![]() |
|
[Listopad 1970] Cierpienia | Cynthia & Louvain - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [Listopad 1970] Cierpienia | Cynthia & Louvain (/showthread.php?tid=1468) |
[Listopad 1970] Cierpienia | Cynthia & Louvain - Louvain Lestrange - 06.06.2023 Noc była jeszcze młoda, zupełnie jak ta pasażerka na gapę. No może nie do końca, bo jeśli pchała się gdzieś na siłę to w objęcia Louvaina, a nie w teleportację grupową. Rodzice na pewno przestrzegali ją by uważała z kim się spotyka i jakie miejsca odwiedza, jak widać nie usłuchała. Dlatego dziewczęta nie powinny same chodzić po zakamarkach Londynu. Mogły natknąć się na coś o wiele niebezpieczniejszego, niż złodzieje, czy podrzędni zboczeńcy. W pierwszej myśli planował zabrać ich do swojego nowego domu w Little Hangleton. Dom stał pusty, niewyremontowany i zupełnie nie przyciągał niczyjej uwagi, więc mógłby się nadać to sprzątania brudów. Jednak Cynthia myślała trzeźwiej, niż on. Nim obecnie kierowały impulsy, sporo barier z niego spadło i chyba odrobinę go poniosło. Z drugiej strony musiał być bardzo ostrożny, bo gdyby dziewczyna faktycznie zemdlała pod wpływem czarnej krwi, ktoś mógłby się do nich przyczepić i oskarżyć ich o jej stan. Zdecydowanie wolał uniknąć zarzutów o próbę zabójstwa, naruszenia kodeksu tajności i kilku innych ciężkich paragrafów. Ta relacja nabierała coraz więcej znamion kryminalnych, oby następna randka nie skończyła się w Azkabanie. Deportacja nie przebiegła tak zgrabnie i elegancko jak wtedy kiedy pojawili się w Londynie kilka godzin temu. Nic dziwnego, Louvain był już pod wpływem, więc trudniej było o refleks i grację. Pojawił się, przyklękając na jednym kolanie, tracąc równowagę w ostatniej fazie teleportacji. Rozejrzał się, lekko zdezorientowany by upewnić się, że na pewno sprowadził ich tam gdzie podpowiedziała Cynthia. Udało się, szopa znajdowała się kilka metrów przed nimi. Wstał na równe nogi puszczając ręce oby pań, otrzepując się z wody i wilgoci którą przyprowadził ze sobą z klubu. - Złamałaś zasadę. Co Ci mówiłem? - zaczął nieco rozgniewany, tonem którym chyba jeszcze nie zwracał się do srebrnowłosej. - Że masz się trzymać blis... - ciągnął dalej, unosząc się odrobinę. Mówił jakby byli już w jakiś sposób zobowiązani, choć przecież nic takiego nie miało miejsca. Może to zazdrość, albo irytacja tym, że Cynthia udaje niewzruszoną jego teatrzykiem, a przecież mały książę bardzo nie lubił kiedy się go nie zauważało. Przerwał jednak w połowie zdania, bo głos obok przypomniał mu, że przecież leciał z nimi ktoś jeszcze. Gdzie ja jestem? Rozbrzmiał zachwiany głos mugolki, która łapała się za głowę ewidentnie mocno skołowana. Najwidoczniej podczas podróży pan Lestrange tak mocno skupił się na tym, aby nikt nie uległ rozszczepieniu, że zapomniał podtrzymywać zaklęcie Imperio. Nie powiedziała jednak nic więcej, po dosłownie chwilę potem z jej nosa poleciała struga krwi, a mugola z przerażeniem w oczach runęła z osłabienia na ziemię. Lou wbił zdumiony wzrok w Cynthię, zaskoczony nagłym obrotem spraw, nie był wstanie odpowiednio zareagować. Nijak nie znał się na leczeniu, ani na nakromancji, więc nie był w stanie ani pomóc, ani ustabilizować mugolki. RE: [Listopad 1970] Cierpienia | Cynthia & Louvain - Cynthia Flint - 07.06.2023 Teleportacja nie była przyjemna dla obeznanych z nią czarodziejów, a co dopiero mugolów. Cynthia czuła charakterystyczny uścisk w żołądku, czasem nawet drobne zawroty głowy, które tym razem spotęgowały zażyte przez nią środki, więc nie zdziwiłaby się wcale, gdyby towarzysząca im zabawka — szlama, która chciała więcej, niż mogła dostać, zwymiotowała lub zemdlała pod wpływem nagłego wirowania i krwi Louvaina. Na szczęście w nieszczęściu, jasnowłosa była kobietą silnie stąpającą po ziemi i niezależną, rozsądną. Nie pozwoliłaby na wpakowanie się w większe kłopoty zarówno sobie, jak i jemu, chociaż on już i tak płynął, podpisując się pod działaniami coraz mocniej działającego Czarnoksiężnika. Planowała przejąć to cholerne prosektorium, nie było mowy o żadnych paragrafach. Nie miała jednak pojęcia, że jej towarzysz nazwał ich dwugodzinny wypad randką w swojej głowie, czyżby awansowała z przyjaciółki na potencjalny interes romantyczny, a nie miała o tym żadnego pojęcia? Może to kwestia sekretu, który jej zdradził? Jej oczy błyszczały, blada skóra błyszczała od kropel wody, które bezwstydnie ześlizgiwały się pod przylegające do ciała ubranie. Gdy głos mężczyzny dobiegł jej uszu, odwróciła twarz w jego stronę, poprzednio również wstając i przesuwając niedbale dłonią po kolanie, aby pozbyć się z niej resztek trawy. Było chłodno, listopad pachniał deszczem i nieprzyjemny wiatr wdzierał się niemalże do kości, zostawiając za sobą dreszcz. Uniosła brew na ton jego głosu, nie odwracając spojrzenia, nie spuszczając głowy nawet na sekundę. Naprawdę sądził, że ona — akurat ona — ze wszystkich ludzi, będzie jego małą laleczką i będzie tańczyła tak, jak jej zagrał? Nie. Lestrange ewidentnie nie zdawał sobie sprawy, z czym zadzierał. Podeszła do niego, zgarniając na plecy mokrą kitkę, z której palcami wycisnęła wodę. - Przecież byłam blisko, może po prostu nie tak, jak byś sobie tego życzył? - zapytała cicho, posyłając mu krótkie spojrzenie i równie krótki uśmiech, a potem spojrzała w stronę szlamy, wzdychając cicho i bezemocjonalnie obserwując, jak z jej nosa zaczęła płynąć krew, a potem padła na trawę, tracąc przytomność. Przyglądała się temu chwilę, jakby zastanawiała się, co powinna z nią zrobić. Jej dłoń powędrowała ku górze, zahaczyła o podbródek Louvaina i zacisnęła na nim palce, niemalże zmuszając go, aby skupił na niej swoją uwagę. Spojrzała w ciemne, równie naćpane, co jej własne, oczy. Milczała chwilę, trzymając go delikatnie, ale jednocześnie stanowczo. - To Twoja decyzja. Co chciałbyś zrobić, ze swoją laleczką? Mam jej pomóc? Ma się poczuć lepiej, ma poczuć rozkosz, wyruszyć do innego świata czy może odejść w cierpieniach, a potem będzie wyglądało, jakby przedawkowała? - mówiła pół szeptem, tonem spokojnym i chłodnym, jakby mówiła o rzeczach, które były dla niej codziennością. Śmierć nie robiła na niej wrażenia, podobnie jak mugolska, zakochana w czarnowłosym dziewczyna. Słyszała jej oddech, nerwowe drganie mięśni, które wprawiało w ruch to, co akurat znajdowało się pod nią. Pewnie wywoływał to ból, panika oraz chłód. Krew Blacków była bardzo silna w działaniu, nie raz przecież prosiła swojego drogiego przyjaciela