![]() |
|
[26.11.1970] Ezechiel & Noémie - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [26.11.1970] Ezechiel & Noémie (/showthread.php?tid=1407) Strony:
1
2
|
[26.11.1970] Ezechiel & Noémie - Ezechiel von Jundegingen - 21.05.2023 To nie miało tak wyglądać. To absolutnie nie miało tak wyglądać. Przyjechał do Londynu, by nauczyć się więcej o magii leczniczej. Tak, udało mu się odnaleźć profesora, który daje mu prywatne lekcje. Tak, udało mu się dostać własny gabinet do praktyki własnej. Ale gdyby tylko mógł, z całym szacunkiem i wdzięcznością podziękowałby za tą szansę i zwiał do domu. Chciał być lekarzem. Lekarzem ludzi potrzebujących. Nie magicznych nazistów! Gdy przyjechał do Wielkiej Brytanii, nastroje związane z czystością krwi były bardzo podbuzowane. Gdyby tylko wcześniej wiedział o sytuacji politycznej, nie opuszczałby domu za nic w świecie. Teraz jednak nie tylko znajdował się w najniebezpieczniejszym miejscu, ale i był podnóżkiem Adolfa... to znaczy Voldemorta. Mówią, że wrogów trzymać blisko. Ale Ezechiel bardzo dziękował za takie rady i wolał siedzieć w swojej norze. Jego gabinet był całkiem przestronny i posiadał spore zaplecze medycznych przyrządów oraz składników eliksirów. Gdy nie miał lekcji, ani nie odbywały się żadne ciekawe seminaria dla uzdrowicieli, siedział tutaj i warzył przydatne mikstury. Wtem jakiś rozległ się na korytarzu. Zapewne kolejny "pacjent". Ezechiel zapiął guziki swojej białej szaty i ubrał rękawiczki. Cóż tym razem miał dla niego los. RE: [18.11.1970] Ezechiel & Noémie - Noémie Delacour - 22.05.2023 Noémie przebywała w Londynie od dobrych ośmiu lat, przybyła w roku 1962, jednak wciąż jej czegoś brakowało. Owszem skupiała się przez ten cały czas na rozwoju swojej sztuki, tworzyła coraz więcej dzieł, część z nich była lepsza część trochę gorsza, jednak wszystkie balansowały na granicy bycia przerażającymi lub wyuzdanymi. Jednak to nie zaspokajało jej wszystkich potrzeb, po części miała wrażenie, że mimo wszystko dalej się nudzi, a po części niezmiernie irytowali ją mugole, a jeszcze bardziej przyzwolenie niektórych czarodziejów na bratanie się z nimi i rozrzedzanie tej tak niezwykle cennej czarodziejskiej krwi. Cóż jednak mogła zrobić poza przyglądaniem się temu co dzieje się w tej czarodziejskiej części Londynu. Zmianę przyniósł dopiero rok 1970. Stwierdzenie 'nowy rok, nowa ja' zdecydowanie tutaj pasował. Lord Voldemort, Czarny Pan, pokazał ścieżkę, którą należy podążać. Ścieżkę dla odważnych, nie obawiających się brać garściami tego co im się słusznie należy, w zamian za posłuszeństwo. W końcu ktoś kto mówił językiem Noémie, kto poza tym był potężnym czarodziejem, któremu warto było oddać swoje umiejętności i lojalność. Tego dnia, 18 listopada, Noémie dopadła w końcu wielbiciela mugoli, którego zauważyła na jednej ze swoich wystaw. Usłyszała przypadkiem jak kilkukrotnie wypowiadał się pozytywnie o mugolach. Od tego czasu zaczęła go śledzić, niczym drapieżnik czyhający na swoją ofiarę. Poznała jego zwyczaje i rozkład dnia. Aż wreszcie go dopadła nocną porą, w jednej z bardziej opuszczonych londyńskich alejek. Tam zakończyła tan marny żywot wielbiciela mugoli, wszystko ku chwale Czarnego Pana. Swoim ulubionym zaklęciem Sectumsempra pozbawiała go kończyn, uszu, a na końcu głowy. Zadowolona przypatrywała się swoijemu dziełu czerpiąc inspiracje na następne obrazy. Jednak nie obyło się bez urazów na ramieniu i udzie. Czarny Pan jednak dbał o tych co mu służyli, Noémie znała adres, gdzie może się udac w razie odniesionych ran i tam skierowała właśnie swoje kroki. Jak tylko weszła i przekroczyła próg gabinetu i wbiła swoje ciemne oczy w mężczyznę, który nie wyglądał na najbardziej pewnego siebie osobnika na świecie, powiedziała -Potrafisz zagoić rany, tak by nie było żadnego śladu, prawda? Szkoda byłoby takiego ciała, jak dzieło sztuki.