![]() |
|
Wiosna, 1972, Marzec, 15 | Dom Alastora Moody'ego - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: Wiosna, 1972, Marzec, 15 | Dom Alastora Moody'ego (/showthread.php?tid=1188) |
Wiosna, 1972, Marzec, 15 | Dom Alastora Moody'ego - William Fletcher - 25.03.2023 Miło, ciepło, prawie jakby zaczynała się wiosna. Naprawdę mocno miał już dość zimy. Nie potrafił zrozumieć ludzi, którzy lubili tę pizgawicę. Kto normalny cieszył się z tego białego, pierdolonego puchu? Gdyby to chociaż były narkotyki, dałoby się z tym pracować. Zamrożona woda? No... na co to komu. Absolutni idioci. Ciepła pogoda była lepsza z miliona różnych powodów. Chociażby dlatego, że nie musiał chodzić ubrany w milion warstw ubrań. Niech żyje swoboda. Nie tylko ta związana z modą i ubiorem, ale także... hm, ta powiązana z ustaleniami w kwestii własności prywatnej. Przechadzają się Pokątną, w jednym ze sklepów z roślinami dostrzegł niezwykle ciekawą sytuację. Rosły, brodaty facet w długim, obrzydliwym płaszczu. Nic specjalnego. Tym, co przyciągnęło jego uwagę, był solidny, gruby mieszek, który dyndał u jego pasa. Oczy Fletchera zaświeciły się niczym galeony, gdy w głowie pomyślał, ile alkoholu będzie mógł za to kupić. Nie było co myśleć, trzeba było działać. Wyciągając z kieszeni nożyk, podszedł do typa, próbując dyskretnie zawinąć tę zdobycz. No i to był solidny błąd. Bo kto by kurwa wymyślił, że typ, którego próbował okraść, okaże się jebanym psychopatą, który nie dość, że zabezpieczył mieszek przed kradzieżami alarmem, to jeszcze zacznie go gonić, wymachując w powietrzu różdżką? Zbyt dużo zaklęć świsnęło mu koła ucho, żeby mógł to uznać za jakiś żarcik. W grę nie wchodziło też oddanie skradzionych dóbr. Nie miał zamiaru rezygnować z tego łupu. Nie, żeby potrzebował jakoś bardzo pieniędzy. Po prostu nie lubił przegrywać, a co za tym idzie, nie chciał dać się przyłapać. Zbyt dobrze znał się już z niektórymi pracownikami BUMu, żeby teraz odbywać z nimi rozmowę na temat przywłaszczania sobie cudzego mienia. Szczególnie teraz, gdy poszukiwała go mugolska policja. Podejrzewał, że za to oberwałoby mu się mocniej niż za dzisiaj. — Ja pierdole, typie. To są tylko kurwa galeony! — krzyknął, przebijając się pomiędzy kolejnymi ludźmi. Dlaczego do jasnej cholery na mieście było teraz tylu ludzi? Czy ktoś wrzucił przeceny na piwo w Magicznych Miotłach i każdy chciał kupić sobie najnowszego Nimbusa? W normalnych okolicznościach z chęcią przyjrzałby się temu dokładniej, ale teraz miał na głowie inne problemy. Potrzebował zniknąć temu typowi z oczu. Właśnie dlatego zaczął skręcać w coraz to kolejne uliczki, kierując się w bardziej znane mu rejony. Nie, żeby miał jakąś tragiczną formę, ale zaczynał odczuwać zmęczenie, nawet pomimo adrenaliny. Na szczęście dla niego, znalazł się przy ulicy, którą znał... niezgorzej. Co prawda nie było to najlepsze wyjście, pamiętając, kto tam mieszkał, ale do wyboru miał to albo typa, który za kilka chwil wyłoni się zza rogu. Szybkie porównanie plusów i minusów dało jasną odpowiedź. Niewiele myśląc, dopadł do drzwi i zapukał. Gdy przez kilka sekund nikt nie odpowiedział, szarpnął za klamkę. Ku szczerzej uldze, ta ustąpiła, wpuszczając