![]() |
|
[7 kwietnia] "Bardzo wąskie alejki" - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [7 kwietnia] "Bardzo wąskie alejki" (/showthread.php?tid=1281) Strony:
1
2
|
[7 kwietnia] "Bardzo wąskie alejki" - Sauriel Rookwood - 11.04.2023 adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange (Tuż za Dziurawym Kotłem). adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I W tym świecie, który lubił być nazywany cywilizowanym, nie było zasad przetrwania. Królowało prawo dżungli. Prawo, według którego silniejszy znęcał się nad słabszym. Przynieś, podaj, pozamiataj. Zajeb kilka ludzi po drodze i powiedz, że to w ramach walki o równość czystej krwi. Zamorduj kilku morderców i oczyść sumienie, bo moralność to zupełna ściema. Nawet jeśli jesteś kurwa pierdolnym tygrysem, istnym predatorem wśród drapieżników, to nawet wróg kupa kiedy wrogów kupa. Sauriel był arogancki. Umówmy się, był wręcz przesadnie arogancki, za mało ostrożny, zbyt lekkomyślny, robiący zamiast się zastanowić, co w ogóle powinno się zrobić. Nie traktował nawet zbyt poważnie tych, którzy naprawdę mogli mu zaszkodzić. Tym bardziej nie traktował poważnie osobistości, które w jego mniemaniu były tylko do odsuwania ich butem, jeśli wcisnęły się pod jego podeszwę. Całkiem dobry dzień z dobrą passą od ostatnich nocy nie miał przesłanek do tego, żeby miał zmienić się w niezwykle nieprzyjemny. Sauriel włóczył się w różne miejsca, ale jeśli ktoś wiedział, gdzie go szukać i przy jakich okazjach to wiedział doskonale, że ma swoje zwyczaje i przede wszystkim rytuały. Że tu a tam można go znaleźć wtedy a wtedy, że regularnie przychodzi do jednego z burdeli, że tamta ulica jest po jego, hm, "opieką" i że najprościej go namierzyć, kiedy akurat zajmuje się tamtym a owamtym właśnie na tej krótkiej uliczce. Było wiele zakodowanych pewników w tym kodzie. Wiele trwałych elementów, które w jego chaotycznym życiu nadawały mu jakiegoś ułamku ładu. Sensu? Chyba nawet brud na ziemi miał swój sens istnienia, więc niech będzie - sensu również. A na pewno nie było problemem namierzenie go, kiedy wśród tego towarzystwa, szemranego i nieprzyjemnego, się obracało. I wszystko było normalnie. Wszystko było jak zawsze, ale po czasie, z perspektywy, człowiek widział te znaki wtedy nieprzetworzone. Inne zachowanie gościa przed sobą. Złe ułożenie gwiazd. Kurwa tamtą wronę, co jak omen ostrzegała przed niebezpieczeństwem. Dopisywane do historii wydarzeń dawały poczucie, że "mogłem temu zapobiec". Z tym, że to nie był pierwszy wpierdol. I nie był też ostatni w jego życiu. Sądził, że to brak krwi, czy jakiś głód, kiedy jego ciało zaczęło się robić dziwnie lekkie, a błędnik minimalnie zawodził. Przystanął, zapalił fajkę, dla swojego komfortu psychicznego, nie dlatego, że to miało w czymkolwiek pomóc. Dwa pociągnięcia papierosa później znowu wędrował ciemnymi alejkami Nocturnu. Nie przechodziło. I nie cofało się. Ciążyło mu coś na klatce piersiowej i wiedział, że gdyby oddychał to oddychałoby mu się teraz ciężej. Podparł się ściany, bo zaczęło mu się kręcić w głowie do tego stopnia, że nie był w stanie iść prosto. Logika nakazywałaby: stój. Ale nawet nie wpadł na to. Myśl ta gdzieś zamajaczyła w podświadomości i rozwiał ją dym tytoniu z tego samego papierosa, który wypadł z jego dłoni gdzieś po drodze. Nie rozpoznawał już nawet alejek. Mury wzrastały ku niebu i jak plastelinowe ściany chyliły się i odginały w inne strony. Wędrówka była jak mrugnięcie - mrugasz i jesteś w innym miejscu, a wszędzie tego miejsca za mało, żeby nie czuć klaustrofobii popędzającej gęsią skórkę na plecach. Gdzie jest? Kim jest? Istotą złączoną jednością z tymi budowlami i