[3 stycznia 1969] Nobby Leach powinien gryźć piach || Stanley & Stella - Stanley Andrew Borgin - 26.02.2023
adnotacja moderatoraRozliczono - Stella Avery - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Rozliczono - Stanley Borgin - osiągnięcie Badacz tajemnic I
- 3 stycznia 1969 -
Magiczny Londyn
Praca w Ministerstwie bywa czasem jednak przyjemna. Nie jest to może codziennie, a nawet rzadziej niż raz na miesiąc ale jednak są takie momenty, do których człowiek zawsze miło wraca. Do jednych z nich należy coroczne świętowanie urodzin Marka - detektywa z Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów, a prywatnie to dobrego przyjaciela Stanleya. Pewnego rodzaju tradycja miała się ziścić ponownie dzisiaj - 3 stycznia 1969 roku, ponieważ solenizant po raz kolejny zaprosił Stana i Samuela do jednej z elegantszych restauracji w tej części Magicznego Londynu.
Wybór ubioru do tak znakomitego lokalu był bardzo prosty. Koszula z krawatem na to marynarka i czarny, długi płaszcz, a do tego jakieś galowe lakierki. O ile dla niektórych noszenie tego typu stroju mogło być męczące i niewygodne, o tyle dla Andy'ego było chlebem powszednim - tak chodził cały czas jeżeli akurat nie nosił munduru. Posiadając wiedzę z poprzednich lat, zakupił dla jubilata jego ulubioną flaszkę, która następnie spakował do eleganckiej torebki - lokal jednak zobowiązywał.
Nie chcąc się spóźnić na tak zacną uroczystość, przybył na miejsce około dziesięć minut przed planowanym rozpoczęciem. Poprawił jeszcze krawat, aby ten za mocno nie ściskał mu gardła i wszedł pewnym krokiem do środka. Pierwsze co rzuciło mu się w oczy był przepych i luksus, który był tutaj po prostu wszędzie. Nie tylko jego narząd wzroku zdążył coś zauważyć. Do jego nozdrzy dotarły najznakomitsze zapachy świadczące o klasie serwowanych tu dań oraz trunków. To nie było wszystko, ponieważ jego uszy też zarejestrowały ciekawe zjawisko. Sztuka, która nigdy nie stanowiła dla niego czegoś zaskakującego lub czegoś co stanowiło dla niego obiekt większego zainteresowania, sprawiła tym razem na nim niemałe wrażenie. Dźwięk nadciągający ze środka sali mógł świadczyć jedynie o występie wysokiej klasie specjalisty - wirtuozie w swej dziedzinie albo greckiej muzy. Gdyby potrafił dostrzec rozchodzący się dźwięk, mógłby przysiąść, że kolejne brzmienia otulają go całego, a następnie wprowadzają w błogi stan euforii.
Stanley miał wrażenie jakby ktoś rzucił na niego jakiś urok, a przecież ten potrafił się bronić przed takimi rzeczami. A może to nie była magia? W takim razie co to takiego mogło być? Stał tak wryty w ziemię przez kilkanaście lub kilkadziesiąt dobrych sekund, nie mogąc zrobić ani kroku w przód ani wydać z siebie żadnego dźwięku, aż usłyszał za sobą krótką i zwięzła wiadomość.
-Przepraszam - powiedziała kobieta stojąca za nim - Czy mogłabym przejść?
-Em... Tak.. Jasne - zrobił krok do przodu, aby zrobić miejsce dla znajdującej się za nim osoby, a następnie przytrzymał drzwi - To ja przepraszam, zamyśliłem się.
Kiedy tylko przepuścił damę, zamknął od razu drzwi i skierował swój wzrok po sali, chcąc odnaleźć któregoś ze swoich kompanów. Jednak ku jego pechowi nie był w stanie nikogo wypatrzeć. Po Marku nie było ani śladu. O Samuelu nie chciał nawet wspominać bo ten akurat miał dar do spóźniania się czy nawet nie przychodzenia na umówione spotkania. Nie chcąc w dalszym stopniu blokować przejścia skierował się do kierownika sali aby jego zapytać w kwestii jubilata, uprzednio jednak zostawiając swój płaszcz na jednym z wieszaków.
- Dzień dobry. Przepraszam, że przeszkadzam. Czy Mark, solenizant, jest już na miejscu? - zagaił rozmowę pytaniem.
- Dobry wieczór. Niech spojrzę - koordynator sali spojrzał na swoją listę i odpowiedział po krótkiej chwili na zadane mu pytanie - Niestety nie. Co gorsza, obawiam się, że w ogóle go nie będzie. Z przekazanej mi informacji wynika, że coś mu wypadło i nie zaszczyci nas swoją obecnością w dniu dzisiejszym. Mark, nie chcąc zostawiać panów na tak zwanym lodzie, opłacił dla państwa kolację i prosił aby przeprosić w jego imieniu. Stolik, który został zarezerwowany to numer 54. Ten przy oknie z dobrym widokiem na scenę, najlepsze miejsce jakie można znaleźć w tym przybytku. Zapewniam pana - mężczyzna kiwnął lekko głową i uśmiechnął się kiedy skończył tłumaczyć.
- Dziękuje bardzo. Miłego wieczoru - Stan odwdzięczył się tym samym i ruszył do swojego stolika.
Każdy krok, który przybliżał go do stolika numer 54, upewniał go o poziomie, który panował w tym lokalu oraz o tym, że jubilat zapłacił cały majątek za tak dobre miejsce. Jednak czy można mu się dziwić, że zarezerwował takie lokum? Trochę tak ale w zasadzie to urodziny ma się raz w roku i to tłumaczyło jego zachowanie w pewnym stopniu. Z innej strony Stanowi było szkoda, że nie będzie go dzisiaj z nimi w dniu jego święta... Ale przecież taka okazja nie może się zmarnować. Wszystko zostało już opłacone i czekało tylko na przybycie.
