[Czerwiec 1969] Druga szansa || Stanley & Stella - Stanley Andrew Borgin - 03.03.2023
adnotacja moderatoraRozliczono - Stanley Borgin - Piszę, więc jestem
Rozliczono - Stella Avery - osiągnięcie Piszę, więc jestem
- Czerwiec 1969 -
Londyn
Stanley jak to zwykle miał w zwyczaju siedział w Ministerstwie i zajmował się uzupełnianiem dokumentów. Nigdy nie był za dużym pracoholikiem, jednak kiedy wymagała tego od niego sytuacja to nie widział żadnego problemu, aby zostać trochę czasu po pracy. Ewentualnie kilka bądź kilkanaście godzin. Tak jak to miało miejsce podczas niedawnego marszu Charłaków. Na tej dokładnie manifestacji, gdzie wszystko poszło nie tak jak powinno. Odkąd doszło do małego nieporozumienia ze Stellą, nie odzywali się do siebie. Chociaż, jakby ktoś chciałby być dokładny to musiałby zauważyć fakt, że to raczej ona nie dawała żadnego znaku życia pomimo wielu prób Stana. W samym zeszłym tygodniu próbował się z nią skontaktować przez różne media co najmniej kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt razy. Wszystko jednak całkowicie bezskutecznie. Po dziewczynie nie zostało nic. Jedynie może żal, który męczył go codziennie za to jak się wtedy zachował. Czy to nie była już wystarczająca kara?
Od momentu tego feralnego spotkania poza poszukiwaniem dziewczyny zajmował się tylko i wyłącznie pracą. I to w nałogowym stopniu, którego wcześniej w swoim życiu nie doświadczył. Podejmował się każdego dodatkowego zadania, które był w stanie tylko znaleźć. Próbował udowodnić coś swoim przełożonym? Nie. Nic nie musiał pokazywać Markowi. Jego nienaganna służba, ponad wymiarowy czas pracy i ogólnie pozytywny sprawunek powodowały, że nie musiał czuć się zagrożonym w departamencie.
Dopiero po którejś zarwanej nocce, nie związanej z jego bezsennością, a nadgodzinami, zorientował się, że ten cały wysiłek to była jego próba pogodzenia się z tym co miało miejsce kilka tygodni temu. A może tak naprawdę było próbą wypełnienia pustki, która powstała po tamtym dniu? Stanley nie zakładał nawet takiej możliwości. Przecież nie było to możliwe. Znali się dopiero kilka miesięcy. Z drugiej strony serce nie sługa.
Harmider myśli po uświadomieniu sobie niektórych rzeczy, spowodował w jego głowie jeden wielki huragan, który bezlitośnie powywracał wszystko do góry nogami. Siedział nad dokumentami niemal w stanie hipnozy, trzymając pióro w prawej dłoni i wpatrując się w prawie skończony raport przed sobą. Nie wiedział ile czasu spędził tak “ślęcząc”, jednak wielka plama po środku kartki wskazywała na to, że trochę mu zeszło zanim się ocknął. Tak naprawdę to nawet nie on sam, co Samuel, który akurat przyszedł do niego z pytaniem. Nie usłyszał jednak tego pytania i powrócił do świata żywych dopiero kiedy tamten go potrząsnął.
- Stanley żyjesz? - zapytał go, a następnie pomachał mu przed twarzą.
- Tak, tak. Ciężki tydzień po prostu - odparł odkładając pióro do kałamarza aby następnie przetrzeć swoje zmęczone oczy. Po chwili zajrzał do swojego kubka i pociągnął trochę lodowatego napoju. Jego kawa była zimna niczym trupy leżące w biurze koronera obok. Przysiągłby, że robił te lurę jakieś dwadzieścia minut temu.
- Jesteś pewny, że wszystko jest okej? Nie byłeś w domu już chyba z trzeci dzień - upewniał się jego zaniepokojony przyjaciel.
- A skąd Ty możesz takie rzeczy wiedzieć?! - spojrzał na niego oburzony. Czy Samuel nie miał co robić w departamencie, tylko chodził i go szpiegował? Zaraz mu znajdzie dodatkową robotę jak mu się tak nudzi i brakuje mu zadań. No już zaraz da mu popalić za te krzywe akcje.
- Nie. Nic z tych rzeczy - zaprzeczył słowom Stana - Przewiesiłem Twój płaszcz do swojego biura we wtorek i nadal tam wisi, a wiem, że w życiu byś bez niego nie opuścił ministerstwa - wytłumaczył mu. Co gorsza w tym wszystkim, miał całkowitą rację. Borgin nigdy nie wyszedłby z budynku ministerstwa bez swojego ulubionego odzienia.
Teraz, kiedy zdał sobie z tego sprawę, schował twarz w dłoniach. Sytuacja sprzed kilku, bądź kilkunastu tygodni właśnie się powtarzała. Ktoś przychodził, coś chciał, a na koniec okazywało się, że mówi jak jest. Dokładnie tak jak to miało miejsce ze Stellą.
- Dlatego się o Ciebie martwię - położył dłoń na plecach przyjaciela - Przemęczasz się strasznie. Ja to wszystko widzę. Od dłuższego czasu tracisz ludzkie barwy z twarzy, a twoje oczy są coraz bardziej podkrążone. Jeżeli mogę coś dla ciebie zrobić to powiedz… - Samuel próbował przemówić mu do rozsądku - Albo jak nie chcesz mówić to idź do szpitala. Do Munga. Tam tobie pomogą fachowcy
Stanley poczuł jak po jego dłoniach spłynęło kilka łez. Nie miał pojęcia dlaczego. Do tej pory nie zdarzało mu się płakać prawie w ogóle. Nigdy nie potrafił znaleźć żadnego powodu aby uronić chociaż najmniejszą z kropel. A teraz to się właśnie stało? A może z tego wszystkiego było to po prostu fata morganą? Prawda była jednak inna. Chłopak pozwolił aby ta cała sytuacja go przytłoczyła. Nie potrafił sobie z nią poradzić samemu pomimo, że żadne ze znanych mu metod nie pomagały. Jego duma i honor nie pozwalały mu jednak prosić o pomoc. Kto to widział, aby niezłomny Borgin miał iść do kogoś i prosić o pomoc?
- Tak. Tak właśnie zrobię. Pójdę później do Munga - zbył swojego druha, zapewniając go o czymś czego nie miał zamiaru zrobić. Nie był to jednak pierwszy raz kiedy coś takiego robił. Zawsze kiedy ktoś kazał mu zrobić coś, na co ten nie miał ochoty, ten spławiał danego osobnika w ten sposób - Dzięki, że się przejmujesz ale to przez tę bezsenność. Muszę pójść po jakiś specyfik i wszystko będzie w porządku - przetarł oczy, aby jego rozmówca nie zobaczył, że jeszcze chwilę temu miał przeszklone oczy.
- Ta, jasne. Rozumiem - odpowiedział mu zrezygnowany i ruszył powoli do swojego biura. Znał się ze Stanleyem nie od dzisiaj i wiedział, że była to jego stara śpiewka. Już w czasach pobierania nauki w Hogwarcie mógł się o tym przekonać - Jakby coś się działo to pamiętaj, że jestem w biurze obok na każde twoje zawołanie - doszedł do progu drzwi i odwrócił się jeszcze na chwilę - Odwiesiłem Twój płaszcz na miejsce. Idź też się przespać może trochę w domu, bo te biurka u nas są strasznie niewygodne - dodał i po chwili zniknął na korytarzu. Drzwi zamknęły się kilka sekund później.
Zdenerwowany zrzucił szybkim ruchem ręki wszystkie papiery, które znajdowały się na jego biurku na podłogę, a następnie uderzył z całej siły pięścią w stół. Wiedział, że to pora do wzięcia się w garść. Nie po to pracował w Ministerstwie Magii aby nie wykorzystać go do swoich niecnych celów. Nie miał zamiaru przecież nikogo mordować ani robić krzywdy. Potrzebował tylko dowiedzieć się od swoich drogich współpracowników gdzie mieszka niejaka Stella Avery.
