Secrets of London
[04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence (/showthread.php?tid=1357)

Strony: 1 2


[04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence - Geraldine Greengrass-Yaxley - 03.05.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie Badacz Tajemnic
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic

Mieszkanie Geraldine Yaxley


Geraldine Yaxley & Mellvyn Ollivander & Florence Bulstrode

Sytuacja nieco wymknęła się jej spod kontroli. Nie do końca wiedziała, czy dobrze zrobiła. Czuła jednak, że Florence nie powinna jej oceniać. Nie raz już jej pomagała w różnych momentach, w których było naprawdę źle. Składała ją w całość już od czasu nauki w Hogwarcie. Chyba była przyzwyczajona do tego, że Yaxley wpakowywała się w nie do końca bezpieczne sytuacje. Tym razem miało być inaczej, nie chodziło o nią. Musiała pomóc Mellvynowi. Musiała go złożyć w całość po tym, jak Geraldine  go uszkodziła. Wszystko będzie dobrze, powtarzała to sobie w głowie jak mantrę.

Nie rozstawała się przy tym z butelką whisky, alkohol skutecznie ją otumaniał. Dzięki temu jakoś łatwiej przychodziło mierzenie się z konsekwencjami spowodowanymi własnymi czynami. Nie potrafiła znaleźć innego rozwiązania, chyba będzie musiała zmierzyć się z prawdą. Bo co innego mogłaby powiedzieć Florence? Nie było innej możliwości. Pozostawało jedynie wierzyć, że nie będzie oceniać, że przyjmie to bez zbędnych pytań, pomoże im, a później zapomnie, nie będzie do tego wracać. Tak byłoby najwygodniej.

- Powiemy prawdę. - Powiedziała cicho po dłuższej chwili. To była jedyna możliwość. Nie mogła też wymagać, że ustalą jakąś inną wersję, bo to zupełnie nie trzymałaby się kupy. Bulstrode musiałaby być głupia i ślepa, aby nie połączyć kropek.

Yaxley usiadła na łóżku. Pozostawało czekać na Florence z nadzieją, że pojawi się odpowiednio szybko. Krew nie przestała płynąć, rana musiała być dosyć głęboka, bardziej głęboka niż się spodziewała. - Jak się czujesz? - Chciała się upewnić, że Ollivander jeszcze daje radę, chociaż nie wyglądał najlepiej. Miała nadzieję, że wytrzyma do czasu nim pojawi się tutaj Bulstrode, bo jeśli jej odpłynie to w ogóle spanikuje. Nie miała pojęcia, jak zareagować w takiej sytuacji.




RE: [04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence - Mellvyn Ollivander - 03.05.2023

Spojrzał tęsknie po stojącym na stoliku nocnym moździerzu. Pod tym kątem nie był w stanie zobaczyć znajdującego się wewnątrz granulatu, ale nie przeszkadzało mu to w myśleniu o nim, w marzeniu o kolejnej działce. Kurwa, gdyby nie on, to pewnie skręcałoby go teraz z bólu.
Bał się, że haj skończy się za szybko. Nie miał ochoty płakać przy obcej, a pewnie tak by się to potoczyło.

W międzyczasie poprosił Jego Panią o szluga i z papierosem w zębach gładził przesiąkający bandaż. Chujowo zrobili ten opatrunek, w domu nie było nawet gazy.
- Chyba dobrze - stwierdził, blednąc jeszcze bardziej. - Lepiej, niż na głodzie.

Zmarszczył brwi, z wyraźnym trudem szukając czegoś w pamięci. Ostatnie dwa dni rozmywały mu się w jeden długi i kolorowy rzyg świadomości.
- Czy... to ona ma mnie leczyć z uz-, uh, uzależnienia?
Trochę popiołu z fajki spadło mu na brzuch, strzepał go niezgrabnie. Przyszła współpraca rysowała się doprawdy świetlanie.