brukiem? Brudem między tymi plamami niewiadomego pochodzenia i śmieciami, nad którymi istnieniem lepiej się nie rozwlekać? Umysł zanikał i pozostawały tylko obrazy. Zapisana w głowie ułuda, że w tamtej chwili była możliwość kontrolowania czegokolwiek. Nie miał też kontroli nad sobą, kiedy ktoś złapał go za ramię i przypierdolił w pysk. Gdy ktoś go trzymał i wciskali mu nóż pod żebra, ani kiedy puścili na ziemię i przygnietli do niej butami. Ktoś w końcu zgłosił aurorom, że na Pokątnej na granicy z Nocturnem chyba ma miejsce jakiś napad. Ktoś krzyknął, napięcie w powietrzu pękło, ktoś uciekał, ktoś się odgrażał, że "służby bezpieczeństwa zostały już zawiadomione!". Może ktoś chciał go zatrzymywać? Łapać? Może powinien był już leżeć i tak zostać. Lecz nie. Wstał. Gdzieś tam mając w głowie, w świadomości, że to wcale nie jest bezpieczne miejsce. Że powinien wrócić do domu. Że gdzieś na pewno jest bezpiecznie. Legł niewiele dalej w zaułku Pokątnej - nie wiedział nawet gdzie i kiedy. A gdy zaczął się budzić, pierwszym przebłyskiem był ból. I dźwięki ruchliwej Pokątnej stłamszone budynkami. RE: [7 kwietnia] "Bardzo wąskie alejki" - Victoria Lestrange - 11.04.2023 Piątkowe wieczory miały to do siebie, że albo było dużo roboty, albo było jej stosunkowo mało. Albo toniesz w papierkach, albo liczysz na to, że przez resztę wieczoru nikt cię nie wezwie z powodu kolejnego ataku i alarmu, bo potrzebują każdych rąk do pracy i każdej pomocy. Lestrange miała dzisiaj wolny wieczór, a przynajmniej na to się zapowiadało, więc zamierzała spędzić go po swojemu. Tym razem nie wśród ksiąg i eliksirów, a na Pokątnej. Na jakimś dobrym obiedzie, później na słodkim ciastku i pysznej, gorzkiej kawie, by ostatecznie wylądować w jakiejś knajpie przy barze, gdzie barman zagaduje, a natrętny siedzący obok gość puszcza oczka do samotnej kobiety. Samotnej, ale cieszącej się z tej samotności i jednocześnie ubranej tak, jakby do czegoś zapraszała tymi ciemnymi, półprzezroczystymi pończochami i krótką, czarną sukienką. Victoria jednak do niczego nie zapraszała – po prostu spędzała czas sama ze sobą, pozwalają przy okazji się trochę bajerować jakiemuś obcemu mężczyźnie, tak długo, jak nie przekraczał granicy i nie zrobił się namolny. Bo Victoria nie szukała żadnej przygody. Po prostu cieszyła się spokojem. W końcu wylądowała na zewnątrz, przyjmując na twarz nieco orzeźwiający podmuch kwietniowego powietrza. Słońce już dawno zaszło, było już zresztą grubo po dwudziestej drugiej, ale ten wieczór był tak przyjemny… Musiała co prawda spławić gościa czy dwóch, by jak dorosła, samotna i niezależna kobieta pójść niespiesznym krokiem wzdłuż ulicy, nie mając zamiaru pozwolić, by ktoś jej w tym przeszkodził. I wtedy go zobaczyła. Słodkiego, małego kotka, który siedział sobie z boku ulicy i obserwował okolicę. Ewidentnie czegoś nasłuchiwał, bo obracał uszami jak radarem co jakiś czas. Ciemnowłosa nie mogła się powstrzymać – kucnęła i wyciągnęła do niego dłoń, wołając cicho „kici kici”. Zwierzak spojrzał na nią nieufnie, ale po chwili, po „no chodź, nic ci nie zrobię” ośmielił się trochę i podniósł swoje szanowne cztery litery by podejść i obwąchać wyciągniętą do niego rękę. Tori miała okrutną ochotę go pogłaskać. Zatopić w dłoń w miękkim futerku… Miźnęła go palcem, kocia główka otarła się o wierzch dłoni, ogonek uniósł się… Oboje to usłyszeli. Cichy jęk nieopodal. I Victora i jej niespodziewany towarzysz poderwali głowy by spojrzeć w tamtym kierunku. Cienie, jakie rzucało światło latarni naprawdę się wydłużyły, czy tylko jej się wydawało…? Potem było szurnięcie, jeszcze jeden przeciągły jęk… Wtedy Victoria już stała na nogach, w tych swoich