Secrets of London
[ Pan Mruczkens ] – Dellian & Mackenzie – boczne uliczki - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [ Pan Mruczkens ] – Dellian & Mackenzie – boczne uliczki (/showthread.php?tid=1209)

Strony: 1 2


[ Pan Mruczkens ] – Dellian & Mackenzie – boczne uliczki - Dellian Ollivander - 27.03.2023

13.04.1972

Dłoń wyciągnięta przed siebie, w niej różdżka – prosta, stworzona przez mojego stryja i ojca. Idealna dla takiej osoby jak ja. Obok mnie kroczył mój czarny kot, łypał na każdego zapewne groźnie choć to pojęcie jest mi obce, nieznane. Nie jestem w stanie łypać, nie jestem w stanie dostrzegać w ten normalny sposób jakim posługujecie się wy – czarodzieje ze wzrokiem. Czasami jednak zastanawiam się kto z nas nie ma wzroku, kto z nas mniej widzi? Jestem podobno wysoki, mój podbródek jest delikatnie uniesiony jakbym był dumny z tego, że nie widzę. Czasami na nos zakładałem ciemne okulary, ale była to rzadkość. Lubiłem wasze skrępowanie, gdy orientowaliście się, że posiadam taki straszny defekt.

Wyszedłem chwilę temu z pracy, byłem zmęczony psychicznie, ponieważ przynoszone przez Brenne przedmioty były dla mnie czasami zbyt trudne. Nie miałem jej tego za złe. Chciała dobrze i bardzo ceniłem sobie jej towarzystwo. Dzisiaj jednak nie skupiamy się na skrupulatnej Brygadzistce.

Kroczyłem powoli, moja różdżka w dłoni drżała, gdy zbliżałem się do nieuważnych czarodziejów, a mój kot prychał, gdy widział, że jestem bliski wpadnięcia na przeszkodę. Dawałem sobie radę, ale czułem, że ludzie wokół chcieli pomóc, sięgali do mnie łapskami, abym sobie czegoś nie zrobił. Bell wtedy ocierał się o moją nogę, a ja umykałem takim osobom sprzed nosa. Fałszywy altruizm. Czemu nie pomogą mojemu ojcu, który zmaga się z większymi problemami niż moja utrata wzroku?

W końcu dotarłem do zaułka, w którym było ciszej, w którym nie było żadnych osób. Mój kot się zatrzymał, a ja wraz z nim. Wyczułem, że był napięty, a ja usłyszałem wtedy jakiś hałas. Ruszyłem w tym kierunku, a do moich uszu dotarł pisk jakiegoś dziecka.

— Trzeba to zbadać! – powiedziałem.

— To może być niebezpieczne. – odpowiedział mi kot.

Zignorowałem go. Ruszyłem. Słyszałem doskonale płacz dziecka, ale nie do końca wiedziałem, co mogło być jego powodem.




RE: [ Pan Mruczkens ] – Dellian & Mackenzie – boczne uliczki - Mackenzie Greengrass - 27.03.2023

