![]() |
|
[13.04.1972] Mgliste Mokradła || Danielle & Philip - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24) +--- Wątek: [13.04.1972] Mgliste Mokradła || Danielle & Philip (/showthread.php?tid=1235) Strony:
1
2
|
[13.04.1972] Mgliste Mokradła || Danielle & Philip - Philip Nott - 01.04.2023 adnotacja moderatora
Rozliczono - Philip Nott - osiągnięcie Piszę, więc jestem Philip miał ważne spotkanie. W kategorii ważnych spraw mieściły się te spotkania, którymi musiał się zająć i te, którymi chciał się zająć. W tej ostatniej grupie dzisiaj miała znaleźć się randka, na którą właśnie się wybrał. Podczas trwania drugiego tygodnia kwietnia pogoda może nie powstrzymała go przed opuszczeniem domu, jednak skłoniła go do wyciągnięcia cieplejszego płaszcza celem nałożenia go na czarną flanelową marynarkę, narzuconą na białą koszulę, wsuniętą za pas spodni uszytych i białą koszulę wsuniętą za pas szarych spodni z tego samego materiału co marynarka. Przed wyjściem założył czarne oksfordy. Starym zwyczajem upewnił się, czy ma sakiewkę. Była na swoim miejscu i mógł już wychodzić. Teleportował się ze swojego domu w Londynie z zamiarem aportacji na Alei Horyzontalnej. Ku swojemu zaskoczeniu znalazł się w zupełnie innym miejscu, które za bardzo swoim wszystkim odbiegało od wybranej przez niego destynacji. Znalazł się na łonie natury, na jakiś mokradłach. Panował tu tak gęsty mrok, że oko wykol. W pierwszej kolejności sięgnął po magię i chciał rozświetlić te egipskie ciemności. W dalszym ciągu nie wiedział dlaczego tak określano panujące w danym miejscu ciemności i chyba będzie musiał zapytać o znaczenie tego zwrotu jakiegoś Shafiqa. Wracając jednak do meritum, szybko przekonał się się o tym, że z jakiegoś powodu trzymana w dłoni różdżka odmówiła mu posłuszeństwa i po kilku próbach sytuacja nie uległa zmianie. Jego znakomita orientacja w terenie z powodu panującej tutaj ciemności zwyczajnie zawodziła. Każdy, nawet najcichszy i najdziwniejszy dźwięk, spowodował że jego kark zrosił zimny pot. Zapachy wyraźnie mu nie odpowiadały i z każdą chwilą coraz bardziej przyprawiało go o mdłości. Nie lubił brzydkich zapachów. Zdecydował się poczynić starania mające na celu wydostanie się stąd i po przejściu kilku kroków zdążył jedynie wdepnąć kałużę paskudnej mazi, brudząc swoje buty i spodnie. Apogeum nadeszło, gdy krocząc w tym nieprzeniknionym mroku zahaczył czubkiem buta o wystający z ziemi korzeń i upadł na kolana oraz dłonie wykorzystane do zamortyzowania swojego upadku, plamiąc jeszcze bardziej materiał spodni i ręce. Po podniesieniu się w pierwszej kolejności chciał wyrzucić swoją różdżkę, będącą teraz jedynie bezużytecznym kawałkiem drewna. Powstrzymał się przed tym tylko dlatego, że pewnie wpadłaby prosto w kipiel i przepadłaby na zawsze, stawiając go w konieczności zakupienia nowej u Ollivandera. — To jedna wielka kupa smoczego łajna! — Krzyknął na cały głos, dając w ten sposób upust swojej narastającej frustracji. Jako celebryta powinien zawsze powściągnąć swój język i dbać o swoją reputację, ale tutaj nie było żywego ducha. Spłoszone tym krzykiem ptaki, które poderwały się z piskiem i łopotem skrzydeł, nie przekażą szczegółów tego zdarzenia mediom. Dlatego mógł pozwolić sobie na przekleństwa i typowe dla ludzi okazywanie negatywnych emocji w miejscu publicznym, a konkretnie na tych bagnach. RE: [13.04.1972] Mgliste Mokradła || Danielle & Philip - Danielle Longbottom - 04.04.2023 Nic nie zwiastowało katastrofy, jaka miała się wydarzyć. To był przyjemny, wolny dzień, który tak jak większość swoich wolnych dni, spędzała z bliskimi jej ludźmi. Tym razem odwiedziła Lysandra Lovegooda, który mieszkał kilka minut spacerem od jej domu. To, że znaczna większość jej przyjaciół mieszkała w Dolinie Godryka, było jak błogosławieństwo i zarazem jednym z powodów, dla których nie zdecydowała się na wyprowadzenie z pełnej ludzi posiadłości rodzinnej. Londyn był wspaniałym miastem i doceniała jego walory, jednak nie zakładała, by w którymkolwiek miejscu mogłaby czuć się tak dobrze jak w Dolinie. Kiedy otworzyła