szpilkach, w których musiała uważać jak stawia stopy, a różdżkę miała w dłoni. W dzień Pokątna faktycznie była ruchliwa, gorzej niż w ulu, ale o tej godzinie znacznie mniej ludzi przewalało się przez ulicę. Ostrożnie i powoli ruszyła w stronę źródła tych dziwnych odgłosów, a jej koci towarzysz? Został tam, gdzie go spotkała. Musiałaby rzucić na siebie zaklęcie wyciszenia dźwięków, by jej szpilki nie wydawały cichego stuku o kamień, którym była wyłożona ulica, a zresztą wcale nie zamierzała się skradać. Ta różdżka była na wszelki wypadek… Wyszła zza zakrętu, płaszcz, nieco dłuższy niż jej sukienka, był zupełnie niezapięty i jego poły majtały na boki, gdy szła, włosy kołysały się na plecach, a światło latarni tylko trochę oświetlało róg ulicy. Zobaczyła za to czyjeś nogi. RE: [7 kwietnia] "Bardzo wąskie alejki" - Sauriel Rookwood - 11.04.2023 Drżał. Nie z zimna, z bólu. Próbował poruszyć ręką, żeby ją wyczuć. Czuł ją ledwo co. Zesztywniała, jakby nie jego. Jakby jego wola pociągała fizycznie za sznurek, a jego ręka była drewnianą odnogą kukiełki, którą należało podnieść i wprawić dopiero w ruch. Fizyka nie była teraz jego przyjacielem. Grawitacja tym bardziej. Jego ciało nie ważyło tyle, ile zawsze. Było ołowiem. Skórą, pod któym płynęła czarna ciecz i dociążała go do ziemi. Zlepiała kości. Zatruwała mięśnie. Nie było w nim krwi, więc to było jedyne wyjaśnienie - to ołów szumiał mu w uszach. Świat był ciemny i nieprzyjazny. Noc była nieprzyjazna. Nie błogosławiła mu swoją ulgą dnia, bo choć słońce nie świeciło w twarz to miał wrażenie, jakby promienie oblewały każdy fragment jego ciała. I nic tu nie dawało ubranie. Napiął mięśnie, żeby spróbować się przesunąć. Leżał na palecie, na jakichś pudłach, które chyba połamał, kiedy tutaj upadł. A upadł kiedy? Nie pamiętał. Jak miał pamiętać, skoro nawet teraz szczegóły rozmywały się przed jego oczami. Pływał. Może znajdowałby się pod wodą gdyby nie to, że dźwięki wokół wcale nie były przytłumione. I to nie woda lawirowała przed jego oczyma. To jego mózg nie odbierał sygnałów wokół tak, jak powinien. Napięcie mięśni i próba przesunięcia się wywołała lawinę dźwięku wokół niego. Zaszeleścił karton, spadła jakaś deska, zatrzeszczała złamana paleta. I były też dźwięki, które wymykały się z jego ust, a których on nie kontrolował. Nie miał kurewskiego pojęcia, gdzie wylądował, która godzina i co dokładnie się dzieje, ale nie musiał nawet dobrze rejestrować wydarzeń ani otoczenia. W kodzie jego zachowań zapisane było przetrwanie pomimo. Z tym, że instynkt przetrwania czasem szwankował. Teraz nakazywał mu się podnosić i iść dalej. Uciekać dalej, skoro nie był zdolny do obrony. Ale... czy w ogóle warto? Podciągnął się odrobinę wyżej, a każda fala bólu kująca i uderzająca w mózg tak jak na drobne momenty przymraczała, tak otrzeźwiała. Chociaż trochę. Do stopnia, w którym jego mózg był w stanie ułożyć jakąkolwiek składną myśl. I pojawił się głos. Blisko, bardzo blisko. Obolała ręka poruszyła się, ścierpnięte palce złapały różdżkę. Pytanie. Pomocy? Głos był znajomy, oczywiście że znajomy, rozpoznałby go przecież wszędzie! Ale w takiej sytuacji nie rozpoznał go od razu. Czy raczej - rozpoznał, ale najpierw było zwątpienie. Szybkie wyparcie tego, że jednak nawet takim jak on trafia się czasem fart. Dziewięć kocich żyć trzeba wykorzystać. Serce podeszło mu do gardła, zemdliło go. To nie było takie proste jak "niech mnie już zabiją". Sauriel nie miał pojęcia, co się dzieje. Wyciągnął wolną rękę i złapał się mocno wyższej skrzyni, żeby spróbować się podciągnąć na nogi. Podciągnął - kładąc na tej skrzyni i powierzając jej swój ciężar ciała. A było co powierzać. RE: [7 