Secrets of London
[1959-1967, Hogwart] Lubię na ciebie patrzeć - Sauriel - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [1959-1967, Hogwart] Lubię na ciebie patrzeć - Sauriel (/showthread.php?tid=1383)



[1959-1967, Hogwart] Lubię na ciebie patrzeć - Sauriel - Norvel Twonk - 08.05.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Patrick Steward - osiągnięcie Bajarz II

1959


Marta Warren wleciała do Wielkiej Sali w towarzystwie Prawie Bezgłowego Nicka i całej reszty duchów, które rezydowały w Hogwarcie. Lubiła początek roku szkolnego. Uwielbiała ten moment, kiedy frunęła z dzikim piskiem nad stołem Ravenclawu, kiedy wyciągała ręce ku pierwszorocznym, kiedy jej półprzezroczyste palce przenikały przez ich ciała sprawiając, że wzdrygali się przerażeni i skonfundowani nieprzyjemnym uczuciem lodu, które przenikało ich na wskroś.
Tu nawet nie chodziło o złośliwość, ale o to, że przez ten jeden dzień w roku Marta naprawdę czuła się częścią Hogwartu. Nierozerwalnym elementem większej grupy, który miał swoje miejsce i zadanie do wykonania. Nawet Irytek bywał tego dnia mniej złośliwy i podły niż zazwyczaj a jeśli kogoś Marta nie znosiła tak bardzo jak podłej Oliwii Hornby to tylko był to właśnie Irytek.
Uniosła się nad stołem Ravenclawu, posyłając zaskoczonym jedenastolatkom swoją najbardziej popisową minę a potem pofrunęła ku stołom kolejnych domów, by znowu wykonać ten sam numer. Całość nie trwała długo, była tylko elementem popisów większego pokazu stworzonego przez duchy Hogwartu i może tylko właśnie przez to, była w pełni akceptowana przez dyrektora Hogwartu i całe grono pedagogiczne.
- To Marta. Jęcząca Marta! – zapiszczała siedząca obok Sauriela jedenastolatka, gdy Warren przefrunęła obok nich a jej półprzezroczyste palce przeniknęły na kilka sekund przez ich ciała. – Siostra mi mówiła, że umarła w toalecie.
Duch obrócił się momentalnie w ich stronę. Nawet jako zjawa, Marta miała na sobie półprzezroczysty szkolny mundurek. Na jej nieciekawej twarzy gościły okulary w grubych oprawkach. Była trochę przysadzista i miała proste włosy. Posłała im osobliwe spojrzenie. Zadrgała jej dolna warga. Nie, tego wieczoru wcale nie chciała płakać. Tego wieczoru niemal wszystko w jej zachowaniu było elementem większej gry, tu akurat nastawionej na to, by jeden ze starszych uczniów krzyknął:
- Marto, daj spokój, ona nie wie co mówi!
Co miało powstrzymać ją przed atakiem płaczu. Obróciła głowę w jego stronę, tracąc zainteresowanie jedenastoletnim Saurielem. Uniosła się w powietrzu a potem popisowo zanurkowała wprost do dzbanka z sokiem dyniowym. Krople napoju wyprysnęły, ale Marta była zadowolona. Przeniknęła przez stół, podłogę, wreszcie znowu pojawiła się w innym miejscu w Wielkiej Sali. Chwilę jeszcze krążyła tuż nad sklepieniem. Wyminęła się z Grubym Mnichem, uniknęła bliższego spotkania z Krwawym Baronem i pozdrowiła z Prawie Bezgłowym Nickiem.
Trochę się popisywała. Lubiła jak chłopcy zwracali na nią uwagę. Nawet jeśli tylko ze strachu przed atakiem histerii, który mogła dostać. Sama lubiła na nich patrzeć. Czasem aż za bardzo. Ale o tym Sauriel miał się przekonać dopiero za kilka lat.


RE: [1959-1967, Hogwart] Lubię na ciebie patrzeć - Sauriel - Sauriel Rookwood - 29.07.2023

Strach ma wielkie oczy. A oczy dziecięce były przy tym największe. Czarne, ale lśniące, łykające wszystko z ciekawością, pożądaniem i właśnie nim. Strachem.