Po kilkuminutowym spacerze po sali zaobserwował dwie rzeczy. Pierwszą był fakt, że cała sala była wypełniona po brzegi, a drugą prawdopodobnie obiekt, który spowodował zaistniałą sytuację. Chociaż czy obiektem można nazwać kobietę? Mistrzynię, która właśnie z pasją i oddaniem zapierała dech w piersiach zebranych tutaj dostojników i dam. Pełen podziwu dla tak wybitnych umiejętności, zasiadł na wolnym miejscu przy swoim stoliku. Kierownik sali miał rację - było to najlepsze miejsce w całym budynku, jeżeli nie całej najbliższej okolicy. Dziesiątki czy nawet setki oczu wpatrzone w jedną osobę, która grała główne skrzypce dzisiejszego wieczoru. Wszyscy wyglądali jakby właśnie zamarli. Nikt nic nie jadł, nie pił i się nie odzywał. Z czystym sumieniem można by zaryzykować stwierdzenie, że nawet momentami zapomnieli oddychać. Stanley wziął od jednego z kelnerów lampkę wina i dołączył do tego fanatycznego zjawiska. Skupił swój wzrok jak i uwagę na tej artystce.
Nie wiedział nawet kiedy minęła dobra godzina, a on nadal miał przed sobą ten sam, nietknięty trunek. Ocknąwszy się z tego uroku, spojrzał na zegarek i zdał sobie sprawę, że Samuel jest grubo spóźniony, a co gorsza wszystko wskazuje, że on dzisiejszego wieczora również nie przybędzie na to spotkanie.
- Świetnie... - rzucił z irytacją pod nosem i wypuścił powietrze nosem - Więcej dla mnie - próbował dodać sobie trochę otuchy w tej sytuacji. W myślach już widział jak w poniedziałek beszta swoich przyjaciół na przerwie. Kto to widział w tak dostojne święto nie przychodzić, a tym bardziej nie informować, że się nie przybędzie. Normalnie rozbój w biały dzień!
Nie chcąc dalej psuć sobie humoru, Stanley postanowił rozkoszować się chwilą, dlatego wziął w końcu swoją lampkę wina i zaczął ją powoli sączyć. No to mi się trafiło... Samotny wieczór, a mogłem przecież siedzieć teraz w domu... pomyślał, a następnie poprosił kelnera o podanie przystawek.
RE: [3 stycznia 1969] Nobby Leach powinien gryźć piach || Stanley & Stella - Stella Avery - 27.02.2023
Życie Stelli było dosyć monotonne od kiedy zakończyła swoją edukację w Hogwarcie. Pojawiała się w miejscach, w których wypadało się pokazać młodej damie. Większość dni mijała jej na malowaniu w pracowni, uczestniczeniu w spotkaniach towarzyskich oraz uświetnianiu ich swoimi zdolnościami muzycznymi. Nie narzekała na swoje życie, uważała je za całkiem ciekawe. Rodzice nigdy nie mieli w stosunku do niej szczególnie wysokich oczekiwań - odpowiadało jej to. Zresztą mało kto by narzekał, tak naprawdę większość czasu spędzała na przyjemnościach, nie musiała pracować, jak zwyczajni ludzie. Miała dostęp do rodzinnej fortuny, niczego jej nie brakowało. Wystarczyło, aby była odpowiednią ozdobą swojego ojca - jedyne czego od niej oczekiwał. Brylowała więc całkiem zwinnie po kuluarach, nie było dla niej w tym nic trudnego, wszak doświadczenie w tym miała od najmłodszych lat.
Zaczął się nowy rok. Panna Avery jednak nie miała żadnych postanowień. Właściwie to nie chciała nic zmieniać w swoim idealnym życiu. Czego bowiem mogła chcieć więcej? Kiedy miała tak naprawdę wszystko. Uwiwlbiały ją tłumy, co wcale nie było niczym specjalnym. Posiadała dar, z którego nie bała się korzystać podczas swoich występów. Wychodziło jej to bardzo umiejętnie, mało kto bowiem wiedział o tym, że w jej genach płynie wila krew. Wolałaby, żeby tak pozostało, ktoś bowiem mógłby zacząć kwestionować jej zdolności muzyczne, a tego zdecydownie by nie chciała. Zależało jej na tym, aby doceniono jej prawdziwy talent, czasami sobie trochę ułatwiała te występy, zresztą, czy ktoś, kto by był na jej miejscu by tego nie robił? Wydawało jej się, że odpowiedź na to pytanie mogła być tylko jedna. Oczywista.
Ten zimowy dzień miała spędzić grając podczas urodzin jakiejś szychy z Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów. Nie wydawało się to być specjalnie wymagającym zadaniem. Znała wielu takich, tak naprawdę mało który z nich znał się na muzyce, ważne żeby w tle coś brzdąkało. Nie do końca lubiła takie granie do kotleta, zdecydowanie większą przyjemność sprawiały jej koncerty dla nieco bardziej wymagającej publiki, ale wiadomo - nie zawsze robi się to, na co ma się ochotę. Czasem po prostu wykonywała polecenia ojca, aby zrobić mu przyjemność. Wiedziała, że Mark, bo chyba tak miał na imię czarodziej, którego były to urodziny jej znajomym jej taty. Poprosił ją o to, aby pojawiła się na przyjęciu urodzinowym i zagrała kilka kawałków. Nie towarzyszył jej zespół. Dzisiaj była tu tylko ona i wiolonczela, tak właściwie to było połączenie za którym najbardziej przepadała. Wzrok wszystkich obecnych skupiał się wtedy tylko i wyłącznie na niej, a za tym przepadała najbardziej. Restauracja w której się pojawiła była jedną z najlepszych w okolicy, o ile nie najlepszą. Spotykali się tu sami najbardziej znaczący czarodzieje. Mało kogo było stać na posiłek w tym miejscu.