kwietnia] "Bardzo wąskie alejki" - Victoria Lestrange - 11.04.2023 Jęki i szurania wcale się nie skończyły, kiedy się zbliżyła – ledwie na moment ustały, kiedy mężczyzna (tego akurat była pewna biorąc pod uwagę sylwetkę) jakby… zastanawiał się co do niego mówi? Albo był to po prostu przypadek. Zaraz jednak zostały wznowione ze zdwojoną mocą, jednak trwało to zbyt długo i zbyt dramatycznie jak na zwykłe podniesienie się. Nie doczekała się żadnej odpowiedzi, więc końcówka jej różdżki zapłonęła lekkim blaskiem, kiedy kobieta zdecydowała się bezgłośnie rzucić Lumos. Musiała odrobinę zmrużyć oczy, choć jej wzrok wcale nie był teraz przyzwyczajony do ciemności, w końcu na Pokątnej świeciły latarnie. Przed nią faktycznie stał mężczyzna. Znaczy.. stał. Słaniał się z ledwością na nogach, opierając się teraz na jakiejś skrzyni, choć dosadniej było powiedzieć, że na niej po prostu niemalże leżał. Victoria uniosła dłonie, chcąc dać znać, że nie ma złych zamiarów i zrobiła pierwszy, bardzo lekki i ostrożny krok do przodu, nie chcąc, by nieznajomy przypadkiem rzucił się na nią wietrząc jakiś atak. Teraz w świetle różdżki widziała, że jest w bardzo złym stanie. Zostawiony samemu sobie w rogu ulicy, poturbowany. – Proszę się nie ruszać, zaraz wezwę pomoc – powiedziała, siląc się na spokój. Serce biło jej trochę mocniej, to nie było jeszcze uderzenie adrenaliny, ten człowiek nie był umierający, ale ewidentnie potrzebował pomocy. I miał w ręku różdżkę. – Upewnię się tylko, że- Sauriel? – chciała powiedzieć, że się upewni, że nie potrzebuje pomocy doraźnie na teraz-już; żaden był z niej uzdrowiciel, ale wtedy pomogłaby nieco bardziej agresywnie, nie podchodziłaby jak do zranionego zwierzęcia, ale wtedy światło padło na twarz tego człowieka i zamarła. I wytrzeszczyła oczy. I w kolejnej chwili opuściła różdżkę, choć ta nadal świeciła, i nieco szybciej i bardzo nierozważnie pokonała tę odległość pomiędzy nimi. – Na Merlina i Morganę, co ci się stało. Możesz mówić? – wyciągnęła do niego ręce, ale nie dotknęła go. Zupełnie jednak nie wiedziała co ma zrobić. – Czekaj, nie ruszaj się. Pomogę ci. RE: [7 kwietnia] "Bardzo wąskie alejki" - Sauriel Rookwood - 12.04.2023 Ułożył się na drewnie, czy jakiejś sklejce - pachniało trocinami, albo jakąś inną drewnianą mielonką. Kant wbił mu się w brzuch naruszając wrażliwą skórę i nie skłaniając do tego, żeby się prostować. Nogi jak z waty zaś nie zachęcały do tego, żeby próbować stanąć o własnych siłach. Chwilę trwało, zanim podniósł głowę. Miał się nie ruszać, bo chyba oto trafiła się dobra dusza. Chyba nie wróg, chyba ktoś obcy. Nawet i ślepej kurze ziarno się trafi. Nie obejmował nadal rzeczywistości rozlewającej się wokół niego i rozmywającej w swoich posadach. Powoli puzzle wracały na swoje miejsce, ale nadal były rozbitymi kawałkami, które nie tworzyły całości. Narkotyczny miraż był jak mgła, w której myślenie stawało się ostatnią czynnością, do której jesteś zdolny. Wypowiedziała jego imię, a on rozpoznał jej twarz. Odwrócił wzrok w bok, kiedy nagły błysk światła boleśnie wdarł się do jego oczu z krańca różdżki Victorii. Trzy razy na tak, żeby runąć w dół, ale jedno veto, bo kurczowo trzymał się w pionie na drżących ramionach. Ale potem światło opadło, Victoria się zbliżyła, a on opadł na własne łydki. Ze wszystkich istnień na tej ziemi to musiała być właśnie ona. Dzięki Bogu. Ze wszystkich istot, które mogły go skopać w tym stanie, przyszła właśnie Victoria. Podniósł na nią zamglone spojrzenie i złapał dłonią rąbek jej szaty. Chwila. Zdawał się mówić ten gest. Daj mi chwilę. Dawała mu tyle czasu, ile potrzebował, przecież nie musiał jej zatrzymywać. Nie odchodziła. Nie