go do środka. Momentalnie wskoczył do środka, zamykając za sobą drzwi. Oparł się o nie, głośno oddychając. Gdy usłyszał zbliżające się kroki i krzyki, zatkał sobie usta dłonią, w napiętej ciszy czekając, aż te umknęły. Dopiero wtedy się rozluźnił, ześlizgując się na tyłek. — Ja pierdole... nigdy więcej. Ten typ był pokurwiony. Nigdy więcej bez Dio — wysapał, wciąż wyrównując oddech. Ramieniem otarł czoło, ścierając z niego solidną warstwę potu. Nie zwracał nawet uwagi na otoczenie, a co za tym idzie. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że ktoś uważnie go obserwował. RE: Wiosna, 1972, Marzec, 15 | Dom Alastora Moody'ego - Effimery Trelawney - 25.03.2023 Marcowy dzień malował się kwitnącymi, świeżymi baziami i wychylającymi się z zasp śnieżnych główkami przebiśniegów; mróz wzierał do kości, informując wszem i wobec, iż zima jeszcze nie ściągnęła swojego welonu z londyńskiego bruku. Słońce wciąż chyliło się ku zachodowi wcześnie, obmywając błękit nieba czernią poprzetykanej gwiazdami nocy. Coś w niej drgnęło, gdy przyglądała się z zagraconego gabinetu wróżbiarskiego przez okno, obserwując, jak czarodzieje śpieszą Pokątną – każdy z nich obierając za cel różny faktor; wszyscy jednak posiadali wspólny mianownik – ważną sprawę do załatwienia; a może nawet i tę mniej autoteliczną i lukratywną? Pierwsze krople deszczu obiły się o szklistą powierzchnię okna niespodziewanie, zwiastując solidną ulewę; wata cukrowa zbudowana z chmur przemieszczała się burawą barwą po nieboskłonie, zupełnie jakby chciała przysłonić widok Perseidów. Uniosła ponownie ku wargom filiżankę wypełnioną odrobinę za słodką herbatą; musiała nieopatrznie uczynić to dwukrotnie, gdyż lepka ciecz zamierała w krtani, mówiąc o solidnej dozie cukru, która została umieszczona w mikrej pojemności. Zachybotała cieczą, obmywając ścianki naczynia, nim po raz kolejny jego krawędź skierowała ku pełni różanych warg. Dzień był niespokojny od poranka – Alastor jak zwykle opuścił mieszkanie zmierzając ku pracy o wczesnej porze; ona zaś tego dnia miała paru klientów – głównie zainteresowanych wróżbami na najbliższą przyszłość. Nie wiedziała nawet, iż to przecież ona warunkowała ich wybory życiowe. Usiadła w skórzanym, obdartym fotelu; ułożyła łokcie na blacie stołu, na którym gościły także karty tarota i szklana kula, aby po chwili na splecionych palcach oprzeć podbródek. Pasma rozwichrzonych, gęstych loków, które w świetle zachodzącego słońca mieniły się złociście, opadły na policzki, nim ostatecznie założyła niepokorne kosmyki za ucho. Może gdyby była odrobinę zbyt ostrożna; odrobinę mniej igrała z losem – zamknęłaby drzwi na zamek. Zwłaszcza, że w obecnych czasach ogólnego niepokoju i grozy, różne rzeczy były w stanie się zdarzyć. Ona jednak, prędzej o świadomości podlotki, aniżeli pełnokrwistej kobiety, nie rozważała w ten sposób rzeczywistości. Wtem usłyszała pukanie, za którym zadźwięczał nacisk na klamkę i wsunięcie się do środka niespodziewanego gościa. Wzięła głęboki oddech i policzyła w umyśle do trzech; choć nie była biegła w czarach ofensywnych, chwyciła różdżkę i poczęła powoli wysuwać się z zacienionego gabinetu. Nie spodziewała się tu zobaczyć akurat