Panna Avery pojawiła się w środku kilka minut przed występem. Z samego rana podesłała tutaj instrument - w końcu sama nie byłaby w stanie go ze sobą zabrać. - Zapraszam tędy, tutaj może Pani zostawić swój płaszcz i resztę rzeczy. - Odparł do niej menadżer restauracji. Podążała za nim w milczeniu. Wiedziała, jak to wygląda, wszystkie miejsca w których grywała były do siebie podobne. Została zaprpwadzona do małego pokoiku na zapleczu, spodziewała się jednak czegoś więcej, nie skomentowała tego głośno. Miała w sobie jeszcze odrobinę pokory. Zostawił ją samą. Stella zdjęła swój gruby, wełniany płaszcz, wreszcie mogła się pozbyć tego ciężaru. Nie znosiła zimy przez to, że musiała nosić takie ciężkie ubrania, do tego szalik i czapka, które nie dodawały uroku. Wygląd był dla niej bardzo istotny. Kiedy więc rozebrała się z tych wierzchnich elementów garderoby stanęła przed lustrem. Poprawiła bordową sukienkę, lubiła zwracać na siebie uwagę, a ten kolor zdecydowanie przyciągał wzrok, to było bardzo istotne gdy pojawiła się na scenie. Ułożyła włosy, które wyglądały niezbyt idealnie przez czapkę, której się przed chwilą pozbyła. Spojrzała jeszcze raz w lustro, by upewnić się, że wygląda odpowiednio. Nie miała już sobie nic do zarzucenia, lepiej nie będzie.
Zbliżała się godzina występu. Czas najwyższy, aby pojawić się na scenie. Lubiła adrenalinę, która towarzyszyła jej przed występami publicznymi, nie stresowała się jakoś specjalnie, w końcu jakby co mogła się ratować swoimi wyjątkowymi umiejętnościami, także miała spore ułatwienie. Wyszła więc z pokoiki na zapleczu i udała się do sali, w której znajdowała się scena. Nie było to miejsce jakoś szczególnie przystosowane do takich koncertów, ale grywała już w gorszych. Wiolonczela czekała na nią na podwyższeniu, które miało być sceną. Podeszła tam gotowa zacząć koncert. Usiadła do instrumentu i zaczęła grać. Smyczek poruszał się zwinnie po strunach, głosy jednak nie ucichły, trudno jej się było przebić przez ten zgiełk. Musiała działać inaczej, dołączyła do swoich umiejętności muzycznych urok wili, nie zamierzała dać się zignorować. Wtedy wreszcie wszystkie spojrzenia skierowały się w jej kierunku. Mogła skupić się na grze. Koncert trwał prawie godzinę, do jego końca nor zakłócały go już żadne szepty, wszyscy byli jak zaczarowani, tak wlasciwie to nawet nie jak, tylko po prostu pod wpływem jej uroku.
Panna Avery skończyła grać. Nastała cisza, podniosła się więc i skłoniła, wtedy zaczęły się oklaski. Na jej twarzy pojawił się promienny uśmiech, była zadowolona z występu, zupełnie zapomniała o tym, że był to koncert do kotleta. Nie to było teraz najistotniejsze, a to że wszystko poszło po jej myśli. Pojawił się nawet jakiś fotoreporter, który zaczął robić jej zdjęcia, nie mogło się więc obejść bez pozowania. Widać było, że ma w tym doświadczenie. Często zostawała po występach w miejscach, w których się one odbywały, tym razem zamierzała postąpić tak samo. Miała ochotę wypić trochę alkoholu, wdać się w kilka rozmów, spędzić ten wieczór przyjemnie. Nie chciała jeszcze wracać do mieszkania - w końcu i tak nikt tam na nią nie czekał.
Zeszła więc ze sceny, wiele oczu nadal obserwowało każdy jej ruch, w końcu urok wiły potrafił zrobić silne wrażenie. Nie przeszkadzało jej to zupełnie, wręcz przeciwnie dodawało pewności siebie. Wiedziała, że większość z osób tutaj obecnych chciałaby, aby z nimi porozmawiała. Poczęstowała się kieliszkiem białego wina, miała szczęście, bo kelner właśnie mijał ją z wielką tacą, po czym ruszyła w stronę stolików. Dobrze by było usiąść gdzieś, choć na chwilę. Rozejrzała się uważnie w poszukiwaniu miejsca, dostrzegła wtedy mężczyznę, który chyba jako jedyny siedział sam. Skłoniło ją to do tego, aby podążyć w jego kierunku. Zajęło jej to krótką chwilę, znalazła się tuż przed nim. - Czeka Pan na kogoś? - Zapytała z grzeczności, wydawało jej się, że ktoś musiał go dzisiaj wystawić, może jakaś kobieta? Raczej mało kto bywał w miejscach jak to sam. - Czy mogę się dołączyć? - Uniosła w górę kieliszek z winem. - Wolałbym nie spożywać tego w samotności, ponoć nie wypada i nie świadczy to najlepiej o człowieku. - Wpatrywała się w niego swoimi brązowymi oczami. Nie usiadła jednak jeszcze, czekała na przyzwolenie. Zmierzyła go wzrokiem, nie dało się nie zauważyć, że bardzo dokładnie mu się przygląda. Sprawiał wrażenie schludnego, nie wyglądał na kogoś, kto mógł jej zrobić krzywdę, wolała unikać wątpliwego towarzystwa, w końcu nigdy nie wiadomo, na kogo można trafić nawet w miejscu jak to.