- ze swoim francuskim akcentem. RE: [26.11.1970] Ezechiel & Noémie - Ezechiel von Jundegingen - 22.05.2023 Ezechiel spodziewał się kolejnego rasisty, który postanowił wyżyć się na mugolakach w najgłupszy możliwy sposób. Jeszcze wczoraj wyciągał drzazgi z ręki typa mającego na koncie atak deską oderwaną z ławki w parku. Prawdziwy czarodziej, rzeczywiście. Uzdrowiciel zastygł więc w miejscu widząc nie kolejnego mężczyznę z problemami emocjonalnymi a kobietę. Co ważne — kobietę inną niż panna Rookwood. Pań w tym gronie było znacznie mniej, przez co Ezechiel jeszcze nie miał wypracowanych scenariuszy działania ani charakterystyce podstawowych typów. — Uhm... T-tak, gdzie te rany się znajdują? W zależności od umiejscowienia, zaprosił kobietę na fotel lub stół zabiegowy — tak, by było jej wygodniej. Sam sięgnął po odpowiednie mikstury. Fiolki różnych eliksirów zaczęły lewitować wokół niego. Złapał też kilka liści tajemniczej rośliny. W końcu podszedł do Noémie, by obejrzeć, z czym dokładnie ma do czynienia. RE: [26.11.1970] Ezechiel & Noémie - Noémie Delacour - 23.05.2023 Oczywiście można zaatakować kogoś zwyczajną deską oderwaną z oparcia ławki, jednak takiemu atakowi brakuje tej prawdziwie artystycznej finezji. Można też posługiwać się magią tylko i wyłącznie jednak na takie podejście wielu czarodziejów może być przygotowanych. Najbardziej ciekawe estetycznie daje chyba podejście eklektyczne jak zwykła mawiać Noémie, czyli połączenie magii i tortur przedmiotami codziennego użytku. Kobiet faktycznie było mniej, niemniej nie znaczyło to, że i niektóre z nich nie miały odwagi by służyć i dzięki służbie uzyskać prawdziwą moc. Choć niewątpliwie od kobiet wymagało to dużej siły charakteru. Kto wie czy nie większej z powodu tego jak skonstruowany był świat. Widać było, że medyk był zdziwiony jej obecnością. I świadczyło to zazwyczaj o jednym z dwóch - albo o tym, że była kobietą, albo o tym, że jej rysy twarzy lub kolor skóry wyglądały egzotycznie. Często o jednym i o drugim. Lepiej będzie na stole zabiegowym więc tam skierowała się kobieta by się na nim położyć. -Lewe ramię i prawe udo powiedziała dając medykowi jasne wskazówki, gdzie ma szukać zranień. Obydwa przypominały najbardziej podłużne rany cięte. RE: [26.11.1970] Ezechiel & Noémie - Ezechiel von Jundegingen - 23.05.2023 Jedną z najlepszych rzeczy, jakie wnosiła magia do leczenia, była możliwość zignorowania odzieży. Mugole musieli zająć się przedziurawionym materiałem, którego fragmenty wsiąkały w ranę. Czarodzieje mieli robiące to za nich zaklęcia i mikstury. I to bez obaw o zakażenie. Ezechiel złapał za jedną z większych buteleczek latających wokół niego. Zakończona była rozpylaczem. Spryskał ranę na ramieniu eliksirem odkażającym. W przeciwieństwie do mugolskich środków, mikstura powodowała delikatnie uczucie chłodu. Żadnego szczypania, czy innych nieprzyjemności. Czarodziej przyjrzał się ranie, by ocenić głębokość, ale stanowiła ona problemu. Zdecydowanie mogło obyć się bez szycia. Przyłożył delikatnie jeden z liści do rany. Miało to pobudzić regenerację tkanki. — Enervate. Przesunął różdżką powoli wzdłóż rany, a ta zasklepiła się nie zostawiając po sobie blizny, ani bólu. Ezechiel obszedł pacjentkę wokół, by dotrzeć do uda. Sytuacja wyglądała podobnie, więc wykonał dokładnie te same czynności. Jeśli sytuacja tego wymagała, rzucił też reparo na ewentualne przecięcia w ubraniu