Secrets of London
[1 kwietnia 1972] "Ulewa" | Victoria & Sauriel - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [1 kwietnia 1972] "Ulewa" | Victoria & Sauriel (/showthread.php?tid=1040)

Strony: 1 2


[1 kwietnia 1972] "Ulewa" | Victoria & Sauriel - Victoria Lestrange - 28.02.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange (Pierwsze koty za płoty).

Scenariusz "Ulewa"
1 kwietnia 1972
– Victoria & Sauriel –



Odkryj wiadomość pozafabularną
SCENARIUSZ

Ulewa


Podczas twojej podróży pomiędzy Londynem i jedną z czarodziejskich wiosek, natrafiasz na wielką ulewę. Czymkolwiek się poruszałeś (włączając w to teleportację), przestało działać. Na jedną upiorną noc utknąłeś na z pozoru kompletnym bezludziu, ale wtedy w oddali dostrzegłeś światło. W środku starego dworku ugościł się pan Binns wraz z czterema pięknymi córkami. Spędziliście wieczór pełen żartów wraz z ich magicznym, mówiącym psem. Kiedy się obudziłeś, zauważyłeś, że nad tobą nie ma dachu! Łóżko, w którym tak wygodnie spałeś, było całkowicie mokre. Spałeś w starej, brudnej od ziemi pościeli. Wszystko, co działo się wczoraj, było złudzeniem, lub psotami dziwacznych duchów. Żaden to był dworek - to była rudera! Na szczęście magia znów działała (a jeżeli dotarłeś tu innym środkiem lokomocji niż teleportacja - został on magicznie naprawiony), więc mogłeś wrócić do domu.

To był nieironicznie najgorszy dzień jej życia. Kiedy wczesnym wieczorem wchodziła do powozu przed Saurielem, musiała napiąć wszystkie mięśnie i wręcz zmusić się, żeby z godnością wejść do środka. Do ciasnej kliteczki, która za chwilę miała unieść się w powietrze. Nie pomagało wcale to, że piękny abraxan był wytresowany, że wiedział co do niego należy, ani to, że nie będzie tutaj sama. Może wręcz to przeszkadzało jej jeszcze bardziej. Ale usiadła, wydawałoby się, że spokojnie, do środka powozu. Okienka były zasłonięte, to dobrze. Rozsiadła się, splotła ręce na piersi, Sauriel też się wturlał do środka…

Mieli być tylko we dwójkę, im mniej ludzi tym lepiej. Sprawa z lutego jednak okazała się nie być zakończona, choć wyraźnie posunęła się do przodu. I dlatego też utknęli we dwójkę na małej powierzchni, która za chwilę miała się wzbić w powietrze. Bez woźnicy – stworzenie było wytresowane i podobno znało trasę. Ale wewnętrznie Victoria panikowała już jak diabli.

Powóz wzbił się w powietrze, a kobieta mimowolnie zacisnęła dłonie, które trzymała splecione ze sobą na swoich udach. Mięśnie nóg też napięła, całkowicie tego nieświadoma. I to okropne uczucie ssania i wciągania w żołądku… Ale to wszystko było tylko w jej głowie. Tylko w jej głowie.

Więc jakim cudem znalazła się w tak paskudnym położeniu? Obecnie sama nie była pewna, kiedy myśli całkiem wyfrunęły jej z głowy a jedyne co się tam teraz znajdowało to „proszę-wylądujmy-już-proszę-wylądujmy-proszę-proszę-proszęproszęproszęproszę”.




RE: [1 kwietnia 1972] "Ulewa" | Victoria & Sauriel - Sauriel Rookwood - 04.03.2023

