Secrets of London
[1969] Marsz praw charłaków || Stanley & Stella - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [1969] Marsz praw charłaków || Stanley & Stella (/showthread.php?tid=1043)



[1969] Marsz praw charłaków || Stanley & Stella - Stanley Andrew Borgin - 01.03.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Stella Avery - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Rozliczono - Stanley Borgin - osiągnięcie Badacz tajemnic I


- 1969 -
Londyn



Stanley kończył właśnie ostatni raport, który miał dzisiaj dostarczyć do swojego przełożonego. Nie obchodziło go czy jest napisany dobrze czy też nie. Jak będzie trzeba to poprawi go później albo napisze jeszcze raz. Zresztą nie raz już tak było, że całe sprawozdania szły do śmieci bo kilka rzeczy w nich nie pasowało. Ale tym będzie się już martwił jutrzejszy Stan albowiem dzisiejszy wieczór był już przez kogoś zarezerwowany. Andrew nie wiedział jednak jeszcze, że ten wieczór miał spędzić na pilnowaniu jakiegoś marszu zamiast ze Stellą.

Dopisał ostatnie zdanie i zatarł ręce z zadowolenia. Odłożył dokumenty na kraniec swojego biurka i ruszył szybkim krokiem aby się przebrać. Już tylko kilka minut dzieliło go od opuszczenia murów ministerstwa. Humor dopisywał mu w najlepsze.

- Dobra robota Stanley. Dzisiaj dałeś z siebie 120%. Oby tak dalej - sam siebie komplementował, a następnie poprawił włosy w lustrze - Jeszcze tylko chwila i zostaniesz aurorem. A potem to już prosta droga - zacisnął krawat na szyi i wypuścił powietrze ustami. Podszedł do wieszaka z którego zgarnął swój płaszcz, a następnie jeszcze na chwilę do biurka aby zabrać raport. Zanim wyszedł, upewnił się, że na pewno wszystko zabrał co powinien, a następnie skierował się do pokoju Marka aby z uśmiechem na ustach wręczyć mu protokół

Wszedł pewnym krokiem bez patyczkowania się do pokoju swojego przełożonego i przekazał mu dokumenty. Lekko zdziwił się kiedy jego przyjaciel spojrzał się na niego zaskoczony.

- A ty to gdzie się wybierasz Stanley? - zapytał się go, odbierając plik papierów

- Jak to gdzie? To do domu. Już późno jest - odpowiedział całkowicie poważnie. Przecież nie było na dzisiaj zaplanowanych żadnych dodatkowych ćwiczeń czy zadań

- Nikt ci nie przekazał? No popatrz. Nigdzie nie idziesz. Wracaj się przebierać. W Londynie jest jakiś wielki marsz charłaków i potrzebne jest wsparcie - Mark oznajmił mu to ze stoickim spokojem. A co gorsza nie widział nic nadzwyczajnego w tej sytuacji. Mark jako służbista zawsze stawiał dobro ministerstwa ponad swoje własne przekonania - Samuel już na ciebie czeka, także się pośpiesz. No już. Znikaj.

Stanowi to się nie spodobało. Czy jakiś śmieszny marsz miał tu teraz pokrzyżować plany? Jak najbardziej. Bo z tego co mu jeszcze przekazali inni brygadziści na miejscu miało dojść do jakichś zamieszek. A skoro o nich mowa, to była potrzebna interwencja ministerstwa aby uniknąć niepotrzebnego rozlewu krwi… Albo chociaż zniwelować jej ilość.

Jak na dobrego pracownika przystało, cofnął się z powrotem w głąb ministerstwa, aby się przebrać. Założył ciężkie buty, a swoje ubranie cywilne zamienił na swój mundur. Po kilku chwilach był gotowy aby wyruszyć z odsieczą swoim kolegom z departamentu.

Nie minęła długa chwila kiedy wraz z Samuelem znalazł się na ulicy i doszedł do niego cały harmider tego wydarzenia. Ludzie przekrzykiwali się w skandowaniu swoich postulatów. Część się przepychała, a inni walczyli z brygadzistami. Stanley stał tak przez chwilę i przyglądał się całej sytuacji, aż nagle usłyszał tylko przy swoich uchu - WIĘCEJ PRAW DLA CHARŁAKÓW! WSZYSCY JESTEŚMY RÓWNI! Sekundę później, młody Borgin trzymał się za pokrzywdzone ucho, ponieważ było tutaj za głośno.

W tej całej kolumnie starał się dojrzeć jakieś poszkodowane osoby albo rażące akty łamania prawa. Nie byli w stanie zapanować nad całą grupą, która była po prostu za duża. Całkowity brak zorganizowania tego przedsięwzięcia też nie pomagał w ogólnym rozrachunku. Bardzo ciężko było odróżnić grupki kontrmarszu od głównej grupy, a na tym im w tym momencie najbardziej zależało.

- Proszę się uspokoić. Już! - Stanley interweniował i przeszkodził dwójce młodzieży w zaczepianiu kilku protestujących - Rozejść się albo będę zmuszony wszcząć kolejne kroki! - zagroził młodym chłopakom, którzy na całe szczęście odpuścili. Mieli trochę farta. Zatrzymujący ich brygadzista nie miał w ogóle siły ani chęci aby tutaj dzisiaj być. Gdyby jednak nie mieli zamiaru aby zostawić tych ludzi, musiałby użyć środków przymusu bezpośredniego. I zapewne by się w tym w ogóle nie powstrzymywał. Musiał na czymś… Albo na kimś rozładować swoją złość, która kumulowała się w nim od momentu jego przybycia na ten marsz.