Cel uświęca środki taki motyw właśnie przyświecał całej jego operacji. Wstał od biurka, zgarnął swój płaszcz i udał się do swojego przełożonego o wolne. Ten widząc jego stan niemal od ręki zgodził się wypuścić go domu. Stanley nie zamierzał jednak skierować swoich kroków w stronę mieszkania. Najpierw musiał zahaczyć o kilku znajomych w ministerstwie, aby uzyskać interesującą go informację.
Kilkadziesiąt minut później po dosyć twardych negocjacjach i zapewnieniach, że potrzebuje ten informacji na potrzebę prowadzonego śledztwa, uzyskał tę wiadomość. A więc ulica Pokątna pomyślał. Stelli musiało się całkiem nieźle przelewać jak posiadała gniazdko w tak przyjemnej miejscu.
Wychodząc z ministerialnego budynku podszedł do swojego kompana Samuel i umówił się z nim na wieczór na piwo. Potrzebował z kimś porozmawiać, a kto będzie do tego lepszy niż jego oddany druh i przyjaciel z którym trzyma się od czasów ślizgońskich?
Na całe szczęście Sam zawsze był chętny aby wyskoczyć do pubu na kilka piwek. Tak było też tego dnia. Stanley w ciągu dnia zdążył trochę odespać i ogarnąć się ponownie do życia. Doprowadził się stanu ładu i ubrał świeże ubrania. Założył swój ulubiony outfit - koszulę z krawatem, a na to długi, czarny płaszcz bez którego nie wyobrażał sobie życia.
- No, czas wychodzić - powiedział do samego siebie widząc, że na zegarze wybiła 7 po południu - Jeszcze tylko odrobinka wody i wszystko gotowe - tak jak powiedział, tak też zrobił, a następnie opuścił mieszkanie.
Po kilku minutach siedział już w pubie z Samuelem. Nie byli w klubie najwyższych lotów. Raczej można by to nazwać pewnego rodzaju meliną albo bardzo niskiej klasy restauracją. Im jednak do szczęścia nie było potrzeba więcej. Tanie piwo to remedium na wszystko.
- I jak sądzisz… Powinienem do niej pójść… Hhiik? - zapytał przyjaciela o poradę. Bił się sam ze sobą czy powinien wykorzystywać w ten sposób zdobytą wiedzę. Z drugiej strony wiedział, że jak nie teraz to nigdy. To była jego jedyna szansa jak i nadzieja.
- Powiedz mi tak… - złapał jedną ręką głowę Stanleya, a następnie przyłożył mu palec do czoła - Zale… Hiik.. Zależy ci na niej? - odpowiedział.
- To nie tak, że wiesz… - próbował odpowiedzieć.
- Nie ma tak, że wiesz czy nie wiesz… Zależy czy nie? Odpowiadaj! - uderzył pięścią o ich stolik - Tu i teraz! Oskarżam cię o okłamywanie przyjaciela! - Samuel zaczął naciskać aby wyciągnąć odpowiedź na swoje pytanie.
- No… Hh-rochę może.. A co? - przyparty do muru odpowiedział.
- Widzisz. Tak Ci zależy, a siedzisz ze mną i pijesz jakiegoś taniego mamrota. Masz ty w ogóle rozum w głowie? - dopił swoje piwo - Słuchaj. Idź do niej. Musi Ci wybaczyć. Jesteś złoty chłopak. Pracownik miesiąca według mnie - dodawał otuchy kompanowi - Ja ci tu zaraz fryzurkę poprawnie i wygląd. Zobaczysz. Padnie jak cię ujrzy - wstał i podszedł do Borgina. Przeczesał mu niechlujnie włosy i pociągnął za krawat, poluźniając go trochę. Przy okazji rozpiął dwa górne guziki.
Teraz wygląd Stanleya idealnie odwzorowywał jego stan. Stan upojenia alkoholowego.
- I jak wyglądam? - zapytał kończąc swoje piwo.
- Przepięknie! - odparł bez spoglądania na niego - Dobra, leć już bo jeszcze się rozmyślę i nie pozwolę Ci iść!
Druhowie zrobili misiaczka na pożegnanie i Andrew ruszył w miasto na poszukiwanie Stelli. Lekko zataczającym krokiem kierował się ku mieszkaniu na ulicy Pokątnej. Po drodze zabrał nawet jakiś kwiatek w doniczce, który znalazł na czyimś parapecie. Nie obchodziło go co to za kwiat. Ważne, żeby nie przychodzić z pustymi rękoma. Ot taki był z niego romantyk.
- A więc to tutaj - stanął przed jednym z budynków i rozejrzał się za Stellą. Ku jego niezadowoleniu nie było jej nigdzie wokół - Gdzie Ty jesteś? - zapytał sam siebie. Kątem oka dojrzał, że sąsiadka akurat wchodziła na klatkę. Wykorzystał tę okazję aby zwiększyć swoje szanse na odnalezienie Avery.
Próbował czytać tabliczki z nazwiskami przy kilku pierwszych drzwiach. Jednak bez większych sukcesów. Żaden z ciągów liter nie wskazywał aby gdziekolwiek na parterze miała mieszkać jakakolwiek Stella. Tak to ja jej nigdy nie znajdę. Potrzebuję bardziej radykalnej metody pomyślał. Na całe szczęście wpadł na genialny pomysł. Problem w tym, że ten pomysł był genialny tylko w jego zamroczonej i zmęczonej głowie.
- STELLA! GDZIE JESTEŚ?! - zaczął się wydzierać wchodząc na pierwsze piętro - POROZMAWIAJMY PROSZĘ! - kontynuował nawoływanie dziewczyny - PRZECIEŻ WIESZ, ŻE JA NIE CHCIAŁEM ŹLE!
- A kto tu się tak drze o tej porze! Wie pan, która jest godzina?! - zapytała zdenerwowana sąsiadka, która właśnie otworzyła drzwi od swojego mieszkania - Już dawno po 23! Za chwilę północ jest. Cisza ma być
- Droga pan… H-hikk… Pani. Przepraszam. Będę ciszej - zapewnił staruszkę.
- No ja mam taką nadzieję! - odparła i trzasnęła drzwiami.
- STELLA! WIEM, ŻE TU JESTEŚ! - kontynuował nawoływanie jak staruszka zniknęła. Domagał się spotkania z panną Avery, tu i teraz. Tak jak mała dziecko. Stanley też chciał dostać w tym momencie to, o co prosił, a wręcz wymagał - DAJ MI JEDNĄ SZANSĘ! BŁAGAM CIĘ! - zaczął pokonywać schody na drugie piętro.
Dotarł na przedostatnie piętro i zabrakło już mu sił aby dalej iść. Usiadł na schodach, a obok postawił kwiatka w doniczce.
- Stella… - wypowiedział ostatkiem sił, a następnie oparł głowę o poręcz od schodów i zaczął lekko przysypiać.
RE: [Czerwiec 1969] Druga szansa || Stanley & Stella - Stella Avery - 03.03.2023
Panna Avery jakoś nie do końca mogła się pozbierać po ostatnich wydarzeniach. Marsz charłaków, w który wpakowała się zupełnie przypadkiem nadal wzbudzał w niej ogromne emocje. Nie do końca przyjemne. Nie mogła zapomnieć o tym, że znalazła się w sytuacji praktycznie bez wyjścia, niebezpiecznej, nie leżało to bowiem w jej naturze. Jak do tej pory nigdy nie przytrafiło się jej nic podobnego. Przeżywała więc ten dzień bardzo mocno. Okazało się bowiem, że nawet ona nie jest aktualnie bezpieczna. Była osobą, która nie pojawiała się w miejscach, które wzbudzały kontrowersje, gdzie można było wpakować się w kłopoty. Najwyraźniej aktualnie nigdzie nie było bezpiecznie, musiała więc trochę bardziej uważać.