Musiała się teleportować.
Naprawdę, naprawdę tego nie znosiła. Ale z Melrose do Londynu było po prostu za daleko, aby Mackenzie mogła przelecieć cały dystans na miotle, jeśli chciała zdążyć odebrać dziś nową szatę do quidditcha od Rosierów, po tym, jak dokonano ostatnich poprawek.
Zamiast w punkcie aportacyjnym, Greengrass teleportowała się bezpośrednio w zaułku na Pokątnej. Doskonale wiedziała, że nie zniesie teleportacji dobrze, więc nie życzyła sobie zbyt wielu świadków. Pojawiła się w alejce, po czym czując, że w głowie się jej kręci, a żołądek, oczywiście, burzy się przeciwko tej formie podróży, odłożyła torbę ze sprzętem na ziemię, miotłę oparła o ścianę. Nie miała już na sobie szaty, w której niedawno ćwiczyła: pojawienie się w niej na Pokątnej zwróciłoby zbyt dużą uwagę.
- Poooomóóóóż mi!!! – rozległ się dziecięcy pisk w pobliżu. W porządku, świadek jednak był. Chyba jakiś dzieciak. Mackenzie, która podparła dłoń o mur i pochyliła się, zacisnęła powieki, bo krzyk dziecka zdawał się wręcz wwiercać w jej czaszkę. Otworzyła oczy i kontrolnie zerknęła, co się dzieje. Nie dostrzegła jednak żadnych potworów, zamaskowanych dorosłych, ani innego niebezpieczeństwa. Jedynie zapłakaną, opuchniętą dziewczynkę, wyciągającą ręce do kota, skaczącego po pobliskim parapecie. Na całe szczęście, nie musiała więc rzucać się ani do ucieczki, ani do potencjalnego ratowania komuś życia. Dobrze, bo była trochę zajęta umieraniem.
- No pomóż mi! – nalegało dziecko. Ktoś bardziej empatyczny od niej może natychmiast rzuciłby się ratować kotka, ale… Kenzie była po pierwsze, bardzo mało empatyczna, po drugie, było jej bardzo, bardzo niedobrze.
- Och, daj mi spokój – jęknęła Mackenzie, pozieleniała na twarzy, po czym pochyliła się i zwymiotowała pod ścianę. Rzecz jasna w odpowiedniej odległości od swojej miotły i od swojej torby. Kot z góry zamiauczał i Mackenzie przyszło przez myśl, że brzmi to prawie, jakby się z niej śmiał.
Dziewczyna nie dostrzegła oczywiście nadchodzącego Ollivandera. Usłyszała kroki i zaklęła tylko w duchu. Gdyby go rozpoznała, może ucieszyłaby się, że ze wszystkich ludzi to akurat on: w końcu przynajmniej nie mógł zobaczyć jej upokorzenia.


RE: [ Pan Mruczkens ] – Dellian & Mackenzie – boczne uliczki - Dellian Ollivander - 27.03.2023

Krzyk dziecka dotarł do mnie głośnie, jej błaganie o pomoc było iście rozczulające i łamiące serce. Nie potrafiłem przejść z obojętnością obok osoby w potrzebie, mimo że sam takową osobą zazwyczaj powinienem być. Przyśpieszyłem kroku, a Bell wskazywał mi niecierpliwie, gdzie były przeszkody do ominięcia. Dotarłem na miejsce i usłyszałem znajomy mi głos, który zganił dziecko w pomocy.

— Nie było to zbyt miłe. – uśmiechnąłem się pod nosem, a potem usłyszałem jak dziecko prosi znowu o pomoc. — Co się stało? – zapytałem podchodząc w kierunku dziewczynki, która tak płakała. Oh, serce się łamało na pół wręcz. — Musisz mi powiedzieć, niestety nie widzę. – odpowiedziałem spokojnie czując się dziwnie w tej sytuacji.

Dziewczyna rzygająca niedaleko zdecydowanie bardziej mnie rozpraszała. Ona chyba też potrzebowała pomocy. Ciężkie zakończenie dnia po pracy, a udało mi się nawet wyjść szybciej. Co mi z tego zaoszczędzonego czasu? Nie mogłem rozpoznać do końca głosu dziewczyny, ale był zdecydowanie zbyt znajomy. Dziewczynka zaczęła opowiadać coś o kocie i o tym, że nie może go złapać.

— Bell? – zapytałem, ale mój kot chyba olał ganianie za kotem. Westchnąłem ciężko.

— Dlaczego nie widzisz? – zapytała dziewczynka ciągając paskudnie nosem. Nie lubiłem tego dźwięku.

— Hej, ty! – zwróciłem się do rzygającej dziewczyny ignorując pytanie dziecka. — Znamy się prawda? – zapytałem czekając na odpowiedź. – Mamy tu mały problem. Potrzeba złapać Pana Mruczkensa, pomożesz? – powstrzymałem się od parsknięcia pod nosem. Imię kota było zabawne.