Chciał jej pomóc. I chciał jej pomagać. Chciał zadbać o to, żeby nic się jej nie stało i martwił się, czy się tak nie stanie. Wkradła się do jego serca i myśli. Osoba, o którą zaczął się troszczyć stała się osoba, której nienawidził z całego serca. Nie sądził, że to jest możliwe, kiedy mówiła, że muszą się jakoś dogadać. Widział tylko scenariusz, w którym się tolerowali i po prostu żywili jakiś względny szacunek. A tu? Proszę bardzo. Jasne, że kosztowało to obie strony energię i starania, ale było zdecydowanie warto. Podobało mu się to, że się z nią oswaja. Oczywiście - nie zrozumcie mnie źle z tym skradaniem serca, to nie były żadne amory. Sauriel nawet nie wiedział, czy jest jeszcze do tego uczucia zdolny. Jasne, serce miał, ale ta miłość byłaby czysto-platoniczna. Na pewno dowiedział się już, że jego serce potrafiło wytworzyć zadziwiającą ilość ciepła. Nie tego fizycznego - ale to nie tego fizycznego ciepła potrzebował. Dlatego też się zgodził, kiedy przyszło im rozmawiać o kolejnych wydarzeniach związanych z felernym śledztwem prowadzonym przez Victorię. Chciał pomóc i mógł pomóc. Tym razem dobrowolnie, nie pod patronatem kija własnego ojca.

Nie dało się nie zauważyć, że z Victorią działo się coś złego, kiedy już wyjeżdżali. Wyjazd na jedną noc dla Victorii dla Sauriela był jednak trochę większą sprawą. On nie mógł się teleportować z powrotem do domu. Więc pozostawało albo tłuczenie się po połączonych fiuu, albo tarabanić się z Pokątnej. Generalnie nie wiedzieli, ile czasu im zejdzie, co ich spotka. Czarnowłosy wolał się zabezpieczyć, skoro nie mógł się nawet przemieszczać za dnia bez odpowiedniej pogody, więc wziął ze sobą niewielką torbę, w niej zupełnie podstawowe rzeczy na taką jednonocną przygodę. Na razie nie pytał, co dokładnie dzieje się z towarzyszką. Tylko zerkał na nią trochę ze zdziwieniem, trochę zaciekawieniem, a trochę pytaniem w oczach, czy na pewno wszystko ok. Victoria nie była zresztą zbyt rozmowna - więc i on milczał.

Abraxan gładko wzniósł się w powietrza, a Sauriel odsłonił nieco swoją zasłonkę, żeby za nią wyglądać. Londyn się oddalał. I wyglądał całkowicie bajecznie. Sauriel sam miał wrażenie, że leci na rozwiniętych skrzydłach. A to było absolutnie fantastyczne uczucie. Widoki były piękne, póki nie zostały zasłonięte przez ciemność. Noc zbyt łatwo pochłonęła wszystko. Dlatego firanka opadła, a sam Sauriel oparł głowę o bok karocy i przymknął oczy. Snem nie można było tego nazwać. Chyba bardziej jakimś rodzajem hibernacji. I pewnie by tak "przespał" całą podróż gdyby nie to, że z przodu karocy zaczęły się jakieś westchnięcia, pomruki, jęki.

- Aaaach zmęczony jestem. - Rozległo się marudzenie. - Taki bardzo zmęczony. Napiłbym się whiskey. - Sauriel otworzył jedno oko, miał ręce splecione na klatce piersiowej. Potem drugie. - Mili pasażerowie, czy macie może whiskey? Ale nie taką zwykłą, nie. Najlepszą szkocką.




RE: [1 kwietnia 1972] "Ulewa" | Victoria & Sauriel - Victoria Lestrange - 04.03.2023

To wszystko mogło być możliwe tylko dlatego, że dali sobie szansę. Że oboje bardzo łatwo dostrzegali ten scenariusz, w którym są małżeństwem, ale są też przeciwko sobie. Że się nie znoszą i gdy tylko nie unikną się na korytarzu, to lecą aż iskry. Te negatywne iskry oczywiście. I tak z początku było… tylko, że Victoria była uparta i bardzo tego dla siebie nie chciała. Na całe szczęście Sauriel też to dostrzegł i… jakoś tak to się kręciło. Starali się oboje coś wypracować na tym polu i choć w innych warunkach może by siebie wzajemnie nie wybrali, to byli jasnym przykładem, że pomimo różnic, jeśli są chęci i włoży się w to wszystko pracę, to można spojrzeć na drugiego człowieka inaczej. Choć może powodem było faktycznie to, że oboje tutaj nad tą relacją pracowali. I Tori mogła szczerze powiedzieć, że go polubiła. Nie był nudny, nie gadał tylko o swojej kochanej mamusi aż do porzygu, był pewną zagadką i ćwiczeniem umysłowym. No i był zadziorny. Ach no, dobrze się czuła w jego towarzystwie po prostu. Było też trochę za wcześnie i za mało się znali, by o jakiejkolwiek miłości w ogóle tutaj mówić, ale nawet opcja tej platonicznej nie brzmiała przecież tak źle? Niektórzy wszak tkwili w swoich związkach czy małżeństwach i nie doświadczali nawet tego.