RE: [3 stycznia 1969] Nobby Leach powinien gryźć piach || Stanley & Stella - Stanley Andrew Borgin - 27.02.2023
Przyglądał się przez chwilę ludziom nieopodal niego. Każdy z kimś siedział przy swoim stoliku. Niektórzy pewnie z partnerami inni z przyjaciółmi, a Stanley siedział sam jak ten palec. Nie wiedział jednak, że jego osoba została wylosowania w dzisiejszej loterii dusz. Za pewne gdyby wierzył we wróżbiarstwo i tego typu błazenady mógłby powiedzieć, że koniunkcja planet czy jakieś połączenia gwiazd dały o sobie znać. Na całe szczęście nie obchodziło go to całkowicie, więc to co się miało za chwilę wydarzyć było tylko nieoczekiwanym zbiegiem okoliczności, ponieważ do jego stolika właśnie podeszła gwiazda wieczoru. Zaskoczony takim przebiegiem wydarzeń nie wiedział co przez chwilę odpowiedzieć. Powiedzieć, że obleciał go stres to jak nie powiedzieć nic, albowiem teraz przed nim stała ona - cała w swojej krasie i wpatrywała się w niego
- Jasne. Proszę - odpowiedział mechanicznie jakby przyjmował kolejnego petenta w ministerstwie. Po krótkiej chwili, która trwała może niecały ułamek sekundy, zreflektował się i przetarł powoli twarz dłonią.
- Stan, weź się w garść - powiedział do siebie pod nosem, jednak nie było to na tyle ciche na ile powinno, więc wszyscy w najbliższej okolicy na pewno to usłyszeli. Tym bardziej, że stał się właśnie obiektem gapiów. Mówiąc to starał sobie dodać odrobinę otuchy zanim zepsuje pierwsze wrażenie. Szybko jednak się postanowił poprawić swoje faux pas.
- Przepraszam bardzo. Gdzie moje maniery - wstał ze swojego miejsca i ręką szybko poprawił koszulę na klatce piersiowej, a następnie podszedł szybkim krokiem do niej - Pani pozwoli - odsunął jej krzesło, a następnie wskazał miejsce do siedzenia. Przysunął za nią krzesło jak tylko usiadła, by po chwili wrócić na swoje miejsce.
- Nie. Na nikogo nie czekam. Będę zaszczycony jeśli zechce pani spędzić ze mną trochę czasu. Oferuję pogawędkę i całą kuchnię. Czym chata bogata! - zaproponował swojej rozmówczyni. Z każdym momentem, Stanley coraz mniej żałował, że Mark postanowił się nie pojawić, tak samo zresztą jak Samuel.
- Stanley Andrew Borgin. Brygadzista w Grupie Uderzeniowej Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów - przedstawił się bo jeszcze tego nie zrobił do tej pory - A pani to? Po za tym, że na pewno kimś bardzo sławnym patrząc na wzrok innych osób - kontynuował.
Wziął łyk wina i po chwili przywołał kelnera, aby i ona miała możliwość coś dla siebie zamówić. Po chwili kontynuował swoją wypowiedź.
- Już wiemy, że pani o muzyce musi wiedzieć bardzo dużo. Obawiam się, że moja wiedza nie jest na tyle znakomita, więc i rozmowa o tym nie ma większego sensu. Dlatego proponuję porozmawiać o bardziej przyziemnym temacie skoro większość osób w tym pomieszczeniu wywodzi się z tej instytucji - zaproponował temat, na który mógł rozmawiać godzinami - Mówię oczywiście o Ministerstwie Magii. Każdy czarodziej czystej krwi nawet w najmniejszym stopniu interesuje się poczynaniami naszego ministra. Chociaż żeby być bardziej precyzyjnym należy by powiedzieć, o jakiego ministra chodzi - nachylił się lekko w kierunku stolika - N-O-B-B-Y L-E-A-C-H - przeliterował powoli, lekko podnosząc głos, a następnie ponownie się wyprostował - Pierwszego mugolskiego ministra magii w całej historii. Na całe szczęście już byłego ministra - dodał i podniósł lampkę - Jednak zanim zaczniemy dyskusję. Proponuję wznieść toast - spojrzał na nią wymownie, uspokoił się lekko i spokojnym głosem powiedział - Za piękną panią!
RE: [3 stycznia 1969] Nobby Leach powinien gryźć piach || Stanley & Stella - Stella Avery - 28.02.2023
Stella nadal czuła wzrok skierowany w jej stronę. Zdawała sobie sprawę, że większość osób ciągle bserwowała każdy jej ruch. Nie peszyło jej to w żaden sposób, była do tego przyzwyczajona. Potrafiła odnaleźć się w takiej sytuacji, wiedziała w jaki sposób się poruszać, jak zachować, aby wzbudzać zainteresowanie po zakończonym koncercie. Istotne dla niej było to, że ją zapamiętywanie, zależało jej na tym, aby być rozpoznawalną. W końcu dzięki temu coraz więcej osób chciało zobaczyć ją jak gra na żywo, sława była czymś, czego pragnęła, musiała utrzymywać zaineteresowanie swoją osobą, musieli o niej rozmawiać. Między innymi dlatego też nie skierowała się w stronę wyjścia, tylko została w restauracji. W końcu będzie to powód do plotkowania na temat tego, gdzie usiadła, co zrobiła i z kim rozmawiała.
Panna Avery stała przed stolikiem zupełnie obcego mężczyzny. To jego wybrała sobie dzisiejszego wieczora na towarzysza, gdyż jej zdaniem prosił się o to. W końcu siedział tu zupełnie sam, kto pojawia się sam w miejscu takim jak to? Chciała poznać odpowiedź na to pytanie. Nie spodziewała się, że ją spławi, wiedziała, że mało kto byłby w stanie jej odmówić. Często to wykorzystała, aby dostać to, czego pragnęła. Życie nauczyło ją korzystać ze swoich atutów. Przyglądała mu się uważnie i czekała na przyzwolenie. Nie trwało to specjalnie długo, bo ledwie chwilę później otrzymała zgodę. Tak jak się spodziewała. Avery uśmiechnęła się do niego przyjaźnie, jakby chciała mu dodać nieco odwagi. Usłyszała słowa, które mruknął do siebie. Nie skomentowała tego jednak, nie chciała, aby poczuł się jeszcze bardziej niezręcznie, nie o to jej w tym wszystkim chodziło. Nie miała wcale złych zamiarów, chciała tylko spędzić wieczór w przyjemnym towarzystwie, wiedziała, że jej obecność może być onieśmielająca, dlatego też starała się robić wszystko, żeby Stanley poczuł się swobodnie. Nie do końca podobało jej się, kiedy wszyscy wokół niej mieli kij w tyłku i starali się udawać kogoś kim nie byli. Zależało jej na tym, żeby poznać prawdziwe oblicze spotykanych przez siebie ludzi.
