwarty i innych czynników, które jak na złość właśnie pojawiły się akurat w tamtym momencie.
Siedział na muszli klozetowej i rozmyślał nad sensem istnienia.
Była zamknięta, rzecz jasna.
Zatrzasnął się w kabinie prawie w tym samym momencie, gdy wydarzeni się rozpoczynało. W końcu kim by był, gdyby nie spóźnił się te 10-15 minut? Nie mógł pojawić się na czas; pokazać, że tak bardzo mu zależy. A poza tym, jego wejście musiało być odpowiednio zauważone... no cóż, teraz na pewno będzie. Zwłaszcza jeżeli ktoś odkryje, że cały pojedynek siedział zatrzaśnięty na klopie, a żadna magia nie mogła pomóc mu się z tej sytuacji wydostać.
Nie był pewien czy wolał być znaleziony teraz czy zostawiony tu na całą noc, aby nikt nie zorientował się, że w ogóle przyszedł.
Przerażającym było, że chylił się ku drugiej opcji.
Co za wstyd.
Zaczął myśleć, że to wszystko to jakiś idiotyczny żart. Że ktoś to zrobił specjalnie, ale przecież to nie miałoby żadnego sensu.
Ale czy na pewno?
Eden nie mogła zrobić mu krzywdy, ale rzucenie niewinnej klątwy, która miała uprzykrzyć mu funkcjonowanie wcale nie zagrażało jego życiu.
Westchnął głęboko.
Merlin jeden wie gdzie by się znalazł jakby spróbował 'stworzyć sobie' wyjście przez sufit albo podłogę. Wolał nie ryzykować spadania czy znalezienia się w jakimś odpływie. Sytuacja i tak była już wystarczająco okropna, nie potrzebował jej pogarszać.
Oparł nogi na drzwiach spoglądając na idealnie wypolerowane buty.
Jak dobrze, że zaklęcia które mam najlepiej opanowane to te, które prostują koszule i marynarki z małych odgnieceń. Na pewno mi się teraz przydadzą, pomyślał zaczynając irytować się na każdą, jedną myśl, jaka pojawiała się w jego umyśle.
Spojrzał w sufit bez krzty nadzieji w oczach.
Czy ktoś uratuje go z tej opresji?