[2 marca 1972] Lycoris i Leviathan / Kasyno - Lycoris Black - 02.03.2023
2 marca 1972
Aleja Horyzontalna, Kasyno
Lycoris Black i Leviathan Prewett
Kasyno, choć porą wieczorową, nie obfitowało w mnogość ludzi; głównie ze względu na środek tygodnia, w którym duszność ludzka urągała, niknąc niczym w mglistej przestrzeni. Deszczowa, kwietniowa pogoda obfitowała w marazm i wielorakość emocji, gdy niewinne krople rozbijały się o londyński bruk; w gruncie rzeczy, pora sennie bezsenna dopiero zastawała pod podszyciem gwiazd obecnych zaklętych w grach najróżniejszego rodzaju – część z nich z pewnością szukała adrenaliny, bardziej aniżeli zysku pieniężnego. Duszny dym papierosowy, który unosił się po przestrzeni, barwił sinym westchnięciem eter, przywdziewając w srebro, milkliwość i to, co robił najlepiej – rozlewając się nikotynowym posmakiem w ustach większości spośród obecnych.
Przenikliwość jej umysłu nie pozostawiała zbytku złudzeń – bezpardonowo rozgramiała resztę graczy umiejscowionych przy brudnozielonym stole, grających w pokera. Unoszony do warg co rusz papieros, podkreślało żarzące się, ogniste oczko umiejscawiające się gdzieś w dusznej atmosferze gry. Głęboki wdech puentował kolejną wygraną grę – poker królewski, puentę dla wygrywanych rozgrywek.
Nigdy nie ujmowała angażu, z którym toczyła grę w ramach jasnowidzenia – dar był wyjątkowo dobitny, jednak każdorazowo nie posuwała się doń, jedynie aby uświetnić swoje umiejętności; zresztą, sukcesy smakowały najlepiej, gdy obywały się bez oszustw pod tym kątem. Naturalnie, blefowała i robiła to z niemałą przyjemnością – jej upór prowadził ją ku szczytowi wygrywanych rozgrywek – nie było to jednak w żadnej mierze zaskarbione jasnowidztwem.
Rzuciła po raz kolejny karty na stół – kareta. Jej usta nie zadrżały w żadnej mierze w wyrazie niemego triumfu; przenikliwe spojrzenie umiejscowiło się gdzieś w przestrzeni.
– Czuję na sobie twój wzrok – rzekła, podnosząc się od stołu.
Odwróciwszy się, ulokowała spojrzenie bezpośrednio w obliczu Leviathana. I choć odbierała jego wzrok na sobie wyjątkowo dotkliwie, tak na pewno nie mogła powiązać go z konkretną postacią. Uniosła brwi wysoko, zdecydowanie zaskoczona jego obecnością. Wiedziała, iż wiązała go nić przyjaźni zarówno z Elliottem, jak i z Perseusem – nigdy jednak nie posiadała tej okazji, aby zawiązać z nim nić rozmowy na dłużej, niż ulotne sekundy.