- NIGDY W ŚWIECIE DO MINISTERSTWA SIĘ NIE DOSTANIECIE! - rozległo się z bocznej uliczki. Nie był to jeden czy dwa głosy, a cała grupa. Co najmniej kilka tuzinów ludzi, jak nie lepiej. Ta cała zgraja zmierzała właśnie w kierunku głównego tłumu. Stan wraz ze swoimi kolegami z ministerstwa za wszelką cenę nie mógł pozwolić aby dotarli oni do swojego celu.

Jednak było za późno. Kontrmarsz wyłonił się zza rogu niczym mgła i wbił się z impetem w bok protestujących. Nie było nawet czasu na reakcję. Sprawy przybrały tak szybkiego obrotu, że nie szło się nawet zorientować kogo należy powstrzymywać, a kogo nie. Nie czekając dłużej na żadne rozkazy z góry, Stanley ruszył do przodu aby rozdzielić te dwie znienawidzone ze sobą grupy.




RE: [1969] Marsz praw charłaków || Stanley & Stella - Stella Avery - 01.03.2023

Panna Avery była zadowolona. Przyglądała się sobie przed lustrem, miała dużo czasu, który mogła poświęcić na to, żeby wyglądać dziś naprawdę doskonale, wszystko poszło po jej myśli. Musnęła jeszcze czerwoną szminką usta i wszystko było gotowe. Uśmiechnęła się nawet do siebie, bo humor jej dopisywał. Miała spędzić ten wieczór ze Stanleyem, którego poznała w pewnej restauracji, jakoś tak wyszło, że tamtego wieczora rozmowa się kleiła i postanowili kontynuować znajomość. Miała wtedy dobre przeczucie, aby dosiąść się właśnie do niego, choć mówiąc szczerze to nie spodziewała się, że ta znajomość będzie trwała dłużej niż ten czas spędzony na rozmowie. Jak widać, życie nadal ją zaskakiwało.

Powoli zbliżała się godzina, o której powinna opuścić swoje mieszkanie przy ulicy Pokątnej. Ubrana w długą, granatową sukienkę, na którą narzuciła lekki, kremowy płaszcz ruszyła w kierunku drzwi, aby zdążyć na spotkanie. Cała w skowronkach opuszczała więc swoje mieszkanie przy ulicy Pokątnej. Przed wyjściem ostatni raz zerknęła w lustro i schowała odstający kosmyk włosów za ucho, na szczęście dostrzegła to nim opuściła mieszkanie. Nie lubiła się spóźniać, zawsze starała się pilnować umówionych terminów, przywiązywała do tego naprawdę sporą wagę. Uważała, że świadczy to o stosunku do drugiej osoby. Nie znosiła też, kiedy ktoś inny się spóźniał.

Mieszkała przy Pokątnej od niedawna. Rodzice kupili jej tutaj kawalerkę, aby mogła rozpocząć dorosłe życie. To, że nadal załatwiali jej kontrakty i sponsorowali większość zachcianek tylko ułatwiało sprawę. Nie mogła narzekać, mało kto miał tyle ułatwień i wygód ba start, nie wszyscy rodzice mogli sobie pozwolić na takie wydatki. Stella cieszyła się z takiego obrotu spraw, w końcu Londyn tętnił życiem, miała blisko do wszelkich miejsc, gdzie mogła się zabawić, a w tak młodym wieku było to przecież bardzo istotne. Nikt też jej specjalnie nie pilnował, mogła znikać na całe wieczory, bez pytań typu z kim i gdzie się wybiera. Bardzo jej to odpowiadało, nie musiała się przed nikim tłumaczyć. W końcu wiadomo, jak to jest z rodzicami, bywają czasem bardzo męczący.

Zaczynało się ściemniać. Kiedy pojawiła się w uliczce pod domem wszystko wydawało się być w najlepszym porządku, nic nie zwiastowało tego, co miało się wydarzyć za chwilę. Kilka osób szło jedynie przed siebie spokojnym krokiem, najwyraźniej mieli ochotę na wieczorny spacer, rozumiała to doskonale. Sama też nie przepadała za spędzaniem zbyt wiele czasu w domu, choć na chwilę musiała się wyrwać, zaczerpnąć świeżego powietrza, a wieczorami Pokątna zachwycała jeszcze bardziej niż za dnia. Lampy mieniły się na każdym rogu, miała wrażenie, że dopiero o tej porze naprawdę tętniła życiem. Wszystkie knajpy były zapełnione, przed nimi można było spotkać grupy ludzi, które żywo dyskutowały na przeróżne tematy. Bardzo lubiła malować takie scenki, spacery jak te były dla niej więc też inspiracją do tworzenia.

Zmierzała przed siebie całkiem wolnym krokiem, pozwała sobie zatrzymywać się na chwilę i przyglądać obcym ludziom, specjalnie wyszła wcześniej, aby mieć zapas czasu. Zawsze tak robiła. W pewnym momencie jednak zauważyła tłum. Tak właściwie to nie miała pojęcia, skąd wzięło się tutaj tyle osób. Nie przepadała za takimi zgromadzeniami, nie miała nic do nich, kiedy stała na scenie, jeśli jednak sama lądowała w tłumie zaczynała panikować. Miała zamiar odwrócić się na pięcie i odejść, jednak wtedy zauważyła, że najwyraźniej to jeszcze nie wszystko. Druga grupa ludzi zmierzała w kierunku tej pierwszej. Nie było odwrotu.

