![]() |
|
[1968] Natura ciągnie wilka do lasu - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [1968] Natura ciągnie wilka do lasu (/showthread.php?tid=1359) Strony:
1
2
|
[1968] Natura ciągnie wilka do lasu - Mavelle Bones - 09.05.2023 Zatrzymała się, unosząc głowę do góry, łapiąc w powietrzu ledwo uchwytną woń. Światło księżyca przedzierało się przez korony drzew, zalewając otoczenie subtelną, srebrzystą poświatą, rozjaśniającą mrok. Mimowolne wręcz wycie wzbierało w gardle; tęskna pieśń do Pani Księżyca nie wybrzmiała jednak, jeszcze nie. To nie był właściwy moment. Ale nadchodził – tego wilczyca miała pełną świadomość; czuła to we krwi, zdającej się coraz szybciej krążyć w żyłach. Czuła to w chłodnym, wiosennym powietrzu, czuła to każdą cząsteczką siebie. Musiała tylko jeszcze odrobinę poczekać. Poruszyła uszami, łowiąc dźwięki. Zdawała się panować cisza tak wielka, że słyszało się, jak rosną drzewa, ale jeśli się tylko odpowiednio skupić…? Szelest liści. Odległy okrzyk nocnego ptaka. Las żył, mimo pory przynależącej do czasu snów– tylko trzeba było wiedzieć, czego i gdzie szukać. Nie pierwszy raz czuła pod łapami leśne runo. Nie pierwszy raz zdarzało się stanąć na nazbyt suchej gałązce, która nie wytrzymywała ciężaru niemałej przecież wilczycy. Nie pierwszy raz… … nie pierwszy raz podążała za niesłyszalnym dla nikogo zewem, wiodącym coraz głębiej i głębiej w leśne ostępy. W miejsce, gdzie istniało tylko prawo kła i pazura. Tam, gdzie zasady były proste: albo jesteś drapieżcą, albo ofiarą. Nic więcej, nic mniej. Łapa za łapą, coraz szybciej i szybciej. Nie musiała się nawet zastanawiać, w którą stronę iść – po prostu to wiedziała, czuła. W oddali rozbrzmiało wycie – ale to też nie była ta pieśń, która miała wybrzmieć, wznieść się ponad wszystko, rezonować. Trucht zamienił się w bieg. W tej chwili nie liczyło się nic więcej – tylko to i smagający futro pęd powietrza. Wzbierająca euforia, wypełniająca ją całą. Uskrzydlająca wręcz – zdawała się wręcz frunąć, tym szybciej, im bliżej znajdowała się u celu. Celu, którego właściwie nie znała; wiedziała tylko, że tam musi dotrzeć. I że w jakiś niewytłumaczalny sposób zda sobie sprawę z tego, iż znajduje się we właściwym punkcie. Jeszcze kilka długich susów i znów stanęła. Sierść na karku się zjeżyła. Wśród feerii znajomych zapachów pojawiły się nowe nuty, świadczące o tym, iż natrafiła na coś czego nie do końca się tu spodziewała. Innych takich jak ona? Jak najbardziej. Ale ta woń nie pasowała... Wilcza pieśń wyrwała się z piersi i wzniosła wysoko, w stronę Pani Księżyca. RE: [1968] Natura ciągnie wilka do lasu - Alastor Moody - 09.06.2023 Skrywał się w ciemnościach, w najgęstszej części lasu, gdzie ledwo docierał do niego osiadający na bezchmurnym niebie blask księżyca. Brak tu było ścieżek, przestrzeń pomiędzy drzewami była skąpa, nikt się pewnie w te części lasu nie zapuszczał... i dobrze. Nie był niewypowiedzianą opowieścią, czekająca na odważnego słuchacza, tylko zagrożeniem, najgorszym co mogło przemknąć ludzką wyobraźnię w takiej scenerii - potworem czyhającym na nieostrożnego wędrowca, którego nie odgoniło to, jak warknął ociężale, a potem zawył. Do tego księżyca, który widział ledwo przez