RE: [2 marca 1972] Lycoris i Leviathan / Kasyno - Leviathan Prewett - 03.03.2023
Nie lubił tych wczesnomarcowych wieczorów, kiedy nie musiał nigdzie być, a dudniący o parapety rezydencji deszcz tylko podkreślał to, jak przytłaczająca potrafi być cisza czterech pustych ścian. Chwytał wtedy w przelocie płaszcz, a swoje kroki instynktownie kierował w stronę kasyna siostry - miejsca bardziej komfortowego, przytulnego i nawet mimo całego tego gwaru intymnego niż jakikolwiek salon, w którym przyszło mu kiedykolwiek gościć. I rozgaszczał się. Najpierw przy barze, kurtuazyjnym drinkiem, który przyjemnym drapaniem w gardle umilał rekonesans wśród stolików. Nie to, żeby roszady były tu częstym zjawiskiem; już na pierwszy rzut oka można było wyłapać znajome moczymordy, bardziej niż gorzałą cuchnące tylko desperacką potrzebą wygranej. Tych samych urzędników na etat i ojców na pół, przegrywających w ruletkę alimenty swoich dzieci. I tych samych dobrych obywateli i fatalnych mężów węszących za odrobiną adrenaliny i słodkim zapachem perfum przesadnie wulgarnych, młodziutkich czarownic. Z jednym małym wyjątkiem, podobnie beznamiętnie odpalającym jednego papierosa od drugiego, co wykładającym zwycięskie układy na stół. Wzrok opartego barkiem o automat do Jackpota Leviego w jakiejś marnej imitacji zaintrygowania zatrzymał się dłużej na profilu pochylonej nad pokerem sylwetki, raz po raz przysłanianej papierosowym dymem, który leniwie ulatywał z jego ust. Nie speszył się, gdy wstała. Nie opuścił wzroku, gdy podchodziła. Nie stracił rezonu, gdy się odezwała. Zmierzył tylko od góry do dołu zniekształconą doborem ubrań, choć wciąż niewątpliwie kobiecą sylwetkę, by ostatecznie w znajomym kośćcu twarzy odnaleźć odpowiedź na pytanie, z kim miał do czynienia.
- Nic dziwnego, gapiłem się przez całe ostatnie rozdanie - powiedział bez ogródek, kompletnie nieprzejęty faktem, że został przez nią przyłapany.
- Ale nie schlebiaj sobie, złotko. Wszyscy ci chłopcy - tu zrobił przerwę, by dłonią, w której trzymał wciąż żarzącego się papierosa, niedbałym gestem wskazać na niedawno opuszczony przez nią stolik - których właśnie tak zjawiskowo rozgromiłaś, to moi serdeczni koledzy. Musiałem się upewnić, że grasz czysto.
RE: [2 marca 1972] Lycoris i Leviathan / Kasyno - Lycoris Black - 03.03.2023
Papieros leniwie unoszony do ust, wydobywając się siwym dymem z płuc, osiadał na przestrzeni mknącą powierzenie akwarelą; srebrem uchodzącym z żarzącego się oczka, z którego kapał popiół, rozbijając się o brudnozielony stół do pokera. Zmrużone bacznie oczy, uchodzący z piwnych tęczówek wyraz mętności i jej stoicko spokojny obraz - jakby wcale nie ogrywała bandy mężczyzn w sporcie, w którym przecież lubili przodować. Karty nie były jej ulubioną formą hazardu; a jednak chłodny wzrok taksował każde oblicze, szukając objaw blefu. Wyczuwała gęste fluidy emocji rozbijające się z trzaskiem o powietrze, gdy wygrywała bezpardonowo po raz kolejny; ujmowało to naturalnie ich godności - jakże mogłoby nie. Była kobietą, w dodatku liczącą sobie trzydzieści mroźnych zim, widywana często na połach kasyna stanowiła dla stałych bywalców wyzwanie, któremu ciężko było się oprzeć. A ją zaczynało nudzić wygrywanie, pławienie się w triumfie i pieniądze - szukała w życiu adrenaliny, czegoś, co ją zaskoczy, a garść mężczyzn nie była zdolna, aby wykrzesać z niej choćby umowną odrobinę życia.
Podniosła się więc miękko z krzesła, bezsłownie żegnając współgraczy lekkim, acz urokliwym jak na nią, odgarnięciem włosów za ramię. Stanowiła w końcu klasę samą w sobie, a jej wysoka, koscista sylwetka, wyzbyta z kobiecych wdzięków zawierających się w chodzie, podkreślała wielokroć niebotyczne skupienie, które znaczyło jej policzki lekkim, acz nienachalnym rumieńcem. Bywała tutaj nader często, szukając zastrzyku adrenaliny; teraz ta krążyła w żyłach, acz nie miało to trwać długo - zbyt banalni w obejściu mężczyźni, niedorównujący jej biegłością umysłu i strategii, nie stanowili długiej pożywki dla głodnej wrażeń Lycoris.
