Secrets of London
[Wiosna 1972] Beltane - Ula i Lyssa - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+---- Dział: Knieja Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=31)
+---- Wątek: [Wiosna 1972] Beltane - Ula i Lyssa (/showthread.php?tid=1218)

Strony: 1 2


[Wiosna 1972] Beltane - Ula i Lyssa - Lyssa Dolohov - 27.03.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono osiągnięcie - Piszę więc jestem - Lyssa Mulciber

Lyssa patrzyła w ogień, całkowicie oczarowana. Ciepłe światło tańczyło wesoło, zdawało się wręcz podskakiwać w rytm który wybijały bębny Macmillanów. A ona podskakiwała razem z nim, razem we wszystkimi innymi, którzy zebrali się dookoła pali i chwycili za wstążki, razem z Ulą. Nie bała się buchającego z paleniska żaru i trzaskających iskier, wręcz przeciwnie nawet - fascynowały ją, a jednocześnie pozwalały zapomnieć. Cokolwiek widziała w ogniu, pozwalało jej nie myśleć o urażonej dumie, złamanym sercu i straconym wianku, chociaż to ostatnie wcale nie było w ostatecznym rozrachunku aż takie okropne.
Nie mogła jednak cieszyć się ani ciepłem ognia, ani wesołym rytmem, ani towarzystwem Uli, która tańczyła razem z nią. Krzyki podniosły się po polanie, bębny zawahały się, ucichły, a blask ognisk zdawał się przyćmiony przez światło, które rozdarło ziemię pod ich stopami. Lyssa patrzyła przez moment, wyraźnie skonsternowana, ale potem tłum zafalował panicznie. Ścisnęła mocniej rękę koleżanki, nie chcąc by udzielająca się panika sprawiła, że i ją straci z oczu. Pozwoliła się pociągnąć, samej nie wiedząc nawet, w którą stronę w takiej sytuacji powinna uciekać, ale cień lasu wydawał się całkiem dobrym pomysłem na ochronę. W końcu ostatnim razem, kiedy zaplątała się do kniei podczas święta, opuściła ją z całkiem miłymi wspomnieniami, nawet jeśli by się do tego na głos nie przyznała.
- Nic mi nie jest - odezwała się, kiedy przystanęły na skraju lasu, oglądając się na polanę otoczoną światłem. Spojrzała badawczo na dziewczynę, w ten sposób samej szacując, czy i z nią wszystko w porządku. - Muszę wrócić do domu - powiedziała, czepiając się myśli, że nie powinna chować się po obcych, a znaleźć u boku ojca. - Będę mogła skorzystać z twojego kominka? - zapytała z nadzieją, brnąc dalej w las i ufając, że Ula faktycznie wiedziała co to było. - Na Morganę... co tam się stało... - rzuciła w końcu cicho, oglądając się przez ramię, jakby chcąc sprawdzić, czy dziwne światło nie popełzło dalej, zamiast zostać na polanie.


RE: [Wiosna 1972] Beltane - Ula i Lyssa - Ula Brzęczyszczykiewicz - 28.03.2023

— Tak, tak, będziesz mogła — odpowiedziałam. Ariel, jak każdy czarodziej miał kominek podłączony do sieci Fiuu. Lyssa będzie mogła komfortowo wrócić do bezpiecznego domu i do swojej rodziny... czy tam kogokolwiek, z kim mieszkała...

Nie oglądałam się za siebie, nie mogłam. Czasem potknęłam się o mech czy wystający korzeń, ale nie na tyle, by upaść. Nie mogłam być przy polanie, absolutnie nie. Znałam drogę do domu, chociaż panika i mrok wydłużyły ją najprawdopodobniej. Ale udało się.

Wbiegłam do sieni wraz Lyssą, zakluczyłam za sobą drzwi i zasłoniłam firanki.

— Ariel!? — krzyknęłam w głąb chaty, ale odpowiedziała mi głucha cisza. — Jesteśmy same... Herbaty? Coś do jedzenia? Mam jakieś ciastka, zaraz ci dam ciastka, zapraszam, usiądź sobie...