oczy uświadomiła sobie, że okolica w ani jednym calu nie przypomina Doliny. Wzięła głębszy wdech, czego szybko pożałowała - dotarła do niej mieszanina tak różnych, przykrych zapachów, że tylko i wyłącznie doświadczenia wyciągnięte z Mungo uratowały ją przez zwróceniem kawałka ciasta cytrynowego, którym chwilę temu poczęstował ją Lovegood. Chytry traci dwa razy - przemknęło jej przez myśl. Trzeba było się przejść, zaoszczędzenie kilku minut nie było tego warte. Rozejrzała się dookoła, powoli zdając sobie sprawę, że jest w nieznanym miejscu i jakoś musi się z niego wydostać. A jak? Tego jeszcze nie wiedziała. Machnęła różdżką, chcąc w jakiś sposób oświetlić sobie drogę, jednak ta niestety odmówiła jej posłuszeństwa. Wspaniale. Tego jeszcze brakowało. Jako czarownica, polegała przede wszystkim na swojej różdżce, a gdy ta nie chciała z nią współpracować, Dani czuła się, jakby ktoś pozbawił jej jednej ręki i to prawej w dodatku. Z cichym westchnięciem założyła ten bezużyteczny kawałek drewna za ucho; na ten moment nie wyglądało, żeby miała jej się przydać. Nie widząc lepszego rozwiązania, po prostu ruszyła przed siebie. Dookoła panowały ciemności, a i tak nie miała pojęcia, w którą stronę powinna iść - dlatego bez większego wahania postanowiła iść prosto. Gdzieś w końcu dotrze. Nie traćmy nadziei, zawsze mogło być gorzej. Mogła na przykład o, się rozszczepić. Rozszczepienie w takim miejscu brzmi jak natychmiastowe zakażenie. Z tą pełną optymizmu myślą szła przed siebie, nie zwracając uwagi na to, że z każdym krokiem zapada się w grząską glebę - nawet to nie było w stanie jej zniechęcić, póki co. Nucąc sobie coś pod nosem, niczym dzielny wędrownik przemierzała te wspaniałe bagna, ahoj przygodo i te sprawy. Złapała się na tym, że wspominała swoje pierwsze podejście do licencji z teleportacji, gdzie wylądowała na żyrandolu w sali egzaminacyjnej. I pewnie dalej byłaby pochłonięta myślami, co pomagało jej opanować strach i niepokój, gdy dotarł do niej głos. Męski głos. A słowa, jakie wypowiadał świadczyły o tym, że chyba coś go zdenerwowało. Czyżby również znalazł się na Mokradłach przez przypadek? Nie widząc lepszego rozwiązania jak połączenie sił, ruszyła w kierunku z którego dochodził dźwięk. Kiedy wytężyła wzrok, udało jej się dostrzec niewyraźnie zarysowaną posturę człowieka. - Współczuję, ja na szczęście wdepnęłam tylko w błoto. - wypaliła pierwsze, co przyszło jej do głowy. Oczywiście, nie było to najlepsze powitanie na jakie ją stać i w innych warunkach zrobiłaby to z większą klasą (jak na siebie oczywiście), jednak jak można było mówić o klasie, skoro znajdowali się w takim miejscu? Poza tym, zamierzała rozładować negatywną atmosferę i złość, jaka emanowała od nieznajomego i nawet nie potrzebowała korzystać z aurowidzenia by ją dostrzec. RE: [13.04.1972] Mgliste Mokradła || Danielle & Philip - Philip Nott - 09.04.2023 Pozostawał święcie przekonany, że jest jedynym człowiekiem na tym terenie i to właśnie ta świadomość skłoniła go dania upustu swojej narastającej frustracji. Nie czuł się tutaj pewnie ani dobrze. W dalszym ciągu każdy dźwięk przyprawiał o dreszcze i pogłębiał odczuwany przez niego niepokój. Włącznie z odgłosem kroków stawianych na grząskim gruncie przez osobę, której obecności nie był świadomy. Z tej odległości, także za sprawą jego pobudzonej wyobraźni i klimatu tego miejsca, one wydawały się odgłosami poruszania się błotoryja. Dotąd poddawał w wątpliwość faktyczne istnienie stworzenia o tej nazwie, bo według opisu przypominało ono kłodę drewna. Jednak skoro Matka powołała do życia takiego potwora, jakim potrafi być szczuroszczet to musi być odpowiedzialna za stworzenie krwiożerczej kłody drewna z ostrymi zębami i płetwiastymi łapami. Wolał nie przekonać się na własnych nogach jak bardzo ten stwór ma ostre te zębiska. Dlatego teraz starał się wypatrzeć choćby najmniejszy ruch w bagnisku. To graniczyło z cudem. Zamiast bytującego tutaj monstra dostrzegł zarys kobiecej sylwetki. Postanowił spuścić zasłonę milczenia na to, że pod wpływem swojej wyobraźni i panującej tutaj