[08.04.1972] Mieszkanie Victorii | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 05.05.2023
adnotacja moderatoraRozliczono - Victoria Lestrange (Tuż za Dziurawym Kotłem).
adnotacja moderatoraRozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Mieszkanie Victorii na Pokątnej
8 kwietnia 1972
– Victoria & Sauriel –
Nie była to może najspokojniejsza w jej życiu noc i bynajmniej nie dla tego, że spała w tym samym pomieszczeniu co ranny wampir. Akurat jego obecność mało jej przeszkadzała, o ile w ogóle. Saurielowi udało się zasnąć dość prędko, ale Victoria czuwała, wtulona w oparcie fotela. Jakiś czas przypatrywała się Rookwoodowi w bladym świetle swojej różdżki, ale ten faktycznie spał jak martwy – dziwne to było wrażenie, ale było dla niej zrozumiałe i oczywiste. A później sama próbowała zasnąć na fotelu, ale miała problem. Bo jej ciało owszem było zmęczone, ale umysł na nieszczęście działał.
I dlatego w którymś momencie bardzo po cichu wysunęła się spod koca, by przejść się po mieszkaniu i zobaczyć do dokładnie tutaj w ogóle przyniosła. I zacząć robić sobie listę rzeczy jakie musi tutaj jeszcze sobie załatwić i zrobić, jakby znowu miała być taka sytuacja jak dzisiaj… Bo skoro stało się raz, to może stać się i drugi. Znalazła dwie świece i przyniosła je na dół, do salonu, w którym zostawiła Sauriela samego. A potem rozpaliła jedną z nich, stawiając ją na tym samym stoliku co puste fiolki i biżuterię Sauriela. I upewniła się, że zasłony w oknach są szczelnie zasłonięte. Alkohol chyba już z niej wyparował, albo właśnie wyparowywał, to i myślała coraz przytomniej. Umościwszy się na fotelu ponownie zaczęła czuwać i pilnować, czy z wampirem nie dzieje się nic złego.
I nie działo. Spał jak zabity. I w końcu i ją zmorzył sen – ten niespokojny, bo umysł podsuwał jej jakieś głupie wizje; głupie, nierealne, męczące. Jak zazwyczaj, kiedy udało jej się zasnąć. Tylko, że kiedy śpisz w nie swoim łóżku, to śpi się często jakby... gorzej? Inaczej? Ktoś, kto tak jak Victoria cierpiał na bezsenność, odczuwał to pewnie dwa razy mocniej.
I w końcu otworzyła jedno oko, wciąż taka zawinięta w kłębek na fotelu, wtulona w swoją poduszkę, zakryta po sam nos kocem. Świeczka już się dopaliła. Jej wzrok automatycznie spoczął na kanapie, na której wcześniej spał Sauriel.
RE: [08.04.1972] Mieszkanie Victorii | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 05.05.2023
Właśnie - jak martwy. Sauriel nie miał pojęcia, jak to dokładnie działało, ten wampirzy sen. Wiedział jednak, że nijak nie przypominało to snu. Tego prawdziwego, płytkiego czy głębokiego snu, który czasem malowany był snami, których się nie pamiętało, a innym razem przygodami, które zostawały w głowie na długo. Jego sen był jak... mała śmierć. Niczego nie było. Nie mógł powiedzieć, że wypoczywa, że czuje się wyspany, że jest mu lepiej czy gorzej. Nic. Nie było żadnych odczuć związanych z prymitywnym faktem zażywania snu. Zasypiał i budził się na zawołanie, jakby gdzieś podświadomie ciągle czuwał. Jednocześnie nic do niego nie docierało ze świata zewnętrznego.
I jak na zawołanie zerwał się z kanapy, kiedy jego instynkt zaczął wrzeszczeć, że wstaje słońce.
Był przerażony. Gdyby jego serce biło, teraz próbowałoby przebić się przez jego żebra. Nie biło. Nie przyśpieszył jego oddech ani tętno, było tylko odczucie paniki, która uderzała do głowy. W pokoju było jednak całkowicie ciemno. Nieznanym pokoju, w nieznanym miejscu - poznanym dopiero wczoraj, półprzytomnie, więc czy na pewno o poznaniu można mówić? Spojrzał na zasłony, szczelnie zaciśnięte, a potem jego wzrok skupił się na Victorii. Spała. Zamiast iść do łóżka, albo wrócić do domu to ta wariatka spała tutaj, jakby... nie wiem, jakby coś miało mu się stać. A co niby miałoby? Nie mógł umrzeć. To krótkie zdanie sprawiło, że słyszał już tyle wymówek w związku z tym, że sam je przyswoił. Wszystko było niemal dopuszczalne, bo nie mógł umrzeć. Cała reszta była po prostu przelotnym dyskomfortem. Oderwał w końcu od niej spojrzenie, żeby rozejrzeć się raz jeszcze po wnętrzu. Właściwie dopiero teraz docierały do niego jego szczegóły. Jak to, że większośc mebli pozasuwana była białymi prześcieradłami, żeby się nie niszczyły od kurzu i brudu. Mówiła o tym wczoraj, tak..? Że to dom... że to dom "w razie czego"? Że jest jej? Chyba pomyślał wtedy, że też chciałby mieć takie domy "w razie czego", gdzieś gdzie można by się było zaszyć.