Jak wiele dla niego poświęcała i jak bardzo jej zależało, oraz jak mocno brała pod uwagę wygodę Sauriela było widać dopiero wtedy, gdy się wiedziało o jej strachu. A niewiele osób wiedziało, bo nie było się przecież czym chwalić. Bo tak się śmiesznie składało, że Victoria, wielki auror, perfekcyjna córka Lestrange, ma lęk wysokości. Więc tak – nie była zbyt rozmowna. Bo była całkiem skupiona na tym, żeby nie zwariować ze strachu, kiedy tak siedziała w tym ciasnym powozie, który wzbił się w powietrze. Ten strach niemalże ją paraliżował i można było odnieść wrażenie, że zamieniła się w jakąś rzeźbę, kiedy Sauriel odsunął trochę zasłonkę po swojej stronie, a ona dość mimowolnie spojrzała przez to okienko. I gapiła się i gapiła, i gapiła, gapiła… widząc… ciemność. Światełka. Nie miała odwagi zamknąć oczu. A później po prostu przyglądała się Saurielowi w tej jego „drzemce”. Widziała różnicę, rysy jego twarzy się wygładziły. Ona, nawet gdyby chciała (A NIE CHCIAŁA!), nie mogłaby tutaj zasnąć.

A wtedy zaczęły się te westchnienia, a potem… głos. Który na początku ją wmurował, a później uświadomiła sobie, że to musiał być abraksan z hodowli Prewettów, pewnie właśnie po to, żeby nie potrzeba było targać ze sobą woźnicy.

- N-nie – wydusiła z siebie po chwili. - Ja nie mam… A ty? – widziała, że ciemne oczy Sauriela się otworzyły znaczy… przestał już hibernować. Czy cokolwiek tam robił. - A-ale… może skoro już jesteś zmęczony to wylądujemy? Gdzieś? Daleko jeszcze w ogóle? – jej poczucie upływającego czasu i odległości jakoś kompletnie zwariowało i nie miała zielonego pojęcia gdzie w ogóle są. OPRÓCZ TEGO, ŻE GDZIEŚ WYSOKO W POWIETRZU.




RE: [1 kwietnia 1972] "Ulewa" | Victoria & Sauriel - Sauriel Rookwood - 07.03.2023

Czy byli jacyś "normalni", którzy wszem i wobec chcieli się przyznawać do własnego strachu? Tego panicznego, który nie pozwala ci swobodnie nawet oddychać, a twoje kończyny przeszywa prąd? Paraliżującego strachu. Ludzie czasem o nim krzyczeli, albo gadali trzy po trzy - to był luksus tych, którzy nie sądzili, że mogą kiedykolwiek narobić sobie wrogów na tyle poważnych czy wpływowych, że będzie to miało znaczenie dla ich życia. Victoria takiego luksusu nie miała. Ponadto miała jeszcze ten nie-luksus o nazwie "czysta krew". Błękit to szlachetność, a szlachetne i odważne damy się nie boją. A już na pewno nie boją się wysokości. Ile więc osób miało pojęcie o tym, co mogło się z panienką Lestrange dziać podczas tej podróży? Na pewno nie wiedział o tym Rookwood. Gdyby wiedział, zaproponowałby inne rozwiązanie. Jakiekolwiek inne. Przecież środków komunikacji trochę było, ostatecznie mogli też pojechać, no nie wiem, ROWERAMI KURWA. Był to pomysł tak chujowy, że nie zostałby zrealizowany bo drałowaliby do rana - o ile w ogóle by do rana dodrałowali (chyba dałoby radę, co? na słabych nie trafiło), ale jednocześnie tak absurdalny, że na bank czarnowłosy by na niego wpadł. Oto jednak są - w dorożce. W powietrzu. Noc przed nami, noc pod nami i wszystko to okraszone wspaniałym świstem powietrza i tym dziwnym uczuciem w brzuchu, który mówił ci, że jesteś za wysoko. Tym brzuchu Victorii, rzecz jasna. Bo Sauriel to sobie kimał. I było mu tutaj naprawdę dobrze.