— Dobrze się czujesz? – zapytałem, a dziecko szarpnęło mnie za ubranie rozpaczliwie prosząc o pomoc. Zaczynała się wzbierać we mnie panika, ponieważ nie wiedziałem jak złapać przeklętego kota. Sam miałem zawsze problem ze znalezieniem własnego, a co dopiero z obcym kotem. Słyszałem jak gdzieś miauczy, ale bez wzroku mógłbym mu chyba krzywdę zrobić, a nie chce, aby to biedne dziecko było świadkiem takiej sytuacji.




RE: [ Pan Mruczkens ] – Dellian & Mackenzie – boczne uliczki - Mackenzie Greengrass - 27.03.2023

Mackenzie kompletnie zignorowała rozmowę toczącą się za jej plecami. Pojawił się jakiś nowy rycerz w lśniącej zbroi, niech więc on ściąga kota z parapetu, ona była bardzo zajęta, próbując zwymiotować chyba nie tylko zawartość swojego żołądka, ale też sam żołądek. W końcu wyprostowała się, wyciągnęła chusteczkę i otarła usta.
- Żartujesz? – spytała z niedowierzaniem, kiedy padła prośba o pomoc. Wyciągnęła różdżkę, ale nie wycelowała nią w Pana Mruczkensa. Zamiast tego machnęła ku ziemi, aby ją oczyścić. Wstyd nie pozwoliłby jej zostawić ulicy w takim stanie. Na szczęście zaklęcie usuwające takie rzeczy Greengrass miała nieźle opanowane. – Jak kot tam wlazł, to i sam nie zejdzie.
- On nie zejdzie!!! – wrzasnęła dziewczynka, głośno chlipiąc. – On zawsze wchodzi na górę, a potem nie umieeee zejść!
- Jak zawsze wchodzi na górę, to trzymaj go w mieszkaniu – poradziła Mackenzie, obracając się wreszcie. Może byłaby bardziej uprzejma, gdyby nie czuła się tak, jakby właśnie spędziła godzinę na szybkiej karuzeli. Teleportacja ze Szkocji do Londynu to było trochę za dużo. Dopiero teraz spojrzała na Ollivandera… i nie, od razu go nie rozpoznała. Greengrass miała absolutnie beznadziejną pamięć do twarzy i nawet jeśli miała z kimś sporo do czynienia w szkole, to pewne szczegóły ulatywały z jej wspomnień. (Chyba że grał w quidditcha. Wtedy pewnie pamiętała też wzrost, wagę i dokładne dane o technice latania.) Nawet to, że nie widział i pytał, czy się znają, nie od razu sprawiło, że wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Chyba dopiero widok Bella wreszcie sprawił, że Mackenzie połączyła kropki.
- Twój kot nie może namówić tego na górze, żeby zszedł, Ollivander? – spytała z pewną rezygnacją, kiedy dzieciak na jej deklarację wybuchł jeszcze głośniejszym szlochem. – Przestań ryczeć. Zdejmę go – zgodziła się niezbyt chętnie. Spojrzała na parapet, zastanawiając się, jakim cudem kot tam w ogóle wszedł. W końcu sięgnęła po swoją miotłę. Nie zamierzała się tam wspinać, skoro mogła po prostu podlecieć do zwierzaka.


RE: [ Pan Mruczkens ] – Dellian & Mackenzie – boczne uliczki - Dellian Ollivander - 27.03.2023

— Słyszysz? Nie zejdzie. – odpowiedziałem z uśmiechem czekając na kolejny krok dziewczyny. Była opryskliwa, co było dla mnie przyjemnie znajome. Jej głos zaczynał mi tworzyć wspomnienia tej dziewczyny ze szkoły. W głowie powoli tworzyły się myśli układające się w dziewczynę bardziej ślepą niż ja nie posiadający wzroku. Uśmiech nie chciał opuścić moich ust, pochyliłem lekko głowę, aby usłyszeć przeklętego kota.

— A jednak się znamy, słodka Kenzie – odpowiedziałem robiąc w jej kierunku kilka kroków.

