![]() |
|
[1 kwietnia 1972] Mortimer&Leviathan - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118) +---- Dział: Ministerstwo Magii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=17) +---- Wątek: [1 kwietnia 1972] Mortimer&Leviathan (/showthread.php?tid=1051) |
[1 kwietnia 1972] Mortimer&Leviathan - Mortimer Slughorn - 02.03.2023 Napędzany hektolitrami kawy i silnym wewnętrznym przekonaniem, że należy mu się w końcu jakiś sukces w pracy, nie spał z dwa albo trzy dni, majstrując zawzięcie przy formule zaklęcia, które przy dobrych wiatrach i odrobinie szczęścia miało szansę za jakiś czas uruchamiać portale czasoprzestrzenne. Jednocześnie, manipulując raz po raz czasem przy pomocy nieodzownego już w jego życiu zmieniacza, co kilka godzin dublował swoją obecność i, zaszyty w ciasnym kantorku przy laboratorium, bazgrolił zawzięcie wnioski w stosach bezsensownych raportów, o które upominał się szef; w końcu zaczęło mu się trochę mylić, która rzeczywistość jest teraźniejszością, a która przeszłością, ale nie poddawał się. Chociaż może powinien. W kluczowym momencie chyba trochę mu się przysnęło, obraz rozmazał, ręka dzierżąca różdżkę omsknęła się, a eksplozja towarzysząca rzuconemu na oślep eksperymentalnemu czarowi miała taki impet, że całe Ministerstwo zadrżało w posadach, a przerażający huk pewnie usłyszeliby mieszkańcy mugolskiej części Londynu, gdyby całe piętro nie było wyciszone czarami. Nieprecyzyjnie wycelowane zaklęcie odbiło się rykoszetem prosto w Morty’ego, a towarzyszyło mu uczucie porównywalne do rażenia prądem; było to skandaliczne porażenie przepisów Bezpieczeństwa i Higieny Czarów, ale on wcale nie postrzegał tego incydentu jako wypadek. Raczej przełom. Nie potrafił tego w racjonalny sposób wyjaśnić, ale miał dziwne wrażenie, że coś jest inaczej. Naturalnie natychmiast wykiełkowała w nim nieśmiała myśl, że o Merlinie, co jeśli się udało - wystrzelił więc z laboratorium jak zaklęcie z różdżki i gnał co sił przez opustoszałe labirynty korytarzy Departamentu Tajemnic, i schodami w dół, bo adrenalina buzująca mu teraz w żyłach nie pozwoliłaby ustać spokojnie podczas podróży windą. Z jednej strony, nie do końca dowierzał w to, że czar mógł rzeczywiście zadziałać, w końcu był dopiero w bardzo pierwotnej fazie testów; z drugiej, nie byłoby to pierwszy raz kiedy niesamowite odkrycie przychodziło znienacka, zaskakując każdego z wynalazcą na czele. Biegł po schodach, przeskakując po dwa stopnie na raz i cudem tylko, jak niesiony na skrzydłach sukcesu, nie upadł i nie skręcił sobie kręgosłupa, aż dotarł na trzecie piętro, na które wpadł z impetem, wyskakując zza rogu i ślizgając się po posadzce - bo było już po godzinach, korytarze świeciły więc tylko i wyłącznie pustkami oraz świeżo potraktowaną Chłoszczyściem podłogą - aż dziki sprint został przerwany, gdy z impetem na coś wpadł. Rozgorączkowany i pozbawiony snu od skandalicznie długiego czasu ledwo widział na oczy, dlatego w pierwszym odruchu myślał, że znienacka wyrosła przed nim ściana, wystarczyło jednak parokrotnie zamrugać, odzyskać ostrość wzroku i skupić nieco rozproszone myśli, by się zorientować, że stał przed nim człowiek; zatoczył