![]() |
|
[1951] Kair | Nie wierzę, że ci się uda! | Jamil & Elliott - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [1951] Kair | Nie wierzę, że ci się uda! | Jamil & Elliott (/showthread.php?tid=1062) |
[1951] Kair | Nie wierzę, że ci się uda! | Jamil & Elliott - Jamil Anwar - 04.03.2023 Dźwięki, zapachy i barwy mieszały się ze sobą całą gamą mamiącą wszelkie zmysły. Cynamon i kardamon przedzierał się poprzez zieloną kolendrę, sprawiając, że człowiek wręcz czuł je na języku, zapominając, co przed chwilą jadł. Słońce oślepiało, odbijając się w złotych lampach oliwnych i wazach, a wszystko to na tle kolorowych, ręcznie plecionych dywanów rozwieszonych pomiędzy straganami, by kusić naiwne oczy turystów. Udawany magik w turkusowym turbanie przywoływał za pomocą fletu kobrę, która zdawała się tańczyć do wygrywanej melodii, gdy tylko jej łeb wychylał się z wiklinowego kosza. Ktoś inny wmawiał jasnowłosym turystom, że jeśli zapłacą sporą sumę pieniędzy i potrą rękawem starą lampę, ukaże im się dżin spełniający życzenia. Jamil wiedział jednak, że to jedynie marna sztuczka – legenda opowiadana z dziada pradziada, podczas gdy same stworzenia były jedynie nieszkodliwymi istotami miłymi dla ludzkiego oka. Nie spełniały żadnych marzeń, bo te były niemożliwe do zrealizowania, gdy mieszkało się w miejscu takie jak to. Przeciskał się między tłumem, podjadając suszone owoce, które zwinął ukradkiem z jednej ze skrzynek, gdy sprzedawca nie patrzył, zagadując kobietę ze stoiska obok. Raz po raz zerkał tylko, czy jego towarzysz wciąż podążał za nim. Nie dało się go jednak łatwo zgubić: blady chłopiec, o idealnie przystrzyżonych włosach i nienagannym, czystym ubraniu wyróżniał się na tle okolicznych dzieciaków, wśród których Jamil pozostawał jednym z wielu. Luźne spodnie mające go chronić przed palącym słońcem i tunika o tym samym zastosowaniu sprawiały, że wyglądał, jakby miał na sobie ubiór własnego ojca, choć jego matka dostosowała długość materiału kilkoma zaklęciami. Nie czuł się zbyt komfortowo, ale pora deszczowa minęła już dawno, a wolał nie ryzykować poparzenia. Przez moment przemknęło mu przez myśl, jak Elliott radził sobie w warunkach, które nie były dla niego codziennością. Szybko jednak o tym zapomniał, zbyt zaaferowany błyskotkami wokół niego i tym, by doprowadzić towarzysza na tę magiczną część bazaru, gdzie nie istniały już żadne granice, a magia wymykała się spomiędzy palców niczym dym. Dla Jamila, który był wiecznie głodny, wizyta Malfoyów u jego matki oznaczała przede wszystkim to, że chociaż raz kolacja będzie syta. Twarz seniora rodu kojarzył przede wszystkim z pieniędzmi, a w drugiej kolejności z tym, że wszyscy pozostali domownicy byli wyganiani na zewnątrz, by nie przeszkadzać. Młody Egipcjanin zakładał, że pewnie miało to jakiś związek z duchami, ale Pythia nigdy nie chciała zdradzać swoich tajemnic, a on też nie wnikał – jedenastolatkowi zresztą nie wypadało być tak ciekawskim w stosunku do spraw rodziców. Pierwszy raz jednak Malfoy zjawił się wraz ze swoim wnukiem, który ze względu na zbliżony wiek został przekazany pod opiekę właśnie Jamilowi. W pewnym momencie pociągnął blondyna za rękaw, wciągając go z głównej ulicy w jakąś bramę. Na ścianach z obydwu stron były rozwieszone szkarłatne dywany o ludowych wzorach – niemagiczne, by nie zwracać niczyjej uwagi. - Czekaj, zaraz będziemy na miejscu. Uśmiechnął się szeroko do starszej kobiety, która przysiadła na stołku, grzebiąc w sakiewce. Ta tylko wywróciła na niego oczami, znając doskonale Anwara i wszystkie jego wybryki, a potem odwróciła wzrok z powrotem do swoich pieniędzy. Jamil rozejrzał się w obydwie strony, jak gdyby chciał się upewnić, że nikt ich nie obserwuje i przeszedł przez jeden z dywanów, wciąż ciągnąc za sobą Malfoya. - Nie mów mojej matce, że cię tu zabrałem, bo zejdzie na zawał – zaznaczył szybko, patrząc z pełną powagą na Elliotta. – Witaj na magicznym rynku Kairu. Machnął ręką, pokazując mu obraz, który rozpościerał się przed nimi. Niewiele różnił się od poprzedniej ulicy, którą podążali przez ostatnie kilkanaście minut. Mnóstwo kolorów, zapachów i dźwięków. Tyle że w tym miejscu nikt nie czuł oporów przed tym, by posługiwać się magią – zupełnie inną niż ta, do której mógł przywyknąć Malfoy. W Egipcie prawie nikt nie używał różdżek. Stary czarodziej o brodzie sięgającej pasa prowadził na smyczy sfinksa, który wygrażał się śmiertelnie groźną zagadką. W lśniących klatkach kręciły się skorpiony o wiele większe od naturalnych. Ktoś krzyczał, że ma na sprzedaż eliksiry o najróżniejszych właściwościach. Kilka dzieciaków grało w kącie w jakieś kapsle, które co chwila wybuchały im w twarze, wywołując salwy śmiechu. Wszystko to, do czego Jamil przywykł i co kochał, a z czym za kilka tygodni będzie musiał się pożegnać, zaczynając naukę w Uagadou. - Ale jest jeden warunek, który musisz spełnić, by móc zwiedzić to miejsce – powiedział szybko Anwar, uśmiechając się nieco złośliwie pod nosem, bo narodził mu się w głowie chytry plan, który miał na celu sprawdzić wartość Malfoya jako należytego kompana. |