Oh, cudowny głos, cudowna ślepota w niewiedzy. Lubiłem tę dziewczynę od zawsze, a uczucia do niej znowu do mnie powróciły. Nie, nie mam zamiaru znowu o nią zabiegać. Byłby to strzał w kolano, bo ona nigdy tego nie zobaczy, ale chciałbym dotknąć jej policzka, poczuć jej skórę pod palcami, aby przypomnieć sobie jaka była, nadal jest. Słyszałem o niej nie raz, zawodniczka numer jeden, najlepsza i jedyna w swoim rodzaju. Zaśmiałem się pod nosem, gdy zganiła dziewczynkę.

— Kenzie, daj spokój. To tylko dziecko, które boi się o swojego kota. Gdybym mógł sam bym go zdjął, a Bell współpracuje tylko jak chce. – odpowiedziałem i zbliżyłem się do niej bardziej. Dzieliła nas odległość dwóch ramion. – Mogę ci jakoś w tym pomóc, nie chcę, abyś sama działała skoro to ja zadeklarowałem, że pomogę damie w opałach. – usłyszałem słodki chichot dziewczynki, co sprawiło, że uśmiech na moich ustach się poszerzył.




RE: [ Pan Mruczkens ] – Dellian & Mackenzie – boczne uliczki - Mackenzie Greengrass - 27.03.2023

Jaka szkoda, że Dellian nie mógł zauważyć spojrzenia Mackenzie: bo popatrzyła na niego jak na wariata. Dopiero po chwili znów do niej dotarło, że jest niewidomy, więc w związku z tym faktycznie mógł być jedyną osobą pod słońcem, która nazwałaby ją słodką po tym, jak trzydzieści sekund wcześniej wymiotowała pod ścianą na jego oczach, jakby planowała przekręcić się zaraz na drugą stronę.
A gdy spytał, czy może jej jakoś pomóc, już na krańcu języka miała odpowiedź „niby jak” – bo przecież mógłby co najwyżej zwalić się popisowo, połamać, a wtedy musiałaby się pewnie komuś tłumaczyć – ale jakieś marne resztki umiejętności społecznych się w niej odezwały i ostatecznie słowa nie padły.
- Spraw, żeby nie ryczała – oświadczyła zamiast tego, zauważając, że dziecko zamiast wyć dalej niczym syrena alarmowa albo domagać się szybkiej pomocy dla Pana Mruczkensa, zaczęło na jego słowa chichotać. Mackenzie wskazała przy tym kciukiem na dziewczynkę, ot odruchowo, i zaraz go opuściła, znów poniewczasie uświadamiając sobie, że Dellian tego nie widzi.
A potem wypuściła z rąk miotłę i pozwoliła, by ta zawisła obok niej. Wsiadła na nią i wzniosła się w powietrze, a humor Mackenzie niemal natychmiast się poprawił, mimo tego, że zamiast kafla, miała teraz łapać jakieś kota. Kocurzysko zresztą najeżyło się i syknęło. Chyba zwierzak nie spodziewał się, że ktoś zdoła dostać się do jego wspaniałej kryjówki.
Próbował najpierw przeskoczyć na kolejny parapet. A potem podrapać wyciągającą ku niemu ręce Mackenzie. Nie miał jednak absolutnie żadnych szans. Jeśli Greengrass w czymś była dobra, to w lataniu oraz chwytaniu, a złapanie Mruczkensa było znacznie łatwiejsze niż przechwytywanie podań. Unieruchomiła go, nieco brutalnie, choć tak, by nie skrzywdzić, a potem opadła z powrotem na ziemię.
– Trzymaj – poleciła, wyciągając zwierzaka, dalej chyba bardzo niezadowolonego z tego, że został złapany, ku jego domniemanej właścicielce.


aktywność fizyczna, łapanie Mruczkensa, + 10 za przewagę Nottów
[roll=PO]


RE: [ Pan Mruczkens ] – Dellian & Mackenzie – boczne uliczki - Dellian Ollivander - 28.03.2023

Chyba czasami miałem szczęście, że nie musiałem oglądać ekspresji ludzkich twarzy. Zdawałem sobie sprawę, że z nich można naprawdę sporo dowiedzieć o tym, co myślą w danej chwili. Wiedziałem też, że ponoć wszystko można ukryć, ale nie miałem z tym doświadczenia. Ja nauczyłem się czytać ludzi z ich tonacji głosu, ale najgorzej jak trafię na osobę, co swym głosem nie reprezentuje za dużo. Wtedy wręcz czuję się zagubiony w emocjach takiej osoby.

