![]() |
|
[marzec 1972] Śladami Jęczącej Marty - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [marzec 1972] Śladami Jęczącej Marty (/showthread.php?tid=1313) |
[marzec 1972] Śladami Jęczącej Marty - Ururu Marquez - 18.04.2023 Etapem powrotu do życia dla Ururu Marqueza stanowiło nadrobienie zaległości. Chociaż naturalnie ciągnęło go do zaspokojenia ciekawości z ulubionych dziedzin takich jak matematyka, fizyka, inżynieria, czy biologia pająków, szybko zorientował się, że istotne jest uzupełnienie wiedzy tak zwanej “powszechnej”. Już pierwszego dnia dowiedział się o Lordzie Voldemorcie, który roziskrzyły odwieczny konflikt rasistów krwi z przeciwnikami tradycji czystości. Koncepcja stara jak sam Marquez. Na własnej skórze doznał prześladowań związanych z nazwiskiem nie uwiecznionym w Skorowidzu Czystości Krwi. Obdarzony pogardą z powodu nieznajomości pochodzenia, na dodatek wrzucony do kolebki miłośników czystości — domu Salazara Slytherina. Nie zdawał sobie sprawy z własnego dziedzictwa genetycznego, które na zawsze już zostanie zapomniane i nieodkryte, co związane jest z obecnym stanem Ururu, to znaczy stanem martwym. Co również pozostawało jeszcze tajemnicą. W bibliotece jednym z ulubionych miejsc Markiza była czytelnia gazet i czasopism. Druki sprzed kilkudziesięciu lat tworzyły ogromne zbiory, a czytanie ich od deski do deski zabrałoby mu kolejne dekady. Ograniczył się więc do przeglądania pierwszych stron gazet i zagłębieniu się w artykuły, które go zainteresowały. Biblioteka nie zezwalała na wypożyczanie tego typu eksponatów. Wiekowe już i wrażliwe obiekty mogły ulec zniszczeniu poza murami biblioteki, gdy brak czujnego spojrzenia pracowników pozwoliłby na zdjęcie zaklęć obronnych i destrukcję ważnego obiektu historycznego. Ururu miał to szczęście, że szybko nabrał status stałego bywalca, a pracownicy szczególnie nie lubili wchodzić mu w drogę, gdyż często dopytywał o najdrobniejsze szczegóły wydarzeń z przeszłości. By ułatwić mu lekturę, a sobie pracę, pozwalali mu wypożyczać gazety do domu. Stos Proroków Codziennych z 1942 roku zalało pokój Marqueza w domu państwa Wood. Nabożnie rozłożone po półkach oraz czystej podłodze w porządku chronologicznym. Ururu miał dwa tygodnie na tą podróż przez czas, co na ogół zajmowało mu znacznie mniej. Sądem Marqueza w 1942 nie działo się nic szczególnego. Do numeru, którego tematem okładki był Hogwart. Zamek owiany był ciepłymi wspomnieniami. Czarodziej z uśmiechem wpatrywał się w sylwetkę ukochanego budynku, by po chwili spojrzeć na temat artykułu. Tajemnicza śmierć uczennicy. Niecodzienność wydarzenia zmusiła Marqueza to wczytania się w treść sprawy. Kilkoro uczniów zostało spetryfikowanych, zaś Martę Warren pozbawiono życia. Artykuł nie podawał jednak informacji o sprawcy. Jak to możliwe, że zabrakło tak ważnego szczegółu? Ururu przeszedł do kolejnego numeru, ale tutaj również napotkał rozczarowanie. Jak i w kolejnym, i następnym. Pierwsze strony Proroka wciąż krzyczały o tym wydarzeniu. Pojawiały się wypowiedzi domniemanych świadków wydarzeń. Lawina teorii mniej lub bardziej spiskowych burzyła się z każdym kolejnym wydaniem. Ale wciąż brak jednoznacznej odpowiedzi. Gdzieś padło również hasło — bazyliszek. Sprawca petryfikacji i śmierci nie był jednak czymś, co mogło tak ot pojawić się samo z siebie w dobrze chronionym budynku szkoły. A jednak. Pojawiły się dwa obozy. Jedni uważali, że potwór został wprowadzony z zewnątrz, część