Zaprowadziłam Lyssę do przytulnego saloniku, po czym wykonałam obchód zasłaniania okien. Mało prawdopodobne, żeby ktoś nas gonił, nawet gdyby to moje działania niczego nie wskórają, ale uspokajało mnie to. Dawało poczucie ochrony. Zabezpieczało przed widokiem z zewnątrz. Przed ewentualnymi widokami...

Wstawiłam wodę na herbatę. I zerknęłam pod firankę. Mimo wszystko, trzeba obserwować sytuację.

Chodziłam od kuchni do salonu bardziej nerwowo niż sądziłam. Nie odczułam też łez zaschniętych na mojej twarzy, których strumyki rozmyły malunek liści pozostawiając brzydkie smugi z prześwitującą czerwienią policzków.




RE: [Wiosna 1972] Beltane - Ula i Lyssa - Lyssa Dolohov - 03.04.2023

- Dziękuję - powiedziała jeszcze, z wyraźną ulgą w głosie, jakby tym samym Ula rozwiązała wszystkie jej problemy. Prawda była zupełnie inna, ale przynajmniej w ten jeden sposób, chociaż odrobinę jej ulżyła. Bo Lyssa była właśnie kłębkiem nerwów. Rozdarta między uczynnością i ciepłem, jakie zdawała się roztaczać Ula, a potrzebą znalezienia się pod okiem ojca, który na pewno nie dopuści do tego, żeby stała się jej krzywda. Bo przecież nie mogła wiedzieć, czy napastnicy z polany nie pognali za tymi, którzy właśnie biegli przez Knieję. Czy nie pognali za nią i za jej towarzyszką. Tak samo też nie wiedziała, czy w jej domu faktycznie mogło być bezpiecznie. Bo miała wrażenie, że nawet jeśli biegły i biegły, a cień lasu zdawał się nie kończyć, to odległość i tak była za mała.
W przeciwieństwie do Uli, była o wiele mniej zgrabna w swoich próbach parcia naprzód. Gubiła krok o wiele częściej, nieprzywykła do wyboistego terenu i parę razy zwyczajnie wywinęła orła. Za każdym razem jednak podnosiła się dzielnie, chcąc dotrzymać koleżance kroku. Ignorowała gałązki, które zdawały się sięgać do niej pokracznie i nieco upiornie w ciemności lasu. A przecież jeszcze tak niedawno, w tym samym lesie, ten wcale nie wydawał jej się taki straszny i nieprzystępny.
W końcu wypadły z mroku drzew i droga stała się o wiele łatwiejszy. Wpadły do sieni i Mulciber poczuła, jakby pierwszy raz od dłuższej chwili mogła faktycznie złapać powietrze w płuca. A tego brakowało jej bardzo. Zakrztusiła się nieco, łapczywie wciągając wcześniej pogubione oddechy. Chyba głównie dlatego postanowiła usiąść, nagle też martwiąc się trochę, czy Uli na pewno nic nie będzie skoro była sama w domu.
- Kto to Ariel? - zapytała, rozglądając się dookoła, na propozycję jedzenia i picia po części kręcąc głową, a po części zgadzając się na herbatę.


RE: [Wiosna 1972] Beltane - Ula i Lyssa - Ula Brzęczyszczykiewicz - 03.04.2023

— Ariel to mój... — Dobre pytanie, Lysso. Zamarłam na moment zdając sobie sprawę, że babcia ani nikt inny nigdy (w tym użytkownicy) nie określili dokładnego stopnia pokrewieństwa między mną a Arielem. — Dalszy krewny. Mieszkam u niego kilka miesięcy, jest niegroźny — dodałam, w razie gdyby Lyssa obawiała się, że chata należy do jakiejś podejrzanej jednostki.

Skoro o nim mowa. Wypadałoby go poinformować o sytuacji, gdziekolwiek by się teraz nie znajdował. Sięgnęłam po kuchenny notes, nabazgrałam kilka słów i otworzyłam drzwiczki do piwnicy. Szalona bernikla kanadyjska wpadła do salonu trzepiąc dziko skrzydłami, obijając się o krzesła i prawie kończąc swój pochód na kredensie z porcelanową zastawą.