- Jak to kurwa zmęczony? - Przecież... ile lecieli? Sauriel aż wyciągnął zegarek, żeby na niego spojrzeć. Oj tak, miał zegarek. Nie chciał się zagapiać PRZYPADKIEM ze wschodami słońca. Niby jego ciało działało jak zegar na wschód, ale nadal... zegarek. Przydatna rzecz w tym świecie. - Przecież nie lecimy tak długo. Leć, nie pierdol. - Jak się w ogóle rozmawia z Abraxanami? I że co? Whisky? No dobra, może i był to szok - że koń gada - ale słyszał o tym, okej. Ale... że pije whisky? Okej, chyba te od Prewetów, gadające... ale że co? I jeszcze o co chodziło Victorii? Spojrzał na nią i wyglądała jakby ducha zobaczyła. - Spokojnie, to tylko gadający koń... - Pomyślał w pierwszej chwili, że to o to chodzi. Że wzięła bryczkę za jakąś nawiedzoną czy ki chuj.
- Koń. - Zalamentował Abraxan. - Koń! Słodka mateczko, słyszysz? Koniem mnie nazywają..! - Dramatyzm w głosie rumaka sprawił, że nawet Saurielowi zrobiło się nieco głupio. - Tak, tak, lądujemy, lądujemy... serce mnie teraz boli, oooch..! Gdzie moja whisky...
- C...co, nie, ej! Jakie lądujemy! - Sauriel aż machnął ręką, zdenerwowany, że Abraxan chce lądować. Nie, nawet nie, że chce. On JUŻ lądował. Skierował lot w dół, a Sauriel odsłonił zasłonkę, żeby zobaczyć, gdzie oni w ogóle kurwa byli. I jaki wniosek? NIGDZIE. To było jakieś totalne, absolutne zadupie! Niczego nie było widać w tych ciemnościach. - Nie lądujemy! Zapłaciliśmy za lot do celu!
- Ale ja nie mogę. - Zajęczał lecący z bryczką w dół abraxan.


RE: [1 kwietnia 1972] "Ulewa" | Victoria & Sauriel - Victoria Lestrange - 07.03.2023

Szlachetne damy mogą się bać co najwyżej myszy. Tych jednak Victoria się nie bała. Tak jak i pająków nie – bez problemu trzasnęła jednego czy drugiego zwiniętym numerem Proroka, albo jakimś zaklęciem, jeśli trzeba było jakiegoś wrzucić o eliksirów. Ogólnie… Mało czego się bała, bo jej mózg przekładał to na "ciekawe” oraz na „chcę zrozumieć”, i gdy rozumiała, to czego tu się bać? Tak jak nie bała się Sauriela – rozumiała i była ciekawa. Jedynym wyjątkiem był jej irracjonalny lęk wysokości. Nie powiedziała Rookwoodowi z kilku powodów: nie chciała wyjść na słabą, nie wiedziała jak mu to w ogóle przekazać i zakomunikować, no i wiedziała doskonale, że jej strach jest po prostu durny. Mało tego: zdawała sobie sprawę, że ten powóz będzie najlepszą opcją dla Sauriela, który nie mógł się teleportować (bo z kolei tego bał się on…) i jednocześnie jest dla nich najmniej kłopotliwy bo angażuje jak najmniej świadków, i aaach… No nie mówiła o tym prawie nikomu. W pracy też nie było się co chwalić (już zresztą widziała, kurwa, ten pomysł z rowerami: jechaliby wesoło tandemem, tym podwójnym rowerem).

Spojrzała na Sauriela tymi swoimi wielkimi oczami, nie rozumiejąc co on tam do niej gada. W sensie dlaczego ją uspokaja z powodu gadającego konia. Jakoś nie przyszło jej do głowy, że pomyślał, że wystraszyła się głosu abraksana. Znaczy no tak – zdziwił ją. Ale to nie to sprawiało, że całą podróż siedziała napięta jak struna.