atmosfery początkowo utożsamił ją z błotoryjem. Nie jest to coś, co powinna słyszeć potencjalnie piękna i niewątpliwie miła kobieta. Oczywiście, to mogły być utrzymywane przez nią pozory. — Dziękuję. Muszę przyznać pani rację — Słusznie zakładając to, że mogła słyszeć wykrzyczane przez niego słowa to starał się zreflektować. Jest człowiekiem, którego w dużej mierze przerosła sytuacja, w której się znalazł. Nie było tu tabunów dziennikarzy, fanów i osób czekających na jego potknięcie. Nie miał jednak pewności co do tego, czy jego udział w tym incydencie nie wypłynie na światło dzienne. Ostatnie o czym marzył to otrzymanie informacji o tym, że trafił na strony Czarownicy umorusany błotem w innych okolicznościach, niż po meczu Quidditcha. Pierwszą rzeczą, której bardzo pragnął, było wydostanie się z tych mokradeł. — Cześć. Gdybym był leśnym trollem to byłoby moje — Po tym jak minęło pierwsze zaskoczenie, odpowiedział na to powitanie i pytanie z lekkim uśmiechem. Faktycznie udało się tej kobiecie rozładować atmosferę. Czuł na sobie spojrzenie. Przywykł do tego, że ludzie przyglądają mu się w ten sposób. — Jak masz na imię? Ja Philip. Wiesz, jak się stąd wydostać? — Zwrócił się do kobiety z tym pytaniem, zaraz się się przedstawiając. Niechętnie wytarł swoje ubłocone dłonie w materiał spodni. Bieżącej wody tutaj nie uświadczy. RE: [13.04.1972] Mgliste Mokradła || Danielle & Philip - Danielle Longbottom - 12.04.2023 W żadnym aspekcie Danielle Longbottom nie przypominała błotoryja, ani osobowością ani wyglądem. To znaczy, taką miała nadzieję. Gdyby przyszło jej przyrównywać się do jakiegoś zwierzęcia, najprędzej byłby to pies, rzecz jasna rasy golden retriever - bo te, ze wszystkich stworzeń, kochała najbardziej. Oczywiście, nie miała puchatego ogona, gęstej jasnej sierści i nie przynosiła patyków w zębach - ale gdyby kiedykolwiek miała posiąść zdolność animagii, jej formą byłby właśnie golden. Na pewno tak by było. A czy spotkanie goldena nawet w tak okropnym miejscu mogłoby być przerażające? W żadnym wypadku. Przecież one nawet nie potrafiły warczeć na poważnie. Okoliczności w istocie, nie należały do najprzyjemniejszych. Z drugiej strony jednak, gdyby jakieś paparazzi postanowiło uchwycić Philipa w tak niesprzyjających warunkach, czy nie lepiej byłoby odwrócić kota ogonem na swoją korzyść? Mógłby wtedy wcisnąć jakiś kit, że dzielnie i męsko uratował przypadkowo spotkaną na mokradłach czarownicę w opałach. Przed błotoryjem rzecz jasna. Bo wcale a wcale się ich nie bał. I gdyby faktycznie przyszło im stanąć twarzą w twarz z błotoryjem, na pewno nie Longbottom byłaby tą, która ruszyła do starcia jako pierwsza. Na dobrą sprawę, przypadkowe pojawienie się na mokradłach mogłoby przysporzyć mu więcej dobrego niż złego. Grunt to szukać pozytywów w nawet najgorszych sytuacjach. - A nie jesteś? Szkoda. Może wtedy wiedziałbyś, którędy kierować się do wyjścia - odpowiedziała gładko. No to mieli problem. Optymizm i nadzieja jednak nie opuszczały jej ani na moment; na dobrą sprawę były to dwie rzeczy, które w tej beznadziejnej sytuacji im zostały. Odwzajemniła uśmiech. Co zachowała dla siebie, a było istotne to to, że na widok człowieka, choć nieznajomego, poczuła ogromną ulgę. Nawet, jeżeli musiałaby bronić go przed błotoryjami (własnymi pięściami, bo ten bezużyteczny badyl odmówił posłuszeństwa) czy nawijać głupoty dla poprawienia jego nastroju i rozładowania atmosfery - zdecydowanie lepiej radziła sobie z myślą, że nie jest sama. - Danielle. Ale może być Dani, niewiele osób używa pełnej wersji imienia. Chyba, że zrobię coś, co Cię zirytuje, wtedy śmiało, nie krępuj się - odpowiedziała. Na dobrą sprawę, pełną formą zwracała się do niej rodzina i to tylko wtedy, gdy coś przeskrobała. Ah i jeszcze Ulek, ale on zawsze tak do niej mówił. - Miło mi Cię poznać. Szkoda, że okoliczności nie są bardziej sprzyjające. Zdecydowanie preferuję uliczki w Dolinie Godryka. Na zadane przez niego pytanie, westchnęła i pokręciła głową. Gdyby wiedziała, już dawno by jej tu nie było. - Sugeruję, by pójść... - po chwili