![]() |
|
[1969, Rezydencja Nottów] Nieoczekiwane spotkanie pierwszego stopnia || Theo & Philip - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [1969, Rezydencja Nottów] Nieoczekiwane spotkanie pierwszego stopnia || Theo & Philip (/showthread.php?tid=1231) |
[1969, Rezydencja Nottów] Nieoczekiwane spotkanie pierwszego stopnia || Theo & Philip - Theodore Lovegood - 31.03.2023 Rozmowa, niczym fala na niewzburzonym morzu, naturalnie i spokojnie zmierzała do przodu w zadowalającym dla wszystkich tempie. Najpierw rozmawiali luźno o teatrze Selwynów i jego akustyce, by potem przenieść się na coraz to bardziej specjalistyczne tereny. Theodore słuchał opowieści Arethy Nott o roli, jakiej podjęła się lata temu, którą musiała odegrać w masce i o związanej z tym istotności siły głosu w przekazie emocji. Opowiadała także o swoich przemyśleniach o aktorstwie metodycznym, a Lovegood głównie starał się słuchać. Nie za dobrze mu to wychodziło i wrodzone gadulstwo kazało mu wtrącać co chwila swoje dwa knuty mimo obawy, że się ośmieszy, mówiąc coś głupiego. Nawet jeśli do tego dochodziło, to starsza kobieta nie dawała tego po sobie poznać niczym prawdziwy zawodowiec. Nie czuł upływu czasu. Rozmawiało mu się tak swobodnie, że aż zapomniał o herbatce przygotowanej i przyniesionej przez domowego skrzata. Ta stygła coraz bardziej gdy para zanurzała się w meandry teorii aktorskiego zawodu oraz różnych opowieści powiązanych z teatrem. Kobieta w pewnym momencie wspomniała o tym, że niedługo będzie się spodziewać powrotu swojego syna. Theodore aż wyprostował się na krześle i spojrzał na nią przejęty. Rozpoznał imię, które użyła. Philip. Nie było miejsca na pomyłkę, musiała mówić o "tym" Philipie Nott. Graczu Quidditcha, Gwiazdy z Zjednoczonych. To imię potrafił rozpoznać każdy, kto interesował się choć trochę miotlarskim sportem, a tak się składało, że młody aktor należał do fanów tej dyscypliny. Od dawna podziwia jego wyczyny na boisku i sama myśl o tym, że być może będzie miał szansę go poznać, wprowadziła go w stan rozkojarzenia, w którym nie był nawet wtedy, gdy dostał zaproszenie od pani Nott lub gdy po raz pierwszy ujrzał rozległą, piękną posiadłość czystokrwistej rodziny. Ciekaw był, czy był taki, jak prezentował się w mediach i czy z bliska wyglądał tak, jak na zdjęciach gazet. Czekał na jego przybycie ze zniecierpliwieniem większym niż rodzona matka Notta. RE: [1969, Rezydencja Nottów] Nieoczekiwane spotkanie pierwszego stopnia || Theo & Philip - Philip Nott - 09.04.2023 Odwiedzał swoją matkę tak często, na ile pozwalał mu napięty grafik, najczęściej podczas wszystkich świąt i rodzinnych przyjęć, podczas spektaklów, czy jak miał na to ochotę. Jego relacje z ojcem w dalszym ciągu pozostawały stosunkowo napięte. Sprawy powiązane z teatrem zza kulis pozostawały poza jego zasięgiem. Jeśli akurat znajdował się w domu rodzinnym i natrafiał na prowadzone przez rodzicielkę spotkanie dla młodych aktorów teatralnych to się na nim nie pojawiał. Po pierwsze nudziłby się tam, a po drugie przez bycie naprawdę rozpoznawalną osobą niewątpliwie samą swoją obecnością za bardzo rozpraszałby podopiecznych swojej rodzicielki. Powracając do rodzinnego Puddlemere zawsze miał co robić. W dalszym ciągu tutaj mieszkało wielu jego znajomych, z którymi zawsze się widywał podczas swojego pobytu w tych stronach. W trakcie trwania tego spotkania dla wchodzących gwiazd estrady zajmował się nadrabianiem zaległości towarzyskie. Po spędzeniu kilku godzin w gronie przyjaciół, również będąc przekonanym o tym, że zaaranżowany przez jego matkę wieczorek dobiegł już końca, przekroczył próg kominka w salonie posiadłości. Przystanął przy nim celem otrzepania się z odrobiny popiołu, który osiadł na materiale czarnego płaszcza. Po zdjęciu tego odkrycia