Upewnił się, że ma na sobie kurtkę, dotykając swojego przedramienia i zaciskając na nim palce. Kurwa. W zasadzie teraz do niego dotarło, jakie to było niebezpieczne, jak wiele problemów mogło stworzyć, jak... właściwie to na pewno? Nie lepiej by było, gdyby się dowiedziała teraz? Dramat. Mleko się nie rozlało, więc nie było co nad nim płakać. Natomiast: mogłoby. I lepiej było to zachować w pamięci. Mogłoby...
Nie chciał się za bardzo kręcić, żeby jej nie obudzić, a z drugiej strony nie chciał tu tkwić i... liczyć palce. Był niespokojny. Po pierwsze: czuł się już dobrze, więc irytacja wczorajszej nocy wezbrała na sile. Po drugie - był dzień. Nawet jeśli wczesny poranek, a on nie czuł się tu swobodnie ani nie miał poczucia bezpieczeństwa. Nie chodziło o brak zaufania do Victorii. Nie miał zaufania do tego miejsca. To nie był jego teren. I po trzecie - był głodny. Ten trzeci aspekt był tu przeważająco mocny. Poddenerwowany kocur nie miał pomysłu na to, co ze sobą zrobić. Wyjść? Założyć prześcieradło na łeb i wyjść? A co z drzwiami? No i co, zostawi ją tak bez słowa? Trochę głupio? Gdyby była noc to może i by tak wyszedł, albo i może by nie wyszedł...
Na szczęście nie było mu dane rozpędzić się galopem z myślami i zacząć tworzyć paczki głupich pomysłów. Jego mózg został zatrzymany - bo Victoria się obudziła.
- No w końcu! - Nie to, że krzyknął, ale Sauriel nie krył się po prostu ze swoimi emocjami, które teraz były negatywami. Niecierpliwił się i to zniecierpliwienie było teraz słyszalne. I tak naprawdę miał do siebie samego trochę wyrzut, bo przecież wiedział, że Victoria miała problemy ze spaniem. I tylko dlatego, chociaż widać było po jego chmurnej minie, że gotów był tutaj tworzyć cały stos nieprzyjemności, to zamknął gębę. Bo kiedy kogoś lubił to naprawdę potrafił ją zamykać. - Pojebało cię? Spać na fotelu? Łóżka nie mają? Czemu do domu w ogóle nie wróciłaś?
RE: [08.04.1972] Mieszkanie Victorii | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 05.05.2023
Jedyną oznaką tego, że już nie śpi, było to brązowe ślepię wpatrzone w kanapę – ale tyle wystarczyło, bo ciemne oczy Sauriela wpatrywały się w nią chyba z tego samego, albo podobnego powodu. I pierwszą myślą Victorii było, że dzięki Matce, nic mu nie jest, a drugą: chyba już wydobrzał całkowicie.
Bo całkowicie i dokumentnie znowu był opryskliwy.
– Tak, ciebie też dobrze widzieć – wymamrotała i podniosła się do pozycji siedzącej, teraz kierując swój wzrok na koc, którym była opatulona i na poduszkę, na której jeszcze przed chwilą opierała głowę. To się nazywało wspaniałe dzień dobry, aby miło rozpocząć kolejny dzień, po równie miłym wieczorze z drinkami, tak zwana randka z samą sobą. Tylko dalsza część wieczoru, czy raczej już wczesnej nocy, była mniej miła. Bo polegała na zbieraniu z zaułka Sauriela. A potem na zamartwianiu się, czy wszystko z nim będzie dobrze, i skakaniu wokół niego i… I czemu ona się zamartwiała? Może trzeba było go tam jednak zostawić? Ale nie – ostatecznie w głębi serca wiedziała, że i tak by to wszystko powtórzyła, nawet jeśli miał do niej teraz pyskować. – To chyba ciebie pojebało jeśli myślisz, że bym cię tu zostawiła samego – rzuciła i zmarszczyła gniewnie do niego brwi. Teraz musiał to widzieć, jej cienie pod oczami, nie przykryte makijażem – bo ten też w którymś momencie nocy zmyła. Wcale nie chodziło o to, że mu nie ufała, i że na przykład mógłby jej opędzlować dom. Bo z czego? Chyba z tych prześcieradeł, bo na cholerę mu te meble? Poza tym nie było tu niczego cennego, bo mieszkanie było zupełnie nieurządzone. Chodziło, rzecz jasna, o jego samopoczucie po tym niechcianym zaćpaniu. Bo kto wie co to właściwie było i czy mu się nagle nie pogorszy? Dlatego przy nim została. Jak mogłaby nie? – Nie przeszkadza mi przespanie się na fotelu od czasu do czasu – na tej ich wycieczce też zasnęła w fotelu czuwając i czekając aż ulewa się skończy, ale tego Sauriel nie miał jak wiedzieć. – Widzę, że całkiem z ciebie zeszło. To dobrze.