Do tego wszystkiego dochodził fakt, że również pierwszy raz w życiu ktoś ją wystawił. Potraktował ją jak jakąś pierwszą lepszą, co jej się nie spodobało. Nie potrafiła zrozumieć, jak do tego doszło. Poczuła się zlekceważona, odrzucona? Sama nie do końca wiedziała, jak powinna to ująć w słowa. Wiedziała jedno - dawno się tak na nikogo nie wkurzyła. Może dla niektórych było to małe nieporozumienie, jednak nie dla niej. Dla panny Avery była to okropna ujma na jej honorze. Wiedziała, że Stanley chce się z nią skontaktować. Dobijał się do niej w każdy możliwy sposób. Nie reagowała, chciała, żeby miał świadomość, że naprawdę jest na niego obrażona. Szybko to się nie zmieni. Za bardzo poczuła się zraniona. Nie zamierzała się z nim kontaktować, choć może czasem zastanawiała się, czy warto żywić urazę, jednak wtedy przypominała sobie, w jaki sposób ją potraktował i wiedziała, że nie bez powodu zachowuje się właśnie w ten sposób. Skoro ktoś nie mógł wygospodarować dla niej chwili, dlaczego w ogóle miałaby się nim przejmować? Praca, pracą jednak dla niej bardzo ważne było dotrzymywanie słowa.
Po wydarzeniach związanych z marszem starała się wrócić do normalności. Sporo malowała, aby pozbyć się emocji, które się wtedy w niej skumulowały. Nawet służyło to jej wenie. Obrazy były mało pozytywne, raczej ciemne, mroczne, ale na pewno znajdzie się ktoś, kto je kupi. To było najważniejsze.
Tego dnia została zaproszona, aby umilić rocznicę ślubu państwa Rosier, ponoć udało im się przeżyć razem pięćdziesiąt lat - naprawdę godny podziwu wynik. Zorganizowali oni przyjęcie w jednej z bardziej eleganckich restauracji przy ulicy Pokątnej. Dosyć często zdarzało jej się grywać na podobnych wydarzniach, uważała, że warto jest się tam pokazać, mimo, że średnio leżało jej granie do kotleta. Robiła to jednak po to, aby pokazywać się wśród czystokrwistych czarodziejów, dzięki swojemu urokowi była w stanie zwrócić na siebie uwagę. Robiła takie wrażenie, że polecali ją dalej - dzięki czemu z czasem zaczęła grywać na większych przyjęciach.
Dzień zapowiadał się więc całkiem przyjemnie. Pojawiła się w restauracji chwilę przed występem. Przywitała z parą, która świętowała swoją rocznicę, złożyła im życzenia, bo naprawdę było czego gratulować. Mało kto był w stanie wytrzymać ze sobą tyle lat. Na przyjęciu też pojawiła się cała gromada dzieci państwa Rosier - przedstawili ją wszystkim po kolei. Stella miała sporo cierpliwości, udało jej się zamienić kilka słów z każdym, kto tego oczekiwał. Przyszła pora na to, aby zagrała. Bez najmniejszego stresu znalazła się na scenie, gdzie zagrała kilka melodii, skorzystała z uroku wili, dzięki czemu tłum gości choć na chwilę podniósł wzrok znad swoich talerzy. Była ogromnie wdzięczna temu, że jakaś siła wyższa obdarzyła ją tą umiejętnością. W końcu Clare nie miała tyle szczęścia.
Zakończyła swój występ. Pogawędziła jeszcze dłuższą chwilę z gośćmi, po czym opuściła przyjęcie. Skierowała się w stronę swojego mieszkania. Nie miała ochoty spędzać więcej czasu z ludźmi, zamieszała zaszyć się u siebie i chwycić za pędzle, w końcu noc była jeszcze młoda, szkoda było czasu na spanie, a że dosyć dużo osób z nią dzisiaj rozmawiało, to nie miała chęci dłużej przebywać w towarzystwie. Potrzebowała też trochę samotności.
Bez żadnych utrudnień dotarła do swojego mieszkania. Restauracja, w której dzisiaj grała nie znajdowała się daleko od miejsca, w którym mieszkała. Wdrapała się na ostatnie piętro i weszła do środka, zamknęła drzwi. Wreszcie mogła zdjąć z siebie tę czarną suknię, która okropnie wpijała się jej w żebra. Wiadomo, można było się poświęcić przez chwilę dla pięknej prezencji, jednak gdy tylko przekroczyła próg mieszkania zamierzała ściągnąć tę niewygodną kieckę. Tutaj nikt na nią nie patrzył, nie oceniał - mogła być sobą.
Pozbyła się więc niewygodnej garderoby i ruszyła do łazienki, aby zmyć z siebie makijaż i wejść pod prysznic. Chciała się trochę zrelaksować po tym pracowitym dniu. Stała tam dłuższą chwilę, lubiła kiedy gorąca woda dotykała jej ciało. Szyba w lustrze zaparowała - był to znak, aby opuścić pomieszczenie. Narzuciła na siebie jedwabny szlafrok i wróciła do salonu. Jej mieszkanie nie było niewiadomo jak wielkie. Salon, sypialnia, kuchnia i łazienka. Nic więcej jednak nie potrzebowała, skoro mieszkała tutaj sama. Salon był w dużej mierze jej pracownią - w kącie stała wiolonczela, gotowa do tego, aby na niej zagrać, po całym pomieszczeniu były porozstawiane sztalugi, płótna i farby. Nie do końca panowała nad bałaganem, który pojawiał się zawsze, kiedy zaczynała tworzyć. Jutro się tym zajmie - dzisiaj nie miała ochoty tego robić. Włączyła sobie gramofon, muzykę klasyczną - to ona ją najbardziej uspokajała, zapaliła świeczkę na parapecie i usiadła na kanapie z kieliszkiem białego wina w dłoni. Wieczór zapowiadał się naprawdę wspaniale - była tutaj sama, lepszego towarzystwa nie mogła sobie wymarzyć. Co mogło pójść nie tak? Przynajmniej nikt jej dzisiaj nie rozczaruje.
Wieczór mijał jej naprawdę spokojnie, dokładnie tak jak zamierzała go spędzić. Miała zamiar posiedzieć jeszcze chwilę i położyć się spać. Usłyszała jakieś zamieszanie na klatce. Może jej się wydawało? To miejsce należało raczej do spokojnych, miała porządnych sąsiadów, którzy nie sprawiali żadnych problemów. Wstała z kanapy i przyciszyła gramofon, żeby móc usłyszeć więcej. Zbliżyła się też do drzwi, jakby to miało w jakiś sposób pomóc jej nasłuchiwać. Wolała się nie mieszać w żadne sąsiedzkie porachunki, kto wie bowiem, czy nie zdenerowałoby to kogoś, kogo nie powinno.
Stała więc przy drzwiach i nasłuchiwała. Wydawało jej się, że usłyszała swoje imię. Niemożliwe, kto mógłby się tu pojawić? Miała fanów, jednak żaden z nich nie wiedział, gdzie mieszka. Strzegła tych informacji bardzo mocno. Nie było jej na rękę, aby zaczęli pojawiać się pod domem obcy ludzie, którzy chcieliby z nią rozmawiać. Wolała aby jak najmniej osób wiedziało, gdzie mieszka - również ze względu na bezpieczeństwo, w końcu kto wie, co siedzi obcym ludziom w głowie.
Czy powinna zareagować? Lepiej by było gdyby to ona zobaczyła, co się dzieje, szczególnie, że ponownie wydawało jej się, że ktoś ją woła. Nie pozostawało nic innego, jak sprawdzić, co się dzieje. Otworzyła drzwi i wyjrzała na zewnątrz, wychyliła się przy tym jedynie. W końcu nie wiedziała, co zastanie przy korytarzu.
Dostrzegła znajomą sylwetkę. Westchnęła ciężko. Jeszcze tego brakowało, żeby Borgin pojawił się tutaj i robił zamieszanie. Co pomyślą sobie sąsiedzi? Wolałaby nadal cieszyć się nieskazitelną opinią. Nie chciała, żeby ktoś łączył ją z krzykami na klatce, musiała więc zareagować. Wyszła z mieszkania, zostawiła otwarte drzwi i ruszyła w stronę mężczyzny. Nie miała ochoty z nim rozmawiać, jednak nie pozostawił jej w tej chwili wyboru. Musiało dojść do konfrontacji. Wolała jednak nie rozmawiać z nim na korytarzu, na pewno wzbudziłoby to niemałe zainteresowanie.