Wszystko tutaj krzyczało o sekretach do poznania i smakach do zatracenia się. O kolorach, barwach i doznaniach. Hogwart, mimo trzymania uczniów w swoich murach, był wolnością. I tak jak się bał, tak drżał z ekscytacji na każdą chwilę, jaka będzie tu spędzona. Czy pozna przyjaciół? Czy nauczyciele będą fajni? Czy jak coś napsoci to surowe są kary? Albo czy będą mu kazali siedzieć przy stole, żeby dokończyć to, co już zaczął jeść? Tak było w domu. Tutaj też tak jest? Takiej ilości dzieci nie widział nawet w sierocińcu, w którym się urodził. Jakby chciał ich wszystkie imiona poznać to..! A chciał! Cicho pod nosem próbował przywołać te imiona, które zostały przedstawione przy tiarze przydziału, leciutko wskazując na każdego paluszkiem i wyliczając ich. Tymczasem było jeszcze tyle dzieciaków starszych... ciekawe, czy w ogóle będą chcieli rozmawiać? Na pewno mieli swoje rzeczy do roboty. Mama zawsze miała swoje rzeczy do roboty. Ale to nic! Na razie nie w głowie Sauriela byli starsi koledzy czy koleżanki, jego brzuch był zasupłany przez nerwy nowości i tego, żeby nie pomylił czasem imion siedzących z nich Krukonów. Gdzie to jeszcze Gryfoni, Ślizgoni... och, jejku! Za dużo ich było!

Sauriel przymknął oczy i skulił się, kiedy duch przeleciał nad jego głową i głową jego kolegów, albo przynajmniej przyszłych kolegów, jak miał nadzieje. Otworzył niepewne oczęta, spoglądając w górę - za przejrzystym kształtem dziewczynki, która latała w te i wewte... co jej się stało? Ale fajnie... - pomyślał w pierwszej chwili - też chciałbym latać. Rozchylił wręcz usta w szlachetnego karpika, śledząc te powietrzne pląsy, kiedy kilka pisków dziewczyn poniosło się nad stołem.

- Umarła? - Powtórzył, spoglądając na dziewczynkę obok siebie. Śmierć. Sauriel wiedział dobrze, co znaczy śmierć. Widział ją. To znaczy, że ktoś już nie może być z tobą. Ale przecież Marta tutaj była. Więc jak mogła umrzeć? - H-hej! Poczekaj! - Sauriel tak odruchowo wstał. Poczuł ukłucie - gdzieś w swoim serduszku. W sobie. Było mu szkoda tej dziewczynki. Gadali tutaj głupoty, przecież martwi nie mogli tak latać i się wygłupiać! A ona na pewno chciała tylko się pobawić! Więc zakrzyknął za Martą i znów trochę się skulił, kiedy sok prysnął na wszystkie strony świata. Ale Marta już poleciała dalej, do innych chłopców, innych stolików.

Biedna... tak mi jej szkoda... To chyba miała być ostatnia pozytywna myśl względem Marty, jaką miał stworzyć względem niej.




RE: [1959-1967, Hogwart] Lubię na ciebie patrzeć - Sauriel - Norvel Twonk - 04.08.2023