- Równe prawa dla charłaków!!! - Skandowały osoby, które znalazły się tuż obok niej. Przekrzykiwali się, mięli jakieś transparenty. To musiała być demonstracja. Przypomniała sobie o tym, że ostatnio podczas jednego z przyjęć ktoś wspominał o tym, że ma się odbyć marsz charłaków. Zastanawiała się wtedy właściwie po co, przecież tak do końca nie byli częścią magicznego świata, bo nie potrafili czarować, dlaczego więc ktoś miałby brać pod uwagę ich zdanie? Myślała, że to żart, a teraz sama znalazła się zupełnie przypadkowo w samym centrum tego zgromadzenia. Najgorsze byli to, że ludzie otoczyli ją z każdej strony i nie miała jak wydostać się na zewnątrz.

Protestujący obok niej zaczęli panikować, w końcu za nimi pojawił się drugi marsz, który reprezentował zupełnie inną grupę czarodziejów. Ktoś obok niej dostał zaklęciem, jeszcze chwila i nikt nie będzie wiedział co robi. Panika nie była dobrym przyjacielem. Stella bała się, że ją tu zdepczą, poczuła już zresztą jakieś uderzenie w żebra, które nie należało do najprzyjemniejszych, nie wiedziała, czy było celowe, czy nie. Czuła jednak, że łokieć trafił ją dosyć głęboko. Musiała się stąd wydostać, wiedziała jednak, że nie będzie to należało do najprostszych rzeczy, ze sprawnością fizyczną jak ta jej było to niemalże niemożliwe, już nawet bardziej prawdopodobne było to, że ją tutaj zdepczą, a tego zdecydowanie by nie chciała. Oddech jej przyspieszył, widać było, że faktycznie zaczyna się bać, że nie wyjdzie stąd w jednym kawałku. - Nie pchaj się, przecież to nic nie daje. - Syknęła przez żeby do chłopaka, który stał tuż obok i ciągle na nią napierał. - Paniusiu nie denerwuj mnie, bo zaraz będziemy rozmawiać inaczej. - Krzyknął w jej kierunku. Ta odpowiedź tylko ją utwierdziła w tym, że nie chce tu być.

Mogła zostać w domu. Spędzić wieczór pijąc wino i malując, a trafiła tutaj. Może rodzice mieli rację, gdy zwracali jej uwagę, aby nie szwędała się sama wieczorami. Zazwyczaj jednak żadne marsze nie przemierzały Londynu, to była wyjątkowa sytuacja. Rozglądała się wokół szukając jakiejś pomocy, choć miała wrażenie, że żadnej nie otrzyma. Tłum zaczynał bezmyślnie zmierzać przed siebie, niczym rzeka, której nic nie było w stanie zatrzymać.

Wtedy dostrzegła znajomą sylwetkę, czy miała omamy? W końcu Stanley miał się z nią spotkać, czy to możliwe, że stał niedaleko w mundurze brygadzistów? Oznaczałoby to, że zapomniał o ich spotkaniu, a może po prostu został tutaj ściągnięty przez to całe zamieszanie? Nie miała pojęcia, jednak on był jej ostatnią nadzieją. - Stanley! - Krzyknęła tak głośno, jak tylko potrafiła i wspięła się na palce, aby mógł ją zobaczyć w tym tłumie. - Stanley! - Powtórzyła, aby mieć pewność, że ją usłyszy, co na pewno nie było łatwe zważając na warunki jakie panowały wokół. Musiała próbować, inaczej się stąd nie wydostanie.




RE: [1969] Marsz praw charłaków || Stanley & Stella - Stanley Andrew Borgin - 02.03.2023

Sytuacja z sekundy na sekundę stawała się coraz gorsza. Ilość kontr manifestantów, którą określił na kilka tuzinów ludzi była błędna. Kolejne grupy wylewały się niczym wzburzone morze w porcie. Każda fala nacierała coraz mocniej. Mogłoby się wydawać, że ten sztorm nigdy się nie skończy.

Próby pokojowego rozdzielenia zwaśnionych stron spełzły na niczym. Żadna z nich ewidentnie nie była zainteresowana prowadzeniem pertraktacji o zawieszeniu broni. Teraz już nawet nie chodziło o ideę czy o to, kto ma rację. Jedyne na co im zależało to na udowodnieniu tym drugim, że oni nie są słabi i nie wycofają się bez walki. Pokojowa demonstracja i miejscowe, lekkie przepychanki przerodziły się w spotkanie dwóch mugolskich klubów sportowych. Wartym wspomnienia jest fakt, że te kluby nie pałały do siebie miłością, a wręcz przeciwnie - nienawiścią.

Stanley w celach bezpieczeństwa nie korzystał z żadnej magii. Próbował zapanować nad tym rozwścieczonym tłumem każdym innym sposób aniżeli czary. Bał się użycia tego środka przymusu na tak wielkiej grupie. Tak naprawdę to nie może nie tyle co wykorzystania jej w celu opanowania tłumu, co konsekwencji użycia jej bez autoryzacji w takiej sytuacji. Nigdy wcześniej w jego karierze nie zdarzyła się taka sytuacja jaka miała miejsce dzisiaj. Nikt nie przygotowywał ich do takich zadań. Nikt ich do nich nie szkolił.