RE: [04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence - Florence Bulstrode - 03.05.2023

Geraldine miała szczęście, bo Florence nie przebywała akurat ani na dyżurze, ani nie miała żadnego pilnego spotkania. Właśnie wróciła do domu i zdążyła przebrać się z uniformu uzdrowiciela w zwykłą szatę czarodzieja. Na widok jej wiadomości więc po prostu zmarszczyła brwi, westchnęła przeciągle, zabrała torbę, w której trzymała narzędzia i trochę podręcznych eliksirów, i udała się do kominka. Spodziewała się zastać pannę Yaxley pobitą po jakiejś barowej bójce jedna na trzech, pociętą, bo „trening trochę wymknął się spod kontroli”, poparzoną „bo jednak były trzy, nie dwie salamandry” albo pociętą jakimiś kolcami („Geraldine, z tym muszę cię zabrać do szpitala, to ewidentnie jakieś zatrucie…”).
Nie przeczuwała, co niesie dla niej los.
Jakieś kilkanaście minut od chwili posłania sowy, ogień w kominku buchnął na zielono i wyszła z niego Florence. Kobieta odrobinę starsza od Yaxleyówny, o bladej, odrobinę piegowatej twarzy i przeciętnym wzroście. Kasztanowe włosy miała spięte w bardzo ciasny kok, którego nie zdążyła rozpuścić po zmianie w szpitalu, a jej ciemnoniebieska szata była idealnie wyprasowana i dość szybko stała się też idealnie czysta – bo Florence wyciągnęła różdżkę i szybko wyczyściła ją z popiołów.
Dopiero potem spojrzenie chłodnych, jasnych oczu, przebiegło po wnętrzu, zatrzymało się na chwilę na butelce (Florence nic nie powiedziała, ale otaczała ją taka aura dezaprobaty, że nie potrzeba było Trzeciego Oka, aby to wyłapać), a potem spoczęło na Ollivanderze.
- Czyżbyś tym razem polowała na ludzi, Geraldine? – spytała, ruszając od razu do Mellvyna. Ruchem różdżki zawiesiła torbę w powietrzu, a potem pochyliła się, by spojrzeć najpierw na jego ranę, a potem na twarz. Ollivander nie wyglądał zbyt dobrze, chociaż Florence miała wrażenie, że tylko część tego można było zrzucić na utratę krwi. Swoje zapewne robiły specyfiki, którymi – była niemal pewna – wcześniej się uraczyli. (Choroby przewlekłej na razie nie podejrzewała, ale też była tutaj dopiero od trzydziestu sekund…) – Na szczęście zabrałam eliksir uzupełniający krew. Jakieś uczulenia? Zapotrzebowanie na zwiększoną dawkę mikstur?
Wycelowała różdżką tym razem w ranę i wyszeptała zaklęcie, które miało ją zasklepić. Oczywiście, to był dopiero początek całej terapii. Przynajmniej chwilowo Ger nie musiała obawiać się oceniania, Florence nie miała teraz czasu na takie bzdury, zresztą w Mungu widziała już chyba wszystko przez lata praktyki.


RE: [04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence - Geraldine Greengrass-Yaxley - 03.05.2023

Yaxley upiła kolejny łyk alkoholu z butelki. Jeszcze chwila, moment, a będzie musiała się zmierzyć ze spotkaniem z Florence. Miała wrażenie, że to będzie dużo trudniejsze niżeli spotkanie oko w oko z najniebezpieczniejszą bestią. No, ale jeśli mus to mus, nie takie rzeczy robiła w swoim życiu i z Bulstrode powinna sobie poradzić. - Tak, to o niej myślałam, kiedy o tym rozmawialiśmy, tyle że to chyba później? Najpierw powinniśmy się zająć tym bieżącym problemem. - Powiedziała lekko, jakby uzależnienienie wcale nim nie było. Trochę się jednak tego wszystkiego nawarstwiło w przeciągu kilku ostatnich godzin.

Nie czekali długo. Nie minęło nawet pół godziny, a dźwięk dochodzący z okolicy kominka zwiastował przybycie uzdrowicielki. Na całe szczęście zajęło jej to tak mało czasu. Im szybciej się tym zajmie, tym lepiej. Odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła znajomą. Teraz już na pewno wszystko będzie dobrze. Powoli schodził z niej stres związany z tą całą sytuacją, Mellvyn przeżyje - skoro Bulstrode była już z nimi.

Milczenie i cisza były zdecydowanie gorsze od ewentualnego komentarza wypowiedzianego na głos. Miała wrażenie, że znajoma jest nią rozczarowana. Pewnie jeszcze powie coś na ten temat, chociaż może lepiej, żeby nic nie mówiła. Gerry nie zamierzała się tłumaczyć, przynajmniej jak na razie.