A chwilę później było jeszcze gorzej. O ile wzbicie się w powietrze i ten lot jakoś tam… Coś… Ten… Wytrzymywała. To to lądowanie sprawiło, że Victoria na moment zacisnęła powieki, a kiedy je otworzyła, to zobaczyła, że Sauriel znowu spogląda przez zasłonkę i okienko. I to było dla niej już za dużo. Odetchnęła płytko i sama nie potrafiłaby odpowiedzieć jak znalazła w sobie siłę i kiedy właściwie wstała, ale zaraz siedziała obok Rookwooda. Chyba jeszcze bledsza niż była przed chwilą. Nie zielona, nie.  Nie wyglądała jak ktoś kto będzie rzygać. Bardziej jak ktoś, kto ma zemdleć. Plecami wbiła się mocno w oparcie ławy, a dłońmi złapała za nadgarstek i przedramię Sauriela. Mocno. Na tyle mocno, że można się było zdziwić, że kobietka jej pokroju i postury ma tyle siły. Na tyle mocno, że przypadkiem wbiła mężczyźnie swoje niezbyt długie, za to kształtne i zadbane paznokcie w skórę.

- Zaraz zacznie paaadaaaaać – zaintonował abraksan jeszcze, jakby znajdując kolejne wytłumaczenie na to, dlaczego musi wylądować.




RE: [1 kwietnia 1972] "Ulewa" | Victoria & Sauriel - Sauriel Rookwood - 08.03.2023

Chciał protestować. Dalej. No kurwa gotów był wstawać z tego krzesełka (to znaczy ławeczki?) i iść tam (?) do tego zasranego abraxana, żeby nakopać mu (bo mówienie ewidentnie nie pomagało) do głowy, że ma kurwa lecieć, a nie tutaj świrować, lądować na wypizdowie i... skąd mieli wziąć niby zasraną whisky na tym zadupiu? Pomijając oczywiście szczegóły jak problemy ze wstawaniem czy niemożliwość chodzenia w powietrzu i to, że wychodzenie z lecącej dorożki to kiepski pomysł (ale w końcu upadek z wysokości wampira zabić nie mógł) to plan był idealny. I jedyną przeszkodą w tym planie była Victoria. Która wcale nie wystraszyła się nawiedzonej dorożki. W praktyce. W teorii Sauriela to było właśnie to.

- Ty kur... co ty! Ał! - Zaczął od wyklinania latającej bestii, od ruchu, który naprawdę wyglądał, jakby zaraz miał się zerwać z miejsca, a potem osiadł mocniej, bo Victorii się do niego przysunęła. Lepszym określeniem byłoby jednak: przykleiła. Wskoczyła prawie na niego i zacisnęła te swoje słabe rączki na jego ręce - rączki jak rączki, ale pazurzyska to miała iście kocie! Spoglądał na nią z oburzeniem, ale ręką nawet nie szarpnął. Kompletnie nie wiedział, co się dzieje. Ani tam z przodu, z tym abraxanem, ani teraz z Victorią, która podskoczyła wraz z obniżeniem lotu stworzenia. Oburzenie wcale nie było wycelowane w Victorię - bo z oburzeniem spoglądał w przód już przed chwilą.

Wóz zapikował mocniej w dół. Najwyraźniej brak dalszych sprzeciwów kompletnie wybitego z rytmu i zupełnie zdegustowanego Sauriela abraxan wziął za pełną zachętę. Gdyby nie to, że wnętrzności wampira nie bardzo funkcjonowały, to chyba nawet jemu teraz by coś podeszło do gardła. Pewnie kolacja zjedzona przed wylotem.

Karoca zapikowała - nie tak, żeby ich zrzucić, ale czarnowłosego trochę przesunęło w przód - musiał się zaprzeć nogą o przeciwległe podłoże siedzenia, żeby siedzieć nadal. Drugą ręką złapał przy okazji Victorie, która ewidentnie nie była sobą. Abraxan wydał z siebie pełne ulgi "lądujeeemy..!", które nijak nie pasowało do sytuacji. Przynajmniej tej sytuacji czarnowłosego, który był mocno sfrustrowany. To lądowanie nie było sekundką. Lecieli w końcu wysoko, żeby nie przykuć niczyjej uwagi z dołu. Więc pikowanie chwilę trwało. Aż w końcu z łoskotem wylądowali, Sauriela podrzuciło aż na krześle, kopyta końskie uderzyły o asfalt, przejechali jeszcze parę metrów i... spokój.

- Ooo... jak dobrze. Tak mnie skrzydła bolą. - Zajęczało stworzenie.