- Stanley...- Rzekła cicho. Skąd właściwie wiedział, gdzie mieszka? Nie przypominała sobie, żeby mu o tym wspominała. Zdawała sobie jednak sprawę, że jako brygadzista mógł mieć swoje źródła informacji. Spoglądała na niego uważnie, nie wyglądał najlepiej. Chyba ten dzień nie był dla niego specjalnie łaskawy, do tego poczuła zapach alkoholu. To by wiele wyjaśniało. Przyszedł tutaj, bo za dużo wypił, szkoda, że nie zrobił tego na trzeźwo. Po raz kolejny poczuła rozczarowanie. Obok niego stał kwiatek w doniczce, musiał go komuś zwinąć po drodze.
- Wstawaj.- Powiedziała do niego. Nie zamierzała dopuścić do tego, żeby ktoś zobaczył, że wieczorami przychodzą do niej mężczyźni. Nie widziała innego wyjścia, jak zaprosić do do środka mieszkania, choć nie do końca jej to było na rękę. Zastanawiała się przez chwilę, czy jest w stanie wstać o własnych siłach, zresztą wyglądał, jakby miał zamiar zdrzemnąć się na tych schodach oparty o poręcz. Przewróciła oczami i wyciągnęła dłoń w jego kierunku. Musiała mu pomóc, zależało jej na tym, żeby nikt ich nie zobaczył. Lepiej by więc było, żeby zniknęli stąd jak najszybciej.
- Idziemy do środka.- Pociągnęła go za sobą do wnętrza mieszkania. Zamknęła drzwi, a następnie skierowała się z mężczyzną w stronę kanapy. To była chyba najlepsza opcja, patrząc na to, w jakim stanie się tutaj pojawił.
Dotarło do niej wtedy, że miała na sobie jedynie szmaragdowy, jedwabny szlafrok, czy powinna się tym przjemować? Pewnie jutro i tak nie będzie tego pamiętał. Nie powinna więc myśleć o tak błachej sprawie. - Co Ty tutaj robisz? - Powiedziała do niego, gdy usiadła na fotelu, który znajdował się na przeciwko kanapy. W jej dłoni ponownie znalazł się kieliszek z winem. Nie wyglądała na specjalnie zadowloną.
RE: [Czerwiec 1969] Druga szansa || Stanley & Stella - Stanley Andrew Borgin - 04.03.2023
Poręcz od schodów wydawała się całkiem niezłą alternatywą dla twardego ministerialnego biurka, którego stanowiła dla Stanleya miejsce spoczynku od kilku ostatnich tygodni. Z każdym kolejnym oddechem, wydawało mu się, że wpada w objęcia Morfeusza. Przemęczenie oraz nadmierna ilość alkoholu stanowiły idealne połączenie, które położyło by nawet największego twardziela do snu.
Ktoś miał jednak czelność wyrwać go z tego błogiego stanu. Któż taki miał czelność przeszkadzać funkcjonariuszowi ministerstwa w jego tajnej operacji? Tak tajnej, że nawet jego przełożeni nie mieli o niej pojęcia. Pełne incognito. Czy była to ta wredna stara baba, która zdążyła już dać mu się we znaki? To musiała być ona. Nie było innej opcji.
Ja ci zaraz pokażę stara raszplo pomyślał młody Borgin. Machnął ręką przed sobą, aby odgonić intruza. Spróbował coś wypowiedzieć, najprawdopodobniej ostrzec nękającą go osobę, jednak bezskutecznie. Niestety z jego wiadomości powstało coś w rodzaju bełkotu, nic nie znaczącego ciągu losowych liter. Przecież co może oznaczać ”kpsztfft”?
Pomimo jego całkowitego zaangażowania w próbę obrony własnej, druga osoba nie dawałą za wygraną. Ciągle coś od niego chciała. Stanley słysząc kolejne słowa, które świadczyły o próbie skomunikowania się z nim, otworzył oczy. Nie dowierzał. Oto była ona. Prowodyrka dzisiejszych wydarzeń. Dziewczyna, którą jeszcze moment temu wywoływał z zakamarków tego budynku, a teraz stała i wyciągała do niego dłoń. Była niczym anioł stróż, który miał go uchronić przed najgorszym. Jednak czy na pewno? Może tak naprawdę była demonem, który miał go za chwilę zniszczyć?
Nie zważając na to kim była ani co od niego chciała złapał ją za dłoń i pozwolił się podnieść, a następnie prowadzić. Spróbował coś z siebie wykrztusić, jednak dalej nie przyniosło to oczekiwanego skutku. Zamroczony, dzielnie pokonywał kolejne metry. W dodatku nawet nie przewracał się o własne nogi… Ale to pewnie dzięki Stelli.
Bez żadnego oporu usiadł na kanapie i odchylił głowę do tyłu, a jego ręce bezwładnie opadły na poduszki. Siedział tak kilka chwil dochodząc do siebie, aż w końcu usłyszał zadane mu pytanie. Przez chwilę próbował na nie nie odpowiadać, myśląc, że być może jest skierowane do innej osoby w tym pomieszczeniu. Zdał sobie jednak sprawę, że są tutaj sami. Tylko ona i on.
- To th…ajna misja.. - odpowiedział, wyprostowując się i przesuwając swoją głowę do przodu. Mało brakowało, a jego czerep przeważyłby go i leżałby na podłodze. Tak się na szczęście nie stało, ponieważ w ostatnim momencie wyhamował - Mam cię.. Aresh.. Aresztować.. - zaczął machać palcem przed sobą - Bo jestheś.. czarująca… - dokończył zdanie, spojrzał się na nią, a następnie ponownie opuścił głowę do tyłu.
Mamrotał coś pod nosem przez chwilę, a następnie spróbował zdjąć już i tak rozwiązany krawat. Przesuwał go w prawo do momentu, aż ten znalazł się na jego plecach. Zdając sobie sprawę, że ta akcja jest dla niego aktualnie za ciężka - odpuścił i pociągnął krawat z powrotem do przodu. Próba poprawienia swojego wyglądu spełzła na niczym, a dodatkowo całość wyglądała teraz jeszcze gorzej. Stanley jednak nie zamierzał się poddać.
- Ale Ty… - oparł głowę o lewą rękę i spojrzał na nią swoimi małymi, spartaciałymi oczkami - Piękhnie wyglądasz… - skomplementował jej ubiór i makijaż. Nie zwrócił uwagi, że dziewczyna na sobie tak naprawdę miała tylko szlafrok, a nie żadną balową suknię - Dla mnie.. Tak się wyst.. To.. Stroił… - próbował dokończyć zdanie, a w międzyczasie wskazał palcem wolnej dłoni na siebie - Wystroiłaś? Nie musiałaś przecież - pochylił się w jej kierunku - Dla mnie zawsze.. Wyglądasz pięknie - zapewnił ją. Pytanie na ile było to prawdą, a na ile pijackim gadaniem?
Stanley spróbował się podnieść, jednak zakończyło to się całkowitą porażką. Kiedy tylko podniósł się z kanapy, bezwzględna grawitacja dała o sobie znać i posłała go na podłogę. Runął jak długi - nie był w stanie, aby nawet zareagować. Było to dla niego w tym momencie obojętne. Główny cel misji został spełniony - udało mu się spotkać ze Stellą i nie zamierzał tego zaprzepaścić. Mimo, że już to zrobił.
- Dlaczego ty mnie tak nienawidzisz? - zapytał się jej, a następnie schował swoją twarz w dłoniach. Łokcie oparł o kolana bo akurat siedział po turecku. Czy miał zamiar się popłakać? - Co ja takiego zrobiłem…? Co zrobiłem źle? - zaczął bombardować ją pytaniami - Stella ty chcesz mnie wykończyć… Ja tak dłużej nie mogę… - siła ciążenia ponownie dała o sobie znać, ponieważ Borgin zaczął lekko kręcić głową w lewo i prawo. Nie był w stanie zapanować nad tą przypadłością.