— Krzysztofiku, Krzysztofiku, chodź tu — wyciągnęłam przed siebie herbatnika. Ptak złapał przynętę, a ja doczepiłam mu list do nóżki. — Leć do Ariela, szybko.

Otworzyłam drzwi, ptak wyleciał, a ja podskoczyłam słysząc gotującą się wodę.

— Jaką herbatkę? Earl Grey? Zieloną? Hibiskusik?

Zamknęłam drzwi na wszystkie spusty i pognałam do kuchni wyciągać kubki i o mało co nie potykając się o wiekowy dywan rozciągnięty w salonie.




RE: [Wiosna 1972] Beltane - Ula i Lyssa - Lyssa Dolohov - 04.04.2023

Musiała przyznać, że stwierdzenie jest niegroźny, brzmiało dziwnie banalnie i... śmiesznie. Jakby mówiła conajmniej o zwierzaku, który nie gryzie. Tym bardziej brzmiało to abstrakcyjnie w sytuacji w jakiej się właśnie znajdowały. Wargi wygięły się mimowolnie, kształtując lekki, ledwo zauważalny uśmiech, który szybko jednak zniknął. Zwyczajnie nie miał siły walczyć ze wszystkim innym.
Tym bardziej, ze Ula postanowiła zaatakować ją kaczką. Lyssa pisnęła mimowolnie, kiedy skrzydła zatrzepały dziko, a ptaszysko zaczęło obijać się o krzesła i wszystkie inne meble, które miała po drodze. Mulciber przez chwilę bała się, że meta jej podróży, to znaczy kredens wypełniony porcelaną, ulegnie jej naporowi i z łoskotem zwali się na środek pokoju. Na szczęście jednak, Krzysztofik - imię, którego Lyssa nawet nie miała zamiaru w życiu podjąć się wymówienia - nie miał takiej siły przebicia i przynajmniej ten mebel pozostał na miejscu.
- Zieloną - odparła wciąż oszołomiona, ze zdziwieniem również odkrywając, że ptaszysko chyba wydawało jej się w tym momencie straszniejsze niż zamaskowane postacie na polanie. - Mam nadzieję, że nie trzymasz więcej takich kaczek w piwnicy - zażartowała, śmiejąc się cicho, może nieco nerwowo, oglądając się przy tym na wcześniej otwarte drzwiczki, z których wyleciał Krzysztofek. - Chociaż w sumie takie zwierzątko nie powinno mnie dziwić. Mój ojciec ma dzika.


RE: [Wiosna 1972] Beltane - Ula i Lyssa - Ula Brzęczyszczykiewicz - 05.04.2023

Zieloną. Zalałam kubki wrzątkiem i przygotowałam wkłady z zieloną herbatą. Dobrze pamiętałam, że z tym typem herbaty trzeba poczekać aż woda trochę ostygnie. Przetransportowałam kubki i wkłady i cukier do salonu.

— Oh, przepraszam za niego. To mój ptak pocztowy... Dostałam go, sama bym nigdy nie wybrała czegoś takiego...

Westchnęłam i odgarnęłam grzywkę z twarzy. Nie miałam nigdy prywatnego ptaka pocztowego. Do szkoły zabrałam gołębia mamy. A tego całego Krzysztofika dostałam "w spadku" po staruszce, która umarła w okolicach... wyprowadzki.

Wbiłam wzrok w Lyssę. Niemożliwe!

— Dzika!? — wyrzuciłam z ekscytacją. — Ale takiego prawdziwego!? Dzikiego!? Jak go trzyma!? Jest wytresowany?

Dzik! Niesamowite zwierzęta! Król lasu! Cóż, również wsi i miast już niedługo.