się lekko, tracąc na moment równowagę w wyniku kraksy, ale po raz kolejny udało mu się zachować względny pion - chociaż ledwo oddychał, a serce biło mu w piersi jak szalone i prawdopodobnie gdyby na miejscu był jakiś uzdrowiciel, zdiagnozowałby mu teraz stan przedzawałowy. A kiedy wreszcie podniósł wzrok żeby się przyjrzeć się jegomościowi i, jak tylko złapie oddech, zapytać który mamy rok oraz uprzejmie przeprosić za ten wypadek, rozpoznał natychmiast znajomą twarz, na widok której wszystkie neurony w mózgu w mig przestały ze sobą współpracować. Gapił się na mężczyznę jak skrzat na skarpetę, niezdolny ani do tego by wykrztusić z siebie jakiegokolwiek słowa ani by się ruszyć; po prostu zastygł w miejscu, zupełnie nie mogąc przetworzyć tego, co się właśnie działo. RE: [kwiecień 1972] Morty&Levi - Leviathan Prewett - 02.03.2023 Pobyt w Azkabanie zmienia człowieka. Leviathan szczęśliwie nie miał jakże wątpliwej przyjemności, by przekonać się o słuszności tej teorii na własnej skórze (choć przecież mało brakowało, a sam oglądałby świat zza krat), ale słyszał to i owo od kolegów ze stolika w kasynie i zdał sobie sprawę, że dnia by w tak smutnym jak pizda trolla miejscu nie wytrzymał. Dlatego diametralnie zmienił swoje życie. Teraz, gdy tylko wpadł na jakiś lukratywny finansowy machloj, zapobiegawczo najpierw konsultował go z nieodpowiednim człowiekiem na odpowiednim stanowisku, kanclerzem skarbu, starszym nad galeonem, ale przede wszystkim jego serdecznym przyjacielem - Elliottem. Znaczy, skonsultowałby, gdyby ten tleniony leser kiedykolwiek parał się uczciwą pracą za grube pieniądze z kieszeni podatników i można było go zastać w robocie. Mimo tego, że Prewett w biurze kuzyna nie był ani zapowiedziany, ani oczekiwany, oburzył się do tego stopnia, że nie raczył spojrzeć na zegarek i dojść do zgoła logicznego wniosku, że nawet jeśli Malfoy uczciwie podszedłby do wykonywanych przez siebie obowiązków, to i tak było już długo po etatowych godzinach pracy urzędników i ten pewnie już trenował łydy ujeżdżając swojego rumaka albo wybierał kolejny niebotycznie drogi garnitur. Obmyślając w głowie, których paskudnych inwektyw użyje w liście do Elliotta, przystanął na środku korytarza, by przypomnieć sobie w którą stronę do wyjścia. Sprawa nie była łatwa, bo ostatnio gdy gościł w Ministerstwie, panowie aurorzy byli tak mili, że sami odprowadzili go gdzie trzeba, w eleganckich bransoletkach w dodatku. Drogą dedukcji doszedł do wniosku, że te kominki to chyba na parterze były i już-już zaczął kierować się w stronę windy, gdy na pustym holu zapanowało jakieś straszne zawirowanie, a jego uszu doszedł przeszywający pisk, jakby podeszwy ślizgającej się na świeżo wypastowanej posadzce. Nim jednak zdążył zlokalizować źródło dźwięku, przyczyna całego zamieszania wpadła w niego z całym impetem. Mimo refleksu szachisty, instynktownie wyciągnął ręce, by uchronić sprintera od niechybnego spotkania z podłogą i przytrzymać go za ramiona we względnym pionie. Dopiero, gdy pierwszy szok spowodowany kolizją ustąpił miejsca zwykłej jasności umysłu, Levi mógł sprawdzić, czy wszystko z tamtym w porządku. Powoli podnieść wzrok z dłoni