czarownicy. Podczas udzielania pomocy zwrócił też uwagę, czy na przedramieniu ma ona widoczny Mroczny Znak. W końcu Śmierciożercy mieli być tutaj traktowani wyjątkowo, a zawsze bał się pytać wprost. — Czy mogę pomóc w czymś jeszcze? — spytał. Kiedyś zamiast tego zwrotu użył "Czy coś jeszcze panu dolega?" i w odpowiedzi dostał "Ty mi dolegasz" i pięść w nos, dlatego wysilając szare komórki zaczął posługiwać się czymś bardziej pasującym do jego służalczego stanowiska. Wyrzucił zużyte liście do kosza, a latające fiolki oddelegował na miejsce. Niestety jedna z nich odbiła się od innej i upadły razem na podłogę zbijając się. Co dziwniejsze, gdy ich zawartość się zmieszała, stworzyła nieduży płomień. Ezechiel zapowietrzył się i przeklął po niemiecku. — Najmocniej p-przepraszam... T-to nic takiego... Prawie rzucił się na ogień, by osłonić ten widok własnym ciałem. Jak w ogóle mógł dopuścić do takiego wypadku! Ściągnął swój płaszcz i zaczął nim gasić pożar (a raczej pożarek), który niespecjalnie chciał przerwać swoją egzystencję. Ezechiel podejrzewał, że cała mieszanka musi się wypalić, by ogień zniknął, ale zdecydowanie nie mógł na to czekać. Nie na oczach pacjentki! RE: [26.11.1970] Ezechiel & Noémie - Noémie Delacour - 26.05.2023 Możliwość zignorowania i tracenia czasu na pozbywanie się odzieży było niewątpliwą zaletą i ułatwiało całą medyczną procedurę jak i skracało jej czas. Same plusy. Noémie przyglądała się poczynaniom medyka, wyglądało jednak na to, że wie co robi, każdy jego ruch wydawał się być pewny i sprawny. Dobrze wiedzieć na przyszłość, że z usług tego medyka można będzie swobodnie korzystać. Noémie nie należała do osób, która krzywiła się przy każdym bólu, a tutaj nawet nie odczuwała nic takiego. Jedynie lekki chłód. A blizna nawet się nie pojawiła. Takie same sprawne wykonanie czynności medycznych przy udzie, również zakończyło się niezwykle pozytywnie, a na konieć jej ubranie zostało naprawione przy użyciu reparo. Ponieważ miało być to miejsce, gdzie Śmierciożercy mieli być dobrze, a wręcz priorytetowo traktowani, przedstawiła więc znajdujący się na przedramieniu Mroczny Znak. Lepiej, żeby nie miał wątpliwości z kim ma do czynienia, żeby też nie przyszły mu żadne głupie pomysły do głowy, na dobrą sprawę go nie znała przecież. Nie oznaczało to jednak, że nie mogła rzucić komplementem. -Widzę, że magia lecznicza nie ma przed Tobą tajemnic, mon chéri odparła unosząc kąciki ust do góry w geście osobliwego uśmiechu i wbiła spojrzenie w mężczyznę. -Chyba wszystko ze mną w porządku poza tym rzuciła i obserwowała poczynania mężczyzny. -Poza tym, że mnie tutaj nie było tej uroczej nocy... powiedziała zawieszając głos i nie odrywając spojrzenia swoich czarnych oczu z mężczyzny. Kolejne kilka chwil utwierdziło kobietę w przekonaniu, że mężczyzna raczej nie do końca panował nad swoimi ruchami. Postawiła nogi na ziemi i powoli skierowała się w kierunku medyka, przechyliła głowę na bok i położyła swoją dłoń na jego policzku. -Stres, mon chéri? RE: [26.11.1970] Ezechiel & Noémie - Ezechiel von Jundegingen - 26.05.2023 Mroczny Znak był jak legitymacja członkowska. Pokazujesz odpowiednim służbom i cyk, darmowe usługi. Bycie Śmierciożercą miało wiele interesujących bonusów, które nie widniały w ofercie pracy, bo w końcu nie o to tu chodziło. Pomijając, że żadnych ofert nie było, a to nie praca, tylko powołanie. — Ahm... Uhm... T-tak jakby... Dziękuję... — wybąkał nie spodziewając się komplementu. Wykonał poprawnie swoją robotę. A brak kontaktu z miłym słowem od dłuższego czasu sprawiło, że teraz każde takie wydawało mu się o wiele nad wyraz. — Nocy...? — Dopytał, wciągając