suche gałęzie - zaśpiewał mu hymn nocy, a potem ułożył ciężki łeb na leśnej ściółce. Może i by tu zasnął, ocknął się dopiero rano i pamiętał z tej nocy tylko bezkresną ciemność i otaczający go spokój, gdyby tej ciszy nie postanowiło zmącić kilka gałęzi pękających pod łapami zbliżającej się do niego wilczycy. Moody momentalnie zerwał się z ziemi, niedane mu było odpocząć w tym mrocznym świecie, bo żądza krwi płynąca w jego żyłach przez paskudną klątwę nakazywała takie rzeczy sprawdzić. Nie minęło kilka sekund, a on już biegł, mijał te wszystkie drzewa i krzewy, których pędy przetaczały się po jego sierści. Biegł, robiąc o wiele więcej hałasu, niż można było spodziewać się po zwyczajnym wilku. Biegł, a potem nagle wyhamował. Wielkie pazury wbiły się w zmarznięte podłoże, a olbrzymi basior ledwo wyhamował przez stojącą tam kobietą. Nie była zwierzęciem, była animagiem, ale to wystarczyło, aby nie zamachnął się, nie zechciał jej ugryźć, a jedynie nastroszył szorstką, czarną sierść na karku i warknął. Nierozsądnym było teraz uciekać, kiedy tak krążył wokół zaciekawiony. On zaś nie chciał odejść. Stanął tuż przed nią, pochylił się w dół i spojrzał jej głęboko w oczy, jakby się w nich czegoś doszukiwał, ale w nim można było doszukać się o wiele więcej. Przez krótką chwilę, wilkołak i wilczyca stali w ciszy, splatając swoje spojrzenia. Jego oblicze było przerażające, znajdowało się gdzieś na granicy dzikości i człowieczeństwa, ale zdradzało go jedno - oczy, całkowicie ludzkie, nawet będąc częścią takiego obrazu, ukazywały ludzką cząstkę w bestialskiej istocie. A później zobaczyła twarz Alastora. - Bones? Znów znajdowali się w Departamencie. Kompletnie inna sceneria, zapalone światło rażące w oczy, migające gdzieś za jego głową - za roztrzepaną, długą czupryną, jaką z jakiegoś powodu uwielbiał nosić, chociaż pasowała do niego jak pięść do mordy. - Znowu robiłaś nadgodziny? - Szturchał ręką jej ramię. Musiał ją w ten sposób obudzić, kiedy zobaczył, że drzemie przy swoim biurku. - Połóż się chociaż na kanapie, jeżeli zamierzasz spać w biurze... RE: [1968] Natura ciągnie wilka do lasu - Mavelle Bones - 11.06.2023 Dwie wilcze istoty stanęły naprzeciw siebie. Przyobleczone w zwierzęce skóry w istocie zaliczały się do zupełnie innych gatunków. Na warknięcie odpowiedziała obnażeniem zębów – ostrzeżenie, że nie da sobie w kaszę dmuchać, że może nie być rozsądną próba rzucenia się do gardła, z obojętnie jakiego powodu. Był istotą zgoła inną niż ona sama. Istotą, której powinno się unikać na wszelkie możliwe sposoby, jeśli nie chciało się skończyć marnie. Istotą, której bliskość wzbudzała niepokój, ale… nie uciekała. Nie odwracała spojrzenia, zdając się toczyć milczący pojedynek. I nagle zdała sobie sprawę z tego, iż spod całej tej przerażającej aparycji przebija się ludzki pierwiastek. Że to nie tak, iż właśnie miała do czynienia z oszalałą bestią, kierującą się wyłącznie instynktem. Nie. Kryło się w tym wilkołaku coś o wiele więcej i… nie wiedzieć dlaczego, zupełnie się nie bała. A przecież powinna. Może to kwestia tego, że jakaś część świadomości podpowiadała, iż taki z niej animag, jak z koziej dupy trąba i wszystko to, co czuła, zaliczało się jedynie do sfery