[10 marzec 1972] Ulewa | Dellian & Mellvyn & Danielle - Danielle Longbottom - 13.04.2023
Scenariusz "Ulewa"
10 marzec 1972
Dellian & Mellvyn & Danielle
Odkryj wiadomość pozafabularną SCENARIUSZ Ulewa
Podczas twojej podróży pomiędzy Londynem i jedną z czarodziejskich wiosek, natrafiasz na wielką ulewę. Czymkolwiek się poruszałeś (włączając w to teleportację), przestało działać. Na jedną upiorną noc utknąłeś na z pozoru kompletnym bezludziu, ale wtedy w oddali dostrzegłeś światło. W środku starego dworku ugościł się pan Binns wraz z czterema pięknymi córkami. Spędziliście wieczór pełen żartów wraz z ich magicznym, mówiącym psem. Kiedy się obudziłeś, zauważyłeś, że nad tobą nie ma dachu! Łóżko, w którym tak wygodnie spałeś, było całkowicie mokre. Spałeś w starej, brudnej od ziemi pościeli. Wszystko, co działo się wczoraj, było złudzeniem, lub psotami dziwacznych duchów. Żaden to był dworek - to była rudera! Na szczęście magia znów działała (a jeżeli dotarłeś tu innym środkiem lokomocji niż teleportacja - został on magicznie naprawiony), więc mogłeś wrócić do domu.
O tym, że Danielle miała nieprawdopodobną umiejętność pakowania się w dziwne sytuacje, wiedzieli wszyscy, którzy znali uzdrowicielkę trochę dłużej. Jej pechowość stała się tematem do żartów i głupich powiedzonek, jakie zwykli mawiać ludzie, gdy tylko widzieli uzdrowicielkę na horyzoncie. Longbottom ma dziś dyżur? Świetnie, zamówcie lepiej lody które dorzucicie do kawy, bo ta zdąży już dawno ostygnąć, nim znajdziecie czas, żeby usiąść i jej skosztować. Miała duży dystans do siebie i nie obrażała się o takie przytyki, ba, sama przyznawała otwarcie, że przyciąga do siebie kłopoty, a jest to swoisty test dla tych, którzy z nią przebywają - tylko najwytrwalsi dadzą radę go przejść.
Jednym z tych wytrwałych śmiałków był Dellian Ollivander - chłopak, którego poznała jeszcze za czasów szkolnych. Całkiem nieźle się dogadywali, a mieli ku temu okazję, gdyż oboje przydzieleni zostali do najlepszego domu, jakim był oczywiście Hufflepuff. Dzięki temu, pomimo różnicy wieku, spędzali ze sobą dużo czasu. W zasadzie śmiało można stwierdzić, że dużo ich łączyło. Barwy w Hogwarcie, ekstrawertyczność. No i przede wszystkim, oboje parali się łamaniem klątw. I to właśnie z tego powodu tego dnia się spotkali.
Dani otrzymała list od krewnego mieszkającego w magicznej wiosce pod Londynem, że jakaś klątwa zaatakowała jego gospodarstwo, przez co wszystkie rośliny, które zostały posadzone w ziemi, niemal natychmiast usychały. List brzmiał dramatycznie i był wręcz błaganiem o wsparcie. Jakaś klątwa - uwielbiała to stwierdzenie. Było tak niejednoznaczne, że równie dobrze mogła otrzymać list mówiący "ratunku, kwiatki mi usychają", a i tak wynikłoby z niego tyle samo, co z listu "ratunku, klątwa atakuje moje rośliny". Jako Longbottom, nie odmawiała pomocy nigdy, dlatego potwierdziła termin przybycia, zaznaczając, że zabierze ze sobą kogoś. Tym kimś był Dellian, którego ceniła za ogrom wiedzy w tym zakresie. Nawet nie musiała pytać go o pomoc, zaoferował się sam, gdy tylko w rozmowie wspomniała, że będzie musiała zająć się takim problemem. Chłopak zaznaczył również, że na wycieczkę krajoznawczą zabierze brata, który niedawno wrócił do kraju. Nie znała Mellvyna, jednak lubiła towarzystwo i nie miała nic przeciwko dodatkowej osobie.