- Tori... ej, Tori... żyjesz? - Wszystko w porządku? No nie, nie było w porządku - widział to. I czuł na swoim przedramieniu, to i się teraz krzywił całkowicie niesympatycznie. Choć nie patrzył na nią ze złością czy cokolwiek takiego. Głos miał napięty od tego zdenerwowania, na nią trochę też, że na niego wskoczyła i zaczęła go drapać, ale głównie na abraxana. Chciał wyjść i na niego wyklinać, ale widział, że z Victorią wcale dobrze nie jest.




RE: [1 kwietnia 1972] "Ulewa" | Victoria & Sauriel - Victoria Lestrange - 12.03.2023

Ból, który zadawała teraz Saurielowi był całkowicie nieświadomy. Może nie rozrywający, a dla niektórych może nawet byłby i przyjemny – teraz jednak o tym nie myślała, bo głowę miała pustą. Albo pełną strachu, zależy jak na to spojrzeć.  Bliskość Rookwooda po prostu jej pomagała, jak irracjonalne by to nie było, bo przecież nic takiego nie robił. Po prostu… Był. Ale czasami nie potrzeba niczego więcej, nie?

Kiedy tak pikowali, kobieta mocno zamknęła oczy, ale wcale nie zrobiło jej się od tego lepiej. I wcale nie była pewna ile to trwało – bo jak dla niej, to całe wieki. Więc otworzyła oczy, by ostatnie (bardzo długie) sekundy być bliżej własnej śmierci. Tylko, że ona nie nastąpiła. Powóz w końcu się wyprostował, szarpnęło, podskoczyli, przejechali jeszcze kawałek po prostej drodze i się zatrzymali. I wtedy nastała taka głucha cisza, od której Victorii aż dzwoniło w uszach. Zupełnie zignorowała marudzenie abraksana. I to co mówił do niej Sauriel też… wydawało się, że do niej nie dociera. Po prostu trzymała jego rękę i gapiła się gdzieś przed siebie, w jakiś bliżej nieokreślony punkt, którego nawet nie widziała. I się też nie ruszała. Nie mrugała. Jedyną oznaką tego, ze żyje, była unosząca się przy oddechach klatka piersiowa. Potrzebowała, by ją ktoś z tego wyrwał. Szturchnął, potrząsnął, uszczypnął, uderzył… cokolwiek. Dłuższe gadanie do niej też by podziałało. Ostatecznie na pewno odwróciła w końcu głowę na Sauriela, przełknęła ślinę i odetchnęła głębiej, przez usta.

- Żyję – musiała odchrząknąć, bo jej głos brzmiał,  jakby nie używała go przez cały dzień, co nie było prawdą. Musiała mieć zaciśnięte wszystkie mięśnie tak mocno, że teraz był tego efekt. - Żyję – powtórzyła już pewniej i dopiero zorientowała się, że zaciska swoje palce na ręce Sauriela. Momentalnie jej uścisk zelżał, przesunęła smukłe palce na swoje kolana i rozprostowała palce. Na skórze czarnowłosego było widać ślady po jej paznokciach, w które się teraz wpatrywała. - Przepraszam – wymamrotała pod nosem i w zakłopotaniu uniosła jedną dłoń, by wplątać ją w swoje włosy. Nerwowym ruchem zaczęła się nimi bawić, nawinęła nawet jeden kosmyk na palec. - Nie chciałam, wybacz – wyrzuciła z siebie jeszcze i dopiero teraz podniosła oczy, by spojrzeć na Rookwooda.

Abraksan się nie pomylił. Oboje mogli usłyszeć najpierw jedno, potem drugie uderzeine kropel o dach powozu. Z początku powoli, by po kilku sekundach słyszeć już miarowe uderzenia deszczu. Te jednak wzmagały.

- Paaaadaaaaa. Zmoknęęę – zajęczało stworzenie. - Zabierzcie mnie stąąąd – chyba nie lubił być mokry.