się w konwersację. Nie robił tego. Unikał. Ale kobieta miała bardzo przyjazne nastawienie i jej ciepły głos zachęcił czarodzieja do odpowiedzi. Być może przez to doszło do tragedii z eliksirami? Jak dobrze, że fiolki już się stłukły, inaczej mogło by dość do jeszcze większego zawirowania, gdy kobieta zainicjowała kontakt fizyczny. Szczęśliwie, Ez nie oberwał tu jeszcze ani razu, czy to od różdżki, czy od ręki. Jego służalcze podejście oraz niedocenione umiejętności sprawiały, że nawet najbardziej agresywny jegomość wolał zachować lekarza w dobrym stanie. Poza tym, za wszelkie uszczerbki na jego zdrowiu odpowiadaliby przed panną Rookwood. — B-być może... — odpowiedział i odsunął się. Bezsensownie powachlował jeszcze płaszczem czując, jak krew odchodzi mu od głowy. Przestraszył się gestu Noémie i nawet nie wiedział, że na jego blade lico wstąpił nikły rumieniec. — T-to się zaraz wy-wypali samo. Proszę się nie martwić. I... skoro nic więcej pani nie dolega, to z mojej strony t-to wszystko... Zdecydowanie chciał ją jak najszybciej spławić, kiedy do gabinetu wpadł jakiś potężny czarodziej z ociekającym psidwakiem na rękach. — Hej, ty! — Krzyknął na Ezechiela. — Podejdź tu i weź zrób coś! Ząb mu wypadł! — Przepraszam, ale nie sądzę, że to możliwe... — odpowiedział czarodziej kompletnie zbity z tropu. Czuł, ze zaraz oberwie tym psem po twarzy. Olbrzym jednak westchnął, wyzwał go od nieudaczników i sobie poszedł, zostawiając kałużę błota na posadzce. Przepraszając Noémie za ten incydent, pognał w okolicę drzwi, by za pomocą różdżki oczyścić podłogę. Cóż za życie! Jaka szkoda, że obecna tu pani Śmierciożerca musiała się przyglądać, jak von Jundegingen był traktowany. RE: [26.11.1970] Ezechiel & Noémie - Noémie Delacour - 29.05.2023 Taka legitymacja jak Mroczny Znak, faktycznie dawała wiele korzyści, praktycznie była wszechstronna od wzbudzania strachu aż po zapewnianie dobrej opieki medycznej. Wszyscy wiedzieli, że w tym fachu różnego rodzaju obrażenia i urazy mogły być codziennością. Dodatkowo można było robić to co się robi z prawdziwego przekonania. Czy istniała lepsza pozycja? To, że głupcy i wielbiciele mugoli tego nie rozumieli, to nie był jej problem. Brak pewności siebie mężczyzny z każdym momentem wydawał się jej być coraz bardziej zabawny. Może dlatego, że spodziewała się większej pewności siebie po kimś kto jest całkiem dobry w swoich fachu, a medyk wyglądał jakby bał się własnego cienia. Osobliwe tym, bardziej, że nie dała mu się poznać jako nieokrzesany troglodyta, który bezmyślnie niszczy wszystko w najbardziej prymitywny sposób. Owszem lubiła przemoc i siać chaos, jednak w nieco bardziej wysublimowany sposób niż na oślep. -Nie było mnie tutaj dziś. Zawsze wolę mówić o nocy. Przyjemniejsza pora, nieprawdaż? cóż, czy ktoś mówił, że z artystami jest się łatwo dogadać? Szczególnie z takimi, którzy czerpią inspirację dla swoich dzieł z zadawanego bólu? Nie mogła się powstrzymać od głośnego parsknięcia śmiechem kiedy zobaczyła jak mężczyzna się zarumienił i niemalże odskoczył po niewinnym dotyku. Skrępowanie mężczyzny naprawdę ją bawiło. -Czyżby nasz francuska bezpośredniość to było zbyt wiele, dla was, Europejczyków z północy? wiedziała już, że mężczyzna nie jest Anglikiem po tym jak zaklnął po niemiecku. Kobieta miała już wychodzić, kiedy nagle inny czarodziej wparował do środka. Noémie oparła się więc o miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą leżała i przyglądała się całej scenie bez słowa. Kiedy czarodziej wyszedł, znowu podeszła do medyka. -Ten wulgarny osobnik właśnie Cię znieważył. jej wzrok powędrował na ślady