sennych marzeń, a może, może… … może zdała sobie sprawę z tego, iż pod tym czarnym futrem, pod kształtem siejącej przerażenie na wszystkie strony bestii, kryło się coś, coś… … wymamrotała coś zupełnie niezrozumiałego, zakrywając odruchowo drugą ręką oczy. Światło drażniło, wytrącało ze stanu, w którym była. Słusznie, inna sprawa, że naprawdę średnio jej się widział powrót do świata rzeczywistego. Szczegół, że naprawdę wybrała sobie zgoła nieodpowiednie miejsce na drzemkę. Porę też. I może by nawet dalej tak spała, gdyby nie fakt, iż ktoś jeszcze ją trącał i jakieś słowa uparcie przewiercały się do jej świadomości, coraz mocniej, mocniej, aż otworzyła oczy… … przed chwilą spoglądała prosto w ślepia bestii. Teraz widziała przed sobą Alastora. - Moody? – wymamrotała półprzytomnie. Wilczy pysk i ludzka twarz zlały się w jedno, stały się jednym, a w ciemnych oczach pojawiła się iskra zrozumienia. Zupełnie, jakby nagle rozbłysło światło w umyśle Bones, rozświetlając dokładnie wszystkie elementy układanki. I oczywistym się stało, gdzie jaki element powinien się znajdować. Ale to nie miejsce na poruszenie tego tematu. Wyprostowała się powoli, podnosząc się z biurka; przetarła oczy, starając się strząsnąć z siebie resztki snu. Snu nie tak krótkiego, bowiem na policzku odbił się materiał – ot, wsparła się o własną rękę… i aż się skrzywiła, gdy nagle zdała sobie sprawę z jej odrętwienia. - Chciałam tylko przyjrzeć się jeszcze jednej sprawie... – wyjaśniła, zerkając w końcu, dość bezradnie, na biurko pogrążone aktualnie w chaosie – Która to już? Wychodzisz? – spytała, już nieco przytomniejszym tonem, skupiając ponownie spojrzenie na Alku. RE: [1968] Natura ciągnie wilka do lasu - Alastor Moody - 30.06.2023 Kiedy tylko zaczęła mamrotać jego nazwisko, Alastor parsknął. - To było pytanie? Spodziewałaś się tutaj kogoś innego niż jakiś Moody? - Zapytał, wycierając twarz rękawem. - Młoda, zaraz dobije północ, nawet Harper poszła już do domu... Widział, jak się wzdrygnęła, budząc się z najwyraźniej głębokiego snu. Odbitka dokumentów na twarzy. Zaspany głos. Z tego już się nie zaśmiał, bo widział w tym przecież odbicie siebie. Niejednokrotnie już budził tak kogoś, karcąc go za trzepanie kolejnych nadgodzin, a sam jak totalny hipokryta wracał do pracy. Był tym typem, który pracował za innych. Typem, który jeździł na wszystkie najbardziej niewygodne wyjazdy, brał zmiany we wszystkie święta, żeby inni mogli spędzić Yule z rodziną. Dlatego też wiedział dobrze, że jeżeli chciała tu z jakiegoś powodu zostać, to w drugim pomieszczeniu znajdowała się całkiem wygodna kanapa... Ciężko było stwierdzić, czy Moody posiadał poza pracą jakiekolwiek życie, ale patrząc na to, że jego ojciec był niemal identycznym człowiekiem, to wątpliwe było, żeby w ich domu rozmawiało się o czymkolwiek innym niż sprawy Biura. To był pracoholizm, w wyjątkowo niezdrowym okazie - stał przed nią człowiek, który nigdy nie mówił o swoim prywatnym życiu, nie miał żony ani dzieci, chyba tylko Bóg wiedział, czy posiada jakichś przyjaciół spoza pracy, czy jego znajomości ograniczały się do tego małego uniwersum w Ministerstwie Magii. - Tia... idę się wreszcie wyspać, mam pierwsze wolne od dwóch tygodni. Tobie