Mógłby przysiąc, że usłyszał swoje imię padające gdzieś z tłumu. Jednak nie wołał go Samuel, który znajdował się tuż obok niego. Przecież jeszcze chwilę temu razem próbowali stworzyć kordon bezpieczeństwa między obiema grupami. Musiał to być jakiś przypadek albo zbieżność imion. Nikt go przecież nie wołał. Tylko tłum, który ciągle coś wykrzykiwał swoje racje. Na przemian więcej praw dla charłaków! i żadnych praw dla charłaków!. Oba postulaty były proste i sprowadzały się do tego samego - uprzywilejowania charłaków lub trzymanie ich w aktualnych ryzach.

Ku zaskoczeniu wszystkich, na tym “oblężonym” kawałku doszło do swego rodzaju cudu. Kątem oka ujrzał znajome mundury nadciągające ze wsparciem. Dzięki temu widokowi, Stanley poczuł nową siłę i odnalazł nadzieję na zapanowanie nad całą sytuacją. Z odsieczą przybyło kilkunastu brygadzistów na widok, których obie grupy odsunęły się na dystans kilku kroków, a funkcjonariusze Ministerstwa mogli stworzyć między nimi linię zaporową i odgrodzić ich od siebie.

Teraz, kiedy wszystko się uspokoiło, a rozdzielone strony nie były we wzajemnym zasięgu, Andrew w końcu mógł odsapnąć. Odetchnął z ulgą i przetarł spocone czoło. Nadal jednak jedna rzecza nie dawała mu spokoju. Wydawało mu się, że ciągle słyszy jakby ktoś nawoływał go. I ten dźwięk nadchodził ze strony głównej manifestacji.

Zainteresowany tym dziwnym zjawiskiem, odwrócił się, a następnie zaczął się przyglądać tłumowi “charłaków”. Pośród nich zauważył… Stellę? Ale co ona miałaby robić na tym marszu? Nie znał jej z tej strony.

- Chwila, chwila - przymrużył oczy aby się przyjrzeć tej kobiecie w tłumie - To ona. To ona mnie ciągle wołała! - wykrzyknął i ruszył w stronę większego zgromadzenia.

- A ty dokąd?! - krzyknął jeden z innych brygadzistów, którzy tworzył kordon bezpieczeństwa pomiędzy zwaśnionymi stronami.

- Zaraz wrócę! Muszę jej pomóc! - odpowiedział mu i zaczął się wpychać pomiędzy ludzi - Stella! Stella! - zaczął ją nawoływać w swoją stronę

Przeciskał się między ludźmi jednak ci zamiast z nim współpracować to działali na jego niekorzyść. Był niemal pewny, że już raz czy dwa musnął jej rękę. Jednak było to za mało. Siła tłumu miała w tym momencie ewidentną przewagę i co gorsza nie dawali za wygraną. Nie dosyć, że nie chcieli z nim współpracować to jeszcze wykrzykiwali te swoje żądania prosto do jego ucha.

- Ukarać kontr manifestantów! - kontynuowali - Do więzienia z nimi wszystkimi! Mordercy! Bandyci! - tłum nie przestawał mówić co należy zrobić - Niewinnych ludzi atakują! Równouprawnienie! Skazać ich za ataki!

Teraz albo nigdy pomyślał Stanley i wyciągnął swoją rękę tak daleko jak tylko mógł. Poczuł, że kogoś złapał. Nie miał pojęcia kogo tak dokładnie ale musiał zaryzykować. Pociągnął z całej siły i ku własnemu zaskoczeniu zobaczył, że Stella zamiast się oddalać i zanikać mu z pola widzenia, to stoi w miejscu. Jedno zadanie udało mu się wykonać. Przed nim stało jeszcze drugie. Musiał ją jakoś z tego tłumu wyciągnąć.

Nie czekając ani chwili dłużej, machnął wolną ręką do Samuela, aby ten mu podał swoją dłoń. Miał zamiar zrobić zrobić swego rodzaju ludzką linę i wyciągnąć ją na brzeg. Na całe szczęście tym razem jego kompan nie zapomniał się pojawić wtedy kiedy był potrzebny. Podał mu pomocną dłoń i zaczął go wyciągać z tłumu.

- Nie puszczaj się - krzyknął do dziewczyny ale tak naprawdę to nie miał pewności czy ona go w ogóle usłyszy. Następnie dalej przystąpił do przeciskania się z powrotem do swoich ludzi. Kilku z jego znajomych też pomogło wyciągnąć Stana ze Stellą z tego skupiska.

- Jesteś! - oznajmił jej z ulgą w głosie. Wspólnymi siłami wraz z grupą uderzeniową udało im się uratować znaną wiolonczelistkę. Kolejny sukces Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów - Dzięki wielkie chłopaki. Tobie zwłaszcza Sam - pokiwał z uznaniem do swoich współtowarzyszy.

Podał jej dłoń, a następnie podsunął jedną ze skrzynek, które znajdowały się nieopodal aby mogła sobie usiąść - Co ty tutaj w ogóle robisz? Nie mówiłaś, że wybierasz się na jakiś marsz - zapytał jej zdziwiony - Ale mniejsza już o to. Wszystko w porządku. Nic Ci się nie stało? - zaczął dopytywać i oglądać ją dookoła czy nic się jej nie stało.

Pozwolił jej w końcu na chwilę oddechu po tak ciężkich przeżyciach - Nie spodziewałem się, że spotkamy się w takich warunkach - kontynuował po chwili - Ale obawiam się, że jak nie w takich to nie spotkamy się w żadnych… Bo sama wiesz… Mundur nie wybiera - pokiwał przecząco głową, a następnie przewrócił oczami.