o jej próbki. Nie spojrzała nawet w stronę jej ciała, pozwalając jedynie sobie na zsunięcie z pleców swojego skórzanego plecaka, który bezwiednie zawisł w okolicy ramion. Miała tam różdżkę. Jej palce cofnęły się z jego podbródka w momencie, w którym zaczął mówić. Możliwości było naprawdę wiele, niezależnie od tego, co sobie wybrał, musieli i tak ją zabrać do szopy. Cynthia zauważyła, że zapomniała swojej skórzanej kurtki, a spomiędzy mocno pomalowanych ust uciekał oddech, którego kształt mogła dostrzec gołym okiem. RE: [Listopad 1970] Cierpienia | Cynthia & Louvain - Louvain Lestrange - 08.06.2023 Gdyby faktycznie nie pozwoliłaby wpakować się im w żadne poważne kłopoty, nie powinna opuszczać Louvaina dalej niż kilka metrów. Ponieważ ten niepoprawny choleryk był w stanie obrócić tamten klubik do góry nogami, gdyby sprawy zbyt długo szły by nie po jego myśli. Alkohol i wypalony przez nich narkotyk stanowczo zamazał granicę między zabawą i rozsądkiem. Budowana przez wiele miesięcy jego pozycja w tamtym miejscu wisiała praktycznie na włosku, jeszcze kwadrans czy dwa, takiego ignorowania go w wykonaniu Cynthii i status VIP w jego małym królestwie przepadłby w jednej chwili. Nawet gruby portfel pełen mugolskich pieniędzy by nie pomógł. Może i było to zachowanie zakrawające o rozwydrzonego panicza, ale kiedy impulsy brały górę taki już był, przekorny i niepokorny. - C-co... Nie to nie tak, nie wyobrażaj sobie. - odpowiedział, a swoje zmieszanie szybko starał się ukryć pod niesfornym uśmieszkiem. Co ona sobie myślała? Że może sobie w każdej chwili odejść od niego, wciąż przebywając w tym samym pomieszczeniu, jakby co najmniej była dorosła i w pełni niezależna? No może i była, a sam ten fakt chyba najbardziej go poirytował. A może była to reakcja na to, że nie mógł jej tak po prostu kontrolować według własnego widzimisię. Dobrze, że nie musiał mówić na głos wszystkiego co myśli, bo wyszedłby wtedy na zaborczego dupka ze zbyt wysokim ego. Było w tym coś szalonego, ale i pociągającego, kiedy złapała go za podbródek i wymieniała te wszystkie potencjalne okropieństwa rodem z czarnej magii. Na krótki moment chyba nawet się odłączył, kiedy bezsilny na swoje instynkty, wzrok opadł mu na sylwetkę Cynthii. Zraszacze przeciwpożarowe wywołały zamieszanie w klubie, a teraz zamieszanie przytrafiło się w jego głowie, kiedy bezwstydnie zawieszał wzrok na mokrych ubraniach srebrnowłosej, które ciasno przylegały do jej kształtów. Zreflektował się jednak w porę, jeszcze zanim Flint skończyła wymieniać możliwości. - Po prostu niech jeszcze nie zdycha tutaj na trawie. Potem wymyślę jak możemy ją wykończyć. - odpowiedział zbyt rozkojarzony by faktycznie zdecydować się na którąś w wymienionych przez nią propozycji. W rzeczywistości chyba nawet większość z nich nie dotarła do jego uszu, bo zbyt wiele koncentracji musiał poświęcać, by bezpardonowo nie położyć swoich dłoni na jej talii. Odsunął lekkim i powolnym ruchem jej rękę ze swojego podbródka, by zdjąć z siebie i z swoich ubrań dokuczliwą wilgoć. Niby niedbałym ruchem dłoni, lecz dobrze wyuczonym, zaczesał opadającą zbyt na bok grzywkę bardziej do tyłu. Chwycił za rogi, u dołu swojej skórzanej kurtki i strząsnął nią parę razy pozbywając