pewnie ułożonych na materiale szaty, która nie miała prawa aż tak bardzo odstawać od reszty stroju, a tym samym tak bardzo do niej pasować, przez szczupłą sylwetkę, aż w końcu po przekrwione zmęczeniem i podkreślone ciemnymi sińcami oczy, które kiedyś patrzyły nie tylko z innego poziomu, ale i z innym wyrazem. Chociaż wciąż tak samo jasne, tak samo zbijające z tropu. Odchrząknął, starając się odzyskać właściwy sobie rezon. - Słodkie nieba, Morty - zaoferował w końcu, po zdającej się trwać wieki chwili bezczelnego gapienia się na siebie. Najrozsądniej byłoby upewnić się, że wszystko z nim w porządku, szybko wyminąć i odejść, ale… - Trzynaście lat później, a ty ciągle biegniesz - zauważył przytomnie, przywołując na twarz szelmowski uśmiech. Poprawiwszy delikatnym strzepnięciem materiał na szczupłym ramieniu Slughorna, zwolnił uścisk dłoni, by ostatecznie niedbałym gestem schować je w kieszeniach spodni. Z przechyloną lekko głową i nieodgadnionym wyrazem twarzy otaksował sylwetkę Mortimera, by z szybkich ruchów klatki piersiowej wywnioskować, że sprint nie był dla niego formą rozrywki i najpewniej biegał tylko wtedy, gdy musiał. Klasyczny Morty. Rozejrzał się ponad jego ramieniem, by dojść do wniosku, że znikąd nie nadchodziło żadne realne zagrożenie życia (chyba że Slughorn miał jakiś zatarg z panem woźnym, kto wie), po czym powrócił wzrokiem do wciąż wyraźnie wytrąconego z równowagi Mortimera. - Dlaczego ty ciągle biegniesz? RE: [kwiecień 1972] Mortimer&Leviathan - Mortimer Slughorn - 03.03.2023 To było niemożliwe. Mniej prawdopodobne niż to, że dokonał przełomowego odkrycia i rzeczywiście przeniósł się gdzieś za pomocą czarów. W pierwszym odruchu pomyślał, że zwyczajnie się pomylił, że tak naprawdę wpadł na na przykład wyjątkowo tego dnia wyelegantowanego woźnego i ten zaraz zdzieli go przez łeb mokrym mopem, bo tak, mieli ze sobą zatarg będący wynikiem absolutnie nie złośliwości, a zwykłego roztargnienia Mortimera, który raz czy dwa zupełnie niechcący śmignął podeszwą roboczego chodaka po mokrej jeszcze posadzce, co zostawało odbierane jako osobista zniewaga i doprowadzało woźnego do czystej furii. I o ile faktycznie pierwszy rzut oka na postawną sylwetkę czy dyskretnie poskromione Ulizanną włosy mógł dawać złudne wrażenie że to ktoś obcy, o tyle ściskające pstrokaty materiał mieniącej się każdym istniejącym odcieniem fioletu szaty dłonie i zawadiacki błysk czający się w oczach podczas uśmiechu były tak bardzo znajome, jakby czas się w nich zatrzymał te trzynaście lat temu. I nie do podrobienia przez choćby najwierniejszego sobowtóra. Usilnie próbował wydać z siebie jakiś inny dźwięk niż spazmatyczny świst spanikowanego gumochłona w agonii, ale nie dał rady, tak samo jak przywołać na twarz uśmiechu, gdy Levi wykazał się trzeźwością umysłu równie godną podziwu co wcześniej refleksem. Dopiero zadane chwilę później pytanie jakby nieco go otrzeźwiło - a może po prostu minęło wystarczająco dużo czasu, by odzyskał zdolność mowy. - Dlaczego... tyle ci zajęło, żeby mnie złapać. - odparł bez zastanowienia, łapiąc w końcu głębszy oddech który pozwolił na wypowiedzenie pełnego zdania i odruchowo odwrócił się