namysłu wycelowała w absolutnie losowym kierunku. Gdzieś musieli się ruszyć, a to, że nie wiedzieli gdzie nie było żadnym usprawiedliwieniem. - Tam. Mam co do tego dobre przeczucia - wyjaśniła. Na dostrzeżenie aury Philipa [roll=Z] RE: [13.04.1972] Mgliste Mokradła || Danielle & Philip - Philip Nott - 22.04.2023 Nie pierwszy raz wymyślał tego typu wytłumaczenia i teraz również byłby w stanie uraczyć przedstawicieli mediów podobną historią. Nie zmieniało to faktu, że cała ta sytuacja pozostawała poza jego kontrolą. Czuł się panem sytuacji w miejscach publicznych, w blasku fleszy i w otoczeniu swoich fanów. Niczym ryba w wodzie. Panujące tutaj warunki sprawiały, że czuł się niczym dziecko we mgle. Przynajmniej początkowo. Nie bez powodu za prawdziwe uznaje się stwierdzenie, że w grupie raźniej. — Na mój widok czarodzieje nie krzyczą "John, łap za różdżkę, to troll!". Po tym wnioskuję, że nie jestem. Ta wiedza byłaby bardzo przydatna — Nie przestając się delikatnie uśmiechać, zdecydował się przedstawić ostateczny argument uwiarygodniający jego ludzkie pochodzenie. Potwierdzał je chociażby odpowiedni wzrost i budowa ciała. W żadnym stopniu nie odpowiadały one posturze trolla, który też nie grzeszył inteligencją. Mu jedynie zdarzało się zachowywać jak palant. — Niektórzy moi przyjaciele zwracają się do mnie Phil. Musiałabyś się bardzo postarać aby mnie zirytować, Dani — Przyznał. Za każdym razem, gdy przebywał w domu rodzinnym, wszyscy zwracali się do niego pełnym imieniem. Jest jedną z tych osób, które nie irytują się byle czym i którym nie przeszkadza obecność miłych ludzi, jeśli tylko szanują ustanowione przez niego granice prywatności. — Mi Ciebie również. Zdecydowanie mogły być lepsze. Ja również. Dosyć często tam bywam. Na razie zachował dla siebie to, że posiada dom w Dolinie Godryka. Ci, co mają o tym wiedzieć, to wiedzą. Chciał tak myśleć i spać spokojnie. Fani potrafili być nieobliczalni. Spędzał tam czas, ilekroć potrzebował odetchnąć od zgiełku magicznego Londynu i spędzić czas na łonie natury. Przenosił się do swojego domku letniskowego tuż przed Sabatami. W jakimś stopniu spodziewał się tego, że na swoje pytanie otrzyma przeczącą odpowiedź. Nie usatysfakcjonowała go ona, jednak to było do przewidzenia w obecnej sytuacji. Za wszelką cenę chciał opuścić to miejsce i wrócić do domu. Jego plany na ten dzień wystarczająco legły w gruzach. Temu nie sposób zaprzeczyć. — Wolałbym usłyszeć wyłącznie tę dobrą — Zasugerował z cichym westchnięciem, bez cienia pretensji w głosie. Zła wiadomość dokładnie opisywała to, co sam myślał o obecnie zaistniałej sytuacji. — Jest na to szansa. Nie znajdziemy go dopóki będziemy tutaj stali — Zgodził się z tą czarownicą. Od samego stania i rozmawiania droga nie objawi się przed ich oczami. Przez wzgląd na panującą ciemność, spowijającą mgłę i znikomą znajomość tego terenu czekało ich trudne zadanie. — W takim razie chodźmy i zobaczmy, gdzie nas to zaprowadzi. Oby do wyjścia — Nie zaprotestował, obierając wskazany przez Danielle kierunek. Oby w ten sposób dotarli bezpiecznie do kresu tych mokradeł i do jakiejkolwiek mieściny, z której będą mogli się teleportować do swoich domów. — Jak każdy czarodziej potrzebuję rutynowej i niekiedy specjalistycznej opieki medycznej. Wspomniałaś o dostępie do mojej historii medycznej... jesteś uzdrowicielką. Możesz mieć takie wrażenie, ponieważ jestem szukającym Zjednoczonych z Puddlemere. Oczywiście, mogłaś mnie zobaczyć gdzieś na korytarzu szpitala — Nie zaprzeczył temu, że bywa w szpitalu. Quidditch to brutalny sport, w którym nietrudno o mniej lub bardziej poważne kontuzje. Dotąd nie zdarzyła mu się na tyle poważna kontuzja aby doprowadziła do zakończenia jego kariery sportowej. W szpitalu dla czarodziejów wykonywał również regularne badania przez wzgląd na stosowaną dietę bezmięsną i wykonywany zawód. Nie przerywał marszu, zwracając uwagę na to aby nie stracić z oczu przypadkowej towarzyszki. RE: [13.04.1972] Mgliste Mokradła || Danielle & Philip - Danielle Longbottom - 08.05.2023 Jej empatia potrafiła być