RE: [08.04.1972] Mieszkanie Victorii | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 05.05.2023
Fuck. No nie chciał tak zaczynać ich "dzień dobry". Uuuch, jak to w ogóle brzmi: "ICH DZIEŃD DOBRY". To by dopiero zgroza i zgorszenie poszły famą, jakby wyszło że przed zaręczynami już po nocach ze sobą sypiają! A przynajmniej obok siebie, ale takie szczegółowe wyjaśnienie nikogo by zapewne nie interesowało. Tak działał rynek plotek, kochany przez tych, którzy sami nie mieli wystarczających emocji we własnym życiu. Sauriel tych emocji miał czasem aż za wiele.
Przeklinające kobiety były czymś okropnym, a do Victorii przeklinanie całkowicie nie pasowało. To trochę tak, jakby kujonka wyjęta rodem z Hogwartu zaczęła... oh wait. Tak, właśnie to zrobiła. Były kobiety, na których wargach przekleństwa leżały jak szminki - bardzo dobrze. Ale nie na ustach Victorii. Obdzierało ją to z całego uroku i stawiało parę metrów niżej w tym rynsztoku, gdzie ci wszyscy niekulturalni ludzie (z nim włącznie) się babrali, bo nie potrafili się ugryźć w język. Co to w sumie oznaczało? Do niego dotarło tyle, że Victorię idealizował. I dotarło do niego to dopiero teraz, na tym przykładzie, na tym jak ją zlustrował wzrokiem, a przecież nie przeklęła pierwszy raz przy nim. Więc co się zmieniło? Ona? Na pewno nie. On? Hmm... Nikt się nie zmienił. Zmieniła się tylko perspektywa siedzenia.
- Trupów nie trzeba pilnować. - Przecież to nie miało najmniejszego sensu, to jej zachowanie i nie bardzo potrafił przyswoić jej decyzję do głowy. Nie było się o co martwić, więc po co tak stawać na głowie? Kogoś innego oskarżyłby o popisówkę, jakąś próbę wydębienia potem przysługi za "dzielne czuwanie", ale Victoria była całkowicie odklejona. Dbała, troszczyła, martwiła się i... och, zaraz, czy ona wczoraj nie przyobiecała że jak się chce atencji to...
- Ay... jestem jak ten młody bóg. - Mruknął, już nie odnosząc się do jej spania czy niespania w fotelu, bo to była w zasadzie tylko jej sprawa. Skoro uważała, że jej to odpowiada to... - Widać po tobie, jak bardzo ci nie przeszkadza. Następnym razem połóż się do łóżka jak człowiek. Mi się naprawdę nic nie może stać. - Kim on był, żeby jej życie ustawiać? Jej przyszłym mężem, ale teraz jeszcze nawet nie narzeczonym. Nawet nie przyjacielem. Nawet nie... kochankiem. Był ledwo znajomym, który mógł wyrazić swoje ewentualne zaniepokojenie z tego, że źle sypia. To właśnie uczynił. - W sensie źle sypiasz. W ogóle. - Wyjaśnił, bo może jego pobudki nie były oczywiste. Na pewno to źle wyraził, fakt. Ściągnął z kolan poduszkę, położył ją na bok... ale zaraz znowu ją wziął i położył na kolanach z powrotem, przyciskając ją do siebie. I gapiąc się na Viki.
RE: [08.04.1972] Mieszkanie Victorii | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 06.05.2023
Kiedy ktoś przeklinał cały czas, albo bardzo często, tak mocne słowa traciły na znaczeniu, powszedniały, zaczynały być tylko przecinkiem. Victoria jednak przeklinała na tyle rzadko, że niemal za każdym razem robiło to wrażenie. Znaczyło ni mniej, ni więcej, że trzeba wziąć ją na poważnie, że to ten moment, kiedy się skupiamy, a nie puszczamy to mimo uszu. Zazwyczaj zdawało egzamin, a sądząc po minie Sauriela – teraz również zadziałało. Nie oszukujmy się, w jej pracy, czasami żeby wejść między wrony trzeba było krakać jak one, a kiedy była jeszcze Brygadzistką, to znacznie częściej miała do czynienia z półświatkiem, gdzie trzeba było podejść, pogadać, pozałatwiać. Dobrze wychowanej panienki która nie umie rzucić soczystą kurwą nikt tam nie chciał słuchać i nie brał na poważnie. Ale tutaj, w jej domu, czy ogólnie na tych ich spotkaniach Victoria przeklinała praktycznie wcale. Teraz zaś nie zamierzała się z Saurielem o to wykłócać. No i po jednym „ciebie pojebało” nagle zapomniał na kilka chwil języka w gębie. Profit? Mimo wszystko, kiedy twarz Victorii przeciął teraz uśmiech, to nie wyglądała już tak surowo – bo tak, uśmiechnęła się do Sauriela. I to dość miło i chyba nawet ciepło, pomimo tego jak zaczął ten ich… dzień. I ich „dzień dobry”.