radzę to samo, bo wyglądasz na przemęczoną, a pewnie nie masz za sobą aż takiego cugu jak ja. Jutro właśnie miała być pełnia. - Jeżeli będziesz potrzebowała pomocy, możesz przyjść z tym do mnie po moim powrocie. I to był chyba pierwszy raz, kiedy nie zapytał o detale takiej sprawy od razu. Normalnie był wścibski i zechciałby w czymś takim od razu pomóc. Teraz, wyjątkowo, jak nigdy przez wszystkie ich lata wspólnej kariery, wyraźnie nakreślał w słowach swoją nieobecność, nie odwlekając jej w żaden sposób, traktując ją jako coś nieuchronnego. RE: [1968] Natura ciągnie wilka do lasu - Mavelle Bones - 01.07.2023 Pokręciła powoli głową, starając się rozruszać zdrętwiałą rękę. Co bynajmniej nie należało do najprzyjemniejszych uczuć pod słońcem. Tyle dobrego, że nigdy nie trwało wieki, najwyżej minutę-dwie, niemniej wciąż… skrzywiła się przelotnie. - Niee, po prostu wydawało mi się, że coś widzę, ale… – wzruszyła ramionami – … tak to bywa, jak smacznie sobie śpisz i nagle się okazuje, że trzeba się obudzić – podsumowała, rzucając mężczyźnie uśmiech. Zaraz też przesunęła dłonią po twarzy, gdy usłyszała, która godzina. - Ja pierdolę – podsumowała wybitnie krótko porę – A dopiero co była.. dziewiąta? – zabrzmiała ciut niepewnie. Kojarzyła tę godzinę, ale trudno powiedzieć, kiedy zasnęła – nie sprawdzała przecież co chwilę zegara, gdy w skupieniu przyglądała się aktom sprawy i próbowała połączyć kropki. Tak, naprawdę nietrudno o pracoholizm, zwłaszcza gdy pochodziło się z rodziny Bonesów. Z rodziny, gdzie większość jej członków przewijała się właśnie przez Brygadę, włącznie z jej ojcem (zwłaszcza ojcem) – choć chyba jeszcze nie osiągnęła poziomu Alastora. Ale zdaje się, że była ku najlepszej drodze do tego. Bo ktoś nie spał, by ktoś inny spać mógł. Bo była to swego rodzaju misja – stanąć na straży, dokładać wszelkich starań, by krzywd było jak najmniej, a jeśli już nie udało się im zapobiec: żeby winni zostali osądzeni. Łatwo, bardzo łatwo, było wsiąknąć w to wszystko bez pamięci. Jeszcze jedna sprawa, jeszcze jedna zagadka, jeszcze jeden szczegół… prawie jak klasyczne „tylko jeden rozdział” czy też „tylko jedna strona”. Nigdy się na tym nie kończyło, aż nagle się okazywało, że już świta, a książce brakło stron. - A chcesz się o to założyć? – rzuciła nieco przekornym, zaczepnym tonem, podejmując przy tym decyzję – Pójdę, poczekasz chwilkę? - Tak. Nie było co tu dłużej siedzieć, skoro zasypiała na cholernym biurku; niewiele brakowało, a może akurat obudziłaby się prosto na rozpoczęcie kolejnej zmiany. Szczegół, że zdecydowanie lepiej wypoczywało się we własnym łóżku, nie mówiąc już o zatroszczeniu się o własne ciało. I szczegół, że prawdopodobnie ten zakład by przegrała. Zdecydowanym ruchem zgarnęła papiery na jedną kupkę, wyrównała ją i wsadziła do teczki; ta zaś wylądowała w szufladzie, którą zaraz zamknęła, nieszczególnie bawiąc się w delikatność i zachowanie ciszy absolutnej. Pierwsze wolne. Pełnia. Ta z pewnością nadchodziła; wszelkie sny – odkąd pamiętała – najbardziej wyraziste były właśnie w tym okresie, gdy srebrny glob w pełnej krasie sunął po niebie. Żaden rogal, tylko tarcza, zalewająca wszystko światłem, które niejednemu nie pozwalało spać. I niejednemu