Każda minuta upewniała ją w tym, że podjęła dobra decyzję. Okazało się bowiem, że mężczyzna był prawdziwym dżentelmenem. Wstał od stołu, wtedy dopiero dostrzegła jaki jest wysoki, kiedy odsunął krzesło usiadła na nim całkiem zgrabnie, pozwoliła sobie poprawić sukienkę, aby przypadkiem nie podsunęła jej się zbytnio do góry. Widać było, że Stanley potrafi zadbać o kobietę. Nie mogła lepiej trafić, prawda? Upiła łyk wina ze swojego kieliszka, kiedy ten wracał na swoje miejsce. Można było dostrzec, że czuje się pewnie, nie miała problemu z prowadzeniem rozmów z nieznajomymi, zbyt często jej się to zdarzało, by mógł się pojawić stres. Była do tego stworzona i dostrzegłby to każdy.
- Pańskie maniery są jak najbardziej w porządku. - Teraz dopiero pozwoliła sobie skomentować sytuację, chciała też, aby mężczyzna poczuł się pewniej w jej towarzystwie, wiedziała, że małe komplementy mogą pomóc w rozluźnieniu. Posłała mu kolejny uśmiech, kiedy wyraził chęć spędzenia wspólnie czasu. - Czyli dobrze trafiłam, wyglądał mi Pan na takiego, któremu przydałoby się towarzystwo, przepraszam za szczerość, jednak z tego, co widziałam nikt więcej nie siedzi tutaj sam. - Nie zamierzała udawać, że tego nie zauważyła. - Zaintrygowało mnie to nieco, postanowiłam więc się dosiąść, aby dowiedzieć się, jak do tego doszło. - Na pierwszy rzut oka nie wyglądał jej na samotnika, czuła, że jest w tym coś głębszego. Chętnie wysłuchałaby historii, ciekawiło ją, kto się tutaj nie pojawił, i dlaczego został pozostawiony sam sobie.
- Pogawędka jest jedną z rzeczy, którymi uwielbiam się zajmować po koncertach. Za jedzenie podziekuję, póki co. - Wystarczał jej alkohol, miała ściśnięty żołądek po występie i pewnie jeszcze dłuższą chwilę to potrwa. Jakoś nigdy nie chciało jej się jeść, kiedy prezentowała swoje umiejętności.
- Miło mi Pana poznać, Stella Avery, tak właściwie to nikt ważny. - Odpowiedziała, kiedy mężczyzna się jej przedstawił. Miała wrażenie, że przy tych jego informacjach brzmi to nieco goło, może powinna coś dodać? - Malarka i wiolonczelistka, ale to zdążył pan już pewnie zauważyć. - Najważniejsze, jeszcze córka, ale o tym zawodzie wolała nie mówić na głos. Avery połączyła fakty, musiał być jedną z osób, które zaprosił tutaj Mark, o którym wspominał jej ojciec, nie mogło być to przypadkowe, że pracował w Brygadzie Uderzeniowej.
Gdy pojawił się przed nią kelner poprosiła o dolewkę wina, to tego potrzebowała dzisiaj najbardziej. Podobała jej się bezpośredniość Borgina, nie chciał poruszać tematów w których mógłby za nią nie nadążyć i wolał wybrać coś innego. Spoglądała uważnie na mężczyznę, ciekawa, w którą stronę to się rozwinie. - Przyziemne tematy często też okazują się być bardzo fascynujące. - Niejako zachęcała go do tego, żeby zaczął mówić.
Polityka nie była jej ulubionym tematem, jednak posiadała jakąś tam wiedzę związaną z tą dziedziną. Obracała się w towarzystwie bogatych czarodziejów, często się przysłuchiwała im rozmowom. Wiedziała więc co nieco. Gdy dostrzegła, że nachyla się w jej kierunku zrobiła to samo, jakby nikt nie miał usłyszeć tego o kim wspomniał. - Nobby Leach- Powtórzyła. Bardzo dobrze wiedziała o kogo chodzi, był dość kontrowersyjną postacią. - Na całe szczęście mamy go za sobą. - Zapowiadało się na to, że mieli podobne zdanie na ten temat, choć miało się to dopiero okazać. Słyszała bowiem wiele nieprzyjemnych słów na temat jego rządów.
Delikatne, różane rumieńce pojawiły się na jej policzkach, gdy usłyszała, że wznosi toast, nie wypadało odmówić, uniosła więc kieliszek do góry, aby się dołączyć. Czasem zastanawiało ją, czy gdyby nie była wiłą to ludzie patrzyliby na nią w ten sam sposób, wolałaby tego nie sprawdzać, bała się, że byłoby zupełnie przeciwnie. - Wracając do tematu ministra, czy słyszał Pan o tym, że ponoć brał udział w jakichś mugolskich mistrzostwach piłki kopanej, gdzie używał magii, aby pomóc swojej ulubionej drużynie. Niewiele brakowało, żeby wszyscy się dowiedzieli, że magia istnieje, bezmyślny facet. - Zaczęła rozmowę od plotki, którą usłyszała na pewnym przyjęciu, a wiadomo, że w każdej plotce jest trochę prawdy.
RE: [3 stycznia 1969] Nobby Leach powinien gryźć piach || Stanley & Stella - Stanley Andrew Borgin - 28.02.2023
Ucieszył się niezmiernie kiedy jego rozmówczyni zgodziła się porozmawiać na zaproponowany temat. Był bardzo ciekaw co o byłym ministrze sądzono w wyższych klasach. I teraz miał właśnie okazję się o tym przekonać.