RE: [1 kwietnia 1972] "Ulewa" | Victoria & Sauriel - Sauriel Rookwood - 13.03.2023

- Ej. - No dobra, ŻYŁA, ale ten poziom "nie jest okej" był gorszy niż sądził. - Hej! - Powtórzył nieco głośniej, ale to nie był krzyk. Czy ona w ogóle słyszała? Wyglądała jakby była w absolutnym szoku. Otumaniona? Ogłuszona? - Victorio Lestrange. - Nie wiedział, co ma do niej mówić ani co się mówi do ludzi, którzy wpadali w jakiś amok, czy cokolwiek to było. Z perspektywy Sauriela wyglądało to tak, jakby kobieta została tu ciałem, a duchem odleciała. I to całkiem daleko stąd. - Spokojnie. Nic ci się nie dzieje. - Zapewnił ją. Obrócił się do niej tułowie i położył dłoń na jej ramieniu, przebiegając po jej sylwetce od góry do dołu wzrokiem. Uderzyła się? Nie. Była przylepiona do niego jak karaś do szyby. - No ja myślę, że nie chciałaś. - Oczywista oczywistość, przynajmniej jak dla niego. Cofnął rękę, żeby zabrać ją z pola widzenia kobiety.

- Zamknij ryj parszywa szkapo! - Warknął na abraxana, który zarżał w odpowiedzi. Zabrzmiało to tak, jakby zwierzę było oburzone takim komentarzem. Ale zamknął się. Przynajmniej w tym momencie nie odpowiedział. Sauriel spojrzał uważnie na Victorię.

- Nie śpiesz się. Spokojnie. - Zapewniał ją dalej, trzymając zimną dłoń częściowo na jej klatce piersiowej, a częściowo na szyi, w uspakajającym geście i wspierającym. Mogli tutaj siedzieć ile było potrzeba. Chciał zapewnić Victorię, że nie było tutaj pościgu, pośpiechu i że cokolwiek się jej działo, mogła najpierw złapać swój rezon.




RE: [1 kwietnia 1972] "Ulewa" | Victoria & Sauriel - Victoria Lestrange - 14.03.2023

A rezon łapała całkiem szybko, bo gdy już do niej dotarło to, co dzieje się w jej otoczeniu, i że już nie lecą, to nawet wracały do jej twarzy jakieś kolory. Przestawała być taka, z braku lepszego słowa, trupio blada. Prawdę mówiąc to teraz robiło jej się wstyd, a z tego wstydu aż gorąco. Odetchnęła raz i drugi, a to że nie była tutaj sama… prawdę mówiąc to się cieszyła że nie była, nawet jeśli pokazała się z tak… miękkiej i wrażliwej strony, o której nie mówiło się ludziom na co dzień.
Aż trudno było uwierzyć, że Sauriel potrafi być taki opiekuńczy jak teraz. Że z nią tutaj siedział, uspokajał, próbował dodać otuchy… i zapewniał, że mają czas więc żeby doszła do siebie, pomimo niewygód na jakie go moment temu naraziła i to bez słowa wytłumaczenia czy ostrzeżenia. Była mu wdzięczna, naprawdę. Że nie było śmiechu, drwin czy czegoś takiego. To pozwoliło jej odetchnąć raz jeszcze i przestać się bawić tak nerwowo swoimi włosami.
- Już jest okej – powiedziała nieco pewniej niż jeszcze chwilę temu i z westchnieniem odwróciła się do okienka, by wyjrzeć i rozeznać się w sytuacji. Teraz, gdy nie byli w powietrzu, to zrobiła to całkiem chętnie. - Dziękuję – powiedziała cicho, nie patrząc teraz na Sauriela. Ale było to szczere, pełne wdzięczności i zawstydzenia "dziękuję".
Niewiele jednak zobaczyła. Bo nie dość, że było ciemno to jeszcze lało. I to coraz mocniej. Abraksan może i się zamknął, ale rżał niezadowolony. Victoria obróciła się nieco, chcesz zobaczyć pod nieco innym kątem i wtedy zobaczyła światła, nie tak wcale daleko.
- Tam jest chyba jakiś budynek – oznajmiła, mając w myślach, że z tej ulewy to się może zrobić równie dobrze jakąś wiosenna burza i przecież nie będą… lecieć… w takich warunkach. Nie? Dopiero co wylądowali i Victoria nie była na to jeszcze gotowa. - Możemy… zapytać gdzie w ogóle jesteśmy – zaoferowała. Choć jak na jej to było na jakimś kompletnym zadupiu, co dawało całkiem sporą szansę, że trafią akurat na dom jakiegoś czarodzieja, a nie mugola, bo oni woleli mieszkać w grupach.