- Proszę się nie pchać. Tędy państwo nie przejdą. Zawróćcie i pierwsza prawo, tak ominiecie cały problem i bezpiecznie pójdziecie dalej - zawrócił młodą parę, która właśnie próbowała przejść na drugą stronę ulicy, a następnie w akompaniamencie krzyków odwrócił się z powrotem do Stelli. Nie zbaczał jednak z obserwacji grupy kontr manifestantów, którzy właśnie zbierali się do domu. Wiedzieli, że nic tu po nich od momentu kiedy przybyły z odsieczą posiłki z ministerstwa.




RE: [1969] Marsz praw charłaków || Stanley & Stella - Stella Avery - 02.03.2023

Powiedzieć, że było źle, to jakby nie powiedzieć nic. Sytuacja była tragiczna. Stella pierwszy raz w życiu uczestniczyła w czymś takim. Nie zdarzyło się jej jeszcze znaleźć wśród tylu obcych ludzi, którzy mieli gdzieś to, kim jest. Widać było, że ma do czynienia z charłkami... gdyby znalazła się wśród czarodziejów jedynego, słusznego pochodzenia, ktoś na pewno by ją rozpoznał. Tutaj jednak to się nie wydarzyło, została skazana na los zwyczajnego zjadacza chleba.

Wściekły tłum nie ustępował, wręcz przeciwnie napierał coraz bardziej. Nie miała pomysłu, w jaki sposób mogłaby się postawić, nie należała do specjalistów z dziedzin magi, które mogłyby jej jakoś pomóc stworzenie wyjścia. W końcu była tylko artystką, nie umiała się zachować w takich sytuacjach, dlatego też nie sięgnęła po różdżkę. Nie miała pomysłu w jaki sposób jej użyć, żeby to miało większy sens, a nie chciała jednak póki co też nikogo krzywdzić. Może uważała się za lepszą od charłaków, mugolaków i innych takich, jednak nie skrzywdziłaby nikogo bez większego powodu, a póki co nie miała takiego, nie licząc tego typa, co jej tak mocno łokieć w żebra wbijał, choć w sumie to już przestał, bo tłum go poniósł gdzieś do przodu. Na całe szczęście, bo jeszcze chwila i faktycznie by sięgnęła po różdżkę.

Miała wrażenie, że drugi marsz jest już coraz bliżej. Tłum w którym się znajdowała robił się coraz bardziej spanikowany, w powietrzu poleciało kilka kolejnych zaklęć. Rozumiała chęć demonstrowania swojego zdania, jednak bez przesady. Nie podobało jej się to, że charłacy postanowili wyjść na ulicę, przez to ci, którzy uważali inaczej również musieli się tutaj pojawić, żeby zademonstrować swoje zdanie i zaczęły się te całe zamieszki, a wystarczyłoby, żeby charłacy nie domagali się niczego. Zresztą, jakie prawa chcieli mieć? Nie mogli czarować, powinni więc żyć w mugolskim świecie, skoro mugolacy mogli trafiać do świata czarodziejów, to charłacy powinni zostać oddelegowani do tego świata bez magii. Stelli wydawało się, że ta myśl miała głębszy sens, choć z początku można było mieć wrażenie, że nieco jest to zagmatwane.

Jako, że pojawiły się służby, to pewnie jeszcze chwila i całe towarzystwo się uspokoi, nie powinno im to zająć zbyt wiele czasu. Mijały jednak kolejne minuty i nic się nie zmieniało, manifestujący raczej średnio byli nastawieni do tego, aby wykonywać polecenia brygadzistów. BUM-owcy nie sięgnęli jeszcze po różdżki, co było nawet uzasadnione, chociaż miała nadzieję, że nikt nie umrze przez te zwlekanie. Na całe szczęście zauważyła tam Stanleya, naprawdę wspaniały był to zbieg okoliczności. Poczuła się też pewniej, kiedy się odwrócił. Musiał ją usłyszeć, ponownie wdrapała się na palce i pomachała ręką, aby przybliżyć mu choć trochę swoją lokalizację. Przyjdzie tu po nią, nie powinien jej zostawić, nie wyobrażała sobie, że mógłby postąpić inaczej. W tym momencie był najlepszą, a zarazem jedyną opcją, aby się stąd wydostać. - Tu jestem!- Krzyknęła jeszcze w jego kierunku. Jeszcze bardziej się zaparła nogami o ziemię, nie mogła pozwolić na to, żeby tłum w tym momencie pociągnął ją dalej. Nie gdy wiedziała, że pomoc jest blisko.

Zobaczyła, że Borgin zbliża się w jej kierunku, spróbowała więc również ruszyć się w jego stronę. Nie było to wcale takie proste, szczególnie, że manifestujący zmierzali w drugą stronę. Jakimś cudem jednak udało jej się nieco zbliżyć. Wyciągnęła rękę przed siebie, aby złapać dłoń mężczyzny. Wyślizgnęła jej się jednak kilka razy, gdyż akurat ktoś z prawej strony postanowił przepchać się do przodu i ją przy tym trochę przestawić. W końcu udało jej się pewnie złapać. Tym razem czuła, że nie wypuści jego dłoni, o ile faktycznie to on ją złapał, wcale nie tak łatwo było to stwierdzić w tym tłumie. Wydawało jej się, że mówi, że ma nie puszczać jego ręki, skupiona była faktycznie na tym, żeby przypadkiem ich nie rozdzielono. To było w tym momencie najważniejsze, jeszcze chwila, moment i uda się jej stąd wydostać. Na pewno tak będzie.