- To nie do końca było polowanie. - Ale tego powinna się domyślić zważając na to, że znajdowali się w sypialni Geraldine. Ona sama nadal nie zdążyła się ubrać, wyglądała nie najlepiej, jakby była mocno wczorajsza. W pomieszczeniu unosiła się dziwna aura.

Florence na szczęście zaczęła działać od razu. Gerry przyglądała się uważnie jej pracy, chociaż była pewna, że Bulstrode nie zrobi mu krzywdy jakoś tak nie chciała go tutaj zostawiać z nią samą. Czuła się za niego w pewien sposób odpowiedzialna.

Kolejne pytanie zadane przez uzdrowicielkę spowodowało, że Ger poczuła, że postąpiła trochę nieodpowiedzialnie. Gdyby Ollivander stracił przytomność nie umiałaby udzielić odpowiedzi na takie pytania, nie mogłaby mu pomóc. Może to, że znali się tak właściwie od wczoraj, znaczy bliżej było im się dane poznać właśnie teraz, trochę ją usprawiedliwiało, jednak powinna dowiedzieć się takich rzeczy przed tym, nim się to wszystko wydarzyło. W końcu mogło się to skończyć o wiele gorzej.




RE: [04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence - Mellvyn Ollivander - 03.05.2023

Wejście uzdrowicielki robiło wrażenie. Imponowała mu profesjonalizmem, schludnością i tym, jak oszczędne i zdecydowane były jej ruchy. Ona - w odróżnieniu od nich - wiedziała, co robi. Była chłodna, wręcz zimna, i nie bała się tego pokazywać. Zaakceptował to od razu, chociaż nie bez niepokoju.

Bo znowu robił problem. Jak przez całe życie. Zawsze robił problemy, wszystkim dookoła. Nie potrafił po prostu siąść na dupie i zastanowić się nad tym, co robi, chociaż przez chwilę. Nigdy nie potrafił. Wszyscy musieli mu pomagać, wyciągać go z gówna. Wyzskiwał każdą jedną osobę, która kiedykolwiek wyciągnęła do niego rękę. Był wiecznym dzieckiem, wiecznym pierdolonym pasożytem, nie potrafił inaczej, po prostu nie potrafił. Nawet jak mu się czasami wydawało, że jest inaczej, to było tylko złudzenie, jakieś śmieszne urojenia, które jego mózg generował, żeby potrzymać się jeszcze parę lat przy życiu. To już i tak na nic się nie zda, już i tak był blisko końca. Bardzo blisko końca.
Łzy powoli zaczęły mu stawać w oczach, ale jeszcze nie było tragicznie. Mógł poczekać godzinę, może dwie. Tylko to będzie tortura.

Kontynuował nerwowe palenie papierosa i grzecznie leżał, dla własnego spokoju starając się zapomnieć, że w tym pokoju naprawdę musi teraz cuchnąć i że to on był tego powodem.
- N-nic, wszystko normalnie. Ale piliśmy. I ćpałem smoczy pazur. Nic innego, to wszystko - w pośpiechu wyjaśnił, chociaż ogólne zamulenie mu nie pomagało.

Posłał łowczyni mokre spojrzenie.
- Kiedy będę mógł, uhhh, znowu zażyć pazur? I wrócić do pracy?
Zastanawiał się, ile brała za taką doraźną wizytę domową. Pewnie niemało.


RE: [04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence - Florence Bulstrode - 03.05.2023