zarówno utrapieniem jak i błogosławieństwem. Była dosyć bystrą obserwatorką (przynajmniej jeżeli chodziło o relacje międzyludzkie), która w trakcie rozmowy niemal w całości poświęcała się drugiej osobie. To pozwoliło jej zrozumieć, że dosyć durne droczenie się, na które ktoś inny mógłby spojrzeć krzywo, dobrze działało na nowopoznanego mężczyznę. - Może są po prostu uprzejmi i nie chcą sprawiać Ci przykrości..? - zasugerowała łagodnie. Korzystając, że dystans pomiędzy nimi się zmniejszył, w pocieszającym geście położyła dłoń na jego ramieniu. - Ale nie martw się, ja też nie będę wyciągać różdżki przeciwko Tobie. I to nie dlatego, że z jakiegoś powodu jest bezużyteczna i mogłabym co najwyżej dźgnąć cię nią w brzuch - dodała, równie spokojnym tonem głosu. To, że zgrywała się, było niemal jasne jak słońce. Zmarszczyła lekko brwi, przyglądając mu się badawczo. -Aha, mówisz tak tylko dlatego, że mnie nie znasz - odpowiedziała. Wcale nie zakładała, że Philowi brakuje cierpliwości. W tym wypadku to w niej był problem. - Co trzeba zrobić, żeby Cię zirytować? Albo inaczej, jakie są rzeczy, które doprowadzają Cię do złości? Poza wylądowaniem na tym bagnie - bo to zdążyła już zauważyć. Bywał w dolinie, jego twarz wydawała się znajoma. Wspomniał też, że dosyć regularnie odwiedzał szpital. Jej głowa skupiła się na Dolinie, że kompletnie nie odnotowała ostatniego, kluczowego faktu. Lubiła ludzi z aurami, które mieniły się różnymi kolorami. Takie połączenie mogło sugerować niezwykle rozwiniętą, barwną osobowość. O Zjednoczonych słyszała. Musiałaby chyba żyć pod kamieniem, żeby nie znać tej nazwy. Posłała mu krótkie spojrzenie, a jej brew lekko się uniosła. Przez dłuższą chwilę nie odzywała się, a z wyrazu jej twarzy ciężko było cokolwiek rozszyfrować. - Mhm, jasne. To dobrze się składa, bo ja jestem ścigającym w Harpiach. Poza godzinami pracy w Mungo, rzecz jasna. Wiesz, taka forma rozerwania się od pracy- odparła i roześmiała się. RE: [13.04.1972] Mgliste Mokradła || Danielle & Philip - Philip Nott - 22.05.2023 Sugestia ze strony kobiety w dalszym ciągu pozostawała elementem droczenia się z nim, jednak dotknęła pewnej prawdy. Jak każdy, on również spotykał mnóstwo uprzejmych osób. Tak samo jak dwulicowych, wyłącznie utrzymujących z nim kontakt dla osiągnięcia osobistych korzyści. To sprawiało, że starał się starannie dobierać swoje towarzystwo. Jak każdemu, nie zawsze mu się to udawało. — Musiałbym ich o to zapytać podczas kolejnego wypadu — Odparł z półuśmiechem. Dopiero co poznana Danielle nie była osobą, przy której chciał poruszać tak istotne dla niego kwestie. Może w przyszłości to się zmieni, jeśli kiedyś jeszcze skrzyżują się ich ścieżki. Niczego nie zakładał. Nie zaprotestował przed tym pocieszającym geście, uznając go za naprawdę miłego w odbiorze. Pokrzepiającego. — W chwili obecnej musimy na sobie polegać. Zwłaszcza, jeśli chcemy stąd wyjść. Gdyby moja różdżka działała to nie zaatakowałbym Cię. Nie jestem takim typem człowieka. — Postanowił obdarzyć tę kobietę dozą zaufania i uwierzyć w te słowa, których prawdziwość zostanie zweryfikowana tuż po opuszczeniu tych przerażających mokradeł. Nigdy nikogo nie zaatakował z użyciem magii. Wolał się wycofać, unikając wszelkich walk. To zgrywanie się mu nie przeszkadzało. — Wiem, jak masz na imię. To całkiem dobry początek znajomości. Pozwolisz się gdzieś zaprosić? — Wszystko to, co powiedział, dobrze oddawało jego stosunek do relacji międzyludzkich. Każdy z jego dotychczasowych związków opierał się na seksie, którego potrzebował do pełni szczęścia. To stało się nawet swoistą kością niezgody między jego bratem, a nim. Jego brat wiódł przykładne życie przy boku żony i z gromadką dzieci. W swoim mniemaniu uważał je za nudne i podkreślał, że zabawa w dom nie jest dla niego. Nic nie wskazywało na to, aby miał możliwość zmiany zdania. — Gdy o tym myślę to mówienie mi, jak mam żyć, poważne narzucanie mi się... mam na myśli psychofanów, szukający taniej sensacji pismaki. A Ciebie? — W zamyśleniu zmarszczył brwi. Pierwszy przypadek dotyczył więzi rodzinnych