jednak wierzyła w przebywanie wielkiego węża w jednej z ukrytych komnat zamku. Wiele kolejnych artykułów prawiło o możliwym zamknięciu Hogwartu. Bez względu na to, czy mowa tu o sprawcy pozostającym na wolności, czy nieodkrytych tajemnicach budynku szkoły, nad głowami uczniów wisiało widmo kolejnej katastrofy. Równie przerażające teraz, za rok lub w dalszej przyszłości. Po zakończeniu lektury wszystkich przyniesionych przez siebie gazet, Ururu popadł w zamyślenie. Nieuchwytność sprawcy ociekała niesamowitą tajemnicą. Jak trudne mogło być znalezienie tropów w sprawie właściciela bazyliszka? Nielegalne posiadanie wyjątkowo niebezpiecznych zwierząt było zmorą dla funkcjonariuszy prawa. Licencje na niektóre stworzenia wydawane były nie bez powodu. Niebezpieczne, nieujarzmione, stanowiły zagrożenie dla właściciela, osób w pobliżu, a w szerszym kontekście całego świata. Uwolniony smok, z dala od swoich rodzinnych stron, z łatwością zrujnowalby cały Londyn. Wpuszczenie takiego monstrum jak bazyliszka do Hogwartu nie byłoby łatwym zadaniem. Mimo tego ktoś się tego podjął i to z sukcesem. A może… Ururu interesowała bardziej drugi scenariusz. Wizja ogromnego węża snującego się w murach tego samego zamku, w którym Marquez spędził niezapomniane lata swojego życia, tworzyła otoczkę niesamowitości. Każdy spacer nieznanymi korytarzami mógł skończyć się wejściem do nieodpowiedniej komnaty. Czy to w ten sposób straciła swoje życie Marta Warren? Czy podczas niewinnej przechadzki otworzyła wrota bazyliszka? Niemożliwe. Marquez spędził niezliczone godziny na spacerach po zamku. Więcej zakamarków od niego znać mogli tylko woźny, dyrektor i być może duchy. Właśnie. Duchy! Jeśli gdzieś znajdowały się pomieszczenia tak ukryte, że nikt wcześniej ich nie znalazł, widma Hogwartu powinny były odkryć to zawczasu. Ururu spacerował wokół pokoju. Zataczał kręgi nogami, jednocześnie wspomagając zębatki umysłu. Starał się przeanalizować sytuację najlepiej jak mógł, bazując na wiedzy wyczytanej z gazet. Martę znaleziono w łazience. Wykluczało to obecność męskich duchów w okolicy, a te stanowiły znaczną większość. Z żeńskich widm Ururu kojarzył Szarą Damę, lecz rzadko ją widywał. Stroniła od zaludnionych miejsc. Innym bytem mogącym zwiedzać damską łazienkę był pozbawiony wszelkiej przyzwoitości Irytek. Ale czy dla złośliwości nie zgłosiłby nikomu czychającego w murach zamku zagrożenia? Ururu wstał, zebrał wszystkie gazety i ruszył do biblioteki. Musiał przeczytać kolejne gazety. Niestety znów stała się rzecz straszna — zagubił się w czasoprzestrzeni. Z przerażeniem odkrył, że spędził z Prorokiem całą noc, a biblioteka będzie otwarta dopiero za dwie godziny. Nie mógł tyle czekać! Postanowił zaczepić pierwszą lepszą starszą osobę. — Przepraszam, czy miałby pan chwilę, by porozmawiać o bazyliszku? Oczywiście w odpowiedzi otrzymywał tylko dziwne spojrzenia, a ludzie w szybkim tempie uciekali z jego zasięgu. Nawet gdyby nie to, ze wszyscy spieszyli się do pracy, nikt nie dalby zlapac się podejrzanej jednostce. Co to w ogóle za pytanie? Po co mu bylo rozdrapywać tragedie sprzed kilkudziesięciu lat? Czy nie mieli teraz wystarczających problemów? Ururu przysiadł na ławce w momencie, kiedy do otwarcia biblioteki zostało dziesięć minut. Był niepocieszony swoimi poczynaniami. Zdał sobie tez sprawe, ze skoro Prorok nie opisał tak szokującego wydarzenia wystarczająco szczegółowo, moze nie znalezc o tym więcej w książkach. Ale