ułatwiało nocne wędrówki. Wolne w sąsiedztwie pełni – jakby nie dość historii, w której tkwiła przed chwilą całą sobą – stanowiło sygnał. W teorii mało znaczący, coś, na co nie zwróciłaby zapewne uwagi, gdyby nie całokształt. Ot, kamyczek do ogródka. - Wiesz, okazuje się, że choć mówią ci, iż rozwiązywanie spraw poprzez spanie na aktach to bajeczka, to tak naprawdę wychodzi na to, że to działa – stwierdziła niby to jak najbardziej poważnie, aczkolwiek błysk w oku sugerował, iż w zasadzie miał tu do czynienia z żartem – Więc zobaczysz, jak wrócisz, to już tę sprawę zdążę zamknąć – zapewniła z uśmiechem na wargach, wychodząc zza biurka. Słowa. Słowa. Wiedziała jednak doskonale, że jeśli nie zamknie sprawy, to zapewne przydrepcze do biurka Alka, trzymając w jednej ręce teczkę, a w drugiej – aromatyczną kawę. I uśmiechnie się najpiękniej, jak tylko potrafiła. - Już się chwilę kumplujemy, nie, Moody? – mruknęła dość niezobowiązującym tonem, robiąc już parę kroków w stronę wyjścia i upewniając się przy tym, że faktycznie idzie, a nie uznał nagle, że… … może sen jest dla słabych i to jednak doskonała pora, żeby jeszcze troszkę popracować. RE: [1968] Natura ciągnie wilka do lasu - Alastor Moody - 10.07.2023 Alastor spojrzał na nią dziwacznie, bo niewielu, może poza Atreusem, albo jego własnym ojcem, było w stanie rzucić mu rękawicę. Jeszcze kiedy jego matka żyła, to i może spędzał z kimś czas niezwiązany z jego życiową misją, ale kiedy odeszła… Może to był powód, może to jaką dziurę pozostawiła po sobie sprawiło, że jej mąż i syn przestali funkcjonować poprawnie? Żyli pracą, bo poza Idą niemieli poza tą pracą nikogo. Przyjaźnie – głównie z pracy, albo związane z pracą, opierające się na rozmowach o pracy i wzajemnej pomocy. Miłości – nigdy nic na stałe – jedynie przelotne uniesienia, po których nie potrafili stworzyć niczego zdrowego. - Nie lubię zakładać się o rzeczy wiedząc, że wygram bez kiwnięcia palcem – odparł szczerze, nie widząc tutaj pola do żartów, bo ostatecznie to było jego życie, jego codzienność. Przez tę pewność siebie przebijało się też pewnie zwyczajne zmęczenie – samą sobie pracą, jak i tematem, który sam rozpoczął. Zdawało się, że trzymał się go mimowolnie. – Spoko. Swoją drogą, zajebista rada. Przemyślę to jak mnie przesuną do sprawy Rzeźnika z South East. – dodał, kiedy go zapytała, czy poczeka. Nie doszukiwał się w tym niczego poza wspólnym przejściem się do Atrium, w końcu nie miał pojęcia, że sprawa, nad którą tak ślęczała Bones, wcale nie dotyczyła spraw Brygady. Znaczy się… no dobrze, trochę ich dotyczyła, ale na pewno nie w sposób, w jaki by się tego spodziewano po takim określeniu. Jakaś myśl, że może nie chodziło tylko o to, przemknęła mu przez czerep dopiero wtedy, kiedy zadała to pytanie. - No… a co? Podrapał się po nosie, patrząc jak kobieta obraca się w jego kierunku, po czym zmierzył ją spojrzeniem. Nie domyślił się oczywiście, że to wszystko miało jakiś głębszy sens – jakkolwiek puste to nie było, spodziewał się po prostu pytania co właściwie robił jutro, zadanego tym tonem, który sugerował, że mogliby swoje plany połączyć. Czy było to z jego strony trochę zarozumiałe? Pewnie tak, ale nie należał nigdy do ludzi, którym