– Głuptasek – odpowiedziała mu po prostu i nastąpiło na tym jej fotelu poruszenie, kiedy wciąż jeszcze przykryta kocem, opuściła nogi na podłogę i wyciągnęła je, przeciągając się. – A jeśli by ci się pogorszyło? Jeśli miałbyś jakiś nawrót? Nie wiedziałeś co i kiedy ci podano, więc skąd wiedziałeś jak będzie działać? A jakby ci coś odbiło i byś w majakach próbował wyjść na pierwsze promienie słońca? O nie, mój drogi. Przezorny zawsze ubezpieczony – czy to takie złe, że się o niego martwiła? Nie mogła? Albo że chciała się o niego zatroszczyć, skoro już go tutaj przytargała, a do najlżejszych facetów to wcale nie należał. Miała całą listę powodów by to robić, ale tym koronnym było „bo chciała”. – Więc może i trupów nie trzeba pilnować. Ale po pierwsze – trupy to leżą w grobie, a tobie do grobu to akurat daleko, a po drugie to chciałam – niby winny się tłumaczy, ale Victoria nie czuła się ani trochę winna. Ale chciała, by mieli tutaj jasność. – Zresztą byłam przez to spokojniejsza – i wzruszyła ramionami.
Przekrzywiła szyję w jedną, potem w drugą stronę, rozmasowała sobie delikatnie kark, odchyliła głowę, coś jej strzeliło i aż się uśmiechnęła, bo ewidentnie zrobiło jej się od tego lepiej. Ale najwyraźniej Sauriela to dalej męczyło.
–Więc będzie następny raz? – uniosła wyżej brwi, ale nie wyglądała na złą. Spójrzmy sobie prawdzie w oczy, oczywiste było, ze prędzej czy później Sauriel znowu się w coś wpakuje. Zdawał sobie z tego sprawę on, i zdawała sobie z tego sprawę ona. – No nie, nie przeszkadza mi to. Może nie pamiętasz, ale ja wczoraj trochę popiłam, to też wpływa na jakość snu… Albo to, że nie mogłam pół nocy zasnąć i tak. Albo to, że śniły mi się głupoty, ale to akurat normalne – gdyby jej problemy ze snem mogło rozwiązać po prostu spanie w łóżku a nie na fotelu, to zupełnie nie byłoby tematu. Niestety to nie było takie proste. A kim był Sauriel? Prawdę mówiąc to było trudne do określenia. Nie, nie byli przyjaciółmi, ale ledwo czy po prostu znajomymi również nie. Jedną nogą byli już w narzeczeństwie, ich rodziny właściwie tak się już zachowywały a oni… cóż. Zostali zepchnięci do basenu i musieli w nim pływać. Jakoś to tam wychodziło, ale Victoria wolała się nie zastanawiać jak jednym słowem określić ich relację, bo chyba się nie dało i tak. Więc kim on był by jej życie ustawiać? Cóż… Miał ku temu znacznie większe prawo i perspektywy niż się wydawało, ale na takie docieranie się mieli jeszcze dużo czasu. Póki co docierali się na innych płaszczyznach życia. – Tak, źle sypiam, ale to że jedną noc postanowiłam cię popilnować naprawdę zupełnie nic nie zmienia – oparła głowę o oparcie fotela i przymknęła powieki, tracąc z oczu Sauriela, który nie mógł się zdecydować co zrobić z poduszką… i z sobą. – Jak twój brzuch? Zagoiło się? Jakiś czas się bałam, że może coś ci zostawili w ranie i że ci się to nie będzie chciało goić.
RE: [08.04.1972] Mieszkanie Victorii | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 06.05.2023
Głuptasek. Mrugnął do niej dwa razy robiąc minę niepocieszonego dziecka - i to była naprawdę iście dziecięca mina. Ano tak, zadziałało, jeśli miało zatkać dzioba. Głuptasek zadziałał jednak o wiele skuteczniej, bo nie sprowadzał tego niesmacznego uczucia, a wręcz przeciwnie. Jak tak miał go ktoś strofować to mógł grzecznie siedzieć i przyjmować strofowanie. Nawet bez pyskowania! Brzmiało to kompletnie odjechanie, a zarazem mu się podobało. Czemu? Nie wiedział. Brzmiało tak miło. Tak lekko i sympatycznie. Wszystkie przekleństwa można było tu wstawić czy nawet pomijając rzucanie klątw słowem, to te słowa dosadne, proste i oczywiste. Np: debil. Głupiec, nawiązując do uroczego zdrobnienia. I jak tu nie uważać ją za słodką? Nawet go trochę tym słowem uspokoiła. I tym uśmiechem. Zeszło z niego spięcie i powietrze i... uświadomił sobie, że tak się spiął, bo się zmartwił. I się wkurwił, bo był zdenerwowany, że swoje zdrowie tutaj marnuje dla takiego nikogo jak on. Prawdę mówiąc kompletnie nie pomyślał o tym, że narkotyk mógł mieć jakieś swoje działanie i to późniejsze. Albo że mógł nie opuścić jego ciała i sobie krążyć. Działanie eliksirów i innych tego typu rzeczy było czasami niewiadome, skoro potrzeba było niektóre syfy wydalić z organizmu, a wampiry nie miały żadnych funkcji życiowych. Z drugiej strony one powinny się roznosić po krwi, a skoro krwi nie było..? Czarna, przepastna dziura, czysta magia, której nie wyjaśnisz. Nekromancja była doprawdy pojebaną sztuką.