jego. – Billy! – zawołała, opuszczając prędko różdżkę. Podeszła doń zdecydowanie za blisko, a jej dłonie powędrowały na jego policzki, ujmując delikatnie. – Nic ci nie jest? Co się dzieje? – zabrzmiała falą pytań, spojrzenie umykające z morskich ocząt umieszczając gdzieś w głębi jego tęczówek. RE: Wiosna, 1972, Marzec, 15 | Dom Alastora Moody'ego - William Fletcher - 26.03.2023 Przez kilka długich chwil po prostu oddychał, próbując wyrównać oddech i nieco uspokoić myśli. W dłoni wciąż ściskał mieszek, który w tej chwili ważył zaskakująco wręcz dużo. Zdecydowanie więcej, niż było to możliwe. Czyżby był to strach? W końcu dzisiejszy wybryk bardzo łatwo mógł się dla niego skończyć niekoniecznie dobrze. Typ, którego okradł, definitywnie nie należał do szczególnie sympatycznych i miłych ludzi. Skąd to wiedział? Bardzo proste, nie była to jego pierwsza ofiara. Zazwyczaj ludzie byli zdumieni i przerażeni, krzycząc za nim, ewentualnie na niego. Bardzo rzadko w ruch leciały zaklęcia, które uszkadzały bruk i okoliczne kamienice, także... Na szczęście bardzo szybko wpadł na rozwiązanie tego problemu. Tak, on wpadł! Musiał po prostu uważniej obserwować cel przed napadem, żeby mieć pewność, że uniknie takich sytuacji. Proste, łatwe i skuteczne! Aż uśmiechnął się do samego siebie, zadowolony z tego, że z kilka chwil wpadł na tak genialny pomysł. Co prawda za kilka godzin absolutnie o tym zapomni i kolejne okazje będą równie randomowe, ale może nie ma co o tym za dużo myśleć. Z tego zamyślenia wyrwał go nagle delikatny, kobiecy głos. Przez to, jak bardzo był zamyślony — niemal podskoczył, ale zdołał zachować spokój, a przynajmniej jego solidną część. Gdy dostrzegł Effie, mimowolnie się uśmiechnął. — Hej, Effie! — zaczął, na szybko próbując skleić w całość jakąś historyjkę. Nim jednak zdążył to zrobić, ta podeszła do niego dość blisko, może nawet za blisko? Nie, żeby miał jakieś problemy z bliższymi kontaktami z kobietami, nic z tych rzeczy. Po prostu lekko go zaskoczyła. — Ja... — zaczął, wciąż zmieszany, wpatrując się przez chwilę w jej oczy. Cholera, to było naprawdę rozpraszające. I chociaż do tej pory się uśmiechał, nagle dotarło do niego nieco mocniej, gdzie się znajdował. Jeśli w mieszkaniu był również jej kuzyn, mógł mieć problemy. Właśnie dlatego, lekkim i zgrabnym ruchem schował mieszek za pazuchę, nie chcąc przyciągać do niego zbyt dużo uwagi. Nie chciał ryzykować rozmowy o przywłaszczonym mieniu z aurorem, szczególnie tym. Moody zawsze wprowadzał go w stan solidnego dyskomfortu. Gdy już to zrobił, ponownie skupił się na rozmówczyni. — Tak, jest w porządku. Ja... daj mi wstać — zaczął, po czym podniósł się z ziemi, przy okazji uwalniając się od jej dłoni. — Po prostu chciałem wpaść i zapytać, co u Ciebie. Z mojej głupoty, postanowiłem się przebiec, a jak się okazuje — moja forma jest zdecydowanie gorsza, niźli ją zapamiętałem. Także no, nigdy więcej trenowania bez Dio. Jej też przyda się trochę rozciągania — dokończył, posyłając jej przy tym lekki uśmiech. I chociaż nie była to może najlepsza wymówka, nie było w sumie większych podstaw do tego, żeby mu nie wierzyć? Taką przynajmniej miał nadzieję. — No to, jak już tutaj