Ze strony Florence słowa o polowaniu były raczej sarkazmem niż faktycznym podejrzeniem… Bo dość łatwo było się domyśleć, że najwyraźniej jakaś zabawa wymknęła się tutaj spod kontroli. Ale nie, wciąż nie skomentowała.
Zamiast tego sięgnęła po papierosa i po prostu wyjęła go z palców Ollivandera, a następnie machnęła różdżką, aby znikł. Tak, było to dość bezczelne z jej strony, ale nie miała zamiaru zajmować się pacjentem, który dmuchał jej w twarz dymem. Zapachy w tym miejscu i tak nie należały do najprzyjemniejszych. (Chociaż do tego akurat Bulstrode przywykła. W szpitalu niekoniecznie woniało fiołkami, chociaż gałązka, którą dostała na Beltane, zlikwidowała ten problem przynajmniej w jej gabinecie.)
- Tak, tego mogę się domyśleć – skomentowała chłodno, odnośnie tego, że pili. Zarówno zapach, jak i butelki stanowiły tutaj pewną podpowiedź. Kolejny ruch różdżką, najpierw nad czołem Ollivandera, a potem w okolicach klatki piersiowej. Sprawdzała temperaturę ciała (zbyt niską) oraz pracę serca (zdecydowanie nieregularną i trochę za słabą). – To zależy, ile ma pan ochotę jeszcze pożyć. Jeśli zadowoli pana najbliższe dwadzieścia minut, to nawet w tej chwili. Jeżeli jest pan bardziej zachłanny i życzy sobie przynajmniej miesiąca, to na pewno nie w najbliższych dniach – odpowiedziała sucho, po czym wyciągnęła rękę do Yaxley, chcąc, żeby ta podała jej butelkę.
- Muszę sprawdzić etykietę i upewnić się, że nic nie wejdzie w reakcję z eliksirem uzupełniającym krew. Wzmacniających nie mogę podać, w połączeniu ze smoczym pazurem mogą doprowadzić do zapaści, więc spędzi w łóżku przynajmniej najbliższą dobę – poinformowała rzeczowym tonem. Mellvyn już nie krwawił, rana przestawała powoli boleć, ale stracił tak dużo krwi, że prawdopodobnie jeszcze przez kilka godzin nie dojdzie w pełni do siebie. – I będę wdzięczna, Geraldine, jeśli otworzysz okna. Jego organizm jest osłabiony, taki… zaduch na pewno nie pomoże.


RE: [04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence - Geraldine Greengrass-Yaxley - 03.05.2023

Spoglądała uważnie na Mellvyna. Miała świadomość, że jeszcze chwila i narkotyk przestanie działać. Pojawi się głód, zjazd, do tego ból, który ona spowodowała. To może być zbyt wiele, dla każdego to by było dużo. Zaczęło ją to martwić. Jak sobie poradzą z tym wszystkim. Teraz czuła się za niego odpowiedzialna, w końcu nie po to wzięła go pod swój dach, żeby mieć to gdzieś. Zamierzała się zaangażować, tyle, że nie do końca wiedziała od czego zacząć, co zresztą było widać. Geraldine jak na siebie była dosyć niepewna, można to było zauważyć w jej zachowaniu. Powinna wziąć się w garść, jednak średnio jej to wychodziło, szczególnie, że trochę już dzisiaj wypiła.

Florence brzmiała bardzo szorstko. Jej słowa nie wzbudzały zbyt wiele nadziei. Może nawet to dobrze, że była taka stanowcza? Czasem lepiej usłyszeć brutalne słowa od kogoś obcego. Geraldine teraz już nie była obca. Przynajmniej tak się jej wydawało.

Bez słowa podała Bulstrode butelkę, wcześniej jednak upiła z niej spory łyk alkoholu. Jeśli miało jej pomóc oglądanie etykiety to była skłonna oddać butelkę w jej dłonie. Niechaj straci. Chciała zapalić, już miała sięgnąć po fajkę, ale przypomniała sobie, jak kobieta przed chwilą pozbyła się szluga z ust Ollivandera. Musiała powstrzymać się przed zapaleniem. Przynajmniej jak na razie.

Osądy Flo nie brzmiały specjalnie kolorowo. Jeśli mężczyzna będzie miał leżeć tu dobę, to pewnie nie zdąży do swoich klientów. Yaxley pamiętała o tym, że miał się z nimi spotkać wieczorem, jakby to było teraz najważniejsze.

- Jasne, już idę. - Ruszyła w stronę okna, aby otworzyć je na oścież. Dopiero kiedy poczuła na swej twarzy wiatr dotarło do niej jak bardzo duszno było w środku.

Wróciła do łóżka, usiadła na brzegu tuż obok Mellvyna i złapała jego dłoń. Nie miała pojęcia, czy tego chce, jednak Gerry chciała mu w ten sposób okazać swoje wsparcie.