się nadmiaru wody z niej. Z resztą poradził sobie potem. Nie czekał już więcej, aż nowa przybyszka się całkowicie wykrwawi, więc prostym zaklęciem translokacyjnym sprawił, że jej ciało uniosło się na mniej więcej metr wysokości i zaczęło lewitować w stronę szopy nieopodal. - Co Ty tam takiego ukrywasz, prywatne prosektorium? - zażartował, choć ciekawość na poważnie się w nim głębiła. RE: [Listopad 1970] Cierpienia | Cynthia & Louvain - Cynthia Flint - 10.06.2023 Nie znała Louvaina od tej strony — o nią nigdy nie był zazdrosny, nie zachowywał się w taki sposób. Owszem, bywał protekcyjny, ale Cynthia uważała, że to przez wzgląd na ich relację oraz przyjaźń, bo bądź co bądź, dbała o jego zdrowie i poniekąd bezpieczeństwo. Jak głęboko ukrywał swoją niecierpliwość, tak skrajną i przejmującą nad nim kontrolę? Nie sądziła, że potrzebował kontroli w równym stopniu, co ona — zawsze wierzyła, że będzie w stanie go zdominować, a przynajmniej ostatnie lata jej to sugerował, a ona, nosząc maski i nie widząc w tym niczego złego — pozwalała zwykle, aby było, jak Lestrange chciał. Odwracając kota ogonem. Wygląd Cynthii — filigranowy, zadbany oraz kobiecy, burza srebrnych włosów i te jasne oczy były przecież tylko obłudą, delikatną i porcelanową skorupą, która przecież kryła silna wnętrze. Bardziej pasowałyby jej czarne włosy, gdyby osobowość można było określać kolorami. Miała wrażenie, że nie mogła udawać i zwyczajnie mówiła bez pięknej otoczki to, co przywodziły jej myśli. Gesty nie kryły się za finezją, były bezpośrednie, podobnie jak kłębiące się w jej głowie, coraz śmielsze wnioski oraz stwierdzenia. Łapała się czasem na tym, że czuła, jak uderzające w piersi serce wstrząsa jej całym ciałem, zachęcane silnymi używkami. Uśmiechnęła się pod nosem na jego odpowiedź, pozwalając sobie na przesunięcie spojrzeniem po jego twarzy, nieco dłużej zatrzymując się na ustach. Znała się na mężczyznach w równym stopniu, co na nekromancji. I niepokoiło ją trochę, że zareagował w taki sposób, że przez ciemne oczy przemknęło zaskoczenie, ale i iskra emocji, której nie umiała jeszcze określić, wybrać. Przygryzła niewinnie dolną wargę, udając skruchę, wzmacniając jej efekt subtelnym wzruszeniem ramion, który sprawił, że mokre włosy przesunęły po odkrytej skórze, zahaczając o wystające obojczyki i chcąc wpaść pomiędzy piersi. Nie zdawał sobie sprawy, jakie informacje jej podarował przez jedno zdanie, jeden niesforny uśmiech. Ciemne włosy przyklejały mu się do czoła, a Cynthia zacisnęła palce, aby powstrzymać chęć ich odgarnięcia. Zdała sobie sprawę lub raczej podejrzewała, zrzucając to na cały dzisiejszy wieczór i wszystkie sytuacje z nim z ostatniego miesiąca, że być może ona też spoglądała na niego inaczej. Miał naprawdę ładne, ciemne oczy, które kontrastowały w niebezpieczny sposób z tym jego uśmieszkiem, którym obdarowywał resztę świata. Przyjaznym, rozbawionym, ale również pełnym pogardy. Znała go zbyt dobrze, aby nie wiedzieć. Jak bardzo musiał chcieć zachować ją pod kontrolą, skoro był gotów wprowadzić chaos i zamęt w swoim domku dla mugolskich lalek, narażając swoją pozycję tam tylko dlatego, że zwyczajnie nie tańczyła, jak chciał? Zmniejszając odległość między nimi, czuła bijące od