Nie miała pojęcia jak, ale w jakiś sposób Stan wyciągnął ją z tego rozwścieczonego tłumu, zauważyła, że nie zrobił tego sam, lecz zaangażował również swoich kolegów z pracy. - Dziękuję. - To było pierwsze, co powiedziała, kiedy nie była już wśród manifestujących. Starała się również uspokoić oddech, w tłumie bowiem nieco spanikowała. Skorzystała z dłoni, którą wyciągnął w jej kierunku mężczyzna i usiadła na skrzynce. Musiała odpocząć, choć chwilę, emocje, zbyt wiele się tutaj wydarzyło, zupełnie nie przewidywała tego, że będzie brała udział w wydarzeniach jak te. - Pamiętasz, że mieliśmy się spotkać? - Nie odrywała od Borgina spojrzenia. Właściwie, to mógł o tym zapomnieć, skoro znalazł się tutaj, najwyraźniej musiał zostać dłużej w pracy. - To nie tak, że chodzę na takie marsze dla jakiejś przyjemności, znalazłam się w tym tłumie, bo wyszłam się z Tobą zobaczyć. - Podkreśliła to jeszcze.

- Tak, raczej nic mi się nie stało, jakiś typ wbił mi tylko łokieć w żebra, ale tłum sprawnie się go pozbył z mojej okolicy.- Nie sądziła, że mógłby to być uraz, który wymagałby obejrzenia przez medyka. Pewnie pojawią się co najwyżej jakieś siniaki.

- Też się nie spodziewałam, myślałam, że stamtąd nie wyjdę.- Powiedziała zupełnie szczerze, chociaż wolałaby nikomu nie opowiadać o tym, jak spanikowała. Na szczęście nikt znajomy tego nie widział, tłum nie rozpoznał gwiazdki z pierwszych stron gazet. - Nie chcę tego powtarzać, takie spotkania zdecydowanie nie są czymś przyjemnym.- Zdawała sobie sprawę, że zawód, który sprawował mężczyzna był mocno wymagający, ale wolałaby uniknąć spotkań jak to. - Musicie mieć kiedyś wolne, przecież kto to widział pracować po tyle godzin dziennie, jakieś prawo pracy Was też powinno obowiązywać.- Może to nie do końca był odpowiedni moment na takie komentarze, jednak nie ugryzła się w język, spowodowane to było zapewne zdenerwowaniem, z którym Stella nie do końca potrafiła sobie poradzić. - Dziękuję, za to, że mnie wyciągnąłeś, gdyby nie Ty, to kto wie, jakby to wszystko się skończyło.- Avery uważnie przyglądała się mężczyźnie, nie chciała jeszcze stąd odejść, bo bała się, że za chwilę ponownie trafi na jakiś tłum, który ją pochłonie.




RE: [1969] Marsz praw charłaków || Stanley & Stella - Stanley Andrew Borgin - 02.03.2023

No i tu właśnie był pies pogrzebany. Stella miała całkowitą rację. Wyszła aby się z nim zobaczyć. Wyglądała przy tym tłumie niczym milion galeonów. A on co? Zamiast się szykować to stał tak przed nią w ministerialnym mundurze i pilnował grupy rozwydrzonych charłaków.

-Nic się nie stało. To w końcu to należy do naszych obowiązków - stwierdził zgodnie z faktem na słowa młodej damy. W głębi duszy cieszył się, że ta jest mu wdzięczna. Prawda była taka, że kilka minut temu specjalnie się rzucił w ten tłum. Nie zmieniało to jednak faktu, że nadal czuł się trochę… Dziwnie? - Trochę nadgodzin nigdy nikomu nie zaszkodziło… - powiedział bez przekonania w głosie.

- Ale no wiesz… - podrapał się po brodzie. Nie wiedział jak ma to powiedzieć. Z jednej strony strasznie słabo wyszło, że ją wystawił bo tak to odbierał. Mieli się za chwilę spotkać, a on nawet nie wyszedł jeszcze z pracy. Z drugiej strony dobrze jednak, że w tej pracy został, ponieważ pomógł jej wyjść z potrzasku - Głupio wyszło trochę, nie? - zaczął unikać kontaktu wzrokowego z dziewczyną.

Ostentacyjnie rozejrzał się wokół czy nikt może nie potrzebuje akurat interwencji brygadzistów. Ku jego złości, nikomu w tym momencie nie był potrzebny. Teraz, kiedy jakiekolwiek zamieszki były dla niego na wagę złota to ich nie było. Wszyscy równo maszerowali i żądali dodatkowych praw.

Przygryzł górną wargę z niezadowolenia i odwrócił się z powrotem do Stelli. Zbierał się chwilę w sobie aby móc wykrztusić cokolwiek. Zauważył, że był to już kolejny raz w obecności tej kobiety, kiedy nie potrafił się wziąć w garść. Tym bardziej kiedy tracił kontrolę nad sytuacją albo wydarzyło się coś na co nie miał żadnego wpływu.

- Pamiętałem… No ale mnie tu wezwali. Co mogłem zrobić? - zaczął się usprawiedliwiać przed nią. Przybrał postawę całkowicie obronną jakby obawiał się najgorszego. Jakiejś kary lub wykluczenia. Czemu tak było? Nie wiedział. Może zaczęło mu trochę zależeć na niej? I przez tak głupią, niezależną od niego całkowicie sytuację wszystko miało się zawalić?

- Puść mnie draniu! Puszczaj mnie! - padło gdzieś z tłumu, a Stanley nie zastanawiając się ani chwili ruszył w kierunku nawoływania. Skłamałby mówiąc, że nie czekał na taką sytuację. Wzrok Stelli zaczął go po prostu… Stresować? Tym bardziej, że wyczuwał w nim swego rodzaju ocenę jego osoby.