błota. -Wybacz na moment powiedziała, po czym wyszła z gabinetu. Nie było jej jakieś 20 minut. Po czym wparowała znów, tym razem niosąc pod pachą pewne zawioniątko. -On już nigdy nie będzie wulgarny dla nikogo. Specjalnie dla Ciebie mon chéri. powiedziała wpatrując się mu w oczy. Postawiła zawiniątko na jego biurku. A kiedy rozwinęła zawiniątko oczom mężczyzny ukazała się ucięta głowa czarodzieja. Z kieszeni wyjęła język, który ułożyła obok. -Nie ma za co. powiedziała i uśmiechnęła się z dumą, jakby czekała właśnie na pochwałę. RE: [26.11.1970] Ezechiel & Noémie - Ezechiel von Jundegingen - 29.05.2023 — Ahh, tak, oczywiście! Z opóźnieniem załapał o co chodziło kobiecie. Ale jak najbardziej mogła liczyć na dyskrecję. W końcu obowiązywała go tajemnica lekarska. Czy coś. Chociaż w tym przypadku kierował nim zwykły strach o własne życie. — Północy? Oh, nie ja jestem z... — urwał, gdyż wtedy wydarzyła się sytuacja z "nieuprzejmym" natrętem. Ezechiel trochę zgłupiał, gdy kobieta wyszła. Migusiem dokończył czyszczenie błota. Podłoga lśniła jak nowa. Wtedy wyjrzał ostrożnie zza drzwi, ale nikogo nie widział. Nie mógł teraz wychodzić. Zachodził w głowę, gdzie ona poszła. Oczywiście domyślał się, chociaż wolał być w błędzie. Nerwowość ustąpiła po kilku minutach. Podejrzewał, że kobieta już nie wróci. Ale wróciła. Czuł się niesamowicie połechtany jej słowami. Poszła za tym dziadem, bo go obraził? Go? Marnego lekarzynę? Ale cały wzruszający nastrój prysł, gdy czarownica przedstawiła swój prezent. Gdy do kompletu dołączył język, Ezechiel wykonał piruet do wiaderka i zwymiotował. Szybko wytarł się jakąś szmatką. — Najmocniej przepraszam, za nic nie spodziewałam się takiego obrotu spraw — rzucił szybko nie patrząc na głowę, ani na czarownicę. Tak, widział różnego rodzaju operacje i otwarte ludzkie ciała. Ale wtedy się tego spodziewał i robił to dla celów naukowych. Samotna głowa przed chwilą żywej osoby to zupełnie inny kaliber. RE: [26.11.1970] Ezechiel & Noémie - Noémie Delacour - 30.05.2023 Noémie niespecjalnie się przejmowała tym czy ktoś ją rozumie czy nie, większość rozmów, kiedy mogła być naprawdę sobą, a nie udawać przed społeczeństwem, to była dla niej perwersyjna zabawa przepełniona grą słów, francuskimi wstawkami, a nie raz nawet niezrozumiałymi zwrotami. Poważniała jedynie, choć z trudem i nie całkowicie, jedynie na spotkaniach Śmierciożerców i to takich gdzie trzeba było uzgodnić jakiś mniej lub bardziej skoordynowany plan działania. Cóż dla Noémie urodzonej w Algierze zapewne mężczyzna i tak będzie z północy, choć nie będzie dane jej się tego teraz dowiedzieć. Chyba, że był z Afryki Południowej, co zmieniłoby postać rzeczy. Jeżeli chodzi o Noémie, to jej zdaniem przyniosła medykowi najlepszy możliwy prezent. Zemstę na kimś kto go właśnie obraził, nawet jeżeli on sam nie miał wystarczająco silnego charakteru by po to zbrodnie sięgnąć. Możliwe, że liczyła, że dzięki temu, następnym razem, szczególnie jeśli jej obrażenia będa poważniejsze, medyk postara się bardziej niż gdyby robił to co robi tylko i wyłącznie ze strachu. Poza tym w pewien sposób mężczyzna wydawał się jej zabawny, ze swoim brakiem pewności siebie w szczególności. Widząc reakcję Ezekiela, który momentalnie zapełnił wiadro, po raz kolejny parsknęła śmiechem. -Taka reakcja u człowieka medycyny na części ciała, kto by pomyślał. Myślałam, że was szkolą w takich widokach. powiedziała opierając się o biurko obok głowy, i dłońmi zaczesywała jej włosy do tyłu. -Dawanie pomiatać sobą przez dosłownie każdego kto się tutaj napatoczy, to nie jest dobre rozwiązanie. Osobiście cenię siłę u czarodziejów. |