RE: [04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence - Mellvyn Ollivander - 03.05.2023

Zniknięcie papierosa zbiło go z pantałyku - zapomniał, że palenie może komuś przeszkadzać. Skulił się w sobie, bo zdecydowanie nie chciał jej urazić. Starał się zachowywać uprzejmie, ale wyszło z tego tyle, co zawsze. Nie był w stanie kontrolować niczego, nawet siebie.
Mentalnie zaczynał odpływać w kolejną tyradę o własnym braku wartości, jednak myślał teraz za wolno, żeby w pełni zatonąć w nienawiści do samego siebie.

Gubił się w tym, co działo się wokół niego, ale jedno usłyszał na pewno: granulatu nie można mu było wciągać w najbliższych... dniach? Całych? To było niewykonalne.
- Przecież ja umrę przez te kilka dni, zanim doczekam miesiąca - mówił cicho, bardziej w przestrzeń, niż do którejś z nich.
Mierzył się teraz z takim poczuciem niemocy, że nie dał rady tego nie uzewnętrznić.

Wyraźnie sfrasowany patrzył, jak brzegi jego rany posłusznie się łączą. Wyglądało to dobrze, bardzo dobrze, nie spodziewał się zobaczyć ani takich efektów, ani w takim tempie. Leczenie garborogów pośrodku głuszy przebiegało zupełnie inaczej i zawsze niezbędna była do niego rakija, wiadomo, ale nawet w czarodziejskich szpitalach rzadko natykał się na taki standard. Skąd Jego Pani ją znała?

Gdy łowczyni złapała go za rękę, wyglądał na zaskoczonego, w końcu czuł się już całkiem nieźle. Był rozjebany, a jakże, i prawie płakał, ale fizycznie już nic go nawet nie bolało.
- Geraldine. - Starał się wypowiedzieć jej imię możliwie neutralnie, bo nie uzgodnił z nią, na ile ich... relacja miała być widoczna dla zewnętrznego świata. - Czy robi ci to dużą różnicę. Teraz albo za dwa lata?
Potrzebował zewnętrznej motywacji, żeby mieć jakąkolwiek szansę na sukces.


RE: [04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence - Florence Bulstrode - 03.05.2023

- Dziękuję – powiedziała Florence, kiedy Yaxley zamknęła okno. Bulstrode rzeczywiście bywała w takich sytuacjach oschła, i owszem, potępiała chyba w duchu okoliczności, w jakich znalazła tę dwójkę oraz to, że najwyraźniej, wezwano ją tu do narkomana. (Nie miała wiele wyrozumiałości w takich sytuacjach. Ktoś inny mógł brać pod uwagę okoliczności łagodzące, ale Florence w pewnych sprawach była bardzo zasadnicza. To było jednak zupełnie coś innego niż kolejna bójka albo obrażenia zadane przez niebezpieczne zwierzę, które Geraldine próbowała upolować.) Czy ta dwójka zaczęła zabawiać się w dziwaczny sposób w narkotycznym delirium? Nie skomentowała jednak sytuacji ani słowem, bo wezwano ją tutaj jako uzdrowicielkę. A jako uzdrowicielka Florence stawiała na profesjonalizm, konkretne polecenia i równie konkretne informacje.
- Nie, nie umrze pan – zapewniła niemalże uprzejmie, wzrokiem przebiegając po etykiecie, po czym oddała butelkę Geraldine. Zdołała nawet zachować kamienny wyraz twarzy, i kiedy ta wcześniej postanowiła się z niej znowu napić, i teraz, podając Yaxley alkohol z powrotem. – Od odstawienia smoczego pazura się nie umiera. Mogą wystąpić nieprzyjemne objawy somatyczne. Zapisałabym eliksir nasenny, ale jego podawanie w takim stanie nie jest wskazane. – I nie podziałałoby na kogoś, kto choruje na Nocną Marę, ale Florence nie robiła mu teraz w końcu pełnej diagnozy, nie wiedziała więc jeszcze, że Ollivander na tę chorobę cierpiał. – Warto zaopatrzyć się w kadzidła uspokajające, wypiszę receptę. Na dwa, i absolutnie żadnych więcej.
Skoro miał skłonności do uzależnień, istniało spore zagrożenie, że popadnie z jednego w drugie, gdyby postanowił nadużywać z kolei takich środków.
Bulstrode pochyliła się nad torbą i wyciągnęła z niej pudełeczko. W środku znajdowały się eliksiry, każdy w swojej przegródce, każdy z etykietą na wieczku. Wybrała jeden z nich, wypełniony czymś czerwonym, a potem wyczarowała łyżkę, na którą przelała zawartość.
- Bardzo proszę, dwie łyżki – poinstruowała, podsuwając mu ją pod nos. Jedną, a potem drugą. – Geraldine, za dwie godziny będzie potrzebował kolejnych dwóch łyżek, a po kolejnych dwóch godzinach następnych. Jeśli spróbujecie powstrzymać się od… wyczerpujących aktywności fizycznych, picia, palenia i zażywania podejrzanych substancji, za jakąś dobę twój przyjaciel dojdzie do siebie. Niczego nie gwarantuję, jeżeli w ciągu najbliższych trzech dni znów sięgnie po granulat ze smoczego pazura – ostrzegła Bulstrode.
Ponownie uniosła różdżkę. Wyszeptała inkantację, ot by ułatwić sobie rzucenie czaru. Przez pomieszczenie przeszedł podmuch wiatru, który potem, posłuszny ruchowi ręki Florence, skierował się w stronę okna. Próbowała trochę skuteczniej tu przewietrzyć. Nie ze względu na własny nos, bo ona miała to szczęście, że zaraz stąd wyjdzie, ale z powodu dobra pacjenta. Może i nawykł do takich woni, ale był obecnie osłabiony przez utratę krwi i niedawne szaleństwa, zdaniem Florence więc powinien mieć zapewnione odpowiednie warunki.
- Tobie nic nie dolega? – spytała Yaxleyówny, a jej ton trochę złagodniał. Wobec znajomych Florence miała pewną słabość, a choć ona i Geraldine miały skrajnie różne charaktery, znała ją z Hogwartu z powstrzymywania przed przedwczesnym opuszczeniem skrzydła szpitalnego, gdy na siódmym roku Flo pomagała niekiedy szkolnej pielęgniarce.