- Tak. Oczywiście, słyszałem. Każdy szanujący się czarodziej chyba słyszał o tej aferze - zgodził się ze Stellą - To co wtedy zrobił aż prosi się o pomstę. No bo kto to widział takie rzeczy robić? Zresztą czy można się dziwić? Nie sądzę. W końcu to pierwszy "inny" minister - kontynuował dodając akcent kiedy podkreślał pochodzenie Nobby'ego.
Pociągnął większy łyk wina jakby miał się właśnie zbierać do jakiejś większej tyrady czy opowiadania. Stanley chciał mieć po prostu pewność, że teraz kiedy chciał rozpocząć w końcu legalne i dozwolone kazanie na temat Leach'a, nie zaschnie mu w gardle. Do powiedzenia miał dużo, o czym zresztą za chwilę miała się przekonać wiolonczelistka.
- Proponuję jednak abyśmy cofnęli się do samego początku jego rządów w ministerstwie - rzucił wolną myśl. W ten sposób najłatwiej będziemy im prześledzić całość dokonań tego jegomościa na przestrzeni 6 długich lat - Dzięki takiemu podejściu, nic nie umknie naszej uwadze. A na pewnie nie jego najważniejsze akty, których dokonał - powiedział w prześmiewczy sposób okazując brak szacunku do całościowego panowania mugola.
Nie czekał długo na odpowiedź od niej. Teraz było jego pięć minut aby błyszczeć i zamierzał to skrzętnie wykorzystać. Rozsiadł się wygodnie w fotelu, przeciągnął ręce i kontynuował swoją wypowiedź.
- Nobby do ministerstwa przyszedł jakoś w roku 1962. Zastąpił Ignatiusa Tufta, który też miał trochę za uszami ale o nim nie dzisiaj - zaczął powoli tłumaczyć wszystko od jego inauguracji - Pierwszy mugolski minister po ponad 250 latach działania tej instytucji? Nie do pomyślenia, a jednak! Przełom 62 i 63 roku to też początek podziału wśród departamentów. Można powiedzieć, że wyłoniły się wtedy dwie najliczniejsze grupy - rozłożył ręce i uniósł lewą lekko do góry - Zwolenników - następnie uniósł prawą - Oraz przeciwników, zwanych również tradycjonalistami, którzy sprzeciwiali się takiemu obrotowi spraw
- Współpracownicy ministra, właśnie z tej drugiej grupy w ramach protestu zaczęli odchodzić ze swoich stanowisk. Jak mnie pamięć nie myli to odeszło ich wtedy kilkunastu albo kilkudziesięciu. I nie mówię tutaj tylko o najbliższych podwładnych z którymi pracował codziennie. To dotknęło wszystkie działy i departamenty - wyjaśniał dalej - Ja sam kiedy dołączyłem do Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów to nadal widziałem jeszcze lekkie braki kadrowe, a było to jakoś w roku 1964. Jednak te zostały szybko uzupełnione. Praca w ministerstwie to jednak trochę prestiż jest jakby nie mówić i szansa na rozwój - opuścił dłonie na stół i przejechał po obrusie - Dlatego znalazło się trochę chętnych. Pierwszy kryzys można jednak w całkowitym rozliczeniu uznać za całkiem ogarnięty, przeżyty bez większych problemów. Miał jednak trochę szczęścia i uniknął nadstawiania karku za to wszystko. Co by nie mówić, grupa jego zwolenników wtedy działała jeszcze bardzo sprytnie i dobrze.
- Kolejnym problemem, o którym warto napomknąć dotyczy decyzji, które podejmował. I to jest właśnie najgorsze. Jako, że sprawował urząd najważniejszego urzędnika to nie o wszystkim nam wiadomo. Kto wie co on tam naobiecywał wszystkim wokół? Znając życie najwięcej zaoferował swoim poplecznikom, którzy biegali przy jego nodze i byli na każde jego zawołanie. Kiedy mieli leżeć, leżeli. Kiedy mieli warczeć to warczeli. No i jeszcze oczywiście mugole. To jest dopiero ciekawa sprawa. Jeżeli miałbym oceniać to przez 6 lat na pewno przysiągł im kilka gruszek na wierzbie. I to na własność! Przecież musiał im wszystkim się odwdzięczyć za takie poparcie - Stanley zaczął bawić się serwetką, która leżała obok niego. Nie miał zamiaru tak szybko kończyć tego tematu - dopiero się rozkręcał.
-Co tam dalej było? - podrapał się po głowie - A no tak. Te nieszczęsne mugolskie mistrzostwa w piłkę nożną - pokiwał głową - Anglia. 1966 rok. Nasz kraj był gospodarzem tych rozgrywek - przedstawił trzy szybkie fakty o tym wydarzeniu, a następnie zaczął kręcić przecząco głową - Nie wiem co mu do głowy strzeliło. Przecież to było niemożliwe abyśmy wygrali te mistrzostwa bez żadnej pomocy. Nasza reprezentacja nigdy wcześniej nie stanęła na podium takich rozgrywek. Co więcej. Ona nie zdobyła nawet II czy III miejsca. A tu proszę. Pojawia się wszechmogący Nobby i dzieją się cuda - założył ręce na klatce piersiowej - ZŁOTO! Tryumf. Jeden prosty trik abyśmy zaczęli wygrywać. Wystarczyło mianować Leacha ministrem magii. Może skoro tak dobrze mu wychodzą sporty drużynowe, powinien zostać ministrem sportu. W tym by się pewnie lepiej odnalazł i mógłby zdobyć kolejne podium za rok.
Stanley czekał 5 lat aby móc swobodnie mówić o tym mugolaku. Wcześniej, kiedy piastował jeszcze to stanowisko to po prostu oficjalnie nie wypadało o tym mówić. Wiadomo jednak, że w kuluarach krytycznie oceniano jego rządy już od momentu kiedy został ministrem.