— Tak jest. – uśmiechnąłem się i odwróciłem się w stronę ciągającej nadal nosem dziewczynki. Ugh, nie lubiłem usmarkanych osób, bo ten dźwięk naprawdę nie był przyjemny. Podszedłem do niej, dziecko znowu zaczynało chlipać, gdy przypomniało sobie o kocie, ale zacząłem ją zagadywać, aby nie myślała o tym, co robi Kenzie.

Miałem nadzieję, że zarzygana kobieta nie zrobi krzywdy temu kotu. Słyszałem jak świsnęła w powietrze na miotle, a mi dreszcz po plecach przeszedł. Nie, nie miałem leku wysokości, ale mogę szczerze przyznać, że loty na miotle nie należały do moich ulubionych środków transportu, a raz czy dwa zdarzyło mi się, że ktoś przewiózł mnie na nich z punktu A do punktu B. W powietrzu nie mogę mieć różdżki w ręce, nie ma żadnych przeszkód i nie mam tam ani trochę orientacji w terenie. To naprawdę nie jest przyjemne uczucie.

Spróbowałem zawołać Bell’a mojego kota i w końcu gdzieś usłyszałem jak się wygrzebuje z zakamarków ulicy. Dziewczynka pogłaskała go i zacmokała niezadowolona.

— Pan Mruczkens ma bardziej fajne włosy. – powiedziała i cicho zapłakała. Miałem ochotę już stąd pójść. Pomaganie dzieciom nie jest zbyt zabawne, ani przyjemne.

— To łap tego nieudacznika! – prychnął Bell i słyszałem w jego głosie totalne niezadowolenie. Machnął ogonem, odwrócił się i wskoczył chyba na jakąś półkę lub skrzynkę.

Dziewczynka zaczęła na nowo płakać, tym razem jeszcze głośnie. Ciągle powtarzała imię swojego kota, a ja nie za bardzo byłem w stanie ogarnąć co się dzieje. Takie rzeczy nie są dla mnie. Mam wrażenie, że akcje ratowania żywych stworzeń mnie przerastają. Zdecydowanie bardziej wolę jakieś przeklęte przedmioty – one przynajmniej nie płaczą, ani nie uciekają. Chyba, że są zaklęte tak, aby uciekały. Dziecko przytuliło się do mnie i dziwnie się z tym poczułem, ale zacząłem głaskać jej głowę, aby chociaż trochę ją uspokoić co było naprawdę ciężkie. Gdy usłyszałem jak Kenzie ląduje na ziemi dosyć miękko kamień spadł mi z serca. Dziewczynka odczepiła się ode mnie i pobiegła w kierunku swojego kota jak mniemam. Słyszałem jak kot miauczał niezadowolony, ale dziecko się śmiało, więc problem zażegnany.

— No dobrze, że masz już Pana Mruczkensa. Lepiej trzymaj go w domu słodka księżniczko, ponieważ następnym razem już możesz nie trafić na tak dobrego lotnika jakim jest nasza koleżanka. – odpowiedziałem uśmiechając się, dziewczynka coś tam jeszcze pogadała, a ja zwróciłem się do dziewczyny, która kiedyś zrzuciła mnie dosłownie z nóg.

— Dobrze się czujesz? Jak tu przyszedłem nie brzmiałaś za dobrze… – zauważyłem z troską w głosie. Miałem nadzieję, że naprawdę nic się jej nie stało.