przez ramię w ślad za wzrokiem rozmówcy, żeby skontrolować, czy rzeczywiście nikogo za nim nie ma. Na pewno nikt go nie gonił? Po co właściwie biegł? Przez chwilę sam już zwątpił - we wszystko, łącznie z tym czy Prewett nie jest czasem wytworem jego wycieńczonego umysłu. Jakimś ministerialnym mirażem. Skupił znów uwagę na jego osobie, a chociaż kontakt wzrokowy zawsze wywoływał w nim pewnego rodzaju dyskomfort, to teraz wbił błędne spojrzenie w niebieskie tęczówki, jakby to w nich chciał znaleźć potwierdzenie tego, że wszystko co ma tu miejsce, dzieje się naprawdę - i wyjaśnienie, jak to możliwe. Na razie dużo bardziej rozgorączkowany faktem swojego niesamowitego, przypadkowego zaklęcia niż tym, że stoi twarzą w twarz z człowiekiem, którego trzynaście lat wcześniej skandalicznie porzucił w ciemnym kącie szkolnych lochów i dawno przestał mieć nadzieję, że jeszcze kiedykolwiek porozmawiają, zrobił krok w jego stronę i prawdopodobnie brzmiał jak niespełna rozumu, kiedy pytał tonem jednocześnie nieobecnym i przejętym:- Levi… gdzie my jesteśmy? Albo k i e d y? Jaki mamy rok? - i nagle do niego dotarło, że na korytarzu cały czas jest przeraźliwie pusto i cicho. Jak na kogoś, kto próbował władać czasem, bardzo często tracił jego poczucie i nie pomyślał ani przez moment, że znów zabalował w pracy srogo po godzinach. - Gdzie są wszyscy? - a kiedy i to pytanie padło, dotarło do niego, że nie zapytał o najważniejsze: - Nie... dlaczego t y jesteś... t u t a j? - i pokręcił głową, skonsternowany, jakby tym ruchem chciał wyrzucić z mózgu ten natłok pytań i wątpliwości. RE: [kwiecień 1972] Mortimer&Leviathan - Leviathan Prewett - 03.03.2023 Gardło Leviego opuścił krótki, pozbawiony humoru i odrobinę nerwowy śmiech. Mniej niż odpowiedzi Morty’ego na swoją zuchwałą zaczepkę spodziewał się chyba tylko tego, że ten będzie w stanie zbić go nią z pantałyku. Albo ktokolwiek i czymkolwiek, w gruncie rzeczy. Doświadczenie te było na tyle dziwne i nowe, że Prewett przez dłuższą chwilę zwyczajnie nie wiedział, co ze sobą zrobić; stał więc i patrzył, wdzięczny wyćwiczonej twarzy, która tylko lekkim ściągnięciem brwi zdradziła wewnętrzne rozedrganie, tak kompletnie mu obce. Bo nie wiedziałem, że chciałeś być złapany - nawet nie przemknęło przez myśl, a zadudniło z mocą, kiedy usilnie próbował nie uciec wzrokiem od rozwartych szeroko i wyczekujących odpowiedzi oczu Slughorna. Walkę tę przegrał z kretesem, więc dla zachowania pozorów razem ze spojrzeniem opuścił głowę, po czym pokiwał nią lekko jakby z rozbawieniem. -Bo jak na kogoś postury nieśmiałka jesteś całkiem, kurwa, szybki - wypalił chwilę później, ponownie równając się wzrokiem z Mortimerem; w jego tonie nie było jednak ani krztyny pokpiwania, jedynie mizernie maskowane poddenerwowanie. I może coś na kształt nadziei, że uda mu się rozładować zgęstniałą między nimi atmosferę, która - przynajmniej jego - uwierała w krtań niczym zbyt ciasno zawiązany krawat. Szczęśliwie lub nie, Slughorn legitymował się podobnym poziomem umiejętności radzenia sobie w niezręcznych chwilach interakcji społecznych i równie szybko zmienił temat serią kilku dziwnych pytań. Prewett powiódł wzrokiem