- Ja bym za Tobą w stado charł.. Charłaków wskoczył.. - opuścił głowę na kanapkę znajdującą się za nim, a ręce bezwładnie opadły na podłogę - Pokroić bym się dał tu i teraz - kontynuował swój wywód. Zamknął oczy i przez chwilę można było usłyszeć lekkie chrapanie. Nie trwało za długo. Zaledwie kilka interwałów kiedy się ocknął.
Stanley siedział tak zmarnowany na podłodze. Po jego twarzy zaczął pojawiać się pewien grymas. Czy znowu wymyślił coś przełomowego jak wywoływanie Stelli na korytarzu?
- Poczekaj - zwrócił się do właścicielki tego domostwa. Zbierał się chwilę w sobie, aż rękoma złapał się o sofę i podniósł się, wywracając się prawie wprost na dziewczynę. Tym razem dał radę pokonać wszelkie prawa fizyki - Mam coś dla Ciebie… - skierował palec prosto na jej nos, a następnie ruszył na poszukiwanie kwiatka, który specjalnie tutaj przytaszczył. Nie miał jednak pojęcia gdzie on się teraz może znajdować.
Powolnym krokiem podszedł do sztalugi i zahaczył ją lekko - Przeprasz.. - nie dokończył, a następnie cofnął ręce do siebie i odwrócił się w drugą stronę. Panna Avery mogła zauważyć, że za czymś się rozgląda. Że próbuje znaleźć coś za wszelką cenę.
RE: [Czerwiec 1969] Druga szansa || Stanley & Stella - Stella Avery - 04.03.2023
Jakimś cudem udało jej się dobudzić mężczyznę. Nie było to wcale takie proste, jak się jej wydawało. Właściwie podziwiała go nawet trochę, że udało mu się zasnąć w takiej pozycji. Ona zapewne miałaby z tym problem. Nie była zadowolona z tego, co zastała na korytarzu, nie zamierzała również udawać, że jest inaczej. Avery była osobą, która wiedziała, czego chce, zresztą rodzice od zawsze wbijali jej do głowy to, że jest wyjątkowa. Dlatego też, nie podobało jej się, że Stanley przyszedł tu nawalony jak stodoła. Co chciał w ten sposób osiągnąć? Co zademonstrować. Już za chwilę miała się tego dowiedzieć.
Dla tak delikatnej osoby, jak ona wprowadzenie go do mieszkania było ogromnym wyczynem. Szczególnie, że jakoś niespecjalnie współpracować. Kiwał się na wszystkie strony. Nie spodziewała się też zbyt wiele, w końcu śmierdział gorzałą na kilometr, wiedziała, że będą z nim problemy. Zapewne jutro poczuje ból związany z ciągnięciem mężczyzny za sobą. Jej ciało było bardzo delikatne, unikała wysiłku fizycznego jak tylko mogła, a ten tutaj zmusił ją do tego, żeby się nieco wysiliła.
Ulżyło jej ogromnie, kiedy znaleźli się w środku. Droga do kanapy okazała się być wcale nie najgorsza. Najważniejsze było to, że usiadł na niej i się nie ruszał. Przynajmniej jak na razie. Było to bezpieczne rozwiązanie. W końcu nie do końca panował nad swoimi ruchami, brakowało jeszcze tylko tego, żeby zrobił sobie tutaj krzywdę.
Stella nie odrywała od niego spojrzenia, choć właściwie nie było na co patrzeć. Ten widok był dosyć żałosny. Doprowadził się do takiego podłego stanu i postanowił do niej przyjść. Rozczarowujące, chociaż ponoć pijani ludzie zawsze mówili prawdę i podejmowali decyzję, których bali się na trzeźwo. Może więc wypity alkohol dodał mu odwagi? Nie zamierzała go usprawiedliwiać, bo jej zdaniem takie zachowanie było karygodne. Niepokojenie w nocy samotnie mieszkającą kobietę.
- Tajna misja? Tym się teraz zajmuje Brygada? Łażeniem po nocy po domach?- Oczywiście, że nie powstrzymała się od komentarza, nie byłaby sobą, gdyby było inaczej. Upiła kolejny łyk wina, może łatwiej jej będzie przeżyć to spotkanie, kiedy trochę zaszumi jej w głowie. Jak na razie bowiem była zbyt trzeźwa na to wszystko. Zdawała sobie sprawę, że musiałaby wypić naprawdę dużo żeby dorównać Stanowi w tym upojeniu alkoholowym, co było niemożliwe do nadrobienia, ale może choć kilka kropel spowoduje, że łatwiej jej będzie się z nim konfrontować.
Słysząc jego kolejne słowa schowała twarz w dłoniach. Czarująca... Nawet ją to rozbawiło, a może była trochę zażenowana? Sama nie wiedziała, jak określić swoje uczucia. Ciekawe, czy na trzeźwo też byłby taki rozmowny. Alkohol zdecydowanie nie był jego przyjacielem, trochę rozwiązał mu język.
Avery obserwowała uważnie jego próby walki z krawatem. Najwyraźniej nawet walka z tym przedmiotem okazała się zbyt trudna, jak na stan w jakim się znajdował. Zastanawiała się patrząc na niego, jakim cudem udało mu się tutaj dotrzeć. To musiała być długa podróż zważając na to, że taka prosta czynność, jak zdjęcie krawatu w tym momencie go przerosło.
- Tak, czekałam na to, aż przyjdziesz. Cały dzień się przygotowywałam na to spotkanie.- Odpowiedziała, kiedy kontynuował swój pijacki bełkot. - Czekaj, to nie było dzisiaj, tylko kila tygodni temu, ale postanowiłeś zostać dłużej w pracy.- Nie zamierzała dać mu zapomnieć o tym, że ją wystawił. Nie było takiej możliwości, żeby szybko przestała mu to wypominać, za bardzo ją to ukłuło. Zirytowana dopiła zawartość swojego kieliszka z winem jednym chaustem.
- Na Merlina! - Krzyknęła, kiedy runął z kanapy na podłogę. - Żyjesz? - Nie należała do osób, które posiadały specjalnie wielką empatię. Wstała jednak z fotela, podeszła bliżej, gdyby potrzebował ewentualnej pomocy, chociaż pewnie i tak nie byłaby w stanie mu jej udzielić. - Nienawidzę Cię?- Powtórzyła po nim. Co on sobie znowu ubzdurał? Na całe szczęście jednak upadek nie był szkodliwy, skoro nadal był w stanie kontynuować swój wywód. Mogła wrócić na fotel, kiedy szła w jego kierunku zahaczyła jeszcze o butelkę, aby dolać sobie wina. - Nie musisz skakać, ani dawać się kroić, nie wymagam tego, oczekuje jedynie tylko trochę szacunku. - Rzekła chłodno. Nie miała ogromnych oczekiwań, naprawdę, zależało jej po prostu na tym, aby druga strona traktowała ją poważnie. Skoro się na coś umawiali... Powinien dotrzymywać słowa i tyle.
Avery nie odrywała wzroku od mężczyzny, który walczył ze sobą na podłodze przy jej kanapie. Zastanawiała się, czy powinna mu przypomnieć jutro o tym wszystkim, chociaż właściwie, to przecież unikała kontaktu z nim. Wszystko się nieco skomplikowało tym, że postanowił ją odwiedzić.
Usłyszała chrapanie, najwyraźniej postanowił sobie jeszcze uciąć drzemkę. - Pięknie.- Mruknęła pod nosem. Nie sądziła, że wyjdzie stąd dzisiaj o własnych siłach, pewnie tu zostanie, co nie do końca się jej podobało, jednak nie będzie taką szują, żeby wyrzucić go za drzwi. W końcu nie wiadomo, co mogłoby mu się przydarzyć po drodze. Miałaby do siebie wyrzuty sumienia, gdyby stała mu się krzywda.