Chciał jej powiedzieć, że mógłby wyjść. Na te promienie słońca. Zamknął jednak swoją jadaczkę, bo nikt tu nie potrzebował smętnego pierdolenia. Za to ostentacyjnie odetchnął i wywrócił oczami, niby to taki zły i w ogóle, że co on normalnie ma zrobić z tą kobietą. Tak na końcówkę odreagowania po prostu.
- Niech ci będzie. - Rozsądził jakże wspaniałomyślnie. - Zdziwiłabyś się jak często jestem w stanie takim jak wczoraj. - Uśmiechnął się pod nosem. - Słuchaj, no nie planuję, jeśli cię to uspokoi. - Słychać było po jego tonie, że jest to wypowiedziane jako żart. - Co normalne? Że głupoty ci się śniły? - Że śnią jej się ciągle głupoty, czy normalne że po alkoholu, a może normalne, że po takich wydarzeniach? Bo intensywne, zwłaszcza te dodające adrenaliny, wydarzenia powodowały zazwyczaj sny. - Cuchniesz wódką. - Dodał, tak jakby miała wątpliwość, czy pamięta, że popiła. Nawet jakby zapomniał, to pewne rzeczy same się przypominały. - Ale ja nie cuchnę ulicą. - Powąchał się po skórze. I to był dobry moment do upewnienia się, że wszystko ma na swoim miejscu. Tknęło go to. Zaczął sprawdzać skórę, koszulkę, sprawdził nawet swój brzuch, podnosząc trochę materiał, potem kieszenie, czy wszystko ma. No było co sprawdzać. Ale też się nie śpieszył szczególnie.
- Luzik bejbe, jak coś zostaje w ranie to goi się razem z tym. Już to przerobiłem. - I to powiedział to takim tonem, jakby to naprawdę nie było nic wielkiego i miało uspakajać. - Zagoiło się, dzięki wielkie. - Okej, nie lubił dziękować, ale tutaj był jej to winny. I to tak mocno. Nie musiała się wcale nim zajmować, mogła też do Munga go zanieść, gdzie mogłyby być niewygodne pytania. - Powrót do domu wczoraj byłby koszmarem.
RE: [08.04.1972] Mieszkanie Victorii | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 07.05.2023
Ta mina, która zrobił, jak taki pięciolatek, sprawiła, że na moment ścisnęło jej się serce, ale dzielnie wytrzymała jego spojrzenie. To była taka chwila ciszy, w której, sądząc po jego zachowaniu, Sauriel zastanawiał się co ma zrobić, bo był zupełnie nieprzygotowany na walkę na „głuptaski”, a z kolei ona lustrowała go spojrzeniem i analizowała to, co ma przed oczami. Nie było niezręcznie, tylko po prostu… to było pewne przesuwanie granic i badanie gdzie w ogóle się znajdują. I kto wygra tę potyczkę, która nie była w wykonaniu Victorii żadną walką, ale dla Sauriela chyba trochę była… I oddał jej pole. Mogli sobie podyskutować, gdyby czarnowłosy podjął rzucił jej rękawicę, o tym, że według niej wcale nie był „takim nikim” i że był wart jej zdrowia czy nocy spędzonej w fotelu. Może i w duchu cieszyła się, że nie wychodzi za Rosiera, może nie rozpaczała z powodu straty narzeczonego, ale to było co innego – bo byłoby jej na pewno smutno i przykro, gdyby coś stało się Rookwoodowi. Polubiła go, tak po prostu. I… Wcale nie chciała poznawać trzeciego kandydata na swojego męża.
– Że naćpany leżysz w jakimś zaułku? – upewniła się. W nocy mówił jej, że nie ćpa, więc chyba zaszedł tutaj jakiś błąd w komunikacji. – Czy że leżysz gdzieś skatowany? – on się uśmiechał, a mina Victorii wskazywała, że nie jest zdziwiona oraz że mimo wszystko jest tym zmartwiona. – Powiedzmy, że uspokaja – czy zawsze musiał radzić sobie sam? Czy nikt mu w takich momentach nie pomagał? Naprawdę z ulgą przyjmowała, że to ona go wczoraj znalazła, bo kto wie jakby to się mogło skoczyć… – Tak. Zwykle mi się śnią bzdury jak już mi się uda zasnąć – teraz ona uśmiechnęła się pod nosem. - Wódką? Niemożliwe. Nie pijam wódki – jasne, nie o to chodziło. Chodziło o to, że czuł od niej jakieś tam resztki alkoholu, ale Lestrange musiała się przyczepić i to wyjaśnić. W tej chwili odgarnęła z siebie koc i złapała za swoją różdżkę, by wskazać na siebie i użyć tego samego zaklęcia co w nocy na Saurielau, by nie śmierdzieć. - Co? A, no tak. Mówiłeś, że mogę ci naprawić ciuchy i że śmierdzisz – mógł nie pamiętać, to była dla niego trudna noc, nawet jeśli im więcej czasu mijało, to wydawał się być bardziej świadomy. - Twoje życzenie było dla mnie rozkazem – znowu się uśmiechnęła pod nosem, bo trochę się z Saurielem droczyła. Oboje byli wczorajsi, on w tych swoich skórach, a ona w małej czarnej i pończochach. Odruchowo założyła nogę na nogę.