RE: [04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence - Geraldine Greengrass-Yaxley - 03.05.2023

Poczuła silny ucisk na żołądku kiedy usłyszała słowa Ollivandera. Wiedziała, że nie jest mu łatwo z tym wszystkim, jednak wizja rychłej śmierci, o której wspominał ją przeraziła. Nie zamierzała do tego dopuścić. Nie teraz. Nie skomentowała jednak tego, nie uważała, aby był to odpowiedni moment.

Gerry nawet nie chodziło o jego stan fizyczny, dostrzegła, że krucho z nim pod względem emocjonalnym, to takie wsparcie chciała mu teraz dać. - Robi mi to różnicę. - Musiał to od niej usłyszeć, naprawdę istotne dla niej było to, żeby wiedział, iż jej zależy.

Przejęła butelkę whisky od Florence. Powstrzymała się jednak przed kolejnym łykiem alkoholu. Słuchała uważnie, co ta miała do powiedzenia. Postanowiła się wtrącić. - Czy mogłabyś może coś mu przepisać, co pomogłoby odstawić smoczy pazur? Coś lżejszego. - Przecież nie mógł od razu zrezygnować z używek, odciąć się jakby nigdy nic. - Dwa kadziła nie brzmią zbyt zachęcająco. - W końcu odstawienie nie należało wcale do takich prostych czynności, chociaż na początku powinien mieć możliwość znieczulić się czymś delikatniejszym. Z czasem pewnie łatwiej byłoby i z tego zrezygnować.

- Trzy dni... - Powtórzyła po Florence, aby zapamiętać instrukcję. Nie brzmiało to kolorowo, jednak musiała go przypilnować. Teraz już nie było odwrotu. - Zadbam o to. - Powiedziała jeszcze krótko. Poda mu ten eliksir za dwie i za cztery godziny, żeby mieć pewność, że się z tego wyliże. Nie miała jeszcze pomysłu, jak poradzi sobie z dalszą częścią, jednak będzie musiała coś wymyślić. Jak zawsze. Najważniejsze dla niej było to, aby doprowadzić Mellvyna do porządku. W końcu wczoraj obiecała mężczyźnie, że mu pomoże, a może było to dzisiaj? Trochę zaczęła się w tym wszystkim gubić.

- Nie, ze mną wyjątkowo wszystko w porządku. - Miała świadomość, że Florence raczej nie była przyzwyczajona do takich słów padających z jej ust, jednak tym razem nie chodziło o nią. Nie przez swoją osobę ją tutaj sprowadziła.