za Mortym. No jak to gdzie są? Nie do końca zrozumiał sens zadanego pytania, jakby gdzieś w jego banalności czaił się jakiś podstęp. - Morty, wszystko w porządku? - spytał nieco podejrzliwie. Postąpił krok w przód, a jego dłoń nieznacznie wysunęła się z kieszeni spodni, jakby w pierwszym instynkcie uznał, że przyłożenie jej do policzka Mortimera i sprawdzenie temperatury będzie dobrym rozwiązaniem na wyjaśnienie tajemnicy jego niecodziennego zachowania. Wsunął ją jednak z powrotem, by z nikłym wyrazem konsternacji odmalowanym na twarzy przyjrzeć się przyjacielowi; poszarzała ze zmęczenia cera i nieprzytomny wyraz oczu sugerowały, że jego głowa już dawno nie spotkała się z poduszką. Natomiast rozbiegane spojrzenie i szczera dezorientacja, w połączeniu z nietuzinkowym polem zainteresowań Slughorna i milionem przedziwnych pytań stanowiły niezbite wręcz dowody na jedno: Morty’ego zmiotło z planszy, a może nawet i z całego wymiaru. Jakby jego nieszczęść było mało - wprost w ramiona Leviathana. - Żartujesz czy…? - zapytał, nachylając się lekko w stronę Slughorna i teatralnie naśladując zaniepokojenie. - Oh. Nie żartujesz - podsumował z powagą chwilę później, gdy mina Morty’ego pozostawała tak samo skonsternowana, jeśli nie bardziej. - Nie ma tu nikogo, bo wszyscy poszli do domu. Jest już dawno po godzinach pracy, a ty i ja musieliśmy najwyraźniej trochę się zasiedzieć - zaczął od najbezpieczniejszej porcji informacji, z aktorską wręcz wprawą siląc się na wyrozumiałość w mimice i głosie. - Jest 1975 rok i jesteśmy w Ministerstwie Magii. Ja dlatego, że tu pracuję - skłamał gładko. - A ty, Morty? Jak ci się wydaje, co ty tu robisz? - spytał, postanawiając pozwolić przyjacielowi dołączyć do siebie na scenie. I przekonać się, jak bardzo Mortimer zgubił wątek. RE: [kwiecień 1972] Mortimer&Leviathan - Mortimer Slughorn - 03.03.2023 Był zbyt zajęty własnymi myślami, których kłębiło mu się w głowie tyle, że naprawdę nie zdziwiłby się gdyby zaczęły mu ulatywać uszami, by dostrzec te nikłe, starannie maskowane oznaki zmieszania w twarzy i zachowaniu Leviego; w każdych innych okolicznościach poddałby interpretację każdego gestu bardziej wnikliwej analizie, próbowałby między wierszami wyczytać, czy na pewno jest na tym korytarzu mile widziany czy może jednak zdecydowanie lepszą opcją byłoby się wycofać - może niekoniecznie desperackim sprintem, jak poprzednim razem, ale tak normalnie, w sposób cywilizowany - niestety, obecnie do logicznego myślenia było mu tak blisko jak Prewettowi do uczciwej pracy. I kiedy przyjaciela dusiła gęsta atmosfera, on czuł przede wszystkim palącą potrzebę dowiedzenia się, czy na pewno znajdował się nadal w tym samym Ministerstwie, co parę minut wcześniej. Wszystko inne było nieważne. Nie teraz. - A może to ty jesteś wolny - odparował, mimowolnie odbijając ripostę tak jakby od tego, kto w tej wymianie zdań będzie miał ostatnie słowo, cokolwiek zależało; a przecież tak naprawdę liczyły się tylko te odpowiedzi, których Levi miał mu zaraz udzielić, na które czekał z napięciem powoli zastępującym ekscytację, bo w chwili gdy rozmówca, zamiast rozwiać wątpliwości i przedstawić satysfakcjonujących