Sen jednak nie trwał długo, bo Borgin przebudził się po chwili. Już drugi raz tego wieczora. - Na co mam czekać?- Nadal go obserwowała, trochę się wystraszyła, kiedy zobaczyła, że próbuje wstać, bo nie wróżyło to niczego dobrego. Zdecydowanie bezpieczniej dla jej dwójki by było, gdyby został na tej nieszczęsnej kanapie. Prawie się na nią przewrócił, jednak udało mu się utrzymać równowagę, jakimś cudem. - Lepiej usiądź, to bezpieczniejsze...- Ten wolał się jednak ruszyć. Stella wstała, żeby w razie potrzeby móc go asekurować, wolałaby, żeby nic tutaj nie zniszczył. - Uwaa....- Nie zdążyła dokończyć, kiedy znalazł się przy sztaludze i prawie ją przewrócił. Naprawdę zaczynała się irytować.
- Znajdź szybko to czego szukasz i się połóż spać, bo zdemolujesz mi mieszkanie.- Nie wiedziała bowiem, czy zaśnie zanim to znajdzie, więc im szybciej skończy poszukiwania tym szybciej będzie miała z nim spokój.
RE: [Czerwiec 1969] Druga szansa || Stanley & Stella - Stanley Andrew Borgin - 04.03.2023
Nie miał zamiaru się poddawać. Nie po to przyniósł tutaj kwiatka, żeby go teraz nie przekazać nowej właścicielce. Przecież pokonał już dzisiaj dwie przeciwności losu - swego rodzaju nieśmiałość i prawa grawitacji. Wszystko wskazywało na to, że do pokonania zostało mu tylko jedno - kamienna forma Stelli, która nie chciała mu wybaczyć.
- Stelluś - odwrócił się do niej i rozłożył ręce - Nie denerwuj się złotko - pokiwał przecząco głową - Nic nie zdemoluje - zapewnił, a po chwili dodał - Złość.. Piękności szkodzi - odwrócił się i przystąpił do dalszych poszukiwań.
Ponownie zaczął się rozglądać po salonie. Gdzie mógłby się schować jakby był kwiatkiem? To było pytanie, które zajmowało jego ostatnie pracujące szare komórki tej nocy. Sztaluga? Kanapa? Szafka? Nie, to nie kwiaty. Złapał się za głowę aby ustabilizować wzrok i wtedy zobaczył to - wioloneczela.
Stanleyowi nie trzeba było powtarzać dwa razy. Co więcej, w ogóle nie trzeba było mu nic mówić. Był teraz jak małe dziecko, to co wpadło mu w oko od razu dostawało całość jego uwagi. Chwiejnym krokiem ruszył do instrumentu aby mu się przyjrzeć. Wiedział, że Stelli raczej to się nie spodoba, jednak musiał mieć pewność, że gdzieś w tamtej okolicy nie ukrył się jego roślinka.
- A więc.. Na tym grasz - stwierdził z przekonaniem fakt. Może gdyby nie spotkał jej wcześniej w restauracji to byłoby to jakkolwiek odkrywcze. Przejechał palcem po strunach, które wydały z siebie dźwięk - Nie denerwuj się - uprzedził ją. Czuł, że za chwilę dostanie po łapach albo łbie za to co przed chwilą zrobił. Postanowił zareagować pierwszy. Dzięki temu, że dzisiaj wpadał na same genialne pomysły, wymyślił kolejny. Podszedł do panny Avery i założył jej swój płaszcz na plecy. Wyszedł z założenia, że skoro ona uwielbia swoją wiolonczelę, a on swoje odzienie wierzchnie to wszystko będzie kwita.
Niedługo trwała jego fascynacja tym instrumentem. Dużo bardziej zainteresowała go kuchnia do której ruszył czym prędzej. Nie do końca wiedział czy dalej poszukuje kwiatka, czy zaczął już po prostu zwiedzać jej mieszkanie. Wyglądało to raczej na to drugie. Dla Stanleya było to rzeczą normalną, że przechodzi z pomieszczenia do pomieszczenia i patrzy co się tam znajduję. Czuł się jak ryba w wodzie, w końcu pracował w ministerstwie i nie raz przepatrywali mieszkania oskarżonych.
W kuchni zatrzymał się przy zlewie i odkręcił wodę, a następnie pochylił się. Napił się jej trochę przy okazji oblewając sobie koszulę. Nie obchodziło go to, najważniejsze było to aby zaspokoić swoje pragnienie. Płynącą wodę wykorzystał również do tego, aby przemyć swoją zmęczoną twarz.
- Phrzecież.. Jakbym wtedy nie wskoczył w te hordę… - powrócił do tematu marszu charłaków. Zaczął temat ponownie ze strategicznego dla siebie punktu, a dokładniej to od momentu w którym zachował się jak prawdziwy bohater. Wolał pominąć niektóre niewygodne fakty - To nie wiadhomo… Co by było… - spojrzał na Stellę - A ty mówisz aby cię nie rat..ować - wzruszył ramionami - Nie tho nie. Skoro panna Avery sobie nie życzy tho nie... Więcej nie pomogę - zapewnił i ruszył w dalsze poszukiwania, nie zakręcając wcześniej kranu.
Powrócił do salonu, aby usiąść na sofie. Potrzebował się zastanowić i przemyśleć dalszą taktykę. Rozsiadł się na kanapie i zaczął się bacznie przyglądać wszystkim obiektom, które mógł tylko dojrzeć.
- Chyba Cię mam - powiedział uradowany i czym prędzej wstał. Nie miał ani sekundy do stracenia. Jego prezent był na wyciągnięcie ręki. Nic go już nie mogło powstrzymać.
Znalazł obiekt swojego zainteresowania. Zauważył jakieś kwiatki w jej mieszkaniu. Tu się schowałeś pomyślał, a następnie pewnym krokiem skierował się w ich stronę. Gdzieś tutaj przecież musi być postawiony.
Pewnym ruchem podniósł pierwszy z nich i przyjrzał mu się. W ogóle nie przypominał tej roślinki. Stanley zdał sobie sprawę, że tak naprawdę to nie ma pojęcia jak tamten kwiatek wyglądał. On mógł być aktualnie wszędzie. Przez chwilę przez głowę przeszła mu nawet myśl, że on niczego nie przyniósł. Szybko jednak z jej zrezygnował, ponieważ pamiętał, że do momentu wejścia na klatkę schodową, miał go przy sobie. Nie wiedział jednak co zrobił z nim dalej. Czy oddał go tamtej sąsiadce, aby się uspokoiła?
Z tego wszystkiego chciał cisnąć o ziemię trzymaną doniczką. Już nawet podniósł rękę i zbierał się do rzutu. Na szczęście, zreflektował się, a następnie odłożył kwiatek na miejsce. Oparł ręce o szafkę i spuścił głowę w dół. Kurwa, nie ma go. Zgubiłem uświadomił to sobie. Znowu to zrobił. Obiecał coś i nie dotrzymał słowa.
Z tego wszystkiego poczuł się trochę słabiej dlatego głowę również oparł o szafkę. Oczy mu się lekko przeszkliły. Przyszedł tutaj wszystko wyjaśnić wraz ze swoim genialnym planem, a przez ten pierdolony kwiat, wszystko poszło się jebać.
W całej tej bezsilności, obrócił się plecami do szafki i następnie napierając na nią zjechał na sam dół, opierając głowę na swoich kolanach.
- Nie wiem… - powiedział do Stelli - Nie ma go nigdzie. Przepraszam - rzekł z prawdziwym smutkiem w głosie.