i stosunków zawodowych. Psychofani i opisani przez niego dziennikarze potrafili dać mu się poważnie we znaki. Była to kolejna rysa na jego idealnym wizerunku gwiazdy tego formatu. To nie powinno opuścić tego miejsca. Zapewne było coś, co działało Danielle na nerwy. Jeszcze nie urodził się taki, którego można byłoby nazwać oazą spokoju. — Właśnie nie mogliśmy się tam widzieć. Pamiętałbym nasze spotkanie. Nie mieszkam. Jestem pewien, że kogokolwiek byś nie zapytała o mnie z tych wszystkich osób to by mnie rozpoznał. Jestem szeroko rozpoznawalnym czarodziejem. Bardziej Mungo — Obstawał przy swoim chociażby z tego względu, że dotąd nie próbował doprowadzić do tego, aby znalazła się na liście osób, które przewinęły się przez jego sypialnię. Nie zaczepiła też go podczas któregokolwiek Sabatu, w którym uczestniczył. Przynajmniej tego sobie nie przypominał. Szpital wydawał mu się bardziej prawdopodobny. — Dobrze więc... jeśli grywasz dorywczo w Harpiach z Holyhead to z pewnością potrafisz przytoczyć mecz z udziałem walijskiej drużyny, który w oczach wielu czarodziejów uchodzi za najlepszy w historii Quidditcha. Albo kto był zwycięzcą w meczu Harpie kontra Zjednoczeni w 1969. Dla ułatwienia ta drużyna była gospodarzem tych rozgrywek — Po raz pierwszy spotkał się z tym, by ktoś nie dawał wiary jego słowom odnośnie wykonywanego przez siebie zawodu i kwestionował jego przynależność do Zjednoczonych. W tym momencie nawet nie zamierzał się zgrywać. Starał się być wyrozumiały, ale to mu się nie spodobało. Zamiast próbować ze wszystkich sił przekonać ją do tego, że nie jest to jego wymysł to postanowił zapytać o to, co wiedzą tylko fani i ludzie z branży. W tym przypadku zawodniczki Harpii, którą Danielle jednak nie była. Nie było to typowo złośliwe zachowanie z jego strony. Po prostu traktował to bardzo poważnie. Kariera była dla niego ważna. RE: [13.04.1972] Mgliste Mokradła || Danielle & Philip - Danielle Longbottom - 18.06.2023 Pomimo znalezienia się w tak nieciekawej sytuacji, dobry humor jej nie opuszczał. Całe szczęście dla nich - gdyby miała tendencję do wpadania w panikę, ich podróż przez mokradła mogłaby okazać się znacznie trudniejsza i zdecydowanie mniej przyjemniejsza. Wymuszony spacer po tak okropnym miejscu w gruncie rzeczy nie był taki zły, zwłaszcza że jej rozmówca był równie gadatliwy co ona i pomimo tego, że znali się raczej krótko, rozmowa przebiegała gładko. Pokiwała głową w dosyć teatralny sposób. Pytanie Philipa sprawiło, że na moment poczuła konsternację której, choć bardzo chciała, nie zdołała ukryć. Jej mimka była zbyt ekspresywna i od razu zdradzała to, co pojawiało się w jej głowie. W tym wypadku W przeciwieństwie do Philipa, miała dosyć niewinne podejście do relacji z mężczyznami. W jej życiu nie było ich zbyt wiele, tym bardziej takich, którzy widzieliby w niej kogoś więcej niż dobrą przyjaciółkę, a na palcach jednej ręki mogłaby policzyć swoje związki, jeżeli rzecz jasna brała pod uwagę robienie maślanych oczu do Gio, gdy była jeszcze w wieku przed pójściem do Hogwartu. Nawet laurki mu rysowała i podrzucała pod drzwi domu, nie podpisując ich oczywiście, bo się przeokropnie wstydziła. Niestety, ich rokująca miłość (o której Urquart nie miał pojęcia) nie przetrwała różnicy wieku, jaka pomiędzy nimi była i musieli się rozstać. Takim oto sposobem Gio był w związku który się zakończył i to wszystko bez jego wiedzy i udziału. Gdyby tak się zastanowić, niewiele rzeczy ją irytowało. Dani była ostoją spokoju a to, co jej się przydarzało, starała się przyjmować z uśmiechem. Oczywiście, były rzeczy przeciw którym otwarcie się buntowała, nie zważając na konsekwencje. Philip zdawał się bawić wyśmienicie, gdy próbował przekonać ją, że jest sławny i wszyscy go znają. Dobre sobie. Czy naprawdę miał ją za tak durną i naiwną? Nie zamierzała dać się nabrać. RE: [13.04.1972] Mgliste Mokradła || Danielle & Philip - Philip Nott - 25.06.2023 — Ja to nie skrzywdziłbym nawet muchy siatkoskrzydłej, a co dopiero drugiego człowieka — Pół żartem, pół serio starał uwolnić się od podejrzeń. Unikał