uciekała. Była ciągle tutaj. - ...A... - Czy mógł mówić? Czy jego twarz była do tego zdolna? Był w stanie? Mógł? Nie wiedział. Miał wrażenie, że zapomniał jak to jest wykonywać tę czynność. Teraz już cały się trząsł. - Victoria... - Zbierz myśli. Zbierz myśli. Skup się. Skup. - Jestem... jestem... naćpany. - Tak, tak, ze wszystkich słów w stylu potrzebuję pomocy, co mnie boli a co nie boli, Rookwood musiał palnąć akurat to, które chyba brzmiało najgorzej. Bo brzmiało tak, jakby on sam zaliczył bad tripa. Najgorsze, lub najwspanialsze (zależnie od perspektywy) było to, że po wampirze ciężko było ocenić powierzchownie, że w ogóle ma jakieś rany, kiedy nie widziało się krwi. RE: [7 kwietnia] "Bardzo wąskie alejki" - Victoria Lestrange - 18.04.2023 Spoglądała na jego twarz zmartwiona, nierozumiejąca co się dzieje; zaniepokojona, bo widziała jego spojrzenie, zupełnie nieskupione, nieostre i nie bystre jak normalnie. Było zagubione, a to napawało ją pewnym lękiem. Pozwoliła mu jednak złapać za kraniec swojego płaszcza, do którego sięgnąć mu było prościej, choć prawdę mówiąc nawet jeśli jakimś cudem udałoby mu się złapać za kawałek jej małej czarnej, to w tej sytuacji by go nie skarciła. Wyglądał jak ktoś, kto bardzo potrzebuje pomocy. A Sauriel nigdy nie wyglądał na kogoś takiego. Nigdy nie widziała go w tak opłakanym stanie. A wcale nie wiedziała przecież, czy nie był właśnie na głodzie. Czy nie rzuci jej się zaraz do gardła czy coś… Ale nie dbała o to w tej chwili. Powinna, prawda? Powinna. Rozpoznał ją, a to już było coś. Widziała, że zajęło mu to chwilę wpatrywania się w nią z tej dziwnej pozycji, ale nadal będąc w tak kiepskim (tyle było dla niej jasne) stanie, dopasował w końcu twarz do imienia. Albo imię do twarzy. Uniosła wyżej brwi. Naćpany? W sensie… Sam się naćpał i skończył tutaj w rogu ulicy, jęcząc jak nieboskie stworzenie? Jak jakiś złośliwy duch, albo poltergeist próbujący straszyć dzieci? Ale te jęki nie brzmiały dobrze. Lestrange zacisnęła mocniej usta, ściągnęła brwi i głośniej wypuściła z siebie powietrze przez usta. No naćpał się i teraz zbierał tego owoce. Ale to nie znaczyło przecież, że go tutaj zostawi samego na pastwę losu i promieni słońca, bo kto wie jak długo będzie tu jeszcze leżał i czy coś go nie zastanie. Mogła nie być z tego zadowolona, ale… no nie chciała dla niego źle. O rodzinę się dba – mówiła mu to już. A on… prawdę mówiąc co by nie mówić, to jedną nogą już tą rodziną był. Nawet jeśli nie było jeszcze oficjalnych zaręczyn. Przecież ich rodzice już się zachowywali tak, jakby to było przypieczętowane. A i Victoria nie była pewna, w którym momencie zaczęła myśleć o nim jako o kimś bliskim… Nawet jeśli jakoś wybitnie się nie znali. – No dobra… Wstań, podtrzymam cię. Pójdziemy do mnie – wcale nie miała na myśli domu w Dolinie Godryka, gdzie mieszkała. Victoria nie była biedną szarą myszką i jakiś czas temu kupiła mieszkanie tutaj, w Londynie, przy Pokątnej. Własnie na takie okazje, by jeśli za bardzo zabaluje… nie musieć wracać aż tam. Nie mieszkała tu – po prostu miała to mieszkanie, na… wszelki wypadek. Ale nie mówiła o tym na lewo i prawo. – To tylko kawałek, damy radę – wyciągnęła swoje chude ręce do Sauriela i delikatnie złapała go za przedramiona, by pomóc mu wstać. RE: [7 kwietnia] "Bardzo wąskie alejki" - Sauriel Rookwood - 20.04.2023 Dla ludzi to powinno być normalne - że ktoś się o ciebie troszczy. Przyjaciele, rodzina - tak w życiu bywało, że możesz nie być osobą o złotym serduszku, ale każdy miał jakichś bliskich. Chyba że było się wyjątkowym chamem. A Sauriel wcale nie był taki zły. Zresztą były osoby, które go lubiły. Wiedział nawet, że istnieją