1961



Dla wielu uczniów Marta Warren była tylko rozhisteryzowanym, przeczulonym na swoim punkcie duchem, ale ona lubiła o sobie myśleć jak o letniej burzy. Pojawiała się niespodziewanie, jak niegroźna, półprzezroczysta chmurka, która przecież nie może przynieść wielkich kłopotów. Chmurka nagle ciemniała, jak skłonny do gwałtownych zmian był charakter Marty. Jednego dnia potrafiła wiele wybaczyć i wydawała się sympatyczną (choć przy tym dziecinną i dość dziwną) kompanką do rozmowy, drugiego byle krzywe spojrzenie lub zbyt cicho wyszeptane zdanie potrafiło doprowadzić ją do głośnego napadu płaczu i histerii.
Zupełnie jak z tymi niegroźnymi chmurkami, które jednego dnia rozganiał po niebie wiatr a innego gęstniały, zaczynały grzmieć a chwilę później spuszczały na świat ulewę. Marta spuszczała ją dosłownie, nurkując w spływach i wystrzeliwując strumieniami wody ze wszystkich kranów i toalet w łazience, w której została zamordowana. Lubiła takie romantyczne porównania, bo dzięki nim łatwiej przychodziło jej usprawiedliwienie swojego zachowania.
Tak jak tego dnia, gdy Sauriel pojawił się na korytarzu na pierwszym piętrze a ten był właśnie zalewany wodą wydobywającą się spod drzwi łazienki dla dziewczyn. Dwie, zupełnie przemoczone gryfonki wypadły z niej kaszląc i krztusząc się wodą.
- Co za psychopatka! – syknęła pierwsza z nich. – Dlaczego nauczyciele pozwalają tej histerycznej kretynce na przebywanie tutaj?
- Dostała szału jak usłyszała, że masz na imię Olivia – wymamrotała druga. – Mam tego dość. Nigdy więcej tu nie przyjdę. Albo siedzi w tej w swojej kabinie i zawodzi, albo wyłania się spod podłogi, albo nurkuje w spływie i… - wzdrygnęła się z obrzydzeniem.
- Szybciej, zanim Filch nas złapie – koleżanka złapała ją za łokieć i pociągnęła w stronę wieży Gryffindoru. Uczennice minęły Sauriela jakby był jedną z metalowych zbroi stojących w kątach.
Wiszące na ścianach obrazy szeptały skonsternowane, naradzając się, kto z nich tym razem powinien pobiec po woźnego. Poza szumem wody, z łazienki dochodził głośny, histeryczny szloch. Kolejni uczniowie, którzy pojawiali się na korytarzu albo szeptali, pokazując na toaletę palcami albo pośpiesznie oddalali się, nie chcąc nawinąć się ani Filchowi, ani Jęczącej Marcie.
Była jednak przynajmniej jedna postać, której cała sytuacja wyraźnie poprawiła humor. Obijając się od obrazu do obrazu, nadciągał Irytek.
- Uuuuu! – zawołał dostrzegając wylewającą się wodę. Zawisł nad Saurielem, posyłając mu przy okazji podłe spojrzenie, jakby wyraźnie planował coś niedobrego. – Marto? Marto!
- Odczep się Irytku! – odkrzyknął płaczliwie duch. Nie tylko płakał, ale od szlochu aż dostał czkawki.
- Zawsze jest tak jest – zamarudził poltergeister. – Pewnie jej któraś powiedziała, że ma okulary jak spodki od szklanek albo że jest gruba albo krościasta – kolejne słowa wypowiadał ciszej, jakby dzielił się z krukonem jakimś sekretem.
Ale coś w jego wzroku, w sposobie, w który unosił się i opadał, wskazywało na to, że nie ma dobrych intencji. Wreszcie jego usta rozszerzyły się w złośliwym uśmieszku.
- Marto! Marto! – zawołał znowu. – Chodzi o to, że ktoś cię nazwał krościastą? Czy grubą? A może jęczącą? – pytał fałszywie przyjaznym głosem. – Tutaj jeden krukon mówi, że jesteś krościasta i gruba, ale moim zdaniem… – reszta słów Irytka właściwie utonęła w głośnym i coraz wścieklejszym zawodzeniu ducha.
A potem Jęcząca Marta wyłoniła się z łazienki. Ale czy natknęła się na Sauriela zależało tylko od tego, czy został na korytarzu, czy też zdążył czmychnąć.


RE: [1959-1967, Hogwart] Lubię na ciebie patrzeć - Sauriel - Sauriel Rookwood - 10.08.2023

Brak stabilności emocjonalnej i mentalnej nie był dla nikogo zdrowy. Tylko jak tu mówić o zdrowiu, kiedy jest się duchem? Albo może właśnie trzeba było mówić o tym TYM BARDZIEJ? Tym głośniej, tym mocniej? Duchowi odmawiano ludzkich przyjemności, trzymały się kotwicy pomiędzy tym światem a Limbo. Jedyne co miały to swój umysł. Czy dało się nie oszaleć trwając przez wieki w ludzkiej powłoce niezdolnej do zmiany, noszącej przez cały czas znamiona własnej śmierci? Nie był to stan zdrowy dla tej osoby, nie był też zdrowy dla otoczenia osób, wśród których się przewijał. Sauriel nie był na tyle mądry, żeby pojmować duchy i prawda była taka, że się ich obawiał. To nie był strach, który by przeżerał, ale wolał, kiedy nie zwracał na nie uwagi, zajęty swoim życiem, swoimi próbami dopasowania się do świata czarodziejów i wytyczenia w nim własnych ścieżek. Spoglądał na świat dużymi, czarnymi oczami i próbował się go nauczyć. Na życie. Duchy zaś do świata żywych się nie zaliczały. Czasami jednak przepływały przed oczami, nawet mówiły, rozmawiały z uczniami, ale jakoś omijały czarnowłosego Kota, który potrafił nawet przed ich wzrokiem umykać w cieniach ścian tej wspaniałej instytucji, jaką szkoła była. Marta, na którą wszyscy tak narzekali i biadolili nie była wcale jednym z wyjątków. Wręcz przeciwnie - biorąc pod uwagę jej impulsywność była tylko powodem, żeby unikać jej nawet bardziej. Nie miał z nią wiele do czynienia. Ten jeden jedyny raz, kiedy wzbudziła w nim tyle współczucia, że pragnął jej pomóc, umknął z pamięci dziecka. Zapisał się, owszem. Nie była to jednak rycina, która wpisywałaby się w pierwsze strony gazet. Mały dopisek, gdzieś na końcu, gdzie publikowane są ogłoszenia i reklamy, więc mały artykuł ginie w zawiasach całości. Dzieci podobno pamiętały dobrze. Skutecznie też jednak zapominały. W mirażu doznań, w zatopieniu barw i smaków, wszystko łątwo zbijało się w jedną pulpę wspomnień. Może kiedyś ją rozparcelujemy, ale to nie był ten dzień.