Nie chciałam czekać dłużej na herbatę. Jak zwykle nie pomyślałam i nalałam gorącej wody do pełna zamiast zapełnić połowę kranówką. Ale i na to są sposoby. Stuknęłam różdżką w oba kubki, by trochę schłodzić wrzątek. Chyba wyszło. Wsadziłam wkłady do kubków i zabrałam się do opróżniania mojego. Zapomniałam zupełnie dodać sobie cukru, a eklerki i pączusie już dawno wyparowały z mojej buzi, ale no trudno. Ciężkie czasy, trzeba się hartować.




RE: [Wiosna 1972] Beltane - Ula i Lyssa - Lyssa Dolohov - 05.04.2023

Lyssa z uwagą przyglądała się jak Ula zalewa kubki i przygotowuje herbatę. Nie skrzywiła się nawet, ale pomyślała że o wiele bardziej wolałaby herbatę sypaną. Nie mogła jednak wybrzydzać, bo zwyczajnie nie wypadało, kiedy było się w gościach. Nawet, jeśli trafiło się tam pod wpływem nagłego zamieszania i przypadku.
- Nie możesz go wypuścić? - zapytała, zastanawiając się czy takiej dzikiej kaczce nie byłoby lepiej na wolności. Może i Krzysztofik był ptakiem pocztowym i do ludzi przyzwyczajony, ale chyba nikt nie stało na przeszkodzie, żeby mieszkał sobie w jakimś jeziorku i tam był dokarmiany. Dolina chyba miała jakieś bajorko, wiec Ula nawet mogłaby go często odwiedzać.
- Może nie dzikiego. W miarę wychowanego, na tyle na ile można wychować dzika. Bonifacy mieszka z moim ojcem od maleńkości, więc jest przyzwyczajony do ludzi. Wyprowadzamy go nawet na spacery. - uśmiechnęła się do Uli lekko. Lubiła nawet to gnuśne zwierzę, chociaż jej zdaniem okropnie nie pasowało do Londyńskiego mieszkania. Z drugiej jednak strony, zdawało się podkreślać wiele aspektów osobowości jej ojca.
Widząc, że jej koleżanka naprawia sytuację z samym wrzątkiem, ucieszyła się nieco nawet, chętnie przyjmując własny kubek i upijając z niego parę łyków.


RE: [Wiosna 1972] Beltane - Ula i Lyssa - Ula Brzęczyszczykiewicz - 06.04.2023

— Wiem, wiem, trzymanie go w piwnicy wydaje się okrutne. Ale jak jest na zewnątrz to się bije z innymi zwierzętami, a w piwnicy czuje się jak król. Nie jest już najmłodszy i ciężko zmienić jego zwyczaje. A rozpieszczono go niesamowicie. Jego poprzednia właścicielka traktowała go jak syna-bobaska, więc możesz sobie wyobrazić — wyjaśniłam i zaczerpnęłam herbatki. Krzysztofik był... specyficzny. Męczący. Ale robił swoje, więc nie powinnam chyba narzekać.

— Bonifacy!? Na spacery!? Jakie to cudowne! Oh, ale to jak on do was trafił? Nie wiedziałam, że tutaj się trzyma takie zwierzęta jako domowe. Chociaż babcia mi kiedyś chyba coś wspominała o nauczycielu, który miał dzika... A może to nie był nauczyciel... I nie dzik...

O tragedii na Beltane zdążyłam już zapomnieć. Rozmowy o zwierzętach zapełniły mój umysł. Cóż za szczęście spotkać kogoś, kto posiada dzika jako zwierzątko domowe!? Poznałam Lyssę zupełnym przypadkiem, a czuję z nią tak dużą więź! Czuję się przy niej bardzo swobodnie. I chętnie poznałabym jej dzika. Ale to innym razem.