Na miejscu okazało się, że w istocie, była to klątwa - wymierzona przez zazdrosnego sąsiada, który nie mógł pogodzić się z tym, że pan Bletchley ma ładniejszy ogród od niego. Bez większego problemu poradzili sobie z jej złamaniem, bowiem było to banalne do złamania zaklęcie, z którym początkujący klątwołamacz poradziłby sobie i to z zamkniętymi oczami.
Czuła się głupio. Nie tylko przed Dellianem - wiedziała, że ten nie będzie miał jej za złe ściągania go taki kawał drogi od Londynu z powodu takiej pierdoły, ale przede wszystkim przed Mellvynem, którego na dobrą sprawę nie znała zbyt dobrze.
- Ten list od wujka naprawdę brzmiał, jakby działa się jakaś okropna tragedia, przez którą lada chwila straci życie - przyznała zgodnie z prawdą, a w jej głosie pobrzmiewało zakłopotanie. Była świadoma tego, że jej reakcja na list od pana Bletchleya była przesadzona. - Strasznie Was przepraszam, że zmarnowaliście przeze mnie cały dzień. Na dobrą sprawę mogłam podsunąć mu listę zaklęć, w końcu jest to poziom piątej klasy - dodała i westchnęła. Posłała w stronę braci Ollivander przepraszające spojrzenie. Wynagrodzi im to jakoś, na pewno! Jeszcze nie wiedziała za bardzo jak, ale coś wymyśli.
Odwróciła na moment głowę, skupiając wzrok za przemykającym krajobrazem. Zanosi się na deszcz.
Spojrzeniem wróciła do swoich towarzyszy, zerkając to na młodszego, to na starszego. Delliana znała bardzo dobrze, choć bardzo starała się i walczyła ze sobą, nie zawsze potrafiła wyzbyć się nadopiekuńczych uczuć, jakimi go obdarzała. Starszego znała jedynie z opowieści - zawiesiła na nim uważny wzrok na dłużej, w pierwszej chwili nie odzywając się ani słowem. Dopiero po chwili jej usta wykrzywiły się w szczerym uśmiechu.
- Dellian wspominał, że niedawno wróciłeś do kraju - odezwała się w końcu. - Gdzie byłeś? Jeżeli to nie tajemnica i mogę o to spytać, oczywiście. Opowieści spoza granic są zawsze takie interesujące - dodała, co wyjaśniałoby tym samym skąd to pytanie. Mimo, że sama nie mogła ruszyć się z Londynu na dłużej, lubiła słuchać ludzi i tego, co mają do powiedzenia na temat innych miejsc.
Odkryj wiadomość pozafabularnąPercepcja: Dostrzeżenie aury Mellvyna, hihi
[roll=Z]
RE: [10 marzec 1972] Ulewa | Dellian & Mellvyn & Danielle - Mellvyn Ollivander - 16.04.2023
Wielogodzinna wycieczka wyczerpała mu bateryjki; przez ostatnie kilka minut patrzył biernie za okno samobieżnego wozu, ledwo rejestrując toczącą się obok rozmowę. Nie można powiedzieć, że przysypiał, bo nie przysypiał. Rozmyślał.
Z pewnym zdziwieniem zauważył, że czuł całkiem realną tęsknotę za dzikimi, bezbrzeżnymi puszczami Serbii, gdy obserwował gęstniejący wokół niego las. Wiedział doskonale po samym zapachu, że wystarczy przejechać jakiś dwie mile, żeby drzewa znowu zaczęły rzednąć, ustępując wyjałowionym polom. Anglia była taka bezpieczna, taka ujarzmiona. Wykastrowana. Sztuczna.
Na przeprosiny Danielle zareagował niewyraźnym uśmiechem - gdyby sama mu nie powiedziała, to by nie miał pojęcia, że ta cała klątwa była prosta do złamania. Ostatni raz zetknął się z technikaliami klątwołamania jeszcze w Hogwarcie, tamte zajęcia pamiętał jak przez mgłę. Na nich podobny problem rozkładany byłby na czynniki pierwsze przez całe godziny.
- Sprawa załatwiona, chłop zadowolony. Dzień udany - skomentował sennie, odrywając wzrok od przydrożnych krzaków miękkiej trzmieliny.
Kilkanaście sekund wpatrywał się w życzliwą twarz uzdrowicielki. Starał się namyśleć nad odpowiedzią na jej niewinne pytanie, ale mocno rozpraszały go jej wielkie oczy, których spojrzenie z jakiegoś niejasnego powodu budziło w nim dyskomfort. Ale nic złego się nie działo, przecież nie chciała mu zrobić krzywdy.