- Co tu się dzieje?! - wykrzyczał podchodząc do dwójki osób, które wdały się w kłótnię. Pewnym ruchem złapał za fraki chłopaka próbującego zabrać jednej z protestujących kobiet torebkę. Młodzieniec spróbował swojego szczęścia w ucieczce kiedy poczuł pociągnięcie od pleców. Niestety nie był to dzisiaj jego szczęśliwy dzień, ponieważ kiedy zaczął się zbierać do biegu usłyszał tylko - Nawet nie próbuj. Nie chcesz tego robić. Uwierz mi. Stan zagroził chłopakowi, a następnie się do niego bardzo serdecznie uśmiechnął. Chciał dla niego jak najlepiej. Trafić do więzienia za kradzież w tak młodym wieku? I to jeszcze próbując okraść zapewne jakiegoś charłaka, który nic nie ma? Całkowicie bez sensu.

- Idziesz ze mną - pociągnął chłopaka za sobą w kierunku swoich kompanów - Macie. Zajmijcie się nim. Próbował zabrać jednej z protestujących jej własność. Wiecie co z nim zrobić - przekazał młodocianego przestępcę w ręce swoich kolegów.

- Przepraszam Cię - rozłożył ręce podchodząc z powrotem do Stelli. W końcu dorósł do tego, aby jej to powiedzieć. Nadal jednak unikał kontaktu wzrokowego z nią. Czuł się winnym zaistniałej sytuacji. Pewnie mógł się w jakiś sposób przeciwstawić Markowi i powiedzieć mu, że na żadną akcję nie pójdzie ale takie zachowanie mogło mieć opłakane skutki dla jego kariery.

Stał jeszcze kilka dobrych minut i udawał, że obserwuje kontr manifestantów, których już tutaj dawno nie było. Potrzebował ułożyć to sobie jakoś w głowie, jakby właśnie rozgrywał partię magicznych szachów.

- W ramach przeprosin za dzisiaj mogę Cię zabrać w wyjątkowe miejsce - zaoferował - Ale to w niedalekiej przyszłości. Jak trochę się sprawy wyprostują i będzie więcej wolnego... - zapewnił ją i wyglądało jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, jednak widząc poruszenie wśród innych brygadzistów zaniechał tego.

- Tamci ostatni ze znakami przejdą i ruszamy za nimi jako zamknięcie korowodu - oznajmił jeden z ministerialnych funkcjonariuszy wskazując na coraz mniej liczne skupiska ludzi.

Czy to oznaczało, że niedługo będzie już po całym wydarzeniu? W porównaniu z przodem protestu, tył był bardzo kulturalny i nie powodował większych problemów. Pomyśleć tylko co by się stało gdyby cały marsz tak wyglądał. Taka praca to byłoby coś pięknego, jednak realia były inne. Stanley jednak ucieszył się, że chociaż końcówka dnia będzie spokojna.

- Stello - zwrócił się do niej ostatni raz, ponieważ reszta brygadzistów już się zbierała aby wyruszyć za tłumem - Wyglądasz nieziemsko - skomplementował ją - Ale wróć do domu dla twojego bezpieczeństwa - zaproponował, bojąc się trochę, że tej może stać się krzywda jeżeli tutaj zostanie - Spotkamy się nie długo. Słowo Borgina! - wykrzyknął do niej i ruszył biegiem za resztą funkcjonariuszy.

Dla nich to nie był jeszcze koniec dnia. Musieli zaczekać, aż całe zgromadzenie się rozejdzie, a oni następnie udadzą się do ministerstwa na spotkanie. W końcu trzeba było podsumować ten cały harmider i sporządzić odpowiednie raporty albowiem przełożeni chcieli się dowiedzieć o wszystkim co tu miało miejsce. Zapowiadała się długa i ciężka noc przy akompaniamencie czarnej lury i stosu raportów do wypełnienia. Noc marzenie.




RE: [1969] Marsz praw charłaków || Stanley & Stella - Stella Avery - 02.03.2023

Do Stelli zaczęło wszystko powoli dochodzić. Powoli się uspokajała po tym, co przed chwilą przeżyła. Zaczęła oddychać spokojnie, negatywne emocje odchodziły w niepamięć. Właściwie to może nie do końca, bo uświadomiła sobie, dlaczego się tutaj znalazła. Wybrała się na spotkanie z Borginem, przypadkowo trafiła w ten tłum protestujących, który wcale nie był pokojowo nastawiony, a on chwilę wcześniej miał się jej jeszcze czelność pytać, co tutaj robiła? No rzeczywiście przyszła sobie protestować - idealnie pasowała do tego wrzeszczącego plebsu. Spogladała na niego uważnie. Na jej twarzy widać było rozczarowanie. Zawiódł ją okropnie i nie miała zamiaru udawać, że jest inaczej.

- Nie ma to jak obowiązki, najważniejsze to, żeby w pracy było widać, jaki jesteś zaangażowany. - Nie powinna mu dziękować za te ratunek, bo to przez niego w ogóle znalazła się w tej sytuacji. Zachowała się jak głupia trzpiotka, śpieszyła się na spotkanie z nim cała w skowronkach, a on miał ją gdzieś. Dawno nikt jej nie potraktował w ten sposób, raczej ludzie zabiegali o jej towarzystwo, a teraz została wystawiona i wpleciona przez to w tę okropną sytuację, gdzie mogła jej się stać krzywda.