RE: [ Pan Mruczkens ] – Dellian & Mackenzie – boczne uliczki - Mackenzie Greengrass - 29.03.2023

Dziecko ciągle płakało, a gdzieś przez głowę Mackenzie przeszła nieładna myśl, że gdyby nie trzymała kota – bardzo z faktu trzymania niezadowolonego i wyrywającego się jej z wielkim zapałem – to chyba wyciągnęłaby różdżkę i spróbowała rzucić na małą silenco. Hałas zwykle jej nie przeszkadzał. Krzyki na stadionach, świst powietrza w uszach, muzyka w barach, to wszystko nie było obce Mackenzie. A jednak, z jakichś powodów, wrzaski małej zdawały się dużo bardziej irytujące.
- To na pewno twój kot? – spytała podejrzliwie, kiedy dziecko, teraz już nie zapłakane, a roześmiane, podbiegło do niej i wyciągnęło ręce, a kot zaczął walczyć z uściskiem Mackenzie jeszcze intensywniej i w dodatku miauczeć w niebogłosy. Wyglądało na to, że ramiona małej są ostatnim miejscem, w którym miałby ochotę się znaleźć.
- Pan Mruczkens jest móóój! – zapewniło dziecko, na co Greengrass wzruszyła ramionami i podała kota dziewczynce. Ten, oczywiście, zaczął się wyrywać bardzo intensywnie. Dzieciak miał już chyba pewną wprawę w trzymaniu tego kota, bo próby unieruchamiania szły małej całkiem nieźle… ale nie była też dorosła, więc dość szybko zapiszczała, kiedy pazury przeorały ją po policzku. Z kotem w ramionach prędko ruszyła do wyjścia z zaułka, może chcąc skorzystać z ich rady i zabrać zwierzaka do domu.
Greengrass odprowadziła małą spojrzeniem. Sądząc po tym, że kot wyglądał na kłębek wściekłości, zdecydowany odzyskać wolność, Mackenzie obstawiała, że najdalej za pięć minut dziecko będzie prosić kolejnych, nieszczęsnych dorosłych, aby złapali jej pupila, który ucieknie na dużą wysokość.
Wciąż siedziała na miotle, unoszącej się teraz tuż nad ziemią, tak, że czubki butów dziewczyny muskały bruk. Wzrok przeniosła na Delliana dopiero, gdy się do niej odezwał.
- Nie brzmiałam dobrze. A kazałeś mi łapać kota – mruknęła, chociaż przytyk tak naprawdę nie był wywołany urazą o to, a tym że zwyczajnie – było jej wstyd, że została przyłapana na wymiotowaniu pod ścianą. Wolałaby, aby udawał, że nic nie zauważył. Przez moment nawet miała nadzieję, że to faktycznie umknęło jego uwadze. Właśnie dlatego tak nienawidziła się teleportować. Nawet w ciemnym zaułku nie mogłeś być pewny, że ktoś się nie napatoczy. – Nic mi nie jest – powiedziała i chciała nawet dodać, żeby udawać, że nic nie widział. Na całe szczęście, w ostatniej chwili sobie przypomniała, że w gruncie rzeczy naprawdę nic nie widział. – Nie wiedziałam, że Brygadziści naprawdę łapią zagubione koty.



RE: [ Pan Mruczkens ] – Dellian & Mackenzie – boczne uliczki - Dellian Ollivander - 02.04.2023

Przysłuchiwałem się rozmowie Mackenzie z dziewczynką i sam zaczynałem wątpić, czy to na pewno jej kot, ale jak już dziecko sobie poszło, a płacz i przeokropne miauczenie ucichło odetchnąłem. Ta sytuacja wydarła ze mnie całą energię i poczułem się okropnie zmęczony. Uśmiechnąłem się niezręcznie na jej komentarz, więc wpadłem na genialny pomysł, aby jakoś wynagrodzić to, że musiała robić coś czego nie chciała.

— Wiem, że poprosiłem cię o pomoc w sytuacji, gdy sama jej potrzebowałaś, ale nie potrafiłem zostawić tego dziecka w potrzebie. – odpowiedziałem drapiąc się w tył swojej głowy. – W ramach przeprosin i podziękowaniu zapraszam na piwo, albo drinka do Dziurawego Kotła. – zaproponowałem z delikatnym uśmiechem na ustach. Czułem, że dziewczyna unosi się jeszcze w powietrzu, więc zapewne będzie chciała zaraz uciekać, ale spróbować nie zawadzi. Może się skusi? A jak odmówi to płakać też nie będę – w końcu nasze spotkanie było czysto przypadkowe, zaplanowane przez los, a nie przez nas samych. Los czasami lubił płatać figle  w naszym życiu, a mi to szczególnie. Zawsze umiejętnie wpadałem w tarapaty, ale również z nich odpowiednio dobrze wychodziłem.