niego ciepło i zapach jego perfum, wymieszany z aromatem deszczu i skórzanej kurtki, być może gdzieś w tle majaczył metaliczny zapach krwi. Jej palce zaciskały się delikatnie, ale stanowczo, nie chcąc pozwolić mu uciec ze swojej pułapki, zupełnie jakby rzucił jej wyzwanie swoim zachowaniem, a była ambitną kobietą. Mówiła spokojnie, dosadnie i przede wszystkim wpatrywała się w onyksowe ślepia, nie chcąc przegapić żadnej reakcji, którą mogłyby jej dać. Nie przeszkadzało jej, że lustrował ją wzrokiem, przesuwał leniwie po odkrytych fragmentach ciała, czy też podkreślonej talii. Widział ją tysiące razy, a teraz jednak spoglądał inaczej. -To życzenie mogę spełnić. - rzuciła cicho, posyłając mu krótki uśmiech i spojrzenie spod wachlarza ciemnych rzęs, pozwalając mu cofnąć swoją dłoń. Podczas gdy on pozbywał się nadmiaru wody z odzienia i ciała, ona już zaciskała palce na różdżce, celując w leżącą w torsjach dziewczynę, rzucając krótki czar, który ją unieruchomił i chyba uspokoił, odrobinę kojąc ból lub wszelki dyskomfort, bo wyglądała dość błogo. Gdy Louvain ją uniósł, ruszyli w stronę szopy. - Zdradziłeś mi swój sekret, więc muszę zdradzić Ci swój. - odparła tylko, zerkając w jego stronę, gdy podeszli do budynku i otworzyła drzwi. Zwykła, kwadratowa izba — przypominała pomieszczenie gospodarcze z rzeczami do dbania o ogród. Cynthia jednak podeszła na kraniec, dotykając magicznym kijem odpowiednich cegieł, a później przyłożyła do nich dłoń. Przejście otworzyło się leniwie i z szumem, ukazując schody w dół. Drogę rozświetlały przyczepione do ściany kandelabry, a gdy znaleźli się na stopniach, ściana zamknęła się za nimi, nakładając widocznie jakieś zabezpieczenia. Pokój, do którego dotarli, nie był duży, miał kształt prostokąta. Znajdował się tu narożny kominek, przed którym tkwiła niewielka kanapa, regały z książkami oraz słoikami pełnymi dziwnych rzeczy, eliksirów lub składników. Nieopodal nich stał duży stół, na który wskazała dłonią, aby położył dziewczynę. Samą różdżką rozpaliła ogień w kominku, niedbale rzucając na kanapę torebkę. Na niewielkim stoliku przy kominku tkwił alkohol oraz szklanki, a gdy weszło się głębiej, dostrzec można było małe biurko, którego cały blat pokrywały pergaminy. Również nad nim wisiały szkice — niezbyt ładne, przedstawiające dziwne wykresy, organy wewnętrzne lub schematy zaklęć, które nie byłyby akceptowane przez opinię publiczną. - Rozgość się. - zasugerowała tylko, obdarzając go przeciągłym spojrzeniem, przesuwając dłonią po stole i paznokciami hacząc blat, spojrzała na leżącą na nim dziewczynę. Nachyliła się nad jej śpiącą, pozbawioną bólu buzią, odgarniając mokre kosmyki włosów z jej twarzy. - Nie jesteś zbyt wybredny, jeśli chodzi o swoje zabawki. - zauważyła, odsuwając się nieco, przesuwając nad nią krańcem różdżki i susząc ją, westchnęła. - Sprawiają Ci przyjemność, bo są słabsze od Ciebie i łatwe do kontrolowania, czy może chodzi o to, że żadna nie wie, kim jesteś i w jakiej sprawie działasz? - kontynuowała ze spokojem, przechadzając się wzdłuż stołu. RE: [Listopad 1970] Cierpienia | Cynthia & Louvain - Louvain Lestrange - 14.06.2023 Zmieszał się to prawda, co zdecydowanie nie pasowało do wizerunku który tak mocno pielęgnował. Zmieszał