Albo może to właśnie ten..?

Otworzyły się szerzej dziecięce oczy ze zdziwienia, kiedy wszedł na piętro, a jego nogi nie stanęły na pewnym gruncie. Nie, ten grunt był całkowicie niestały, chociaż podłoga swojej struktury nie zmieniła to zalewały ją fale wody. Nabrał powietrza w płuca, jakby chciał zadać to jakże mądre pytanie "a co tu się stało?", ale żaden dźwięk nie wydobył się z jego płuc. Podniósł wzrok opuszczony pod swoje nogi, którymi przetuptał w miejscu i w końcu cofnął się, chcąc umknąć przed goniącą go falą wody. Zostawił za sobą mokre plamy. Odruchowo przygarnął do siebie torbę założoną na ramię, chcąc chronić wszystko, co zawierała. Jego cenne notatki i zapiski nutowe, podręczniki, które pozwalały się uczyć i zagłębiać wiedzę i magie Hogwartu. Gryfonki, które zobaczył, wyglądały, jakby postanowiły się wykąpać w biały dzień, w swoich szatach i jeszcze ze swoimi rzeczami. I pewnie im też powinien współczuć. I współczuł. Tylko że wyglądało to... no wyglądało dość kuriozalnie. I strasznie dodatkowo, bo przecież co, jeśli on i jego rzeczy też tak skończą? Chciał znowu się odezwać, zaproponować im może pomoc, ale stał jak ten ciołek na tym korytarzu, patrzył i słuchał, zmrożony i z jednej strony mając myśl, że przecież to nie była jego sprawa, że dziewczyny pewnie coś narozrabiały. Tak powinien myśleć, zdecydowanie. Dźwięk znów zaginął mu w gardle i nigdy z tej gardzieli się nie wydostał.

Dziewczyny minęły go dokładnie tak, jak on mijał duchy. Jakby w ogóle go tam nie było.

Obejrzał się za nimi z lekkim żalem i smutkiem, że to znowu się stało. A potem wolnym i niepewnym krokiem, pośród szeptów i półsłówek obrazów, między ich naradami, podszedł do łazienki, z której dochodził dziewczęcy płacz. I podskoczył jak zbrodniarz, złodziej, który zakradał się właśnie do kusząco otwartych drzwi skarbca, kiedy usłyszał głos Irytka. Poślizgnął się na podłodze, ale zdążył złapać drzwi, żeby nie wyrżnąć. Czy takie słowa naprawdę powiedziały tamte dziewczyny? Irytek - każdy go znał. I każdy go nie lubił. Płatał dowcipy bez żadnego opamiętania, które raniły i krzywdziły. Ale jakoś Saurielowi powoli było to obojętne. Przynajmniej dopóki nie dotykały jego. Bo ten... ten miał go dotknąć.

- Nic takiego nie powiedziałem! - Obruszył się, ale trochę ze strachem. Puścił drzwi, które były jego podporą, ale zanim zdążył się wycofać to przez moment stanął twarzą twarz ze wściekłą i zrozpaczoną Martą. Zimno duchów nigdy nie było przyjemne.




RE: [1959-1967, Hogwart] Lubię na ciebie patrzeć - Sauriel - Norvel Twonk - 15.08.2023