brakło pewności siebie, dlatego uśmiechnięty ruszył przed siebie, żeby znaleźć się obok Bones i zrównać z nią krok. RE: [1968] Natura ciągnie wilka do lasu - Mavelle Bones - 14.07.2023 - Niech ci będzie – uniosła dłonie w uniwersalnym geście poddania się. Jakkolwiek by nie patrzeć, trochę racji miał – Bones może i miała tendencję do zostawania po godzinach, może i nie miała problemu z wzięciem na siebie dyżuru, gdy generalnie rzecz ujmując był dzień wolny, ale to też nie tak, że w każde święto była na służbie. Mimo wszystko, w jej życiu było miejsce na coś innego niż praca, nawet jeśli kręciło się głównie wokół coraz to kolejnych spraw i obowiązków. Rodzina też była ważna – i pogrążając się w stercie papierów, zagłębiając się w labirynt uliczek, mimo wszystko o niej nie zapominała. Choć też byłoby trudno, biorąc pod uwagę, że z kuzynami przecież pracowała w dokładnie tym samym departamencie, a ojciec… cóż, ojciec był jej przełożonym. Więc zapewne faktycznie by przegrała, zwłaszcza na dłuższy dystans. Zresztą, nie rzuciła tej rękawicy w pełni na poważnie, więc nie było też powodu, by się upierać i obstawać przy swoim. Zwłaszcza że dzień i tak był długi, zmęczenie z niej wychodziło – aż za bardzo, skoro usnęła przy biurku. Wstyd. Choć gdyby nie to, możliwe, że by się nie domyśliła pewnej rzeczy, a nawet jeśli – to zeszłoby o wiele dłużej. Bo w końcu zwykle nie patrzyło się w nocne niebo za każdym razem, gdy twój kumpel bierze dzień wolnego, prawda? - Rzeźnika? Tak kiepsko idzie ta sprawa? – mruknęła, po czym ziewnęła, zasłaniając usta dłonią. Tak. Zdecydowanie najwyższa pora, żeby się stąd ulotnić i trafić zaraz potem do własnego łóżka, tylko, tylko… … mocno spoważniała. To już nie były żarty, żadne przekomarzanki. Żadnego łączenia planów, choć na dobrą sprawę zapewne nie miałaby nic przeciwko temu – gdyby tylko była mowa o zwykłym dniu wolnym! Jeśli się nie myliła – a była prawie pewna, że nie… cóż, chyba wchodziła na dość grząski grunt. Milczała przez parę sekund, układając sobie w głowie słowa, gdy tak zmierzali do wyjścia. - Nie wiem, jak to powiedzieć, więc po prostu powiem – stwierdziła w końcu, popychając drzwi i pozerkując przy tym na Alastora, starając się wybadać nastrój. Nie stawała zbyt mocno na odcisk? Bo nie, nie chodziło tu o żadne łączenie planów. Generalnie zapewne byłoby nawet miło, ale... nie tym razem - Jeśli będziesz potrzebował kiedykolwiek i do czegokolwiek krycia na dzień taki jak jutro, to wal śmiało. Chyba że się mylę i księżyc nie ma z tym nic wspólnego? - aczkolwiek była całkiem pewna, że nie. Zbyt wiele szczegółów składało się w spójną całość. RE: [1968] Natura ciągnie wilka do lasu - Alastor Moody - 15.07.2023 Moody przytaknął. - Słyszałem, że są w takiej dupie, że w pewnym momencie chcieli ją umorzyć, bo i tak zniknął bez śladu, ale kilka dni temu dał kolejną wskazówkę – mówił, przerzucając ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Trochę go chyba nosiło, żeby o tym mówić, więc ewentualne przeniesienie miałoby zapewne źródło w jego inicjatywie – nie było to planowane odgórnie. Nie było to w żaden sposób dalekie od normy, bo Moody zwykł już sięgać po te najbardziej karkołomne zadania i wsiąkał w nie o wiele