jestem. Jak się trzymasz? Co tam porabiasz? Klienci dopisują? — Postanowił zasypać ją jeszcze serią krótkich pytań, chcąc dodatkowo odciągnąć ich od tematu tego, czemu i jak tutaj przybył. RE: Wiosna, 1972, Marzec, 15 | Dom Alastora Moody'ego - Effimery Trelawney - 26.03.2023 Marazm dnia codziennego niejednokrotnie dotykał ją zwolna, uświadamiając o nieuchronności przemijania, na ścianach umysłu pozostawały jaśniejsze plamy po obrazach, które niegdyś doń przylegały; nie mogła skarżyć się na nudę i banalność życia – to jednak czasami przyjmowało formę wtórną, swoimi faktorami dotykając spraw przeszłych, jak i przyszłych, które widziała w szklanej kuli pod postacią znaków i symboli. Lepka, słodka herbata – definitywnie przez nieuwagę posłodzona dwukrotnie – osiadała na kubkach smakowych, przechodząc swą słodyczą przez krtań aż do żołądka. Jedno, samotne westchnięcie opuściło jej wargi na palcach, gdy wbijała wzrok w mętną ciecz – zawartość naczynia, którego ścianki niepewnie obmywała. Uśmiech, będący sztandarową flagą jej buńczucznej, acz bezkreśnie przyjaznej osobowości, wstąpił na wargi, przejmując tron po miękkim grymasie, który przetoczył się przez oblicze po kolejnym łyku herbaty. Zachybotała zawartością filiżanki raz jeszcze, aby w puencie odstawić ją na zagracony blat. Niewielkie, dosyć biedne mieszkanie nie stanowiło dla niej kłamu; tak długo, jak miała gdzie bytować, mościć swoją niszę i pracować – nie narzekała absolutnie na nic. Jej kuzyn w końcu wykazał się dobrą wolą, przyjmując pod swoje skrzydła osierocone dziewczę, jeszcze niepewne świata i podwiązek znaczących drogę podboju. Jej niepokalana niewinność zamykała się w miękkiej, kowalnej osobowości, w której za wartość autoteliczną uchodziła ochrona najbliższych i lojalność sprawie. Prawdopodobnie dlatego widok Billy’ego tak dogłębnie ją poruszył, a jej percepcyjnie biegła osobowość dostrzegła, iż coś w jego zachowaniu jest nie tak. Zlustrowała go od góry do dołu, marszcząc brwi, gdy zdjęła dłonie z jego policzków – nagłego paroksyzmu bliskości. Przez jej oblicze przemknęła lawina uczuć, niezbadanych emocji, jednak ostateczna uniosła wysoko brwi, mówiąc całą sobą – bujać to my, nie nas. – Alastora nie ma w domu – rzekła, licząc, iż ta informacja poluzuje jego język od kłamstw. Skrzyżowała ręce na piersi, wagę przenosząc z nogi na nogę, nim przymknęła na moment oczy i westchnęła. – Dlaczego mnie okłamujesz? Naprawdę myślisz, że ja – akcent postawiła na słowie „ja” – tego nie widzę? – zabrzmiała retoryką, odrobinę poirytowana takowym stanem rzeczy. – Nie zmieniaj tematu. Co się stało? – nacisnęła raz jeszcze, wzruszając niepewnie ramionami. Chwyciła go za nadgarstek i zaprowadziła do swojego wróżbiarskiego atelier – niemniej zagraconego, co całość mieszkania. Głośne trzaśnięcie drzwi potrząsnęło jego ryzami, a z uchylonego okna przemknął kwietniowy wiatr, podrywając ku górze przejrzystą firankę. Zajęła miejsce w miejscami obdartym ze skóry fotelu, skinięciem dłoni zapraszając Williama na drugie siedzisko. RE: Wiosna, 1972, Marzec, 15 | Dom Alastora Moody'ego - William Fletcher - 02.05.2023 Nie był szczególnie dobry i czytanie spomiędzy czyichś słów nigdy nie szło mu zbyt