- I co wtedy? – jej mina w moment wyraziła… zaniepokojenie. To było właśnie to, czego się obawiała. I co, obiekt zostaje w ranie, ta się go i co? - Nie trzeba tego wtedy… wyciągnąć? Nie przeszkadza ci? – to jest właśnie to, czego chciała uniknąć… Jego słowa w tym wypadku wcale jej nie uspokoiły. – Na pewno? Jeju… To dobrze – dobrze, że się zagoiło i miała nadzieję, ze bez obiektu obcego w środku. Po jej twarzy nadal było widać w niej niepewność. - Powiedziałabym, że daj spokój, ale pewnie jest za co dziękować… - standardowo w takich chwilach ludzie mówili, że „nie ma za co”. Ale było za co. Tylko, że Victoria nie spodziewała się żadnych podziękowań i była zwyczajnie zmieszana, bo nie robiła tego dla podziękowań i wdzięczności, a po prostu… Bo chciała mu pomóc. - Po prostu… Uważaj na siebie, dobrze? Naprawdę mnie wystraszyłeś – a jej nocna panika nie była ani trochę udawana. - W takim razie chyba dobrze, że na ciebie trafiłam – czemu powrót byłby koszmarem? Sama podróż do domu? Czy to co na niego miało tam czekać, że wraca w takim stanie? - A przynajmniej ja się z tego cieszę.
RE: [08.04.1972] Mieszkanie Victorii | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 08.05.2023
- Dobra, bez tego jednego elementu. - Przechylił głowę na boki, odbiegając spojrzeniem na chwileczkę na zasłonięte szafki w zastanowieniu. Takim bardzo krótkim zastanowieniu, bo miała rację, że tego jednego elementu nie planował. W zasadzie to... - Nie żebym planował. Ale wygrane rzadko bywają okupione pyłkiem na kurteczce. - Przymknął oczy w uśmiechu, takim cwaniackim. Lubił wygrywać. Kto nie lubił? Lubił jak ludzie gięli się pod jego rękoma, bo dawało to poczucie kontroli nad sobą i swoim otoczeniem. Czy zdawał sobie sprawę z tego, że to było złe? Jak najbardziej. Czy mu to przeszkadzało? Jak najbardziej nie. Przemoc po prostu rozwiązywała bardzo wiele problemów. A śmierć - jeszcze więcej. Lecz tak, stety czy niestety Sauriel nie dorastał jeszcze w pełni do oczekiwań ojca, a sam spoglądał na to jako nieodłączny element życia. Że ludzie są nieźli w czarach i kiedy mierzysz się z wiedźmami i czarownikami to marne masz szanse na to, żeby wyjść z tego bez szwanku. Więc nie mydlił tutaj oczu ani samemu sobie, ani jej. Tak będzie - czy Victoria tego chciała czy nie i niezależnie też od tego, jak jemu samemu się to podobało. Pieniądze, niestety, nie rozwiązywały wszystkiego. Nie wystarczyły, żeby zaczął wieść dostatnie i porządne życie.
- Co ci się śniło? - Sny bywały bardzo ciekawe i chociaż Sauriel nie był ekspertem w dziedzinie wróżbiarstwa ani nie był żadnym znawcą symboli i znaków na niebie czy w snach, to często go to ciekawiło. Jak to działało - przewidywanie przyszłości, albo co mogły znaczyć dane sny. I czy w ogóle coś znaczyły, bo często były bzdurną plątaniną albo epickimi przygodami stworzonymi przez mózg. Machnął lekko ręką na to jej "niemożliwe, bo nie pija wódki". Cokolwiek tam piła.
- Ooo, no powtórz to jeszcze kilka razy to wezmę sobie do serca. - Wyciągnął w górę kącik ust, odpowiadając na to, że jego życzenie było dla niej rozkazem. - Uważaj, bo zacznę się znowu kreatywnie wysilać. I naprawdę skończymy w końcu na Big Benie. W sumie tam mnie jeszcze nie było. - Ostatnie pytanie powiedział tak, jakby olśniła go ta myśl - i uznał ją za naprawdę dobrą. To też miało odzwierciedlenie w jego minie - że widać było, że wizja wdrapania się na sam szczyt Big Bena stała się dla niego bardzo atrakcyjna.
- Trzeba. Boli jak sam skurwysyn. - Trochę się zaśmiał patrząc na nią z takim "no co ty, co za pomysł..." Co za pomysł, że mogłoby to tak sobie... zostać i tkwić. Ale spoważniał trochę, jak zobaczył jej minę. - Nie będę kontynuował. - Stwierdził, że zamknięcie jadaczki będzie o wiele skuteczniejszym sposobem na to, żeby uspokoić Airan. Przynajmniej z tym tematem. - Zazwyczaj muszę sam zadbać o własną dupę, a na pewno nie ma co liczyć na takie luksusy co wczoraj, więc tak. Jest za co. Szczególnie, że nie lubię dziękować. - Dodał ostatnie trochę chmurnie. Nie lubił, rzadko wdzięczność odczuwał, ale tutaj tak - naprawdę wdzięczny był. - Ja też. - Uśmiechnął się już tak trochę bardziej... ciepło. Na to, jak powiedziała, ze przynajmniej ona się cieszy. - Staram się jak mogę, Różyczko. - To było kłamstwo.