Umieściła więc twarde spojrzenie w obliczu Leviathana. Coś niespokojnie zakuło ją w sercu, tak żądnym atrakcji i zaskoczeń, których doznawała na przestrzeni życia coraz mniej. Bo cóż, że młodość otwierała przed nią gładki pas startowy doznań, skoro żadne z nich nie karmiły wygłodniałej bestii zamkniętej w klatce płuc?; uniosła wysoko brwi na jego słowa.
- Granie nieczysto dawno mi się znudziło. Jaka zabawa w tym? Wygrywanie jest nudne; a jeszcze nie znalazł się ktoś, kto zdołałby mnie rozgromić - zmrużyła bacznie oczy, wykrzywiając barwione karminem wargi w nieładny, acz urokliwy uśmiech. - Może ty spróbujesz? Nie gram o satysfakcję, pieniędzy też mi nie brakuje. Zaskocz mnie - dodała po chwili, punktując dwa wymogi, które pierwsze zawitały na przejrzystej ścianie umysłu.
Zamilkła na moment, wzrok układając w jego mętnych tęczówkach; przez chwilę smakowała słów, które kłębiły się w gardle, aby po chwili wypłynąć w przestrzeń.
- No chyba że się boisz - dodała zaczepnie.
RE: [2 marca 1972] Lycoris i Leviathan / Kasyno - Leviathan Prewett - 05.03.2023
Kącik warg Prewetta wykrzywił dziwny rodzaj uśmiechu; takiego, który nie miał prawa sięgnąć oczu, choć przy tym nie pozbawionego krztyny humoru. Musiał bowiem przyznać, że słowa Lycoris, a raczej spowodowana nimi wizja odczucia w końcu choćby dreszczyka strachu, za dostarczenie którego gotów był nawet podziękować, wzbudziły w nim pewną wesołość.
- Nie grasz dla wygranej, pieniędzy, satysfakcji, ani nawet drobnego przebłysku ekscytacji z dobrze przeprowadzonego szulerstwa - wyliczył ostrożnie, uważnym spojrzeniem analizując zza kłębu dymu jej twarz, jakby próbował doszukać się w niej jakiejś wskazówki, w którym miejscu kończyły się granice jej marazmu. Pomyślał, że to w gruncie rzeczy całkiem przykre; wprawdzie nie dla niego, ale dla kogoś na pewno by było. Sam odczuwał raczej coś w stylu umiarkowanej ciekawości i sposobności na podjęcie nowego wyzwania. - Zostało ci coś jeszcze? O, tam? - sprecyzował, skinąwszy podbródkiem na środek jej mostka. Pytanie było więcej niż retoryczne, bo wcale nie marnował czasu w oczekiwaniu na jej odpowiedź. W mało eleganckim geście wrzucił niedopałek do szklanki whisky niczego nieświadomego, przechodzącego akurat obok czarodzieja, po czym skinął głową na Lycoris, niewerbalnie dając jej tym samym znać, by podążyła za nim. Sam zaczął zwinnie lawirować między skąpym tłumem ogarniętych szałem gry czarodziejów, by w końcu przez ciężką kotarę dostać się do przyciemnionego korytarza na tyłach kasyna. Krótkim machnięciem różdżki otworzył drzwi, przez które następnie wyjątkowo kurtuazyjnym gestem przepuścił pannę Black do środka.
Niewielkie pomieszczenie emanowało przyjemnym półmrokiem, rozświetlonym jedynie przez elegancki żyrandol zawieszony tuż nad stołem do pokera, który stanowił jego centralny punkt. Odsunął dla Lycoris jedno z obitych skórą krzeseł, a sam usiadł do stołu dopiero wtedy, gdy w milczeniu przygotował im doprawione lodem whisky przy stojącym nieopodal barku.