dobrze. Potrafił za to czytać z ludzkich twarzy. Jasne, nie zawsze mu to wychodziło. Tak właściwie to rzadziej niż częściej, ale na dłuższą metę — niekiedy było to przydatne. Dokładnie tak było tym razem. Jasne. Istniało prawdopodobieństwo, że mógł się mylić, ale był niemal pewien, że... dziewczyna mu nie uwierzyła. No dobra, może nie było to szczególnie dobrze obmyślone kłamstwo, ale czy Effi nie mogła mu tak po prostu uwierzyć? Bo co, była jasnowidzem czy tam innym widzem i nic nie uciekało jej uwadze? No naprawdę! Gdzie w tym zabawa? I chociaż zdecydowanie nie miał ochoty na to, żeby go teraz pouczała — wiedział, że nie do końca ma inny wybór. Jasne. Mógłby wyjść, ale to wiązałoby się z ryzykiem natknięcia się znowu na tego pojeba, któremu ukradł pieniądze. Szczerze wątpił w to, że typ przyjąłby sakiewkę z powrotem i dał mu spokojnie odejść. Nie do końca chciał się żegnać z życiem czy zdrowiem, także wybór był raczej prosty. Wolał zostać i się przyznać. Przynajmniej częściowo. Wciąż miał nadzieję na to, że uda mu się ominąć wątek przywłaszczonego mieszka ze złotem. Miał szczere wątpliwości względem tego, czy przyjaciółka pozwoliłaby mu je zostawić. Zostało mu czekać na wyrok, którym były słowne oskarżenia, które potwierdziły jego podejrzenia. Musiał pogadać z Dio i zgarnąć od niej kilka porad w kwestii kłamania. Radziła sobie z tym zdecydowanie lepiej od niego. — No dobra, przyznaję się. Nie powiedziałem Ci prawdy, ALE to tylko dlatego, że nie chciałem Cię martwić. Okey? — zaczął, przy okazji powoli zbierając się z podłogi. Głównie dlatego, że nie była szczególnie wygodna, ale przy okazji chciał uniknąć tego oceniającego spojrzenia. Nie był szczególnie wielkim fanem oceniania jego działalności przez kogokolwiek innego niż siostrę, a to i tak w sprawach oceny i poprawy ich złodziejskich przygód. Zanim ponownie otworzył usta, dziewczyna postanowiła zaprowadzić go do innego pomieszczenia, na co zresztą przystał. Nie miał ochoty rozmawiać w drzwiach. Ani tu wygodnie, ani miło, a fotele zdecydowanie były miłą odmianą. — Skąd masz te fotele? Całkiem miłe[/b[ — zaczął — [b]Och! I całkiem wygodne — dokończył, gdy w końcu się rozsiadł. Zaraz jednak spoważniał. Wiedział, że jeśli znowu zacznie zmieniać temat, ta najpewniej się zirytuje. Wolał, żeby nie wspominała o tej wizycie swojemu krewniakowi. Alastor Moody był dziwny, a Billy nie chciał się znaleźć na jego radarze. — No dobra. Wyszedłem sobie dzisiaj na miasto. Nie miałem konkretnych planów, po prostu chciałem się przejść. No i jak mijałem jeden ze sklepów, wpadłem przypadkiem na jakiegoś typa. Wielki, w płaszczu. Brody to chyba z rok nie golił, bo wyglądał jak menel spod Kotła. No ale, do rzeczy. Niechcący na niego wpadłem, nie? Coś tam mu wypadło i się zbiło. Przepraszałem i chciałem nawet oddać pieniądze — chociaż nie od razu, bo no nie miałem. Wszystko ładnie i fajnie, a ten nagle wyjął różdżkę i zaczął mi grozić, więc... uciekłem. Gonił mnie przez całą Pokątną i w sumie to tak trafiłem do Ciebie. Zadowolona? — rzucił, posyłając jej przy tym krótkie spojrzenie. Jasne, niektóre dane były zmienione, ale większość zdecydowanie się wydarzyła. Naprawdę nie chciał oddawać tego