wierzchniego rzucił je na fotel, na którym zwykł zasiadać jego ojciec. Głos matki słyszał coraz wyraźniej, im bardziej zbliżał się do bawialni. Słyszał również drugi głos, tym razem męski i żadnych innych. Nie pierwszy raz te spotkania się przedłużały. Przekroczył próg tego pomieszczenia, dostrzegając siedzącą przy stoliku matkę i jej gościa oraz krzątającą się wokół nich skrzatkę, Złotogłówkę. Na jego widok, czarownica spojrzała ponad stolikiem, odstawiając na talerzyk filiżankę. Obdarzyła swojego syna ciepłym uśmiechem. — Oto i on. Podejdź do nas, Philipie. Napijesz się herbaty? Poślę Złotogłówkę po dodatkową filiżankę — Odezwała się kobieta, przywołując go do siebie. Nie czekając na odpowiedź ze strony syna, skinęła na ich skrzacią służkę i ta swoją magią sprawiła, że na stoliku pojawiła się dodatkowa filiżanka i spodeczek. — Bardzo chętnie, mamo — Powiedział po podejściu bliżej stolika i siedzącej przy nim kobiety i jej podopiecznego, na którego podniósł wzrok. — Kim jest twój gość? — Zapytał z zainteresowaniem widocznym w niebieskich tęczówkach. Uśmiechnął się równie ciepło, co kobieta, która wydała go na świat. Po niej odziedziczył chociażby dołeczki w policzkach i kolor oczu. — Właśnie miałam Was sobie przedstawić. Philipie, to Theodore Lovegood. Theo, to właśnie mój syn — Odrzekła. Złotogłówka napełniła dodatkową filiżankę gorącym naparem. — Miło mi — Podał dłoń temu czarodziejowi na powitanie. RE: [1969, Rezydencja Nottów] Nieoczekiwane spotkanie pierwszego stopnia || Theo & Philip - Theodore Lovegood - 10.05.2023 Doczekał się, choć zaczynał się powoli obawiać, że być może mężczyzna się jednak nie zjawi i okazja na poznanie sławy przejdzie mu koło nosa. Wreszcie jednak oczekiwany syn aktorki pojawił się w drzwiach. Theodore momentalnie obrócił głowę, a następnie wstał z miejsca, tak szczęśliwy na widok Philipa, jakby znali się od dawna. Choć rady aktorki były dla niego cenniejsze, to mimo wszystko bardziej cieszył się z poznania szukającego. Z zachwytem wyciągnął rękę w stronę mężczyzny, okazując przy tym entuzjazm godny najwierniejszym fanom. Uśmiechając się szeroko uścisnął radośnie dłoń Notta, trochę dłużej niż to było konieczne, jakby uważał, że przez dotyk może zaabsorbować część jego sławy i poważania. - Bardzo mi miło. Nazywam się Theodore Lovegood – przedstawił się, gdyż skupiony na ważnej osobistości, przestał na moment słuchać Arethy, która zdążyła już to zrobić chwilę wcześniej. Młody aktor, nieświadomy swojej wpadki, jak gdyby nigdy nic puścił dłoń gospodarza i spojrzał na niego roziskrzonymi oczyma. - Był pan nadzwyczajny w trakcie ostatniego meczu z Jastrzębiami – wydusił z siebie jednym tchem, wyrzucając na zewnątrz całą swoją ekscytację. Wyglądał tak, jakby miał zamiar uściskać Philipa, tylko po to, by upewnić się, że jest prawdziwy. - Zwód, jaki pan wykonał przed złapaniem znicza, był niezwykły. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego, choć w trakcie nauki również trochę grałem w Quidditcha – pochwalił się, chcąc go zapewnić, że nie jest jakimś tam przypadkowym pochlebcą, że również jego część duszy należała do miotlarskiej gry. Może nie aż w takim stopniu, jak dusza Notta, ale wciąż gra była obecna w jego sercu i to mimo tego, że od momentu ukończenia Hogwartu nie miał okazji polatać za kaflem. Podtrzymywał swoją pasję, śledząc wyniki w lidze oraz występy reprezentacji Anglii. - Jak się pan zapatruje na kolejne spotkanie? Zjednoczonych czeka mecz wyjazdowy, jeśli dobrze pamiętam? – spytał się, na moment odrzucając na bok aktorskie rozważania, jakich dokonywał z Arethą. Zapomniał już, jaki dokładnie temat omawiali w momencie, w którym przerwało im przybycie Notta. RE: [1969, Rezydencja Nottów] Nieoczekiwane spotkanie pierwszego stopnia || Theo & Philip - Philip Nott - 22.05.2023 Dobrze znał posyłane mu pełne zachwytu spojrzenia i entuzjastyczne gesty. Nic tak nie łechtało jego ego jak właśnie tego typu rzeczy. Był najlepszy i czuł się lepszy od innych, zwłaszcza od wielu sportowców i byłych gwiazd Quidditcha. Dla przykładu tego skończonego buca Louvaina Lestrange'a, za którego było już za późno na jakąkolwiek pomoc. W pełni zasłużenie. Przywykł do tego, że wielu ludzi zbyt długo ściska jego dłoń. Zaśmiał się wesoło, gdy podopieczny matki przedstawił mu się ponownie, zupełnie nieświadom tego, że kobieta już ich sobie przedstawiła. — Och! Oglądałeś ten mecz! To wspaniale! Jak zawsze daję z siebie wszystko, inaczej nie byłbym najlepszym szukającym Zjednoczonych. — Zawołał entuzjastycznie, nie przestając się uśmiechać. Na próżno by szukać u niego choćby fałszywej skromności. Nie było jednak tak, że uciekał się do stosowania czczych przechwałek. Prywatnie to bardzo nie lubił grać przeciwko Jastrzębiom, którzy słynęli z brutalnej gry. Quidditch nigdy nie był w pełni bezpiecznym sportem, ale podczas meczu przeciwko tej konkretnej drużynie należało spodziewać się wszystkiego. Nie pomylił się. Zdążył odnotować co najmniej cztery faule skierowane prosto na siebie z listy dziesięciu najpowszechniejszych oraz co najmniej ze dwa polegające na próbie zdzielenia go pałką w głowę. Lubił ładne i czyste gry. — To był trudny manewr i niewiele brakowało do tego, bym oberwał tłuczkiem w trakcie wykonywania go. Trenerzy co chwila wymyślają nowe strategie. Na jakiej pozycji grałeś w barwach swojego domu? — Wypowiadając te słowa podrapał się po prawym policzku. Dla fanów trudny manewr w pierwszej kolejności zawsze będzie wydawać się niezwykły. Nie było tak, że to kwestionował. Na boisku największe znaczenie miało to, czy dany manewr się udał. Za połową zwycięstwa stał zawsze trener. Profesjonalne drużyny mogły sobie to pozwolić. Zainteresował się tym, że Theodore grał w Quidditcha w czasach szkolnych. Mieli zatem coś wspólnego. — Jestem dobrej myśli, ciężko trenujemy przed tym meczem. Damy z siebie wszystko aby wygrać. Ewentualna przegrana będzie wymagała nadrobienia w kolejnych rozgrywkach. To nas zmotywuje do pracy nad formą. Tak, zmierzymy się w Szkocji ze Srokami z Montrose. Liczymy też na naszych wiernych fanów. Będziesz na widowni? — Odpowiedział szczerze na pytania podopiecznego matki odnośnie tego nadchodzącego meczu. Była to odpowiedź z puli tych służących podczas rozmów z przedstawicielami mediów branżowych, jednak nie odbiegała zbytnio od jego prywatnego stanowiska. Sam ciężko trenował z resztą drużyny. Po prostu zawsze zwyciężał lepszy skład. Trenerzy wyciskali z nich siódme poty, niezależnie od wyniku meczu. Dawali z siebie wszystko. Obawy o przegraną zawsze były i będą. Tak samo o karierę. Średnio miał jeszcze dziesięć lat na jej dopełnienie, o ile nie dozna poważnej kontuzji. Jeśli czas będzie dla niego łaskawy to może czeka go nawet piętnaście lat grania jako szukający. Jeśli nie to zostanie trenerem. Doświadczenie, reputacja i koneksje rodzinne mogą pomóc mu się dobrze ustawić. Wszystkie obawy to jego prywatna sprawa. — Mamo, pozwolisz, że porwę na chwilę twojego gościa? Wypijemy herbatę później. — Zwrócił się do matki, uznając że będzie lepiej jak rozmowę o Quidditchu będą kontynuować gdzieś indziej. Poza tym miał pewien pomysł. Ale o nim za chwilę. — Złotogłówko, proszę, podaj nam dwie butelki piwa kremowego — Dodał, spoglądając na skrzatkę domową, która wypełniła to polecenie. Pstryknęła palcami, a na stole pojawiły się dwie butelki tego napoju. — Idźcie. Widzę, że złapaliście wspólny język. — Kobieta nie zaprotestowała. — Idziesz? — Zapytał Lovegooda. Do tego, co zamierzał zrobić, potrzebował się przebrać. Po drugie musieli wyjść z domu na zewnątrz. |