osoby, które chciałyby mu pomóc - tylko on sobie pomóc nie dawał. Nie hcciał ich wyciagniętej dłoni. Nie chciał groźby, według której przypadkiem pociągnąłby kogoś za mocno. I ta osoba wpadłaby na jego stronę medalu. A to była ciemna, bardzo mroczna strona. Nikt o zdorwych zmysłach nie chciał tu przebywać. Przyzwyczajono go też do tego, że w jego domu nie ma czegoś takiego jak "najbliżsi". Że jeśli coś mu się stanie to nie będzie nikogo, kto się tym zainteresuje. Że nie będzie chętnego do kurowania jego martwego ciała. A to bolało - tak samo jak bolałoby każdego człowieka. Sauriel czuł, oj potrafił czuć bardzo wiele. Cały ten gniew, który czasem się pokazywał, przecież ktoś kto nie odczuwał nie miał wahań nastroju. I tak samo wyraźnie potrafił czuć dotyk. Miał tak wrażliwy zmysł dotyku... Więc bolało. I nie było przed tym żadnej ochrony. Tylko mózg mógł się wyłączyć, żeby odciążyć ilość bodźców napływających do niego. Chyba to się w tym zaułku stało. Ból połączony z narkotycznymi wizjami. - Czekaj... czekaj... - Sauriel nie mógł urywanie przez to, że brakowało mu powietrza. Nie musiał oddychać. Ale mimo to mówił cicho i wcale nie płynnie. Drżał. Trzęsła mu się dłoń, którą zaciskał na ubraniu Victorii. Do niej. Pójdą do niej, a nie do niego. To dobrze... Gdyby był człowiekiem właśnie by odetchnął - ale nie był. Gdyby nim był to może by tu już zdechł? Wykrwawił się? - ... okej. Wstaję. - Zapowiedział się odważnie, chociaż jeszcze przed chwilą widać było te efekty wstawania. Puścił ją. Była realna. Była jak najbardziej prawdziwa, chociaż jeszcze kontrolnie spojrzał na nią z dołu wyszarzałą wręcz twarzą. Nie rozpływała się. Chyba zresztą ten narkotyk spływał z niego jak spływał deszcz z szyby jesienną porą. Nie chyba, tylko na pewno. Jeszcze przed... no wcześniej, kiedykolwiek to było, bo Sauriel kompletnie nie wiedział, która godzina i gdzie jest, to była kompletna podróż po krainie czarów i magii. Podparł się dłonią boku ściany i zaczął dźwigać do pionu. Teraz już z minimalnie większa skutecznością niż jeszcze przed momentem - bo błędnik nie wywracał mu się już do góry nogami. O prostowaniu się jednak nie było mowy. Ten wyczyn jakim było stanięcie o własnych siłach kosztował go wyblaknięcie świata na kilka chwil, rwanie ciała, wyduszało prawie łzy z oczu. I właściwie tak, chciało mu się płakać. Nad własnym losem. Nad samym sobą. - A miałem szansę zdechnąć w tym zaułku... - Powiedział to cicho, z całkowitą lekkością, spoglądając w niebo, kiedy kawałek po kawałku szli przez miasto. Bardzo powoli. Sauriel musiał się podpierać ściany, żeby iść, ale z każdym kolejnym krokiem było trochę bardziej stabilniej. Może i jego płuca powietrza nie potrzebowały - ale na twarz chętnie przyjął podmuch zimnego, nocnego powietrza. RE: [7 kwietnia] "Bardzo wąskie alejki" - Victoria Lestrange - 21.04.2023 Rzecz z Victorią była taka, że i tak wyciągała do niego dłoń i się interesowała, i… tak, pewne było, że pociągnie ją na drugą stronę medalu, ale zrobiłby to nawet, gdyby Lestrange nie obdarzała go swoją atencją. Rzecz jasna nie wiedziała o żadnej drugiej stronie medalu i Saurielu, pomagała mu bo chciała, ale w przypadku ich relacji – było to po prostu takie: pewne i nieodwołalne, czy Rookwood przyjąłby jej pomóc, dłoń i uwagę, czy nie. Pewnie gdyby w okolicy był jego dom, to chciałaby go zabrać tam, ale byli w samym centrum Londynu, do domu jej rodziny, jak i jego, było w cholerę daleko, Victoria nie potrafiła wykonywać teleportacji łączonej, a kominki odpadały, skoro Sauriel tak naprawdę ledwo co mówił. Tak czy siak Victoria dała mu czas na odpowiedź, a potem na to by pomalutku podniósł się z ziemi, gotowa go