mieszka. [/b] RE: Wiosna, 1972, Marzec, 15 | Dom Alastora Moody'ego - Effimery Trelawney - 20.06.2023 Na kanwie przemyśleń zarysowało się wyjątkowo dobitne kłamstwo, sączące się z ust Williama, kalające tę przeklętą czystość przestrzeni – nie znosiła obłudy i ukrywania trywialnej prawdy, prawdopodobnie dlatego uśmiech spłynął z jej warg miękko, pozostawiając po sobie raptem cień obecności, malujący się w jeszcze niepewnie wyginających się kącikach ust. Patrzyła na niego, nieprzejednana i skupiona, zupełnie jakby rozgryzienie jego tajemniczej osobliwości przychodziło jej z niejakim trudem; wzięła głęboki wdech, o wiele zbyt ostentacyjny, nim brwi ugięły się w niewinnym geście zmartwienia. Bo tym przecież była – sumą zmartwień i gorliwych przeżyć i tak długo, jak Billy ukrywał przed nią stan faktyczny, faktory te pogłębiały się do żywego; ponadto, nie potrafiła zmyślnie udawać – nie mogła udać, że wierzy mu w absurd utkanej historii. Zamiast tego zamknęła w szklanej butelce całokształt swoich uczuć. Uniosła brwi wysoko na jego słowa; och, nie chciał jej martwić? – nawet ona wyczuwała dyrdymały zawierające się w tym sorcie, nieprawdę przykrytą miękką pierzyną troski, skazą, rozognioną raną na nieboskłonie wszechświata, tętniącą brzmieniem umierania. Kolejne westchnięcia opuściło jej usta, kalając akwarelą tę przeklętą przestrzeń. – Czy oczekując szczerości, naprawdę wymagam tak wiele? – rzekła łamiącym się głosem. – Naprawdę, Billy – dodała, a jej oczy z niewiadomych przyczyn zaszły szklistą mgłą. Rozsiadła się w fotelu naprzeciwko mężczyzny, przez ulotne momenty kontemplując stan obecnej rzeczy. Wahała się przez moment, jednak już po upływie spopielonych sekund, poderwała się gwałtownie i podeszła do mężczyzny. Zachodząc go od tyłu, ułożyła dłonie na jego barkach i zaznaczyła czubek głowy lekkim, nieomal niewyczuwalnym pocałunkiem. – Ale z ciebie głupek! – rzekła wysłuchawszy jego opowieści. Zsunęła dłonie z jego ramion i zamiast zamykać się w szklistej bańce kurtuazji, ponownie zajęła miejsce naprzeciwko, opadając miękko na oparcie fotela. Patrzyła nań przez moment skupionym wejrzeniem, dopiero po ulotnych momentach powzięła próbę jakiejkolwiek odpowiedzi nie owijającej się wokół wyklinania jego głupoty. – Zadowolona? – Uniosła wysoko brwi. – Za-do-wo-lo-na?! – powtórzyła powoli. – Co ty najlepszego wyprawiasz! Czy naprawdę chcesz, aby zeskrobywali cię w kostki brukowej SZCZOTECZKAMI DO ZĘBÓW? – dodała słowami wypełnionymi złością, ale też niebanalną troską. RE: Wiosna, 1972, Marzec, 15 | Dom Alastora Moody'ego - William Fletcher - 28.10.2023 Patrzył na nią, usilnie starając się pokazać, że jest coraz bardziej poirytowany. Nie przyszedł tutaj po dobrą radę, po prostu potrzebował się gdzieś ukryć i akurat przebiegał obok. Ot przypadek jakich wiele w świecie. W sensie, jasne, lubił Effi, ale to była dziewczyna, która niewiele miała wspólnego z tym, co lubił robić w wolnym czasie. Przez to ostatnie miał na myśli oczywiście picie, bicie i kradzieże od drobnych do tych poważnych. Nie potrzebował kazań i moralizowania, a gdyby kiedykolwiek zechciał zmienić swoje życie na lepsze, swoje kroki skieruje do siostry. Dio pierdolnie go w