RE: [08.04.1972] Mieszkanie Victorii | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 08.05.2023
Jedyną jej odpowiedzią musiało być pokręcenie głową i lekkie wywrócenie oczami. Bo oczywiście zdawała sobie z tego sprawę. To jedno było dla niej jasne z kim ma do czynienia: właśnie z takim bad boyem, do którego w młodości i kryzysie wieku średniego wzdychają panny, marząc o szalonym romansie. Widziała go też w akcji w knajpie i nie zmieniło się to, co mu wtedy powiedziała: bo przecież wiedziała doskonale, że czasami trzeba sobie ubrudzić rączki. Te jej też nie były przecież najczystsze.
- Wiem. Po prostu… Po prostu uważaj na siebie. Proszę – nie dlatego, że by mu nie pomogła, a pomogłaby, choćby jej krwią (nie swoją przecież) wysmarował drzwi, ściany i pościel. Nawet jakby jej zarzucał próg. A może wręcz wtedy pomogłaby mu tym bardziej, bo widziałaby że dzieje się coś złego.
- Nie pamiętam już. To szybko ulatuje, wiem tylko że coś głupiego i przez co noc była niespokojna… a tak ogólnie to czasami śni mi się upadek, uderzenie, ból, woda i tonięcie, ogień. Czasami jakieś stwory. Czasami sytuacje pozornie prawdziwe, ale ich głupota i absurd jest jasny od początku – machnęła przy tym dłonią, jakby chciała to odgonić i dać znać że to mało istotne, taka tam głupota, nie ma co sobie zawracać głowy. Miała za to czujny sen, zbudzić było ją łatwo i przez to częściej pamiętała jakieś pojedyncze sceny z tych swoich snów – bo było ich dużo. W końcu pamięta się tylko te sny, w trakcie których się człowiek obudził, nie tak?
- A to moich słów już nie bierzesz sobie do siebie? – uniosła wyżej jedną brew i zlustrowała Sauriela spojrzeniem. A powinien był brać do siebie to co do niego mówiła, przecież nie gadała byle gadać – bo to mogłaby mówić do ściany, albo do lustra. Albo mogła nie mówić nic i już zresztą pokazała Rookwoodowi, że tak przecież potrafi. Ogólnie… Trochę czasu zajmowało jej otworzenie się i przywyknięcie do towarzystwa Sauriela na tyle, by mówić więcej. Z początku przecież ich rozmowy wyglądały zupełnie inaczej, a tutaj, teraz, mówiła niemało. Ale nie była typem, który strzępi ryja niepotrzebnie. - Nie. Nie wejdę, nie wlecę, nie wteleportuję się, nie dam się zanieść, ani wteleportować, ani nic w ten deseń, co miałoby zmienić moją pozycję względem ziemi, na Big Bena, Kocie – jej spojrzenie znowu nabrało na ostrości, mówiło wszem i wobec „nie, nie ma mowy, zapomnij i nie pogrywaj ze mną”. - Jak chcesz to właź tam sam – nie żartowała i naprawdę źle znosiła wysokości. Czy raczej… spoglądanie w dół. Świadomość, że jeden krok i spadniesz. Dla czarodzieja to nic, ale Victoria nie mogła tego w sobie zwalczyć i po prostu najzwyczajniej w świecie się bała. Ba. Nawet teraz, wcale daleko od włażenia na wieżę zegarową, już zaczynała panikować.
- A ty się dziwisz, że się bałam, że coś ci zostało w ranie – mruknęła i spojrzała na Sauriela spode łba. Chciała dla niego dobrze, żeby… nie cierpiał później. Żeby się zagoiło, odpoczął i żeby potem było już wszystko dobrze. Było, okej, tym razem, ale nie pozwolił jej nawet na to spojrzeć, a był przecież przyćpany. Już wiedziała, że następnym razem będzie to wyglądało inaczej – bo mimo wszystko była pewna, że będzie następny raz. - Raz wystarczy, podziękowanie przyjęte – dla niej to było też trochę niezręczne, to że tak jej dziękował. Nie robiła tego dla podziękowań, tylko żeby mu pomóc. Nawet nie liczyła na podziękowanie i choć było jej miło, to mimo wszystko nie chciała żeby teraz zamieniło się to w litanię „dziękuję”. - Mówiłam ci już, że jeśli będziesz potrzebować pomocy to znasz kierunek – co prawda nie sądziła wtedy, że będzie go zbierać z ulicy, no ale… - Różyczko? – ok, zaskoczył ją. Na tyle, że nie skupiła się wystarczająco mocno na tym, że pewnie wcale się nie starał, tylko gadał tak, żeby… się nie martwiła o niego. I tak by to robiła, cokolwiek by nie powiedział.