1966



Szum wody przyciągał Martę Warren jak magnes. Ktoś postronny powiedziałby, że to przez to, że umarła w toalecie, że zmuszono ją do powrotu do Hogwartu (wszystko przez tę złośliwą jędzę Oliwię Hornby!), że rezydowała w najmniej uczęszczanej łazience w całej szkole.
Ale Marta wiedziała, że sprawa nie była aż tak banalna i prosta. Lubiła szum wody już za swojego życia. Lubiła zanurzać się w ciepłej, pełnej piany wannie i fantazjować o niebieskich migdałach. Kiedy uciekała do łazienki, żeby się wypłakać, wybierała to konkretne miejsce nie tylko dlatego, że mało kto je odwiedzał, ale ponieważ czuła się tu bezpiecznie. Gdyby ktoś ją zapytał – ale ludzie jakoś rzadko pytali duchy o to, co lubią a czego nie lubią - przyznałaby się nawet, że jeśli czegoś naprawdę brakowało jej z cielesnego życia to były to właśnie kąpiele.
No i chłopcy.
Marta lubiła chłopców. Nie uważała by było w tym coś dziwnego. Albo osobliwego. Większość dziewczyn lubiła chłopców. Marta czasami się nawet zakochiwała. Zauroczała się niektórymi uczniami Hogwartu. Obserwowała ich z daleka, rzadziej decydując się na rozmowę i jakoś tak starając się być trochę… trochę ładniejsza, mądrzejsza i bardziej opanowana w ich obecności? Kiedy ktoś jej się podobał, stawała się bardzo obsesyjna. Chętnie opowiadała sobie w głowie, że to ten, ten właściwy chłopak. Jeszcze tylko fajnie by było jakby szybko umarł, a wtedy mogliby już na zawsze być razem.
Ale nie umierali. Dorastali i opuszczali mury Hogwartu. Czasem spotykała jeszcze niektórych, jak już byli całkiem dorośli i nie potrafiła zajść w głowę, co też jej się w nich tak podobało lata wcześniej.
Ostatnio cichą obsesją Marty stał się Sauriel. Lubiła na niego patrzeć. Lubiła obserwować, jak się poruszał. Lubiła słuchać jego głosu. Kibicowała mu, gdy wdawał się w draki z innymi uczniami.
Wreszcie… lubiła go podglądać.
Nie, nie z daleka. Lubiła go podglądać z całkiem bliska. Nie była może na tyle odważna, żeby nagle stanąć przed nim, gdy brał prysznic (nie była nawet na tyle odważna by stanąć za nim i popatrzeć w dół), ale lubiła przyczaić się w kącie i patrzeć na jego plecy, przesunąć dłonią po leżącym na krześle suchym ręczniku z wiedzą, że przecież potem się tym ręcznikiem owinie.
Sama nie wiedziała co tamtego dnia skłoniło ją do wyjątkowej śmiałości. Może chodziło o to, że to była już późna pora? Że był sam w łazience? Że stał pod prysznicem wyjątkowo długo a woda gorącymi strumieniami chłostała jego ciało? Albo że wydawał się smutny? A Marta bardzo nie chciała by był smutny?
Podfrunęła bliżej ku niemu. Bezszelestnie, na wyciągnięcie ręki, zawisła za jego plecami. Wyciągnęła rękę, jakby chciała go dotknąć. Ale gdy palce Marty przeniknęły przez obojczyk Sauriela, opuściła ją cała odwaga i dosłownie, zapadła się pod ziemię. Zrozumiała, że trzeba było poczekać aż wyjdzie spod prysznica, aż owinie się ręcznikiem, przefrunąć niby przypadkiem przez drzwi i wtedy zagadać. Ale szansa bezpowrotnie przepadła.
Na metalowym kranie, na ułamek sekundy, Rookwood mógł tylko dostrzec jej znikający cień.


RE: [1959-1967, Hogwart] Lubię na ciebie patrzeć - Sauriel - Sauriel Rookwood - 16.08.2023

Przez lata zmieniło się wiele rzeczy. Sauriel się zmienił. Mimo tego, że był niepewny wobec ludzi, niekoniecznie potrafił się odnaleźć w towarzystwie, więc trzymał na uboczu, mimo że był cichy to nie był na pewno typem dziecka, które pozwalało sobie wejść na głowę. I to wyszło bardzo szybko. Jego agresywne zachowania, kiedy wydawało się komuś, że może jak najbardziej ponaśmiewać się z Czarnego Kota. A potem lądował na ziemi z obitą twarzą, żeby potem Sauriel wylądował na dywaniku u potwornego woźnego, który na skórze dzieci potrafił pozostawiać blizny. Zebrał ich z Hogwartu całkiem pokaźną kolekcję. Tak to się jakoś rozwijało. Jakoś leciało. Na gorsze - tak by raczej powiedzieli o Saurielu jego koledzy z rocznika, czy ci, z którymi miał styczność. Pod czarne, nigdy nieuczesane równo włosy wpełzało przekonanie, że jeśli sobie miejsca nie wywalczysz to nie będziesz miał żadnego. To się tyczyło ludzi. Co zaś tyczyło się duchów...