bardziej niż powinien. – Mam taką teorię, że to wcale nie jest jedna osoba, ale nie miałem jeszcze jak przedstawić tego Harper ani Bonesowi. – Pewnie by ględził o tym dalej, gdyby go nie zbiła z tropu. Był beznadziejny w udawaniu czegokolwiek. Jego twarz całkowicie zmieniła wyraz, kiedy rzuciła w niego tym tekstem o księżycu. Nie mógł zdecydować się w ocenie tego, jaki miała w tym cel. To miał być żart? Jakaś zaczepka, której nie rozumiał? Zmarszczył nos, spoglądając na nią dziwnie, aż wreszcie parsknął. Nie śmiechem, ale też nie w sposób pogardliwy. To wyglądało tak, jakby zareagował w taki dziwaczny sposób na szok. O to jej chodziło? Naprawdę? Nie wiedział jak się tego domyśliła i zakładał, że gdyby to było istotne, to by mu o tym powiedziała, chociaż... Wtedy też by próbowała ten temat obejść na około? Może była tym typem kobiety, który nie lubił mówienia pewnych rzeczy wprost i zawsze ubierał je w szereg niepotrzebnych korekt wyłączających sens jej pierwotnej intencji. - Jeżeli chciałaś mnie zaprosić na piwo, to wystarczyło powiedzieć, nie musisz wymyślać jakiegoś pilnowania mnie w pełnię – powiedział, trochę szyderczym tonem, pozbawionym stresu. Takim, na jaki pozwalała człowiekowi tylko pielęgnowana latami zarozumiałość i zarazem pewność w tym, że się Bones podobał. – Naprawdę nie jestem aż tak ciężki do zdobycia. – Właściwie, to gdyby się miał ustawić w szeregu, to by się pewnie znalazł wśród osób, o których mówiło się, że są „łatwi”, ale istotne było tutaj też to czego konkretnie od niego oczekiwano. Do pewnych rzeczy się po prostu nie nadawał. RE: [1968] Natura ciągnie wilka do lasu - Mavelle Bones - 16.07.2023 Słuchała z uwagą wynurzeń Alastora na temat Rzeźnika; sama się tej sprawie nie przyglądała, mając i tak aż nadto swoich. Coś-niecoś jednak się o uszy obiło, tyle że nie wgłębiała się w szczegóły, teraz zaś miała okazję nieco poszerzyć swój zakres wiedzy. Hmmm, niekoniecznie jedna osoba, całkiem interesująca teoria. Teoria, nad którą może by się teraz pochyliła, gdyby nie zgoła inny, poważniejszy i znacznie bliższy – bo dotyczący osoby, którą miała u boku – temat. Twarz Alastora mówiła w zasadzie wszystko – niestety domysł najwyraźniej był słuszny. Niestety, bo zwilkołaczenia się nikomu nie życzyła, nawet najgorszemu wrogowi, a co dopiero osobie, którą przecież darzyła sympatią i to nie od wczoraj? I nie, bynajmniej nie żartowała – jej mina nie wyrażała żadnego, najmniejszego choćby rozbawienia. Tak, dlaczego nie, mogła się zaśmiać z kwestii powiązanych z pracą chociażby – tak jak i przed chwilą – mogła parsknąć z wielu innych rzeczy, ale z oberwania klątwą…? Gdyby to dotyczyło jej samej – bardzo możliwe, że próbowałaby wtedy zbyć sprawę, obracając ją w żart. Ot, mechanizm obronny. Tylko że tu i teraz, nie ona była obsadzona w głównej roli. W brązowych oczach pojawił się bliżej nieokreślony błysk. Piwo, naprawdę? Mówi mu o czymś innym, a ten wyskakuje z czymś jeszcze innym. Nie, to nie tak, że miałaby coś przeciwko wspólnemu spędzeniu czasu, pochyleniu się nad kuflem i zapewne całkiem ożywioną dyskusją nad najróżniejszymi teoriami, powiązanymi z pracą. Albo dotyczącymi czegokolwiek innego, bo dlaczego by nie. Tyle że naprawdę nie o to