- Z roku na rok jednak tracił on stopniowo poparcie. Grupa tradycjonalistów mimo, że z początku słabsza, zyskiwała tylko na sile. A z każdym jego potknięciem, dawał tylko swoim wrogom kolejne dowody na to, że powinien odejść - odłożył serwetkę na bok - Według mnie szalę goryczy przelał fakt, że zdradził swoją żonę. Kto jak kto ale minister magii? Osoba na samym szczycie, która miała dawać dobry przykład? - nawilżył usta końcówką wina ze swojej lampki - Niektórzy twierdzą, że to nieprawda i to tylko pomówienia. Ja uważam inaczej. Jeżeli to by się nie stało to nikt by przecież w ten sposób nie mówił. Dlatego to się stało na sto procent. Poczuł swoją władzę i ją wykorzystał. W haniebny sposób w dodatku - pokiwał głową z dezaprobatą - Nie chciałbym być na miejscu jego żony. Wyobraź to sobie - przejechał ręką z lewej do prawej - Twój mąż, najważniejszy dostojnik w naszym kraju. Pomijamy fakt, że mugol. Załóżmy, że jest czystej krwi - kontynuował - Wszyscy liczą się z jego zdaniem. Każdy chce go znać. Wydaje najważniejsze dyrektywy o tym co można, a czego nie. Na wszelkie bankiety czy spotkania pojawiasz się z nim. Kto żyw ten wie, że stanowicie jedność w małżeństwie, aż pewnego dnia dowiadujesz się, że ten drań to zrobił. Dokonał zdrady. I to w tym wypadku nie tylko na tobie ale na całej kaście czarodziejów mimo, że to ty jesteś najbardziej poszkodowaną. Zaufanie? Nie istnieje. Opinia? Naganna. Taka osoba tylko wtedy może ratować się popełnieniem samobójstwa. Nie widzę innej opcji - pokiwał głową - I to właśnie był jego gwóźdź do trumny. I to co gorsza, on ten gwóźdź sam sobie przyniósł i przybił.
Na twarzy Stanleya pojawił się grymas, swego rodzaju zniesmaczenie kiedy o tym opowiadał. Wcale nie dziwił się, że Nobby - mugol, był skłonny do czegoś takiego. Jednak go to brzydziło, odrzucało. Jak można coś takiego zrobić swojej drugiej połówce? Zniszczyć lata ciężkiej pracy dla krótkiej chwili uniesienia? Dramat i brak słów. Walczył przez dłuższą chwilę ze sobą czy by coś jeszcze powiedzieć na jego temat ale chyba rzekł wszystko co mógł. Im dłużej o nim mówił, tym bardziej czuł, że psuł mu się humor. Starał się jednak nie pokazywać tego po sobie
-Starczy już rozmowy o tym draniu. Dokonał wiele złego w ministerstwie. 6 długich, bezowocnych lat. Jestem ciekaw gdzie byśmy dzisiaj byli gdyby nie on. Ale psiakrew z nim - machnął ręką - Powinniśmy się cieszyć z tego, że już go w nim nie ma - odetchnął z ulgą - Miejmy nadzieję, że Eugenia Jenkins naprawi to wszystko co zepsuł Leach. Trzymam za nią kciuki - dodał i zabrał się za spożywanie posiłku, ponieważ ten został właśnie przyniesiony przez kelnera.
RE: [3 stycznia 1969] Nobby Leach powinien gryźć piach || Stanley & Stella - Stella Avery - 01.03.2023
Stella obracała się głównie wśród czarodziejskiej elity. Jej pochodzenie powodowało, że była zapraszana na najróżniejsze przyjęcia, gdzie poznawała znamienite osobistości. Przysłuchiwała się temu, co mieli do powiedzenia, bo często były to osobę, które uważała za specjalistów w danych dziedzinach. Wiele się mogła od nich nauczyć i korzystała z tego. Skoro kiedyś miała zostać ozdobą jakiegoś mężczyzny, dobrze by było, żeby potrafiła się wypowiedzieć na tematy poruszane wśród elity. Dobrze by było, aby miała jakieś zdanie na każdy temat. Nie, żeby ją to specjalnie interesowało, jednak czasem po prostu wypadało się czymś przejmować.
- Było to dosyć kontrowersyjne, w końcu żaden inny minister w ogóle nie przejmował się tą całą piłką. - Avery nawet nie do końca miała pojęcie na czym polegał ten sport, w końcu było to mugolskie zajęcie, a ona nigdy nie interesowała się specjalnie ich zwyczajami. Uważała, że nie warto. W końcu świat magii był dużo ciekawszy, zresztą nawet sport czarodziejów nie był dla niej szczególnie ciekawy, nie była osobą, która się nim interesowała.
- Nie potrafię sobie wyobrazić, że taka ważna persona zajmowała się takimi nieistotnymi problemami. - Czy minister magii nie miał wystarczająco dużo obowiązków, zamiast zajmować się światem czarodziejów, to manipulował wynikami jakichś mistrzostw u mugoli. Nie świadczyło to o nim najlepiej.
Stella zauważyła, że mężczyzna tylko czekał, kiedy będzie mógł zacząć rozmowę. Obserwowała każdy jego ruch, wystarczyło, że powiedziała o plotce którą usłyszała, aby ten zaczął opowiadać dalej. Dziewczyna wyprostowała się niczym struna, kiedy zaczął mówić. Nie odrywała od niego wzroku nawet na moment. - Tak naprawdę nie do końca pamiętam początki, więc chętnie do nich wrócę. Może mi Pan trochę odświeży pamięć. - Minę teraz miała już poważniejszą, widać było, że starała się skupić, aby nie przeoczyć żadnych informacji, a że Stella nie należała do najmądrzejszych to kosztowało ją to nieco wysiłku.