wyjaśnień, zaczął dociekać, czy aby na pewno wszystko w porządku, nadzieja przejawiająca się dzikim błyskiem w oczach zaczęła ustępować rozczarowaniu. Prewett przez moment wyglądał, jakby miał zamiar wziąć go pod pachę i zaprowadzić na kozetkę jakiegoś mungowskiego konowała, tak jak nie raz już się zdarzało, gdy w przeszłości tracił kontakt z bazą. - Ty mi powiedz - odpowiedział ponaglająco, gotów zniecierpliwionym gestem odepchnąć tę dłoń - która ostatecznie nigdy nie sięgnęła do jego policzka, bo wylądowała znów w kieszeni - bo nie miał czasu na takie ceregiele. Zbył milczeniem pytanie czy żartuje, uznając że szkoda strzępić języka na takie oczywistości - był poważny jak avada. Jak mało kiedy. Z każdym słowem Leviego bezwiednie przysuwał się coraz bliżej, słuchając w skupieniu i otwierając oczy jeszcze szerzej, jakby miał dzięki temu lepiej zrozumieć szokujące - i bardzo wyczekiwane - rewelacje, które… potwierdzały jego teorię. - Nie może być - wymamrotał do siebie i zadreptał nerwowo w miejscu, procesując te informacje z takim zaangażowaniem, które nie pozwalało mu na jednoczesne wydawanie z siebie dźwięków. Naturalnie, uwierzył Leviathanowi na słowo, uwierzył natychmiast i nawet nie przyszłoby mu do głowy, by prosić o potwierdzenie - list z datą, gazetę, cokolwiek - bo, co tu dużo mówić, temu człowiekowi uwierzyłby bez wahania nawet gdyby mu powiedział, że blond na głowie Malfoya to naturalny odcień. Może to była zasługa ich wieloletniej przyjaźni i pielęgnowanego w sercu od lat sentymentu, może tego szelmowskiego uśmiechu, a może po prostu był głupi i naiwny. I niewyspany. I szurnięty. - Na rany Merlina, Levi - kiedy w końcu do niego dotarło z pełną mocą to, co usłyszał, miał wrażenie że kolana ma jak potraktowane zaklęciem galaretowatych nóg i musiał się przytrzymać tego odzianego w szykowną marynarkę ramienia, żeby nie paść jak długi na podłogę; ściany korytarza zawirowały jak w kalejdoskopie, ale to nie przeszkodziło mu w tym, żeby w końcu się uśmiechnąć, szeroko i być może nieco szaleńczo. - Weźmiesz mnie za wariata, ale... Słuchaj tego. Zanim wybiegłem z laboratorium… pięć minut temu… był rok 1972 - wyznał szeptem, nachylając się konspiracyjnie nad ramieniem mężczyzny, bo nie chciał, by ta wieść dotarła do uszu kogokolwiek innego, kto mógłby się czaić w ciemności albo stać za drzwiami któregoś z biur ze szklanką przytkniętą do ucha. - Przeniosłem się w czasie - sprecyzował, w razie gdyby przyjaciel nie był w stanie tak szybko łączyć ze sobą kropek i by zapobiec ewentualnej nadmiernej konsternacji, po czym, wciąż uwieszony jego ramienia, z odległości ani trochę nie szanującej cudzej przestrzeni osobistej, przyjrzał się Leviathanowi badawczo, by wyłapać na ile ten uwierzył w jego słowa. RE: [kwiecień 1972] Mortimer&Leviathan - Leviathan Prewett - 05.03.2023 W odpowiedzi na ripostę Mortimera jedynie uniósł nieznacznie dłonie na wysokość klatki piersiowej w geście całkowitego poddania tej partii. Jakkolwiek trudno było mu się do tego przyznać, przegrał już w debiucie, który nie rozpoczął się tu, na korytarzu ministerstwa, a jeszcze długie lata temu w Hogwarcie. Nie było jednak co opłakiwać