Rookwood duchów nie lubił i z biegiem lat nie lubił ich tylko bardziej. Zimne, martwe, brr. Nie to, że się ich bał, ale im nie mógł przyłożyć, jeśli coś mu się nie podobało. Ich się nie dało zastraszyć, jeśli chciał mieć święty spokój. One się nie bały - tak uważał. Chodziły zawsze swoimi ścieżkami, robiły to, co chciały i co im się żywnie podobało. Granice? Respektowanie kogoś czy czegoś? ha... Może niektóre z nich. Nie zadawał się z nimi jednak na tyle blisko, żeby to odczuć. Co najwyżej słyszał, że z tym się da o tym pogadać, a z tym o tamtym, ale to prawie jak gadanie z portretami. W głowie Sauriela duchy były upierdliwe i najlepiej było je zostawić w spokoju, tak samo jak i portrety. O zgrozo, to były te rodzaje magii, które rozsadzały jego mózg. Nie, nie i jeszcze raz nie. Niech sobie wszyscy wokół z nimi gadają, dogadują się, szanują je albo zachwycają, jakie to historie mieli do opowiedzenia.

Marta, z nich wszystkich, była najzabawniejsza.

Doskonale wpasowywała się w dojrzewającą filozofię Sauriela o tym, że duchy nie istnieją. Że możesz obok nich przechodzić i zupełnie się nimi nie przejmować, to one nie będą przejmować się tobą. A w końcu w przemykaniu między cieniami był bardzo dobry. To była kolejna rzecz, która dojrzewała. Oprócz tych dwóch spotkań za bycia knypkiem nie miał z nią żadnych innych. Nie chciał o niej słuchać, kpił sobie z tych wstydliwych historii, że jest podglądaczką i machał ręką, jak ktoś chciał o niej podjąć temat. Jak to w większości przypadków - po prostu go to nie interesowało. Przynajmniej wtedy. Bo jeśli tematem się zainteresujesz to należało przyznać, że to, co udawałeś, że nie istnieje, stawało się całkowicie realne... prawda? Tak się chyba lepiej żyło wszystkim - mijając się. I jakoś z Martą też się mijał i nie gościła w jego myślach. Ani kiedy czas miał i zastanawiał się nad sensem życia i śmierci, ani wtedy, kiedy chodził pod prysznic. Tego dnia również nie sądził, że może być podglądany.

Woda była często przyjemna. Pomagała zmyć z siebie dzień, ale pomagała też ukoić myśli. Przyjemnie smagała rozgrzane tego dnia od słońca ciało, po długim wylegiwaniu się na błoniach. Studziła myśli, rozpalone. Chłodziła nabitego siniaka po szarpaninie. Kiedy byli tutaj inni to lepiej było szybko się umyć i wracać do dormitorium. Ale teraz? Przy tej pustce? Powinien przychodzić tak częściej - wcześniej, kiedy jeszcze nikogo nie goni do szykowania się na kolejny dzień. W drugim wymiarze - później, kiedy już groziło, że woźny będzie się za tobą uganiać. I nie mąciła jego myśli wizja, że ktoś go będzie podglądał. Że czyjeś oczy go właśnie śledziły, kiedy opierał się o zimne kafle. Gdy przesuwał dłonią po włosach czarnych jak noc, żeby je zaczesać do tyłu. Gdy napinały się jego mięśnie, kiedy się wyprostował, żeby zmienić swoją pozycję i oprzeć ciężar ciała na drugiej nodze. Sięgnąć po mydło, które pianą przysłoniło jego opaloną lekko od słońca skórę. Czyje to było błogosławieństwo? Jego? Jej? Pewnie jej. Że mogła popatrzeć.

Zmroziło go całkowicie, kiedy niewidzialna ręka przeszła przez jego ciało i naprężył się jak struna. Ale kiedy się obrócił - nikogo już tam nie było. Tylko cień, który umknął i pozostawił po sobie ten obrzydliwy chłód. Już wtedy Sauriel zaczynał krzywić się tak, jak krzywił się po dziś dzień. Tylko wtedy... wtedy było jeszcze to w minimalnej ilości.

Bardzo szybko dokończył resztę prysznica i owinął się tym samym ręcznikiem, który chciała dotykać Marta, zanim wyszedł z łazienki.