RE: [Czerwiec 1969] Druga szansa || Stanley & Stella - Stella Avery - 04.03.2023
Zdecydowanie nie dało się nie zauważyć, że Stanley usilnie czegoś szukał. Miał jakiś cel, nie dopuszczał do tego, że może nie znaleźć swojej zguby. Stella nie do końca wiedziała, o co mu chodzi. Podążała jednak za nim, jakoś krok, żeby ewentualnie złapać go, jeśli pojawi się taka potrzeba. Nie zamierzała pozwolić mu tu zrobić bałaganu, albo sobie krzywdy - bo kiedy tak spacerował to mógł się przewrócić, uderzyć gdzieś głową, wtedy to dopiero musiałaby się tłumaczyć. Wolała uniknąć odpowiedzialności za jego ewentualną śmierć, dlatego właśnie go asekurowała.
Skrzyżowała ręce na piersiach kiedy się do niej odwrócił. Minę miała poważną, zdecydowanie nie podobała się jej ta cała sytuacja, nie była jednak pewna, czy zauważy to będąc w stanie zupełnego upojenia. Nie liczyła na zbyt wiele. - Gdyby szkodziła to byłabym już brzydka jak noc. - Odpowiedziała na jego kolejny komentarz. Dawno nikt jej tak nie irytował jak znajdujący się przed nią Borgin, dlaczego więc w ogóle wpuściła go do domu? Sama chciałaby znać odpowiedź na to pytanie, w końcu nie byli ze sobą na tyle blisko, że powinna przejmować się jego losem, chyba go jednak trochę polubiła, skoro pozwoliła mu szukać szczęścia w swoim mieszkaniu.
Zobaczyła, że coś po raz kolejny zainteresowało mężczyznę. Spojrzała w stronę, w którą był skierowany jego wzrok. Westchnęła głośno, tylko tego brakowało. Najlepiej by było, żeby omijał wiolonczelę wielkim łukiem. Oczywiście życie nie mogło być zbyt kolorowe, a może właśnie było? Po raz kolejny sprawy nie poszły po jej myśli. Miała wrażenie, że przy nim zawsze coś jest nie tak. Ruszył w stronę jej instrumentu. Stella nie mogła pozwolić, żeby coś stało się wiolonczeli, szła więc za nim. Złapała go za ramię, ale nic to nie dało. Już dotykał instrument. - Tylko nie to.- Powiedziała błagalnym głosem. Naprawdę nie chciała, żeby coś się jej stało. Była to najlepsza wiolonczela na której grała, zrobiona na zamówienie za naprawdę ogromne pieniądze. Przywiązała się do tej rzeczy ogromnie, nie chciała szukać kolejnej takiej idealnej.
- Tak, gram na tym i proszę, nie ruszaj jej.- Miała nadzieję, że na tym skończy swoje zabawy z jej wiolonczelą, może będzie miała trochę szczęścia i coś innego go jeszcze zainteresuje. - Łatwo Ci mówić nie denerwuj się...- Szczególnie, że było jej dane już zobaczyć tuż przed chwilą jak pięknie wylądował na podłodze. Jaką miała pewność, że nie zdarzy się to ponownie, tym razem z tym bardzo cennym dla niej instrumentem.
Wtedy Stanley się odwrócił i do niej podszedł. Spoglądała na niego niepewnie, nie miała pojęcia co miało się za chwilę wydarzyć. Ściągnął swój płaszcz i narzucił jej na plecy. Zupełnie się w tym wszystkim zgubiła. Wolała nie wiedzieć skąd w ogóle ten pomysł. Nie nadążała za jego myśleniem, może to i lepiej. Odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę drzwi, przy których znajdował się wieszak. Postanowiła, że odłoży w to miejsce jego płaszcz, nie wiedziała też, że właściciel jest z nim tak bardzo związany, bo w sumie to skąd mogła to wiedzieć?
W głębi duszy liczyła na to, że już mu się znudziło i wróci na kanapę. Oczywiście nie było to takie proste, bo dalej zamierzał eksplorować jej mieszkanie. Tym razem udał się do kuchni, Stella podążyła za nim, nie chciała kusić losu. Przystanęła, gdy mężczyzna nachylił się nad zlewem. Miała nadzieję, że się przypadkiem nie utopi, czy coś. Powinien sobie poradzić z wodą. Nie zawiodła się i tym razem, bo udało mu się ochlapać swoją koszulę. Miała nadzieję, że woda dobrze mu zrobi i nieco otrzeźwieje, pomogłoby to pewnie w opanowaniu sytuacji.
- Zapomniałeś o najistotniejszym momencie.- Nie zamierzała dać mu zapomnieć. Nawet w stanie, w którym nie było do końca z kim dyskutować musiała powiedzieć, kto był winny temu, że się tam znalazła. - Wylądowałam w tym tłumie Stanley dlatego, że SZŁAM DO CIEBIE - Uniosła nieco ton głosu. Miała nadzieję, że dotrze do niego ta informacja. - Gdyby nie Ty, to w ogóle bym się tam nie znalazła. - Może trochę nieodpowiednie było nazywanie go głównym problemem, ale dokładnie tak czuła. Miała szczęście, że się tam znalazł, pewnie inaczej by ją zdeptali, ale poczuła się urażona tym, że wybrał pracę, a nie spotkanie z nią. Nie była to taka prosta sprawa. - Po prostu nie doprowadzaj do tego, że będę potrzebowała ratunku. - Poniekąd nie była to prawda, w końcu mogła iść gdziekolwiek, jednak nadal upierała się przy tym, że była to jego wina.
Borgin ponownie ruszył w stronę sofy. Stella podążała za nim, nadal. Usiadł, może to koniec poszukiwań niezidentyfikowanego przedmiotu. Jednak namyślił się i ponownie wstał. Ile to jeszcze będzie trwało? Skąd on brał tę energię. Gdyby była w podobnym stanie upojenia zapewne położyłaby się po prostu spać i przespała cały następny dzień, a ten dalej nieustraszenie poszukiwał swojego skarbu.
Obserwowała go uważnie, żeby wiedzieć dokąd teraz zmierza. Zainteresowały go kwiatki. Teraz do niej dotarło. Przypomniała sobie o chabaziu, który stał przy nim na korytarzu. To on najwyraźniej był sprawcą całego zamieszania. Zapewne został na schodach. Nie sądziła, żeby ktoś się zainteresował tym kwiatkiem. Zobaczyła, że złapał w rękę jednego z jej kwiatków i uniósł go do góry. - Nie rób tego! - Postanowiła się odezwać. Nie chciała, żeby ktokolwiek usłyszał hałas, mógł on wzbudzić zainteresowanie, a to było ostatnią rzeczą, której teraz chciała.
Dopiero kiedy Stanley osunął się przy szafce zrobiło się go jej szkoda. Wyglądał jak siedem nieszczęść, a do tego miał łzy w oczach. Nie był to przyjemny widok. - Nic się nie stało.- Podeszła do niego i usiadła obok. - To tylko kwiatek, wiem, że miałeś jakiś plan, czasem nic nie idzie po naszej myśli.- Próbowała go w jakiś sposób pocieszyć. - Chcesz iść spać?- Miała nadzieję, że jest to odpowiedni moment, żeby położyć go na kanapie.
RE: [Czerwiec 1969] Druga szansa || Stanley & Stella - Stanley Andrew Borgin - 04.03.2023
Czy Stanley był takim geniuszem zbrodni czy może poszło mu tak tragicznie, że Stella postanowiła się nad nim zlitować? Nie miał pojęcia ale podobał mu się taki obrót spraw. A przynajmniej miał takie wrażenie w tym momencie. Jutro zapewne kac będzie go męczył niemiłosiernie i jedyne o czym będzie marzył to cisza i spokój. Pewnie będzie też żałował tego, że Avery nie zabiła go dzień wcześniej skoro i tak będzie cierpiał takie katusze.
- Nie wiem.. - pociągnął nosem, a następnie przetarł oczy - Może trochę.. - poczuł, że powoli zaczyna brakować mu sił. Złapał rękoma za krawat i ku własnemu zdziwieniu wyszedł z tego pojedynku zwycięsko. Udało mu się go zdjąć i teraz siedział wpatrując się w niego.