- W porządku. Możemy grać o nie... - na nieprzeżartym jeszcze smrodem dymu papierosowego, zielonym suknie blatu, tuż obok swojej szklanki, położył napoczęte już opakowanie Fasolek wszystkich smaków Bertiego Botta - ...albo sprawdzić, czy jest jeszcze coś, co sprawi, że krew zacznie szybciej krążyć w twoich żyłach. Wygrany zyskuje prawo do ugodzenia przegranego dowolną klątwą. Jakkolwiek paskudną - zaproponował z jakąś koślawą imitacją przekonującego uśmiechu, odkładając różdżkę na stół. - Wchodzisz w to?
RE: [2 marca 1972] Lycoris i Leviathan / Kasyno - Lycoris Black - 06.03.2023
Istotnie, od dawien dreszcz emocji nie przemknął po jej plecach na palcach, znacząc linię kręgosłupa gęsią skórką; od dawien ekscytacja nie przedreptała rumieńcem po jej twarzy; od dawien nie poczuła tego charakterystycznego ścisku gdzieś na dnie żołądka, gdy sprawy zaskakiwały ją swym obrotem. Lubiła twierdzić, iż widziała już absolutnie wszystko, a żaden spośród szkopułów wszechrzeczy nie był w stanie ujrzeć jej oczu otwartych szeroko i oddechu przyspieszonego, w rytmie z biciem zaklętego w marazm serca. Prawdopodobnie dlatego uniosła wysoko brwi, zupełnie jakby widziała go po raz pierwszy – choć niejednokrotnie mijała się z nim na korytarzach hogwardzkich, pośród gęsto rozwieszonych kandelabrów i atmosfery, w której unosił się miałki pył czasu. Nagle spojrzała jednak na niego inaczej, niż ze standardowym sobie znudzeniem; nagle wydawała się być niebanalnie zainteresowana.
– Jedynie martwe ptaki – odparła enigmą na jego pytanie, naciągając na ramiona marynarkę, która uwydatniała jej barki bardziej, aniżeli świadczyła wychudła fizjonomia. Dekolt, odrobinę zbyt duży, aby został na bankiecie uznany za stosowny i przykładny, ukazywał wydatnie ten mostek, w którego sam środek skinął.
Ruszyła za nim bezsłownie, lawirując między zebraną ciżbą czarodziejów o twarzach poruszonych jak te wykrzywione maski weneckie. Wartościowała okazy emocji rozgrywające się na ich scenach; po każdym była w stanie wywnioskować, jakie karty dzierżył w dłoni, gdyż istotnie tą osławioną pokerową twarzą mało kto był w stanie się poszczycić. Po chwili jednak, spojrzenie utkwiła w jego plecach; przerastał ją jedynie o mikre centymetry, gdyż niewysokie obcasy, których stukot zwiastował jej ciężką w obyciu obecność, pozwalały jej mierzyć dumne metr osiemdziesiąt kostuchy o zapadłych policzkach i oczach wielkich, acz mętnych.
Usiadła przy stole powleczonym brudnozielonym suknem, wzrok na moment zatrzymując w oczętach błyskającego kryształem żyrandola. Przyjąwszy szklankę wypełnioną whisky, nieomal natychmiastowo uniosła ją do warg, chcąc poczuć cokolwiek; nawet, jeśli miałby to być cierpki smak rozlewający się po ustach.
Jakkolwiek bardzo by to wypierała – poczuła coś na kształt ekscytacji; zwłaszcza, gdy Leviathan zaproponował zakład; a zakłady przecież okrutnie lubiła. Wreszcie poczuła ten dreszcz emocji, żaden jednak z całunów nie odbił się na jej obliczu, zaklętym nieomal jak zawsze w mglistą otchłań bez wyrazu.
– Wchodzę – odparła miękko. – Tylko nie płacz potem – dodała po chwili namysłu, biorąc karty w dłoń.
Zatopiła w skupieniu wzrok w figurach tańczących na kartach, uwydatnionych w umyśle przez sowite procenty krążące w żyłach bezpardonowo.
[roll=1d100]
|