RE: [1959-1967, Hogwart] Lubię na ciebie patrzeć - Sauriel - Norvel Twonk - 19.08.2023

1967



Wszystko miało swój koniec. To nie była pocieszająca myśl, ale Marta Warren – jako duch z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem, wiedziała o tym aż za dobrze. Przetrwała już kilkadziesiąt takich końców i chociaż zawsze wydawały jej się wydarzeniami smutnymi i tragicznymi, to jednocześnie były… naturalną koleją rzeczy.
Ten kolejny nadszedł dla niej pewnego upalnego czerwcowego wieczora 1967 roku. Marta wisiała w górnym rogu Wielkiej Sali i obserwowała jedzących pożegnalną ucztę uczniów. Była nieruchoma, znowu smutna, z niezadowolonym grymasem wypisanym na półprzezroczystej, okrągłej twarzy. Tym właśnie różniły się dla niej zakończenia roku szkolnego od jego początku. W czasie tamtych czuła się częścią większej społeczności, nieodzownym fragmentem malowniczego krajobrazu Hogwartu. Podczas uczt pożegnalnych było zupełnie inaczej. Jak żadnego innego dnia, docierało do niej, że była kompletnie zbędna. Uczniowie dorastali i opuszczali mury Hogwartu a ona ciągle pozostawała… tylko drugoroczną krukonką.
Lata się zmieniały, mijane twarze, rysujące się na twarzach profesorów zmarszczki pogłębiały – ale ona pozostawała taka sama. Tamtego wieczoru nawet nie ukrywała, że obserwuje siedzącego za stołem Sauriela. Wierciła wzrokiem jego plecy, zastanawiając się dlaczego musiał dorosnąć. A potem nawiedziła ją jeszcze jedna, bardzo przykra myśl, że jeśli kiedyś jeszcze się spotkają to on będzie już mężczyzną w średnim wieku i wcale nie będzie taki śliczny jak teraz. Może nawet go nie rozpozna, albo rozpozna i będzie się wstydziła, że kiedyś tak głęboko siedział w jej głowie, że wyobrażała sobie, jakby to było, gdyby tylko umarł w odpowiednim czasie.
Marta skrzywiła się brzydko, gdy niedaleko niej przeleciał chichoczący Irytek. O jak bardzo nienawidziła tego samolubnego poltergeista! Ale patrząc na niego dotarło do niej, że tak właściwie to już nie musiała się ukrywać.
Sauriel i tak nie zrozumie, ale dla niej to będzie jakieś takie pożegnanie?
Zaczekała aż wyjdzie z Wielkiej Sali i skieruje się ku dormitorium. Wypatrywała go z końca korytarza by, gdy tylko zdobyła się na odwagę, ruszyć w jego stronę. Sunęła w jego kierunku. Marta chciałaby, żeby patrząc na nią, Sauriel użył słowa: „majestatycznie”, ale równie dobrze mogła wyglądać jak zwykle. Po prostu płynęła przez korytarz. W jej głowie szumiało. Chciała mu coś powiedzieć. Nic zdrożnego. Nic wrednego lub wstydliwego.
Raczej jakieś takie: Znam cię i lubię. Jesteś fajnym chłopakiem, wiesz? Dasz sobie radę w życiu! Wierzę w ciebie! Chciałabym dorosnąć razem z tobą. Chciałabym…
Ale się nie odezwała. Zamiast tego skrzywiła się, jakby szykowała do wybuchu histerycznego płaczu i przepłynęła przez Sauriela. Żegnaj, Czarny Kocie, pomyślała w chwili, w której przeniknęła przez jego ciało (a Rookwooda nawiedziło uczucie jakby ktoś wylał na niego kubeł zimnej wody). A potem czmychnęła do swojej łazienki, by w ulubionej kabinie zanieść się szlochem.


RE: [1959-1967, Hogwart] Lubię na ciebie patrzeć - Sauriel - Sauriel Rookwood - 20.08.2023