Złapał jedną rękę Stelli, a następnie położył jej na dłoniach swój krawat i pokiwał głową. Zapomniał niestety, że może i siedzi teraz na podłodze, jednak za nim jest szafka, a nie sofa. Nie było innej opcji jak zarycie głową - Szkkk… - wydał stłumiony dźwięk z siebie i złapał się w bolące miejsce jakby to miało cokolwiek pomóc.
- Nie chciałem… - powiedział opuszczając swoją głowę na ramię Stelli. Było mu już wszystko obojętne, więc postawił wszystko na jedną kartę - Ani… Dzisiaj… Ani wtedy… - zaczął się tłumaczyć - Ty myśli… Hhhik… że wolałem pracę zamiast się… Hhhik-k.. spotkać? - zapytał. Mogło to tak wyglądać, jednak w służbie ministerstwu nie ma tak prosto. Kto ma pilnować aby w świecie czarodziejów nie szerzyło się bezprawie jak nie BUM z Aurorami? Gdyby ot tak mogli sobie powiedzieć, że nie zrobią tego albo tamtego, na ulicach byłby jeden wielki harmider - Możemy tak chwilę posiedzieć? - zapytał jej o zgodę. Może trochę po fakcie ale lepiej późno niż wcale.
- Wiesz co Stella? - spojrzał na dziewczynę i przez chwilę się zastanawiał co mógłby powiedzieć. Przez jego twarz przebrnął impuls szczęścia, ponieważ Stanley uśmiechnął się od ucha do ucha - Jestem pijany, wiesz? - upewnił się, że miała o tym pojęcia. Jeszcze by doszło tego, że nie wiedziałaby o tym. W takim wypadku myślałaby, że jest taki na co dzień, a prawda była taka, że nie jest. Jest dużo bardziej skrytym i cichym brygadzistą, niezdolnym do takich akcji.
Po krótkiej chwili zabrał swoją rękę z głowy i parsknął śmiechem - Głupie to, wiesz? - spojrzał na podłogę w kierunku swoich butów i zamknął powieki - Nie dał.. Hhkikk.. odważyłbym się przyjść tu na trzeźwo…
Poczuł się senny. Jeszcze tylko kilka chwil, a stanie się bezbronny niczym owieczka i odda się w objęcia Morfeusza… Albo kostuchy jeżeli Stella postanowi go zamordować za to co dzisiaj zrobił… Z drugiej strony ze Stanleya też nie była żadna owieczka, a baran… I to w dodatku wielki i głupi.
- Nie spotkamy się już więcej - stwierdził dalej leżąc na jej ramieniu, które co by nie mówić było bardzo wygodne. Najwygodniejsza z rzeczy na których dzisiaj próbował usnąć. Jeżeli miałby przeprowadzić ranking to bez konkurencyjnie ramię Stelli byłoby na pierwszym miejscu - Masz mnie pewnie dość… I jeszcze zrobiłem ci problem - mamrotał coś. Nie do końca wiedząc czy kierował te słowa do siebie czy może jednak do panny Avery.
- Pozwól mi się tu przespać.. - wskazał na podłogę - Rano pójdę… I zniknę… - pomlaskał ustami jakby chciał je lekko nawilżyć - Zanim wstaniesz to mnie już nie będzie… - skończył mówić.
Przez dłuższą chwilę się nie odzywał i nie było to spowodowane tym, że zbiera myśli. Jak w dwóch poprzednich przypadkach kiedy udało mu się przezwyciężyć sen, tak teraz przegrał. Ten dzień był dla niego i tak już za długi. Na całe szczęście ciężar swojego ciała oparł na szafce zamiast na Stelli.
Kilka minut później nie dawał żadnego znaku życia po za lekkim podchrapywaniem.
RE: [Czerwiec 1969] Druga szansa || Stanley & Stella - Stella Avery - 04.03.2023
Stella znalazła w sobie odrobinę litości. Zrobiło jej się go po ludzku szkoda, bo jednak coś go tutaj do niej przyprowadziło. Może faktycznie była ostatnio trochę za bardzo zdystansowana, jednak poczuła się urażona, a nie tak łatwo jej było wybaczyć mu to wszystko. Wynikało to zapewne z tego, że była przyzwyczajona do tego, że wszyscy traktowali ją dosyć wyjątkowo. Mało kto był w stanie ją zlekceważyć, było to zupełnie nowe uczucie, którego wcześniej nie znała.
- Jeśli trochę, to chyba najwyższy czas, żebyś poszedł spać.- Była to w tym momencie chyba najlepsza z możliwych opcji. Współczuła mu trochę, nie chciałaby być rano na jego miejscu. Obudzi się w zupełnie obcym mieszkaniu, z bólem który będzie mu rozsadzał głowę. Współczucia, ale zrobił to na własne życzenie.
Dała się złapać z rękę, nie zabrała jej, choć chwilę wcześniej pewnie by do tego nie dopuściła. Trochę jednak zmieniła podejście do mężczyzny, przynajmniej tymczasowo, bo kto wie, jak potraktuje go jutro - kiedy będzie trzeźwy. Wiedziała, że niezbyt wiele może zdziałać, kiedy była pijany. Stanley zaliczył pierwszy sukces tego wieczoru - udało mu się zdjąć krawat, chociaż walka nie była wcale taka prosta. Wręczył go jej, także teraz to ona trzymała go w dłoniach.
Usłyszała trzask, na samą myśl zabolała ją głowa. Musiał dosyć mocno przydzwonić w szafkę. Zdecydowanie bezpieczniej dla niego i dla otoczenia byłoby, gdyby wybrał kanapę. - W porządku, jest dobrze.- Nie zamierzała teraz wdawać się z nim w dyskusję, przecież nie miałaby ona większego sensu. Był pijany, bardzo pijany, zdecydowanie lepiej będzie jeśli się prześpi i jutro porozmawiają, chociaż na pewno pojawią się wyrzuty sumienia. Pewnie każdy by je miał gdyby zrobił coś takiego, ale o tym pogadają rano.
- Możemy.- Nie przeszkadzał jej ciężar jego głowy na ramieniu, wydawało jej się, że zbliżają się już do momentu, w którym jej towarzysz odpłynie, przynajmniej takie miała wrażenie. Na całe szczęście skończył już zwiedzać jej mieszkanie.
Ty? Pijany? Niemożliwe.- Pierwszy raz dzisiaj, na jej twarzy pojawił się uśmiech. Bardzo miłe z jego strony, że zamierzał jej to uświadomić, po zapachu i bełkotaniu wcale się tego nie domyśliła. - Taka straszna jestem, że musiałeś się uchlać, żeby tutaj przyjść? - Zdawała sobie sprawę, że jej zachowanie mogło spowodować, że nie chciał się spotkać. Jej ignorowanie mogło mu nasunąć tylko wyłącznie jednoznaczne wnioski. Nie chciała go widzieć. Mogło mu się wydawać, że zamknie mu drzwi przed nosem, czy coś i pewnie słuszne to były obawy. Dzisiaj miał szczęście - nie chciała bowiem, żeby któryś z sąsiadów zwrócił na nich uwagę.
- Spotkamy, jutro rano.- Była pewna, że po takiej imprezie będzie spał jutro dosyć długo. Czuła, że moment, w którym odpadnie zbliża się nieuchronnie, potraktował w końcu jej ramię, jak poduszkę. - Nie ma sprawy.- Cóż, dużo wcześniej już założyła, że zostanie tutaj na noc, nie widziała innej opcji zważając na to, że jego stan wołał o pomstę do Merlina. Nie odzywał się przez dłuższą chwilę, zauważyła, że po raz kolejny zasnął, tym razem chyba już tak trwale.
Oczywiście Avery nie dopuściłaby do tego, żeby jej gość spał na podłodze - jaki by on nie był. Poszła do sypialni po poduszkę i koc. Położyła poduszkę na kanapie, sama zaś sięgnęła po różdżkę i mruknęła pod nosem zaklęcie Wingardium leviosa. Udało jej się przenieść Borgina na kanapę, nie obudził się, właściwie to spodziewała się, że nie będzie z tym problemu. Przykryła go jeszcze kocem, a później zniknęła w swojej sypialni.
Koniec sesji
|