RE: [08.04.1972] Mieszkanie Victorii | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 10.05.2023
Och tak, to była grzeczna dziewczynka o niegrzecznych predyspozycjach, z grzecznego domu i o niekoniecznie grzecznych myślach. Intencje tylko pozostawały białe. Czy zawsze? Victoria nie była święta - lubił w niej to, nawet bardzo. Może poza tym przeklinaniem, bo naprawdę uważał, że kompletnie obdzierało ją to z uroku. Była prawdziwa. Nie udawała świętej i nie próbowała za taką uchodzić, nie wstydziła się przyznać do tego, że brakuje jej plusów w rachunku sumienia i że dopuściła się kilku rzeczy, których można się było wstydzić. Nie pytał o to. Może miał nawet o tym złe wyobrażenie - ale dokładnie taki obraz ta kobieta przed nim malowała. To były jednak grzeszki, które dla niego sprowadzały się do jej testu człowieczeństwa. Nie zapadała się w nich - stała dalej tak samo i pilnowała, żeby jej droga nie była dziurą i schodami w Piekło. Przynajmniej do czasu. Do czasu, w którym poznała ciebie.
- Naprawdę mi szkoda, że się poznaliśmy. - Odetchnął, mówiąc całkiem szczerze, nawet z lekkim uśmiechem, który utrzymał się przez moment na jego wargach. - Szkoda mi, że taka osoba jak ty ma do czynienia z takim rynsztokiem, jak ja. - Przymknął oczy. - Mogłaś być jakąś wiedźmą. Wtedy przynajmniej nie byłoby mi żal, że zmarnowałem ci życie. - I że zostawił rysy i brud na jej pięknym człowieczeństwie. To był dla niej kolejny test, tylko taki na dużą skalę. Obcowanie z kimś takim, jak ty. Jeszcze nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak wielkim. Widziała tylko małą powierzchnię, bo wrażenie bad boya sięgało w najgłębsze zakamarki tego świata. Mroczne, ponure i niebezpieczne.
- Będę się budził i tulił cię przez noc. - Uśmiechnął się szelmowsko, akcentując te słowa, żeby nadać im jeszcze więcej absurdalnego charakterku, niż już miały same w sobie. I to groźba czy obietnica? Można wybrać, które się chce! Tak żartował jak i nie żartował. Gdyby słyszał, że coś złego jej się śni to by zareagował. Naprawdę spróbowałby ją uspokoić, a jeśli by się nie dało - obudzić. Chyba spała bardzo lekko? Nie był pewien. Na szczęście też on potrafił bardzo, bardzo lekko i cicho chodzić. Jak chyba każdy szanujący się Rookwood.
- Jestem kapryśny. Na pewno chcesz, żebym sobie myślał, że moje życzenia są rozkazami? - Błysnęły aż chochliki w jego czarnych oczach, które były jak lustra. Oczy były zwierciadłami duszy. Ale w tych Sauriela zamiast jego duszy można było odnaleźć własną. - Spokojnie. Nie będę cię ciągał na żadne wysokości. Zgodnie z tym, co powiedziałem. - Wtedy, kiedy mówił, że żadnej więcej karocy. I wtedy był wręcz szokująco stanowczy, bo nie trzeba było geniuszu żeby szybko stwierdzić, że czarnowłosy był wygodnym człowiekiem. Że nie przepadał za przewodzeniem, wolał z własnego lenistwa wykonywać polecenia. I to niekoniecznie jak najlepiej, po prostu jak najskuteczniej i najmniejszym kosztem. Nie musiało być dokładnie, dopóki sam nie widział w tym własnego interesu. Tak na pół gwizdka.
- Gdyby nie to, że jestem głodny as fuck to byłbym chyba podekscytowany jak małe dziecko, że siedzę sobie na kanapie i ktoś się o mnie troszczy. Udawałbym nawet, że dalej boli. - Mimo wszystko nadal drżały mu kąciki ust ku górze, kiedy mówiła o tym zaniepokojeniu. - Wkurwiłem się, że o siebie nie zadbałaś i jestem zirytowany, jak każdy głodny człowiek, ale nie daj się zwieść pozorom, jak każdy facet dojrzałem do trzeciego roku życia, potem już tylko rosłem. - A pozór był taki, że mimo zatrzymaniu się na 21 roku życia wyglądem to po Saurielu widać było zniszczenie życiem. Miał to spojrzenie ludzi, którzy swoich rówieśników dojrzałością prześcigali o kilka kolejnych lat. Bo za dużo widzieli. Bo za dużo doświadczyli. - Różyczko. - Potwierdził. - Trochę nie pasuje, nie? Ale ładnie brzmi. I ładnie wygląda. Zupełnie jak ty. - Uśmiechnął się do niej czarująco. Bo potrafił. I dobrze wiedział, że potrafi, tak jak dobrze wiedział, że potrafi flirtować i bajerować kobiety. I że im się to podobało. Ale tak jak zazwyczaj robił to dla własnego ubawu, to teraz zrobił to tylko po to, żeby jej było miło. Było to jednak szczere z jego strony. Nie silił się nigdy na fałszywe bajery. Szkoda mu było energii i czasu. W końcu i tak nie porucha, lol.
|