Sześć lat to dosyć sporo, można przez tyle czasu naprawdę wiele osiągnąć, albo wiele stracić. Wszystko zależy od podejścia, najwyraźniej mugolski minister nie wykorzystał go odpowiednio, skoro już nie był ministrem. Zauważyła uśmieszek na twarzy Stanleya, najwyraźniej nie uważał on, że Leach był dobrym wyborem, zresztą ona sama miała podobne podejście. Była to bardzo kontrowersyjna decyzja i czarodzieje zdecydowanie nie byli na nią gotowi. Zresztą mugolacy jak widać na załączonym obrazku nie podchodzili odpowiednio do powieżonym im obowiązków. Oby to był pierwszy i ostatni minister takiego podchodzenia, bo niedługo ministerstwo zacznie mieć problemy przez takich rządzących.
Borgin kontynuował swoją opowieść. Avery nie zamierzała mu przerywać, chciała mu dać możliwość opowiedzieć wszystko, co uważał za istotne. Szczególnie, że sama nie do końca pamiętała wszystkie te sytuacje. Historia Stanleya ułożyła jej wszystkie informacje chronologicznie w głowie, przydało się jej takie odświeżenie tematu. Szczególnie przy pomocy takiego specjalisty, jakim wydawał jej się być w tym momencie Stanley. Widać było, że interesuje się sprawą i wszystko bardzo dokładnie przeanalizował.
- Nie pamiętałam o tym, że w Ministerstwie przez niego były aż takie roszady, kto wie ilu kompetentnych pracowników przestało sprawować swoje stanowiska. Strasznie szkoda, zapewne zajął stołek i zaczął otaczać się swoimi wyznawcami. Wiadomo, jak to jest, ręka rękę myje. Szkoda tylko, że Ci prawidziwi, ludzie z powołania musieli ustąpić swoje miejsca. Szkoda, że nikt nic z tym od razu nie zrobił. - Może i pojawili się tradycjonaliści, jednak nie było w stanie wcześniej pozbyć się Leacha, może gdyby to zrobili, to świat aktualnie wyglądał by inaczej, mugole by się tak nie panoszyli i nie uważali za równych z tymi, w których czarodziejska krew płynęła od lat.
- Na pewno nie wspierali go za darmo, musiały paść jakieś obietnice, zresztą skąd możemy wiedzieć, że nie zrobili przy tym lewych interesów, skoro jego rządy były takie kontrowersyjne, mogło im się udać przeprowadzić jakieś nielegalne transakcje na którym ucierpiał nasz świat. - Kto właściwie wiedział, jak to wszystko wyglądało od środka? Szczególnie, że Ci pracownicy, którzy byli zaufani zostali odsunięci. Na pewno Leach nie bez powodu utrzymał stanowisko przez tyle lat.
- Nie jestem znawcą sportu, szczególnie mogolskiego, jednak właśnie o tym pamiętałam. Na wielu przyjęciach plotkowano o tym wydarzeniu. Czy wygrana była naprawdę warta zszargania opinii na swój temat? Wydaje mi się, że on wcale nie myślał. Robił to, na co miał ochotę, no bo w jaki sposób można to wyjaśnić? - Nie uważała, żeby wygrana jakiejś drużyny była warta ryzyka, że mugole mogą odkryć ich świat.
Przygryzła dolną wargę, kiedy Stanley przeszedł do momentu, który jego zdaniem przelał czarę goryczy. Cóż, zdaniem Stelli miał całkowitą rację. Zdrada żony była gwoździem do trumny ministra. Kto jak kto, ale on powinien szanować swoją żonę, zdawał sobie sprawę, że wszystkie oczy są na niego skierowane. Był pierwszym, mugolskim ministrem, wszyscy czekali aż popełni błąd. Zdarzyło się ich po drodze kilka, jednak tego nie można było wybaczyć. - Wolę nawet nie myśleć, jakie to musiało być dla tej niewinnej kobiety upokarzające. Stała u jego boku, wspierała go, a on wywinął jej taki numer. Najgorsze, że wszyscy się o tym dowiedzieli, nie mogła udawać, że o niczym nie wie. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak ją to musiało boleć. - Sama Stella nie uważała zdrady za najgorszą w tej sytuacji, dużo bardziej bolesna musiała być konfrontacja z dziennikarzami i innymi osobami, którzy ciągle poruszali ten temat. Biedna żona Leacha nie miała możliwości, aby o tym wszystkim zapomnieć. Po co w ogóle robić coś takiego? Najwyraźniej nie potrafił zapanować nad swoimi rządzami, co świadczyło o tym, jak słabym był człowiekiem. Nie ma w tym nic dziwnego, że nie radził sobie z ministerstwem. Naprawdę dobrze się stało, że spadł ze stołka. Gdyby się utrzymał, to kto wie, ile zajęłoby jego następcy naprawianie wszystkiego, co zrobił nie tak jak powinien.
- Myślę, że dokładnie tak będzie. Musi naprawić wszystko, co zrobił poprzednik, jednak wzbudza dużo większe zaufanie, również jej dobrze życzę. - Wydawało się, że aktualna ministra była osobą, która się nadawała do tego bardziej od poprzednika. Oby szybko sobie poradziła z wyprowadzeniem ministerstwa na prostą. Uniosła kieliszek z winem do góry. - Napijmy się zatem za Eugenię Jenkins, oby jej rządy były dużo bardziej owocne od poprzednika. - Upiła spory łyk wina.
Stella towarzyszyła Borginowi jeszczę dłużą chwilę tego wieczora. Wypiła kilka lampek wina, wyśmienicie się bawiła. Nie poruszali już później jednak takich istotnych tematów, gdy poczuła, że alkohol zaczyna trochę zbyt głośno szumieć jej w głowie, to pożegnała mężczyznę, udała się w stronę zaplecza po resztę swoich rzeczy i wyszła do domu.
Koniec sesji
|