- Nie no, oczywiście, nadgodziny nikomu nie zaszkodziło, niechaj wiedzą jaki jesteś ambitny. - Rzekła ironicznie. Splotła sobie ręce na piersiach, widać było, że się obraziła. - Nie to, żeby ktoś się spieszył, żeby się z Tobą spotkać i wylądował przez to w rozwścieczonym tłumie, no gdzie tam. - Mógł wyczuć, że bardzo ją zabolała ta cała sytuacja, nie miała zamiaru wzbudzać w nim poczucia winy. Niech wie, że przez niego się to wszystko wydarzyło.

- No tak trochę głupio, nie? - Na jej twarzy pojawił się kpiący uśmieszek. Trochę głupio wyszło, no kto by się spodziewał. Dobrze, że docierało do niego, że postąpił słabo. W tym momencie jednak to nic nie zmieniało. Stella została wystawioną pierwszy raz w swoim życiu, nie było to uczucie które znała, miała nadzieję, że był to pierwszy i ostatni raz, bo naprawdę mocno się wkurzyła. Sama zawsze pojawiała się wszędzie na czas i trzymała się terminów, jeśli już się z kimś umawiania. Najwyraźniej jej towarzysz nie miał takich zasad.

Zauważyła, że unika kontaktu wzrokowego, tym bardziej wpatrywała się w niego jeszcze bardziej intensywnie. Niech poczuje jej rozgoryczenie, szybko mu tego nie zapomni. Właściwie to była tak wkurzona, że wydawało jej się, że następnym razem po prostu zrezygnuje ze spotkania. W końcu skąd może wiedzieć, że po raz kolejny nie postanowi zostać dłużej a pracy, nadgodziny przecież jeszcze nikomu nie zaszkodziły.

- Co mogłeś zrobić? - Zirytowało ją to pytanie na tyle, że zeszła że skrzynki, na której chwilę wcześniej została posadzona. - Może mnie poinformować o tym, że się nie pojawisz? List, cokolwiek? - Szła całkiem powoli w jego kierunku i zatrzymała się tuż przed mężczyzną, uniosła głowę do góry, aby móc patrzeć w jego oczy. Zastanawiała się, czy w ogóle ma sobie coś do zarzucenia.

Westchnęła ciężko, kiedy tuż obok nich doszło do jakichś zamieszek. Stanley od razu zareagował i zostawił ją. Musiała czekać, aż skończy interwencję. Zdawała sobie sprawę, że sytuacja wokół nich była dosyć dynamiczna, jednak wcale nie powodowało to, że robiła się bardziej wyrozumiała. Zirytowała się cholernie tym wszystkim. Kto wie, co mogłoby się wydarzyć, gdyby nie wyciągnął jej z tłumu, z drugiej strony, gdyby nie on to wcale by się w tym tłumie nie znalazła. Miała ochotę krzyczeć ze złości, jednak się powstrzymała, zbyt wiele osób znajdowało się obok.

Była gotowa odwrócić się na pięcie i odejść stąd bez słowa, jednak Stanley pojawił się obok po raz kolejny. Westchnęła ciężko, nie do końca miała ochotę się z nim konfrontować i na niego patrzeć w tej chwili. Chciała już się znaleźć w swoim domu. Z dala od tego wszystkiego, bo trochę ją przerosła ta cała sytuacja. Musiała się odprężyć i uspokoić myśli. Przemyśleć tę całą sytuację. - Przepraszasz? - Odparła cicho, czy powinna mu uwierzyć? Nie znała go na tyle, aby ocenić, czy te przeprosiny są szczere. Obawiała się, że tak naprawdę ma ją gdzieś, co zresztą potwierdzało to, w jaki sposób się zachował. Może faktycznie powinna sobie odpuścić tę znajomość, skoro już na samym początku pojawiały się takie sytuacje.

- W niedalekiej przyszłości, jak się sprawy wyprostują? Czyli nigdy? Mam czekać wieczność? - Ponownie podniosła głos, bo zirytowało ją to, że nie umiał się określić. - Widać, jak się mną przejmujesz. - Mógł się pochwalić kolegom, że zna gwiazdkę z pierwszych stron gazet, ale co więcej? Nic. Zdecydowanie nie traktował jej poważnie. Zaczerwieniła się ze złości, a po policzku popłynęły jej łzy. Wkurzyła się tak bardzo, że zupełnie nie mogła nad tym zapanować.

- Nie zamierzam tu dłużej zostać. - Powiedziała jeszcze nim odwróciła się na pięcie. Na komplement w ogóle nie zareagowała, wydawało jej się, że jest wymuszony. Szła przed siebie szybkim tempem, nie oglądała się za siebie. Dawno nikt jej tak nie wyprowadził z równowagi. W Twoich snach. Nie zamierzała się z nim szybko spotkać, nie po tym, w jaki sposób ją potraktował. Wydawało jej się, że to koniec ich znajomości, która właściwie przeciez ledwo się rozpoczęła.

Avery dotarła do domu. Zdjeła z siebie tę nieszczęsną sukienkę, zmyła makijaż i zabunkrowała się pod kołdrą. Wypiła butelkę wina, towarzyszyły temu łzy, bo naprawdę poczuła się bardzo źle. Nie dość, że prawie została staranowana w tłumie, to facet z którym miała się spotkać najwyraźniej nie do końca się ją przejmował, bo wybrał pracę. Był to jeden z najbardziej rozczarowywujących wieczorów w jej życiu i pewnie szybko o nim nie zapomni.

Koniec sesji