mordę i od razu mu przejdzie chęć resocjalizacji. Nie miał zamiaru się tutaj kajać ani tym bardziej opowiadać osobom spoza kręgu zaufania o swoich poczynaniach. Wiele z nich zdecydowanie znajdowało się poza prawem, a nie widziało mu się ubieranie ciuchów modą prosto z Azkabanu. Resocjalizacja była dla frajerów i ludzi, którzy potrafili przemyśleć swoje zachowanie. Billy nie należał do żadnej z tych grup. Zdziwił się, gdy druga wersja jego historii nie przeszła. Jakim cudem wyłapała, że kłamał? Jasne, może nie był najlepszym kłamcą, ale włożył naprawdę sporo wysiłku w to, żeby ta historia brzmiała wiarygodnie. Poświęcił na to blisko minutę w swojej głowie, co samo w sobie było już sukcesem. Rzadko kiedy skupiał na czymś uwagę na dłużej niż kilka sekund. Oczywiście były od tego wyjątki, ale używanie głowy do myślenia nie było na szczycie jego listy potrzeb. Gdy spytała, czy za dużo wymaga, ugryzł się w język, żeby nie odpowiedzieć twierdząco. Czemu nie mogła po prostu uwierzyć mu na słowo, zamiast tego drążąc temat dalej? Udało mu się uciec, sakiewka znajdowała się w jego kieszeni, także można śmiało nazwać tę akcję ogromnym sukcesem. Jeszcze chwilę temu miał ochotę wydać te galeony na coś ładnego dla dziewczyny, ale w tej chwili bliżej było mu do wyjścia. Zaczynało go już nudzić to odbijanie się od ściany w kwestii pytań i odpowiedzi. Jeśli była taka mądra, dawno temu powinna się zorientować, że po prostu nie chciał o tym gadać. Proste. Nagle, niczym za dotknięciem magicznej różdżki, odzyskała jego uwagę. Tak, chodziło o kontakt fizyczny. Effie może i była irytująca, ale przy tym całkiem ładna i Billy nie obraziłby się o małe co nieco. Właśnie dlatego, gdy się nad nim pochyliła, zadziałał czysto instynktownie. Gwałtownie przechylił głowę, dzięki czemu zamiast czoła, jej usta zetknęły się z jego wargami. Pozwolił sobie nawet lekko przedłużyć. Wciąż jednak trwało to co najwyżej kilkanaście sekund. Był zachwycony tym zdecydowanie nie-niewinnym żarcikiem, o czym mógł świadczyć uśmiech, który pojawił się na jego twarzy. Wielki, szeroki, wyjątkowo bezmyślny. — Ładnie to tak? Jeśli już chcesz się całować, to najpierw wypadałoby spytać. Masz szczęście, bo mam dzisiaj dobry humor i ci Wybaczam! — oznajmił, kiwając przy tym lekko głową. Następnie obserwował jej dalsze ruchy i oczekiwał na ewentualną reakcję, bo nie wierzył w to, że ktokolwiek przeszedłby obojętnie obok takiej sytuacji z Fletcherem w roli głównej. Był na to zbyt przystojny. Atmosfera w końcu była miła i ciekawa, ale cóż, Effie ewidentnie wzięła sobie za punkt honoru bycie panią marudą. Gdy znowu zaczęła biadolić nad jego losem, nie powstrzymał już nawet głośnego ziewnięcia. — Słuchaj, słońce. Ja doceniam troskę i sympatię, ale serio przesadzasz. Gdybym robił cokolwiek niebezpiecznego, zabrałbym ze sobą wsparcie. Z siostrą jesteśmy zajebistym duetem. POZA TYM. To wszystko było wypadkiem przy pracy. Nie znam typa, nie mam zamiaru znać. Wątpię, żebyśmy się mieli jeszcze kiedykolwiek spotkać — odparł, wyciągając przy tym z kieszeni knuta, którym zaczął się bawić między palcami. — Poza tym. Trzeba by czegoś znacznie więcej niż zaśliniony wariat, żeby mnie kropnąć. Jestem