— Nie wiem jak inni, ale to była moja pierwsza akcja z ratowania kota. Przypadek zechciał, abym usłyszałem to dziecko i przypadek również zesłał mnie na twoją drogę. Mam nadzieję, że nie będzie dla ciebie to negatywnym wspomnieniem. – dodałem.
Pamiętałem jak za nią łaziłem w szkole i czuję nadal żal w sercu, że nigdy nie udało mi się w niej rozpalić takiego uczucia jakim darzyła ten cały Quidditch. Nigdy nie bagatelizowałem jednak jej załamania, ale nic nie można poradzić jeśli trafi się na ślepą osobą, która widzi tylko jedną rzecz istotną w jej życiu.

— Pamiętasz mnie jeszcze, Kenzie? – zapytałem czekając na jej odpowiedź.

Byłem ciekawy, czy mimo wszystko zapamiętała mnie ze szkoły, czy jednak byłem mniej widoczny niż duchy. Nie wiem po co było mi to zapewnienie, może chciałem siebie dowartościować, że to bieganie za nią nie było daremne?




RE: [ Pan Mruczkens ] – Dellian & Mackenzie – boczne uliczki - Mackenzie Greengrass - 03.04.2023

Mackenzie uśmiechnęła się, nieco krzywo. Dellian nie miał okazji obejrzeć tego uśmiechu, nie mógł nawet wiedzieć, że jakikolwiek uśmiech dość rzadko gości na jej twarzy. Chyba odrobinę rozbawiła ją jego nagła samokrytyka. Ewentualnie to, że miał nadzieję, że nie będzie to dla niej negatywnym wspomnieniem – niestety, takie być miało, bo dalej zżerał ją wstyd, w jakim stanie ją zastano.
Szczęście w nieszczęściu, że obejrzały ją sobie koty i dzieciak, a nie ktoś dorosły. On tylko słyszał.
- Właśnie omal nie wyplułam własnego żołądka. Piwo to zły pomysł – powiedziała Greengrass. Cóż, pod pewnymi względami była dużo bardziej ślepa od samego Ollivandera, więc nawet przez ułamek sekundy nie przyszłoby jej do głowy, że on po prostu mógłby chcieć iść z nią na piwo. W jej wizji wszechświata ludzie chcieli iść z nią do baru, jeżeli byli fanami quidditcha i planowali pochwalić się tym kolegom.
Całkiem często ta wizja wszechświata była zresztą tą właściwą. W dużej mierze z winy jej własnych zachowań: umysł Mackenzie działał nieco inaczej niż umysły „zwykłych ludzi”. W dodatku nie była zbyt rozgadana i nie zawsze reagowała emocjonalnie tak, jak inni. Gdyby urodziła się czterdzieści lat później, może odpowiednio zdiagnozowano by ją we wczesnym dzieciństwie, jako „łagodny przypadek” i nadano temu wszystkiemu odpowiednią nazwę.
Ale nie było o tym mowy w latach siedemdziesiątych, w społeczeństwie czarodziejów.
- Tak – przyznała. Większość uczniów zapominała dość szybko, o ile nie latali na miotłach. Po prawdzie zresztą Ollivandera też nie skojarzyła od razu i nawet jego niewidomość nie od razu podsunęła odpowiednie imię. Ale to, w połączeniu z Bellem i tym, że on ją znał, podsunęło odpowiednie wspomnienie. Dość wyraźne, bo chociaż często zrzucała kogoś z miotły, to jednak dość rzadko ze schodów. I celowo zrobiła to tylko raz, kiedy pewien Ślizgon obraził jej matkę. – Byłam prawie pewna, że cię zabiłam. I że wywalą mnie przez to ze szkoły – uzupełniła jeszcze. Na swoje usprawiedliwienie miała tylko to, że nie przesunęła się z tych schodów sądząc, że on ją widzi i ominie…