stosowania przemocy fizycznej, jednak prawda była taka że słowa również potrafiły zranić drugiego człowieka. Nierzadko stanowiły broń w jego ustach, gdy zachowywał się niczym dupek względem niektórych ludzi. Wydawało mu się, że prawdziwy czarny charakter nie wdaje się w dyskusje ze swoją potencjalną ofiarą, tylko przechodzi niezwłocznie do zrealizowania swoich niecnych zamiarów. To ostatnie czego należałoby się po nim spodziewać. — Nie masz czego się bać. Nie trafiliśmy na błotoryja — Dodał. Błotoryje to prawdziwe potwory. To było coś, co łączyło te magiczne stworzenia ze szczuroszczetami. — Gdybym był tutaj sam to za nic w świecie nie uznałbym przeprawy przez te posępne mokradła za całkiem przyjemny spacer. Przez grzeczność nie zaprzeczę. Zdecydowanie wolę przechadzać się po uliczkach Doliny Godryka — Wypowiedziane przez niego słowa doskonale oddawały prawdziwość przywołanego wcześniej stwierdzenia, że w grupie raźniej. Nawet, jeśli daleko było im do grupy. Byli duetem z przypadku. Nie do końca podzielał to stanowisko. Dolina Godryka to wspaniałe miejsce do odpoczywania z dala od zgiełku Londynu. Odczuwana przez Danielle konsternacja i zaskoczenie nie uszły jego uwadze. W jakimś stopniu udało się tej czarownicy zbić go z tropu, bo ostatnie o czym myślał w tym momencie to wizyty w Mungu poza kolejnością. Jest wystarczająco bogaty, aby nie tyle uzdrowiciele zapewniali mu wizyty domowe, ale również by hojnym datkiem zapewnić sobie wizyty poza kolejnością do końca życia. Niewykluczone, że nawet mógłby wykupić cały ten szpital gdyby widział w tym cel. Kwestia poznania wartości rynkowej tego budynku. — Skąd wiedziałaś, że o to mi chodzi? — Zapytał wyraźnie rozbawiony. Taki dobór słów w dużej mierze pozwalał najpewniej mu zachować twarz. W rzeczywistości była to nietypowa reakcja ze strony pięknej kobiety na wystosowaną niego propozycję. Jego intencje były jednoznaczne. — Chętnie skorzystam z tego zaproszenia. W którym gabinecie przyjmujesz? Nie życzysz mi oddania się w Twoje ręce? — Przystał na to zaproszenie z miejsca, poniekąd interpretując je po swojemu. Nie przez pryzmat choroby czy urazu, tylko w perspektywie oddania się pod opiekę pięknej kobiety wykraczającą poza praktyki uzdrowicielskie. Zdarzyło mu się zabawiać się z uzdrowicielką. Może ona była koleżanką Danielle. Przez moment uśmiechał się nieznacznie dwuznacznie. Po prostu taki już był i należało z tym żyć. — Dlaczego miałbym? Preferuję głównie miasta, tam nie brakuje takich miejsc — Zwrócił się do czarownicy z tym pytaniem. W magicznym Londynie było bardzo dużo lokalów, do których można było się udać. Bardzo chętnie korzystał ze wszystkich możliwości, jakie on oferował. — Niesprawiedliwość? To dosyć szerokie pojęcie — Postanowił o to dopytać z braku tego rozwinięcia wypowiedzi kobiety. — Staram się ich unikać za wszelką cenę. Są nieprzewidywalni i jak nie wejdą drzwiami to próbują wejść oknem. Nie podaję przypadkowym ludziom swoich adresów i mam założone zabezpieczenia magiczne. — Dodał. Nie były to rozwiązania idealne, ale nie zamierzał tolerować wchodzenia z butami w jego życie prywatne. — Więc? — Oczekiwał od niej udzielenia odpowiedzi na te pytania mające uwiarygodnić lub obalić jej wersję. — Tak się składa, że wiem. — Dodał jedynie. Wiedział, ale w chwili obecnej nie widział powodu aby to przytaczać. W końcu chciał to usłyszeć od Danielle. Konieczność udowadniania tego typu rzeczy była męcząca dla niego. Nietrudno było dostrzec zmianę kolorytu czarownicy.