zbyt młody i przystojny, żeby ot tak umrzeć — dokończył, cmokając przy tym głośno ustami. RE: Wiosna, 1972, Marzec, 15 | Dom Alastora Moody'ego - Effimery Trelawney - 25.11.2023 Wprost proporcjonalnie do jego irytacji, rosła również jej, rozrastając się między meandrami umysłu, w sferach, do których na ogół nie miała dostępu. Wiedziała, iż Billy nie był właściwą personą do lokowania wszelkich emocji, w pewien sposób jednak ciągnęło ją mętnie do tej nuty niebezpieczeństwa, które niosła za sobą znajomość z nim; a przecież Effimery nigdy nie była nęcona przez niebezpieczeństwo. Ach, ależ szalenie w niej coś drgnęło, zupełnie, jakby sobą nie była. Musiała przyznać przed samą sobą, że poza żywym zmartwieniem, które odcisnęło się piętnem na wątłym umyśle, coś niebywale ekscytującego zrodziło się pod pergaminem powiek, które przymknęła na moment, porządkując utkane w niebyt myśli. Była w końcu wrażliwa w całym swoim jestestwie; mimo wszystko tętniła żywo chęcią obdarowania miłością absolutną większość osób, wokół których orbitowała – zaczynając od Alastora, na przeklętym Fletcherze kończąc. Prawdopodobnie dlatego czyste przejęcie odmalowało się na jej obliczu, gdy ponownie otwierała oczy, ogniskując uporczywe iskry błyskające w błękicie gdzieś w spojrzeniu Billy’ego. Percepcyjnie biegła, wyłapanie kłamstwa przychodziło jej stoicko naturalnie i choć nie posiadała daru jasnowidzenia, zamiast tego dostrzegając aury, jego uderzyła ją z pełnią mocy, wbijając się igiełkami w umysł mimowolnie. Przejęcie ponownie rozlokowało się na jej obliczu, gdy splatała ręce na klatce piersiowej, biorąc głęboki oddech – prawdopodobnie tylko on hamował ją przed wybuchem nagłej salwy emocji; te przecież już zaczęły wzbierać gwałtownie w umyśle. Chciała wyciągnąć z niego wszystko i choć widziała, iż nie chciał specjalnie rozmawiać o swoich motywacjach i tym, co faktycznie się stało, nie potrafiła porzucić nagłej, usilnej chęci wyduszenia z niego całokształtu tego, co zaszło. Dobre chęci mieszały się z ogromem zmartwienia, który nagle, zupełnie nieproszony opadł na jej umysł, zduszając wszelkie przebłyski ekscytacji. Pochylając się ku jego czołu, nie spodziewała się, jaki obrót przyjmie sytuacja; całus spoczął miękko na jej ustach, zastając ją na tyle zaskoczoną, że przez trwałość tych kilkunastu sekund nie drgnęła, aby po chwili odskoczyć gwałtownie, otwierając szeroko oczy. – Czy ty zgłupiałeś?! – wrzasnęła, uderzając go pięścią – zdecydowanie zbyt drobną – w ramię; i jeszcze raz; i jeszcze. Po nagłym paroksyzmie agresji, odsunęła się od niego stanowczo, pozostając poza jego zasięgiem, opadając miękko w ramiona fotelu. Speszona, oblała się czerwienią pąsu na całości policzków i niewielkiego nosa, ukrywając pod rumieńcem niewydatną siateczkę piegów. – Troskę? Sympatię? – Jej głos podniósł się o jakąś oktawę. – Och, faktycznie, niektóre te rzeczy może istotnie czułam, ale skoro ty ich nie potrzebujesz, to będę milczeć! – odparła, marszcząc brwi gniewnie. Trwała tak przez krótki moment, nie potrafiła jednak przecież się zamknąć. – Jesteś absurdalny i niedorzeczny. Co ty sobie myślisz? Że jesteś nieśmiertelny? – wydusiła z siebie jeszcze, prychając gniewnie. |