- Ju-jugosławia - nareszcie wyrzucił z siebie. - To bardzo dobry kraj. Piękny, wolny i zupełnie inny od Anglii. Na szczęście. Najlepiej sama go odwiedź, serio. Tylko uprzedzam, że ludzie są tam... szorstcy. Ale bardzo zdecydowani i widać, że się przejmują. Że przejmują się swoim krajem i, przede wszystkim, ludźmi.
Miała na nazwisko Longbottom, to działało na jej korzyść. Nie wydawała się też być taka oderwana od rzeczywistości, jak większość wychowanków Slytherinu. To po prostu nie był ten typ. Konspiracyjnie pochylił się w jej kierunku i kontynuował raźniej, z uśmiechem:
- Mam nadzieję, że tutaj też się tak zradykalizują. Ale bym, kurwa, uspołeczniał wille Blacków i Malfoy'ów. Nie wiem jakim cudem wcześniej nie widziałem tego całego pasożytowania, przecież mieszkałem w jednym dormitorium z dzieciakami, które miały w domu specjalnych niewolników od prania im gaci...
RE: [10 marzec 1972] Ulewa | Dellian & Mellvyn & Danielle - Dellian Ollivander - 16.04.2023
Uwielbiałem towarzystwo Danielle i ucieszyłem się, że do mnie napisała. Z tą dziewczyną łączyła mnie przyjaźń najbardziej szczera i najbardziej pełna. Nigdy nie pomyślałem o niej inaczej niż jak o siostrze, bo właściwie nią dla mnie była. Nie raz zwracałem się do niej siostrzyczko – zwłaszcza jak byliśmy w szkole. Pomagała mi odnajdywać się w nauce i w korytarzach Hogwartu, a jej pechowość była dla mnie czymś normalnym, a czasami zabawnym. Lubiłem jej dystans do siebie i to, że była tak bardzo dobra i urocza. Była też jedyną osobą, której nigdy nie próbowałem podrywać, ponieważ czułbym się jakbym podrywał rodzinę.
Banalna klątwa nie była dla mnie powodem do złości, a wręcz przeciwnie – cieszyłem się, że mogłem gdzieś wyciągnąć mojego brata, że mógł poznać Danielle i się zaprzyjaźnić z moją najlepszą przyjaciółką. Ba! Wcześniej nawet opowiadałem mu o niej, że Longbottom jest cudownym człowiekiem i wartym poznania, więc byłem w stu procentach pewien, że on również nie będzie miał za złe tej podróży.
— Dani, nie przejmuj się! – odpowiedziałem z uśmiechem na ustach. – Ważne, że twój wuj ma teraz spokój, a my nie zmarnowaliśmy czasu. Jak Mell powiedział, dzień udany. – powtórzyłem mając nadzieję, że Danielle się trochę uspokoi i lepiej poczuje. Nie chciałem, aby miała wyrzuty sumienia, bo nie było dla nich miejsca. W dobrym towarzystwie wszystko jest dobre. Nawet jeśli ten wuj chciałby, abyśmy kupili mu bułki w sklepie to myślę, że też byłoby fajnie.
Zadane pytanie przez Danielle spowodowało, że zamilkłem i również słuchałem słów brata. Lubiłem, gdy opowiadał o swoich podróżach. Ja niewiele w swoim życiu widziałem i niewiele zobaczę, więc pozostały mi słowa, którymi dzielili się ze mną inni ludzie. Nie odezwałem się w tej kwestii, ponieważ nie miałem swojego zdania, które mógłbym wygłosić. Tak, Mellvyn miał rację, że te rody podające się za czystokrwiste i lepsze były pełne paskudztwa w swoich głowach oraz domach, w których mieszkali, ale nic nie mogliśmy na to poradzić. Przynajmniej ja niewiele bym zdziałał, gdybym chciał jakoś pomóc światu. Bolało mnie to, że jeden człowiek tak bardzo podzielił społeczność i rozdzielił ludzi, których tak naprawdę niewiele różniło, ponieważ każdy z nas był do siebie odrobinę podobny.
Z zamyślenia wyrwał mnie gwałtowny ruch powodu, który nagle zatrzymał się. Huk, który towarzyszył tej gwałtowności brzmiał tak jakby co najmniej koło nam odpadło.
— Co się stało? – zapytałem prostując się jak struna.
|