może w innych gazetach? Na pewno były jakieś. Niestety, zgodnie z przewidywaniami, biblioteka nie zaspokoiła jego ciekawości. Nawet w najnowszej wersji Historii Hogwartu, nie udalo mu sie znalezc wiecej, niz juz wiedzial. Tajemniczy potwor, kilkoro rannych, jedna ofiara śmiertelna. Marta Warren, Krukonka. To wszystko. Gdyby tylko mógł się cofnąć w czasie, na pewno udałoby mu się zdobyć więcej informacji. Był pewien, że ludzie nie rozmawiali o niczym innym przez długi czas. Sam nie interesowal sie na ogol wypadkami, tragediami, plotkami i tym podobne, ale gdy juz mu sie zdazylo zwrócić na to uwage, zauważył, jak wiele mozna dowiedziec sie po prostu przebywając w pobliżu ludzi. Podróż w czasie nie wchodzila w gre. Nawet, jeśli w przyszłości odkrył, jak to zrobić, teraz pozbawiony był pamieci, notatek… i wszystkiego. Może jednak powinien spróbować raz jeszcze. Moze warto byloby sprecyzować obszar poszukiwań. Gdzie moglby znalezc osoby narazone na czeste wymiany zdań w okolicy ataku? I wtedy go oświeciło. Barman. Barman w Trzech Miotłach. Sam tam pracowal, wiedzial, jak to działa. Ludzie przychodzili, rozmawiali o wszystkim. A gdy byli sami, wciągali w konwersacje pracowników. Ururu w ogóle tego nie lubił. Gdyby jeszcze chodziło o interesujace konwersacje, ale najczęstszym tematem rozmów było życie osobiste klientow. Marquez zbywal to zawsze swoim standardowym uśmiechem albo wręcz odejściem od baru, a stali bywalcy szybko nauczyli się, że nie warto do niego geby otwierać. Ururu niestety nie mogl wybyc do Hogsmeade. Nie umożliwiał tego lęk związany z powrotem do miejsca tak bliskiego, ktore jednak oddalilo sie od niego niezmiernie. Zburzenie obrazku Trzech Mioteł trzymany bezpiecznie w sercu mogło być zbyt tragiczne w skutkach. Marquez musiał pozostać w Londynie. A tutaj tez byly puby. Ururu szybko przemiescil sie do Dziurawego Kotla. Podbil do baru i momentalnie rzucił powodem swojego przybycia. Pelen nadziei wpatrywał się w pracownika, który bezdusznie zbył go dwoma slowami i odszedl. Minęło kilka dobrych sekund, nim szarowłosy odsunął się od baru. Niemozliwe, zeby jego przygoda miotała się od kata do kata. Żadnych poszlak. Żadnych nadziei. Niespodziewanie lut nadziei pojawił się na horyzoncie. Jeden z klientow dostrzegł zapal tajemniczego młodzieńca i przywołał go do siebie. — Dobrze słyszałem, że pytałeś o atak bazyliszka? Hej, hej, nie tak głośno! Nie chcemy wzbudzić tu sensacji. Opowiem ci o tym… Ale siedź cicho. Mężczyzna leniwie napił się z kufla, a Ururu staral sie spokojnie zająć miejsce na krzesełku. — No wiec… Bylem wtedy na siódmym roku. Przygotowywałem się do OWUTEMów. To był ważny moment w moim życiu. — Mężczyzna zaśmiał się gorzko. — Ale w tym roku testy badały nie tylko zdolności magiczne i wiedze, ale tez jak wytrzymały jestes. Znam kilku dobrych uczniów, którym tak jak mi poszło tragicznie na egzaminach. No widze, że się niecierpliwisz, ale daj mi to porządnie rozpocząć. Z takim wstępem zrozumiesz od razu ogrom tej tragedii. Ururu pokiwał głową. — Nikt się nie spodziewał tego. To nie bylo tak, ze słyszeliśmy jakieś podejrzane dźwięki albo inne zwiastuny nadchodzącej tragedii, nie, nie. Wracalem z Zaklęć i Uroków z kolegami, gdy usłyszeliśmy krzyk. Ruszyliśmy tam, bo jednym z nas był prefekt, wiec wiadomo. Podejrzewaliśmy spotkać pierwszaka zaczepionego przez Irytka albo nieudany efekt psikusa… I tak tez myslelismy, gdy zobaczyliśmy unieruchomiona dziewczynkę. A obok niej