RE: [Wiosna 1972] Beltane - Ula i Lyssa - Lyssa Dolohov - 09.04.2023

- Faktycznie brzmi to problematycznie - podsumowała, chociaż w pełni nie rozumiała. Traktowanie zwierząt jak dosłownych dzieci nigdy do niej nie przemawiało. Może to brak wyobraźni, a może zdroworozsądkowe podejście z jej strony, a przynajmniej ostatnie tak właśnie nazywała. Zwierzę to było... no cóż, zwierzę i traktowanie go jak człowieka wydawało jej się co najmniej dziwaczne, jeśli nie zwyczajnie nieprawidłowe. Potem kończyło się właśnie z taką dziką kaczką, którą trzeba było zamykać w piwnicy. Nie zamierzała jednak nikomu życia układać, a tym bardziej przejmować się Krzysztofikiem.
- W sumie to... nie jestem pewna. Nigdy nie pytałam. Wiem tylko, że trafił pod opiekę mojego ojca, kiedy był jeszcze małym warchlakiem - uśmiechnęła się do niej krótko, znad filiżanki herbaty, którą upiła. Trochę dziwnie było się przyznać, ze tak naprawdę to nie znała swojego ojca i przeprowadziła się do Londynu pod wpływem impulsu, budzących się w niej mocy, poczucia zdrady i że Dolohovem praktycznie poznała się na progu jego drzwi w dniu przyjazdu. Kiedy tak sobie to podsumowała w myślach, brzmiało to jeszcze gorzej niż myślała. - W sumie dzik wcale nie brzmi tak dziwnie. Słyszałam, ze niektórzy bogaci trzymają wielkie koty, jak lwy czy tygrysy. Nie wspomnę już o wszelkich magicznych zwierzętach, które wyglądają ładnie, a absolutnie nie nadają się do mieszkania w kamienicy.
Jakaś jej część speszyła się nieco, na myśl o to, ze mogłaby zapytać jej tu i teraz, jak właściwie nazywał się ten nauczyciel. I czy przypadkiem nie nazywał się Dolohov. Nie czuła się chyba gotowa, by przyznać przed całkiem przypadkowo poznaną osobą, o której nie wiedziała praktycznie nic, że jej ojciec jest nie tyle celebrytą, co TYM Dolohovem.


RE: [Wiosna 1972] Beltane - Ula i Lyssa - Ula Brzęczyszczykiewicz - 09.04.2023

— Ooooch, warchlaczek? Jak cudownie! Ale tak, skoro od małego był chowany to pewnie mógł się zadomowić.

Absolutnie uwielbiałam warchlaki. Miały cudowny kolor i niesamowicie urocze prążki. Od zawsze chciałam jakiegoś przytulić, przygarnąć i chować tak jak poprzednia właścicielka Krzysztofika go chowała. Ale problem taki, że dziki są dzikie, a z mamą dzik się nie zadziera. Pan Mulciber był niezłym szczęściarzem.

Ale zaraz też moja wyobraźnia poszybowała wokół wszystkich innych zwierząt, które Lyssa wspomniała. Lwy, tygrysy... To brzmiało cudownie. Magiczne stworzenia? Hipogryf w kamienicy by się chyba nawet nie zmieścił, a gdyby jednak ktoś chciał go tam trzymać musiał być prawdziwym okrutnikiem.

Po chwili zastanowiłam się też, że skoro ktoś był bogaty, to czemu miałby mieszkać w kamienicy, ale może Lyssie chodziło o właścicieli kamienicy, takich co zamieszkują ją całą, czy coś. No bo mi by się w głowie nie mieściło, żeby być bogatym i mieszkać w mieszkaniu. Ludzie ze wsi myślą inaczej.

— Dziwnie tak trzymać duże zwierzęta w zamknięciu. Mi też dziwnie Krzysztofika w piwnicy zamykać, nie myśl, że nie, ale no co ja zrobię. Kiedyś pewnie nabędę normalnego ptaka pocztowego, ale póki ten jest i spełnia należycie swoje obowiązki to... — Wzruszyłam ramionami. Nie byłam skora to wydawania pieniędzy na zbytki. Oczywiście kiedyś całe moje oszczędności szły na płyty i przypadkowe komiksy, ale zmieniłam się. Nie było warto inwestować w rzeczy materialne, które tak łatwo stracić.

— Lysso, a gdzie mieszkasz tak właściwie?