RE: [1 kwietnia 1972] "Ulewa" | Victoria & Sauriel - Sauriel Rookwood - 14.03.2023

Sauriel miał w dupie obcych. Zazwyczaj. Czasami ludzie mieli w sobie coś takiego, co sprawiało, że Sauriel ich lubił od razu. Z drugiej strony tacy, których nie polubił, raczej w jego grono znajomych nie trafiali... Victoria była tutaj naprawdę wyjątkiem. Było jeszcze parę takich osób - takich, co ich nie polubił na początku, ale gdy połączył ich interes to jakoś to poszło dalej. O swoich dbał. Niekoniecznie był zawsze super kochany czy miły, ale dbał. I potrafił się też o nich martwić. Bo co innego utrzymywało jego człowieczeństwo w ryzach i sprawiało, że potrafił siebie samego odróżnić od bestii jeśli nie właśnie tacy ludzie? Tacy jak Victoria, którym można było poświęcić myśli i położyć kawałek ludzkości w dłoniach. Był zaniepokojony, bo niepokój wypełniał dłonie, gdzie jego cząstka człowieczeństwa leżała. Victoria zaś miała w tym wszystkim całkiem specjalne miejsce. Zapaliła światełko, takie malutkie, które przyniosło mu naprawdę dużo ukojenia. Choć pewnie nie zdawała sobie z tego sprawy.

- Na pewno? - Spojrzał na nią trochę krytycznie, a trochę nieprzekonany, czy jest tak, że jest lepiej. Ale okej, przekonała - było. Przestała mieć nawet takie spłoszone, zwierzęce oczy. Napinało go to nie tylko z powodu zmartwienia. Jego mięśnie były mocno napięte, bo pomiędzy zmartwieniem o to, co się z nią działo, był też instynkt. Instynkt, który widząc ten strach ostrzył sobie na niego kły. Zupełnie jakby adrenalina w krwi miała wzbogacać jej smak. Nie wzbogacała. Chyba. Odsunął się od niej i otworzył drzwiczki, wychodząc na zewnątrz. Nie zamknął ich za sobą, pozwalając Victorii swobodnie wyjrzeć i rozejrzeć się razem z nim. Jeśli nie chciała wychodzić. Bo padało, to prawda. A deszczyk... to nie był deszczyk. Rozpadało się bardzo szybko i chyba zamierzało padać coraz mocniej.

- Poczekaj, podejdę tam. Przyniosę jakiś parasol. - Przymrużył oczy i przysłonił je ręką, spoglądając w ciemne niebo. Lało. Zimne krople uderzały w jego skóry. Były przyjemne. Teraz było przyjemnie, ale kiedy już schodziłeś z deszczu to przemoczone ubranie było wszystkim, czego mieć na sobie nie chciałeś. Przeszedłeś przez ulicę i podwórze, żeby zapukać do drzwi. Otworzył starszy mężczyzna. Jeszcze nie był całkowicie posiwiały, ale siwizna już jego włosy znaczyła.

- Dzień dobry, młodzieńcze. Cały jesteś... - Na twarzy staruszka było zmartwienie, ale Sauriel mu nawet nie pozwolił dokończyć. Machnął ręką.

- Potrzebuję parasola. Utknąłem ze znajomą na ulicy, nasz abraxan wylądował i nie chce lecieć dalej. - Tak, Sauriel sobie uświadomił, że zaczął kompletnie z dupy strony. - Moglibyśmy przysiąść na pana ganku? Żeby pogoda się uspokoiła?

- Skądże! Przyprowadź swoją przyjaciółkę, a ja wstawię wodę na herbatę! Zapraszam! - Przy "skądże" Sauriel gotów był powiedzieć "to się wproszę sam", ale na szczęście nie zdążył. Mężczyzna go zaskoczył, wciskając mu parasol w dłonie. Mignęła mu kobieca postać zerkająca ciekawsko z krańca korytarza.

Podziękował i ruszył w kierunku dorożki, rozkładając parasolkę. I nawet przytrzymał ją dla Tori.

- Chodź. Zaprosili nas na herbatę. - Czy tam: zaprosił. Chyba "oni", bo ewidentnie była tam jakaś jego... córka? Zakładał, że to była córka.