łapać, albo złapać i pociągnąć, żeby postawić go na nogi. W końcu jednak wstał. Nie wyprostowany, co to to nie, ale stał. I wtedy Victoria zbliżyła się do niego, żeby bardzo delikatnie objąć go ręką w pasie. Przy jego wzroście była na tyle niska, że spokojnie mogła robić za Saurielową podpórkę i to nawet mając na nogach wysokie szpilki. - Oprzyj rękę na moim barku, będzie ci wygodniej – i dla pewności, by jej się nie wyślizgnął, złapała go za przedramię tej ręki, by go utrzymać w pozycji. Był ciężki, nawet nie mając w swoim ciele krwi. Może bardziej by jej ciążył, gdyby nie to, że Viki była po alkoholu i nie zwracała aż tak uwagi na niektóre rzeczy – pewnie poczuje to jutro, ale teraz mieli kawałeczek do przejścia wzdłuż Pokątnej. Ciemnowłosa nie skarżyła się ani razu, ani też nie rzuciła żadnego komentarza na temat, że co on ze sobą robi, że czemu go musiała zbierać. Pogadają o tym jak już Sauriel będzie w jakikolwiek stanie, a teraz… teraz szli, pomału, bo Victoria robiła małe kroczki, mając na uwadze swoje buty i to w jakim stanie był wampir, którego ciągle trzymała i obejmowała, żeby nie fiknął na bruk. W końcu poprowadziła go do wejścia do jednej z kamienic, które otworzyła różdżką, a potem do środka. Światła same zapłonęły. Było tam… pusto. Były meble, ale nie było to jakoś bardzo urządzone. Bardziej wyglądało jakby nikt tam nie mieszkał – bo większość mebli była przykryta płachtą by się nie kurzyła. Kobieta poprowadziła go do salonu, nie chcąc go narażać na wędrówkę po schodach, gdzie znowu machnęła różdżką, a wszelki nieporządek uprzątnął się sam i Victoria pomogła Saurielowi usadzić się na kanapie. Jasnym było, że rzadko kiedy ktokolwiek tu przebywał. - Potrzebujesz czegoś, mogę ci jakoś pomóc? – Tori schyliła się odrobinę, by zrównać się poziomem wzroku z Saurielem, przyjrzeć mu się uważnie, by w świetle pomieszczenia zobaczyć jak wygląda i w jakim jest stanie. RE: [7 kwietnia] "Bardzo wąskie alejki" - Sauriel Rookwood - 21.04.2023 Mogła go teraz wyprowadzić gdziekolwiek. Dokądkolwiek. Zabrać gdzieś w kolejny zaułek, sprzedać gdzieś na Nocturnie, wręczyć w ręce jakiemuś popieprzonemu naukowcowi, który badałby istotę nieśmiertelności i jak prosty człowiek może ją osiągnąć bez takich skutków ubocznych. Zamiast tego zabrała go do jakiegoś domu, który dla Sauriela był zupełnie obcy. Ta dłużąca się przechadzka ściągnęła z niego już większość tego syfu, którego się... chyba nawdychał? Czuł dziwny zapach, nieco słodkawy. Dopiero po tym zapachu wszystko zaczęło się zmieniać. Coś, co mogłoby uchodzić za perfumy, było ewidentnie czymś więcej. Jak już jednak pisałam - człowiek po szkodzie był o wiele mądrzejszy i dostrzegał magicznym sposobem o wiele więcej szczegółów. Łatwo interpretowało się obrazy, kiedy można było przed nimi spędzić długie godziny, a nie były ledwie mrugnięciem dla oka. Nawet nie usiadł - bardziej zsunął się z jej rąk i opadł na mebel. Zamknął oczy. Nie oddychał. Wyglądał teraz, jakby zasnął. Albo... heh, jakby już był trupem. Jak umierały wampiry? Co po nich pozostawało? Niektórzy uważali, że ciało dokładnie takie, jakie mieli. Inni, że zamieniali się w proch. Nie brakowało też podań o tajemniczych mgłach i nietoperzach, więc z drugiej strony dobrze było trzymać się tych najbardziej prawdopodobnych opcji. Co świadczyło o tym zaś, że czarnowłosy mimo wszystko nadal dychał to to, że nadal drżała mu dłoń, którą teraz trzymał bezwładnie na swoim brzuchu. Nawet jemu potrafiło być nieprzyjemnie zimno. Nadal jednak, jak było już chyba powiedziane, to nie zimno sprawiało, że trząsł się wcześniej ani że teraz nadal drżała mu ręka. - Samo się zagoi. - Odparł na jednym wydechu (tak, tak, nie oddychał, ale mam nadzieję, że rozumiecie, o co mi chodzi w intonacji głosu). Zaczął ściągać powoli pierścionki z palca i nawet nie patrzył, co się z nimi dzieje - puszczał je na podłogę, bo powieki miał zamknięte. Nie zależało mu. Teraz nie. Potem nawet przestał się opierać i wyciągnął ramiona w tył krzywiąc się niemiłosiernie i stękając znowu, kiedy ją z siebie ściągał. Zostawił ją na tej kanapie, zsunął buty i położył się na niej trochę kuląc, obejmując dłońmi brzuch. Nie potrzebował pomocy. Nie potrzebował pomocy. Potrzebował snu. Zamiast tego otworzył oczy, żeby spojrzeć na pokój, w którym się aktualnie znajdował. - Gdzie jesteśmy? Mówiłaś, że idziemy do twojego domu? RE: [7 kwietnia] "Bardzo wąskie alejki" - Victoria Lestrange - 22.04.2023 Prawda, mogła zrobić z nim cokolwiek, wykorzystać dane jej zaufanie, sprzedać go, pozbyć się – a zamiast tego zabrała go po prostu do siebie, by w bezpiecznym miejscu mógł dojść do siebie. Victoria starała się jak najdelikatniej pomóc Saurielowi usiąść na kanapie, nie brudnej i zakurzonej, bo zaklęcie w mig wszystko wyczyściło. Lestrange przyglądała się chwilę twarzy wampira, a dopiero potem uważnie zjechała ciemnymi oczyma na jego sylwetkę i dopiero teraz w tym świetle i spokoju mogła zobaczyć, że jego ubranie jest podziurawione. Nie że celowo takie kupił, tylko materiał był poszarpany i… Chyba pierwszy raz widziała, żeby mu dłoń drżała. To w połączeniu ze słowami Rookwooda sprawiło, że zaschło jej w gardle, bo połączyła kropki. Był ranny. Został zaatakowany. Czekali aż będzie w kiepskim stanie bo się naćpał, czy po prostu wdał się wtedy w bójkę? A może powód był jeszcze inny? - Na pewno? Kiepsko wyglądasz – odpowiedziała, spoglądając na Sauriela badawczo, ale tak naprawdę za mało znała się jednak na wampirach by mu nie wierzyć. Westchnęła więc tylko i odwróciła się by przejść odrobinę przez salon i ściągnąć szpilki. Nie zamierzała w nich dłużej siedzieć. Ściągnęła też zresztą płaszcz i wróciła akurat by zobaczyć jak pierścionki Sauriela turlają się po podłodze, a on położył się na kanapie, wręcz zwinął, wciąż trzymając się za brzuch. Znowu machnęła różdżką, tym razem po to, by pozbierać jego biżuterię i odłożyć ją do pudełeczka, które położyła na jednym z pustych regałów, a potem podeszła znowu do kanapy, którą mu użyczyła i usiadła obok niego na podłodze, opierając się o mebel plecami. - No, tak. Jesteśmy u mnie – odpowiedziała mu i zapatrzyła się w puste pomieszczenie. W którym tak bardzo brakowało ducha kogoś, do kogo należało. - To moje mieszkanie, moje prywatne. Nie mieszkam tu jak widzisz, ale czasami tu wpadam, jak za dużo wypiję jak jestem w Londynie, że nie dam rady wrócić kominkiem, nie mówiąc już o teleportacji – odwróciła głowę w bok, by mieć widok na czarnowłosego. - Kupiłam je… na wszelki wypadek. Jakby kiedyś było potrzebne – bo brała pod uwagę różne możliwości. Póki co mieszkała w rodzinnej rezydencji, tak po prostu było wygodniej, zresztą Isabelle chciała ją mieć przy sobie, ALE Victoria jakiś czas temu, po coraz gorszych akcjach matki, postanowiła zadbać o swoją przyszłość. To miało być zabezpieczenie, jakby coś poszło mocno nie tak. Ale to mieszkanie bywało przydatne, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego lokalizację. Tori spojrzała współczująco na Sauriela i chwilę później trzymała na kolanach wyczarowaną właśnie poduszkę, tym razem nie różową. Zaraz zresztą była na kolanach i chciała pomóc mu podnieść głowę, jeśli sam nie był w stanie, by podsunąć mu ją, mięciutką. - To dla ciebie – powiedziała i uśmiechnęła się blado. - Na pewno ci nie pomóc? Co prawda jestem trochę wstawiona, ale to mały problem. |