zmatowanego króla, kiedy na szachownicy pojawiło się nowe ustawienie a na horyzoncie znacznie wyższa stawka. Z dobrze udawanym nerwowym wyczekiwaniem przyglądał się Mortiemu, łączącemu podrzucone mu fakty niczym dziecko kropki na kolorowance pod czujnym okiem rodzica, który już dawno rozszyfrował finalny kształt całego dzieła. - Co? Co takiego? - dorzucił nawet dla lepszego efektu, kiedy tamten tak miotał się w miejscu, starając się odnaleźć jakiś sens i logiczne wyjaśnienie dla nowego położenia, w którym się znalazł i które przecież tak naprawdę wcale nie istniało. No, a przynajmniej poza umysłem Leviego i teraz również rozgorączkowanego Mortimera. Z wielkim, choć w dalszym ciągu pozbawionym choć knuta szczerości zaangażowaniem i skonsternowaniem manifestującym się w ściągniętych brwiach śledził każdy nerwowy gest przyjaciela, bardziej niż kiedykolwiek przypominającego teraz szalonego naukowca rodem z gotyckich powieści okresu romantyzmu. Różnica polegała na tym, że w przeciwieństwie do potwora Frankensteina, ten Morty’ego w gruncie rzeczy nigdy nie ożył i był ledwie kolażem pozszywanych ze sobą szczątków ciał, poruszanych niewidzialną nitką przez okrutnego lalkarza spoza kadru. A Morty naprawdę tracił zmysły. Wzrok Prewetta z zaciśniętych na własnym ramieniu palców gładko prześlizgnął się na rozemocjonowaną twarz Slughorna - lśniące podekscytowaniem oczy i lekko drżące wargi, które z taką ufnością zdradzały mu teraz sekrety czasoprzestrzeni i nowych wymiarów. Chciał czuć się winny. Powinien czuć się winny, jednak wszelkie wyrzuty sumienia momentalnie zostały zepchnięte w tył głowy, całkowicie ustępując miejsca niezdrowemu podekscytowaniu związanemu z wyjątkowo dobrą rozgrywką, w której zamiast własnych bierek poświęcał drugiego gracza - jego szalony gambit. - Na litość Merlina, Morty! - syknął desperacko, niemal z trwogą. Wnętrze jednej z dłoni przyłożył do ust Slughorna, drugą zaś stanowczo, choć z należytą ostrożnością przycisnął go do pobliskiej ściany. W końcu głupio byłoby wyrządzić w jego głowie jeszcze więcej szkód niż dotychczas. Zapobiegawczo rozejrzał się wokół, by upewnić się, że na pewno zostali na korytarzu sami, po czym nachylił się konfidencjonalnie nad Mortym, ściszając głos niemal do szeptu. - Milcz i słuchaj uważnie, jasne? Jest 1 9 7 5 rok. Sam-wiesz-kto przejął ministerstwo i władzę nad całym czarodziejskim światem, a podróże w czasie i między wymiarami zostały całkowicie zakazane, odkąd członkowie oporu próbowali wykorzystać je jako metodę do odwrócenia skutków przewrotu. Oni nie biorą więźniów, rozumiesz? - zatrzymał się na chwilę, potwierdzenia szukając we wlepionym w niego spojrzeniu Morty’ego, jako że własną dłonią w dalszym ciągu uniemożliwiał mu mówienie. Opuścił ją dopiero, gdy wydawało mu się, że je odnalazł, drugą z nich wciąż przyszpilając bruneta do ściany. - Moje mieszkanie jest nieopodal, ukryję cię tam do czasu aż wymyślimy, co zrobić dalej. Wyjdziemy stąd teraz jak gdyby nigdy nic. Nie rozglądaj się, nie gap, nie rozmawiaj z nikim. Po prostu zaufaj mi i idź za mną, w porządku? - spytał co najmniej jakby w tym wymiarze Morty miał jakiekolwiek inne wyjście. Koniec sesji
|