— Oczywiście, że mówię na serio. Czemu miałbym kłamać? — W gruncie rzeczy nie dało się tego inaczej skomentować, niż w ten sposób. Celebryci nie byli wytworem wyobraźni, tylko istnieli naprawdę. — Hmm... przyjmę te przeprosiny, jeśli wynagrodzisz mi to przyjęciem zaproszenia na kolację w wybranym przeze mnie lokalu magicznego Londynu. Byłaś kiedyś w Spellbound Feast? — Postanowił przyjąć te przeprosiny na swoich zasadach. Postawiony przez niego warunek był możliwy do spełnienia, przy odrobinie dobrej woli. Wybrany przez niego lokal należał do tych droższych na gastronomicznej mapie czarodziejskiego Londynu. — Taaak — Powiedział bez przekonania w głosie. Z każdym zrobionym przez nich krokiem wytrwale przemierzali te mokradła i po pewnym czasie mogli ujrzeć nieśmiało przebijające się poprzez korony drzew promienie słońca. Oznaczało to, że mieli szansę wydostania się z tych mokradeł. Najwyższa pora. RE: [13.04.1972] Mgliste Mokradła || Danielle & Philip - Danielle Longbottom - 04.07.2023 Uśmiech, jaki malował na jej twarzy można było interpretować dwojako. Być może uwierzyła mu, a być może chętnie podroczyłaby się jeszcze, udając że każde jego słowo to bujda, a jej podejrzenia są jak najbardziej słuszne. To, co przeszło jej przez myśl zachowała dla siebie i raczej nic nie sugerowało, by miała się tym z kimkolwiek podzielić. - Moja przyjaciółka Jackie twierdzi, że błotoryje są całkiem urocze - zauważyła, przypominając sobie zażartą dyskusję z rudowłosą Carrow, która próbowała przekonać Danielle, że to naprawdę przyjacielskie stworzenia, po prostu trzeba w odpowiedni sposób się z nimi obchodzić. - Ale ona ze swoją ręką do magicznych zwierząt oswoiłaby nawet wiwerny - dodała. Trochę zazdrościła tego, że dziewczyna potrafiła porozumiewać się ze zwierzętami, ale była to zdrowa, niezawistna zazdrość. Po prostu podziwiała jej zdolności, wiedząc że sama nigdy nie osiągnie nawet procenta tego, co udało się zdobyć młodszej Carrow. Słuchała mężczyzny spokojnie, a konsternacja dosyć jasno wymalowana na jej twarzy tylko się pogłębiała. W pewnym momencie uniosła brwi do góry, nieszczególnie kryjąc zaskoczenie. Zamrugała oczami, zupełnie jakby jej powieki były połączone z przewodem słuchowym, a zamruganie miałoby spowodować restart uszu. Może się przesłyszała? Uśmiech, jaki pojawił się na twarzy mężczyzny utwierdził ją w przekonaniu, że bardzo dobrze wyłapała o co mu chodziło. Rzadko zdarzało się, by mężczyźni rzucali w jej kierunku takimi aluzjami, jeszcze rzadziej je wyłapywała, nawet jeżeli już - natychmiast zduszała w zarodku. Tym razem miało być dokładnie tam samo. Jedna z jej brwi pozostała uniesiona, gdy zmierzyła go wzrokiem. - A o co innego miałoby mi chodzić, jeżeli nie o urazy oraz kontuzje? Przecież to jeden z najczęstszych powodów wizyty w szpitalu. - odpowiedziała spokojnie, tłumacząc mu łopatologicznie, o czym pomyślała. - Żeby do mnie trafić, musiałbyś stać się ofiarą klątwy lub urazu pozaklęciowego. Czego, rzecz jasna ci nie życzę. Życzenie innym takich wypadków nie jest w moim stylu - dodała. Cisnęło jej się na usta więcej słów - że być może powinien ważyć na słowa, jakie kieruje do obcych kobiet, bowiem którejś zabraknie cierpliwości jaką cechowała się Danny i faktycznie będą musieli spotkać się w gabinecie uzdrowiciela, a złamane kości, zwłaszcza nosa, to raczej bolesny proces gojenia. Wszystko zachowała jednak dla siebie. Nie wydawało jej się to potrzebne, by się rozgadywać. Kiwnęła głową, jednak nie rozwinęła tematu. Mokradła zdecydowanie nie były miejscem na filozoficzne przemyślenia, co nie oznaczało, że jeżeli mieliby spotkać się w przyszłości, nie poruszyłaby tej kwestii ponownie. Nie pociągnęła również tematu psychofanów, o jakich wspomniał mężczyzna, choć sama sprowadziła rozmowę na takie, a nie inne tory. Jej myśli uparcie krążyły dookoła insynuacji, jaką wysunął Philip. Naprawdę uznał, że chciałaby zaprosić go do gabinetu w celu zgoła innym, niż ten z jakim przeważnie chodzi się do szpitala? Pokręciła lekko głową. Restaurację o której mówił mężczyzna kojarzył, jednak nie miała okazji tam być. I nie była to kwestia pieniędzy. - Dobra robota, panie Philipie. Udało nam się przedostać przez bagno. I to bez towarzystwa błotoryja - zauważyła z lekkim uśmiechem, kiedy dostrzegła światło. Dłoń, w jakiej trzymała różdżkę przeszył specyficzny dreszcz, oznaczający jedno - magia ponownie była w zasięgu ich możliwości. Przyspieszyła nieco, nieznacznie oddalając się od mężczyzny. Na odchodne odwróciła się, pomachała w jego kierunku dłonią zupełnie tak, jakby jego poprzednie słowa jej nie urazyły i z cichym pyknięciem aportowała się do domu. |