tu chodziło. Pokręciła powoli głową. Pilnowanie, naprawdę? Nawet gdyby się do tego rwała, to coś miała wrażenie, że to po prostu wykraczało poza jej możliwości. - Na piwo zawsze możemy skoczyć – odparła dość cicho – Tylko jeśli bym powiedziała, żebyśmy poszli jutro wieczorem, to odmówiłbyś, prawda? – tak, nie wycofywała się, choć zapewne to był całkiem dobry moment, żeby parsknąć i stwierdzić, że musiało coś się jej uwidzieć, że faktycznie tak naprawdę dokładnie taki miała zamiar, że po prostu jest dupa, jeśli chodzi o zapraszanie kogokolwiek i tak dalej, i tak dalej. Tyle że to nie byłaby prawda, zwłaszcza że Bones faktycznie zdawała się mieć jeszcze jakieś życie poza Brygadą i raczej sobie radziła w sprawach damsko-męskich. Raczej, bo przecież nie zwierzała się każdemu ze swoich spraw w tym zakresie – Nikomu nie powiem – mruknęła jeszcze, wsadzając dłonie w kieszenie – I oferta nadal aktualna – bo skoro domyśliła się ona, to kto powiedział, że i inni nie będą potrafili połączyć odpowiednio kropek? Sama nie zamierzała tego nikomu ułatwiać ten sekret nie należał do niej. Tak, likantropia generalnie wywoływała lęk, ale też Bones zdawała sobie sprawę z tego, iż z tych cholerstwem dało się generalnie żyć. Jeden, góra dwa dni w miesiącu – w zależności od tego, jak wypadał cykl księżyca – wymagał zastosowania środków ostrożności, a tak poza tym… dotknięci tą klątwą nadal pozostawali przecież tymi samymi ludźmi, co byli przed skażeniem. RE: [1968] Natura ciągnie wilka do lasu - Alastor Moody - 05.09.2023 Nie był poważny. Nie dlatego, że nie potrafił być poważny, ale dlatego, że nie chciał być poważny. Cała ta sytuacja mu się zwyczajnie nie podobała. Czy się domyśliła - tak, czy odkryła jakąś wielką tajemnicę - niekoniecznie. To nie było coś, o czym chciał, aby mówiono w biurze, ale też... to nie był koniec świata, jego nazwisko widniało w rejestrze, a Harper dowiedziała się o tym pierwsza. On i Ashling zjebali. Konsekwencje tego nie były przyjemne. Nie lubił poruszać tego tematu z nikim. - Ta, na jutro umówiłem się już z matką Atreusa - odparł, obrywając tę chwilę z resztek mistycyzmu. Zrobił to celowo, całkowicie świadomie, chcąc pokazać towarzyszącej mu w powolnym spacerze do atrium kobiecie, że to on decydował tutaj o granicach, a jej wścibskość nie sprawi nagle, że w jakikolwiek sposób ulegnie temu momentowi. Alastor Moody nie należał do osób narzucających się, nie chciał kontrolować innych, ale lubił być panem swojego losu i każda osoba, która próbowała przeciwstawić się decyzjom, które podejmował we własnym imieniu, musiała pogodzić się z tym, że był uparty jak osioł. Spróbował się uśmiechnąć. - Mam nadzieję - bo ten uśmiech szybko znika. Był dobrym człowiekiem. Ale nie miłym. - Nie potrzebuję niczyjej pomocy, Mavelle. Traktuj mnie normalnie. Powiedział to tak szorstko jak tylko się dało, chcąc jej dobitnie uświadomić to, że objęcie klątwą nie należało do spraw, w których oczekiwał jakichkolwiek interwencji. Jeszcze wtedy nie wiedział, idąc obok niej, jak bardzo to się miało na przestrzeni kolejnych miesięcy zmienić. Teraz, idąc obok niej, był pewien jednego: to nie była jej sprawa, tylko jego i Greybackówny. Nie mieli przecież po piętnaście lat. |