placzace koleżanki… Mówiły, że ona chciala sprawdzic, czy Marta poszła plakac do łazienki… A skonczylo sie na tym, ze one płakały. Wyglądało jak sytuacja oczywista. Urazona nastolatka chciała się odpłacić za nekanie. Ale gdy zadne Finite nie przywróciło dziewczynce ruchow, sytuacja zaczęła być niepokojąca. Prefekt kazał dziewczynom pojsc do lazienki po Marte… I pewnie wyobrażasz sobie, że do dzisiaj zaluje, ze wydal im to polecenie… Marta Warren była w łazience, ale nie mogla jej juz opuścić… Mężczyzna zrobił przerwę na kolejny łyk piwa. Potarł czoło. — To było tak dawno, ale wciąż mam te dziewczynki przed oczami tak wyraźnie, jakby to bylo wczoraj… Pobiegliśmy po nauczyciela… A potem powoli spływały do nas informacje o innych przypadkach spetryfikowanych uczniów. Wybuchł chaos. Kazano nam zebrać się w Wielkiej Sali, ale było wielu zbyt przerażonych, by to zrobić. Poukrywali się po różnych zakamarkach Hogwartu. Sporo czasu zajelo, zeby ich zebrać… Juz wtedy pojawiały się pierwsze teorie dotyczace tego, co sie moglo stac. Wielu obstawalo przy bazyliszku. Zgodnie z legenda, Slytherin schował gdzieś w zamku ogromnego węża, by wybijał uczniow nieczystej krwi… Oczywiscie nic takiego nie wydarzyło sie od początków działalności szkoły… do czasu. Ktos musial wypuścić weza. — Mężczyzna sciszyl glos jeszcze bardziej. — Dziedzic Slytherina. Dyrektor ogłosił, że dopoki ten sie nie znajdzie, Hogwart będzie zamknięty. Ale tak sie nie stalo, bo winny został szybko odnaleziony. A za sprawcę obrażeń uznano akromantule. Czarodziej parsknął, a Ururu ozywil sie. — Przecież akromantule nie petryfikują! — A mi to mów… Przeciwnicy teorii bazyliszka wskazywali na to, że zginął tylko jeden uczeń, a ataki miały miejsce tylko jednego dnia, więc to na pewno nie to. Ale popieranie teorii o akromantuli… No sam widzisz. Ja wciaz uwazam, ze ten waz moze sie gdzies pałęta, czy to w Hogwarcie czy poza. Swoich dzieciaków tam nie posłałem oczywiscie. No ale wracając do historii… Wszystko nie wróciło do normy od razu. Strach panował jeszcze w kolejnym roku szkolnym. A ja i moi rówieśnicy… Coz, ciezko bylo myslec o książkach, gdy jakiś potwór mógł być wciąż na wolności. Słowa Ministerstwa to jedno, ale jak widziałeś te spetryfikowane dzieciaki to nie tak łatwo uwierzyć w zapewnienia urzedasow, że sytuacja jest pod kontrola… O, cholibka, muszę zaraz isc… Ale mam nadzieje, ze zaspokoiłem twoja ciekawosc… No, idź już i nie wydawaj się taki podejrzany… Wszyscy się na ciebie gapili, gdy się tu pojawiłeś. — Oh, dlaczego? Mężczyzna dopił piwo. — Dlaczego sie gapili, czy dlaczego wyglądasz podejrzanie? Odpowiedz sobie na te pytania sam. Mamy niepewne czasy, zagrożenie czai sie na kazdym roku. No już, leć, dzieciaku. — Ja… Och, bardzo dziękuję za historie… Ale czy nie było żadnych podejrzanych Dziedzicem Slytherina? — Hehe, na dobra sprawe każdy Ślizgon mógł nim być. Oni wszyscy są czystokrwiści i spokrewnieni ze soba, wiec pewnie w każdym z nich płynie trochę krwi Slytherina. Bo Gauntów wtedy w szkole zadnych nie bylo, o ile dobrze kojarze. A ktorzy tam sa drudzy z kolei to nawet nie pamiętam… Ururu zamilkł. No tak. Czystokrwiści Ślizgoni. O tym już nie musiał wysłuchiwać historii. Mężczyzna ponaglił Marqueza ponownie, a ten wybył w koncu z Dziurawego Kotla pogrozony w swoich myslach. Co by zrobił, gdyby to za jego czasów pojawił się Dziedzic Slytherina? Czy byłby w stanie dojść do tego, kto stal za śmiercią Marty Warren? |