Żałował, że szkoła się kończyła. Była jak wakacje. Jedne, długie wakacje, po których trzeba wrócić do codzienności. Do domu. Tutaj miał swoje miejsce. Tutaj byli ludzie, których lubił i którzy tworzyli tę hermetyczną, bezpieczną społeczność. Profesorowie, którzy go lubili albo i nie, niektórzy go karali, ale niektórzy pomagali. Sprawiali, że ten świat chociaż przez kilka chwil stawał się lepszym miejscem. W jego klatce piersiowej pulsowało już to uczucie tęsknoty, chociaż jego nogi nadal przechadzały się tymi starymi, pięknymi korytarzami. Chłodnymi. W Hogwarcie niemal zawsze było chłodno, kiedy wychodziło się poza główną część zamku i stawało w przejściach, gdzie nie było nawet szyb. Tylko wycięcie o pięknych zwieńczeniach w kamiennych ścianach i widok na coś wspaniałego. Bo przecież teren otaczający ten zamek był magiczny. Nawet jeśli Sauriel wolał go podziwiać z tego bezpiecznego miejsca. Jak teraz. Nagle wszystkiego było mu za mało i nagle nawet duchy Hogwartu przestawały być takie straszne, wszędobylskie i przeszkadzające. Ach, niech stracę! Był w stanie nawet przyznać, że będzie mu brakowało woźnego! Nawiedzone Marty, która zalewała łazienki. Nawet smętnie się uśmiechnął pod nosem. Jeszcze nie wystawił kroku poza mury, a ta nostalgia i tęsknota naprawdę obejmowały go ramionami jak naga kochanka. Wiesz, przez te objęcia, że coś się musi skończyć, żeby w końcu przygotować się do nowego dnia po długiej i upojnej nocy. Nie to, żeby akurat Rookwood cokolwiek o kochankach wiedział. Zawsze poświęcał więcej czasu swojej gitarze niż jakiejkolwiek z dziewcząt.

I nie chciał odchodzić, a nie mógł zostać. Może gdybym bardziej się przyłożył to mógłbym tu wrócić..? Zostać profesorem, związać się z tym miejscem na dobre. Pozostawać daleko od swojej szalonej rodziny. Piękna myśl - tylko nierealna. Nic, co wiązało się wymknięciem z ramion rodziny nie było realne. Pompowany poczuciem straty, którą niebawem dozna, nawet nie miał nastroju żegnać się ze wszystkimi. Tam były teraz płacze, wzruszenia, "piękno pożegnań", bo przecież wszyscy się spotkamy po Hogwarcie, albo zrobimy zjazd absolwentów! Ta... zrobimy. Tylko po co? Okazywało się, że można tęsknić nawet za tymi, których nie lubiłeś. I to było całkowicie nowe odkrycie dla czarnowłosego. Zresztą teraz, z perspektywy czasu, nikt nie był aż tak straszny, żeby psy na nim wieszać. Niektórzy co najwyżej musieli mocniej dostać w nos, żeby sobie przypomnieli, gdzie ich miejsce. Czyli tam, gdzie Sauriel miał lepszy humor i mu go nie burzyli.

Nawet jego wędrówka miała swój koniec, bo zaprowadziła go do Wielkiej Sali.

Wszędzie panował hałas, owacje, radości, a on smętniał. Serce uderzało tak nieprzyjemnie ciężko, głowa była pusta, w brzuchu zalegały kamienie ciągnące w dół. To był jednak najlepszy posiłek jego życia. Ta ostatnia kolacja, jaką przyszło mu tutaj zjeść.

Jedno z tych pożegnań, jakie miało miejsce, nie miało mieć jakiejkolwiek obietnicy następnego spotkania. Sauriel był tak bardzo nieświadom tego, co działo się w głowie Marty. Ale przecież to i lepiej. Gdzie on miałby sobie nią głowę zawracać? Dziewczyna skazana była na powtarzanie tego samego schematu - uniesienie serca, które zakończy się zawsze taką samą goryczą. Bo nawet jeśli trafi na chłopca pozbawionego oporu przed trzymaniem z duchami, to nigdy nie dotknie niczyjego ciała, nigdy nie dojrzenie, nigdy nie przeżyje miłości. A nawet jeśli to tak się stanie - jej miłość się zestarzeje. Umrze. Czy jeśli nie mogę go mieć - mogę zabrać go ze sobą? Naturalna myśl kwitła w głowie, kiedy taka gorycz raz za razem zalewała myśli. Czarne oczy uniosły się na Płaczącą Martę. Wiecznie smutną, wiecznie problematyczną, wiecznie robiącą sceny. Nie była nawet ładna. I na pewno nie była dziewczyną, na którą czarnowłosy by spojrzał. Chociażby dlatego, że była... dzieckiem.

- Sz kurw... MARTAA! - Ryknął ze złości, kiedy dziewczyna nagle zanurkowała, chociaż on już właściwie gotów był przystanąć, mając wrażenie, że dziewczynka czegoś od niego chce. Taki miał dobry dzień - nawet chciał się zatrzymać. Przed duchem! Nienawidził tego zimna, o jak on go nienawidził! Obrócił się ze złością za nią, ale ona już zniknęła. Jak zawsze.

Sauriel nie lubił zimna i nie lubił Jęczącej Marty. Był w końcu kotem.

Koty lubiły tylko ciepło.


Koniec sesji