się, bo dał się przyłapać jak małe dziecko, które chciałoby okłamać opiekuna, ale nie do końca potrafi. Przez upojenie, zastrzyk adrenaliny i silne emocje na krótki moment przestał się w pełni kontrolować. Przestał uważać na to co mówi i to co chce przekazać przez słowa i mowę niewerbalną. Zwyczajnie, bez żadnego zawahania i samokontroli wyrzucił to co cisnęło mu się na język, nie próbując w żaden sposób przybrać tego w odpowiednie słowa, takie która nie zdradzałyby, aż tak bardzo jego skrywanych intencji, czy po prostu tego co faktycznie czuje. A Cynthia, jak to Cynthia, sprawna obserwatorka dostrzegła lukę w jego obronie. Wyszło na to, że zabrzmiał tak jakby mu na czymś zależało. A przecież takiej chłodnej jednostce jak on nie może zależeć na czymkolwiek, lub kimkolwiek. Jeśli chodziło o to, to trafiła kosa na... kosę. Z całą stanowczością, Louvain to nie był przypadek który dałby się zdominować. Ba, to on jest elementem majoryzującym przestrzeń w której się obraca, aż do wyczerpania swoich możliwości. Przecież odkąd tylko pamiętał, dobierał sobie według własnego kaprysu osoby, dynamikę i komfort sytuacji w których się znajdował. Jeśli tylko coś nie przypadło mu do gustu, nawet nie powinno orbitować wokół jego rozdmuchanego ego. Nie miał żadnych problemów z odcinaniem się z tymi aspektami rzeczywistości które w jakikolwiek sposób mogły zepsuć jego wibracje. Jedynym punktem w jego życiu z którym potrafił iść na kompromis, lub odstawić na bok swoje egocentryczne nawyki była relacja z bliźniaczką. No i od niedawna działalność w organizacji, jednak był to tak wyodrębniony aspekt jego życia, dla którego stworzył odpowiednie warunki. Lou najwidoczniej poczuł się przy Cynthii na tyle niekrępowany, że jego nawyki wzięły górę nad samokontrolą. Właściwie do tej pory panna Flint nie wykazywała zachować, które mogłyby nie spodobać się kapryśnemu Lestrangowi, więc nie było też okazji do poznania go od tej strony. Z drugiej też strony starał się być zachowawczy i powściągliwy jak przystawało dla etykiety dżentelmena z wyższych sfer. Sekret, jej sekret? Takim wstępem całkowicie kupiła jego uwagę. Do tego stopnia, że próba podjęcia ratowania, czy chęć ustabilizowania stanu mugoli całkiem zeszła na boczny plan. Domyślał się, że coś w tej szopie musi być, coś więcej niż sterta narzędzi, materiałów i innych gratów. Podążał za nią, a narastające podniecenie, sprawiło że zapomniał już o delikatnej wpadce sprzed chwili. Onyksowe oczy zapaliły mu się czerwonymi jak krew iskierkami. Nie był ograniczonym niedoukiem, nawet jeśli chodziło o nekromancję która nie była jego mocną stroną, by nie uderzyły go skojarzenia, łączące w całość fakty o tym co właśnie oglądał. Sekretne laboratorium wypełnione treściami za które prawdopodobnie mogłaby odsiedzieć wcale nie mniej, niż za porwanie pracownika ministerstwa, czy mugolki. Jakie to było teraz oczywiste, kiedy prawda uderzyła go prosto w twarz. Długo milczał, ale jego zdumiony wzrok, który z każdą sekundą zmieniał się w wyraz twarzy wypełniony złowrogą satysfakcją. A on do niedawna był przekonany, że za jego sprawką Cynthia po raz pierwszy swoim życiu balansuje na granicy praworządności. - To nie ja ją wybrałem, sama ją do nas przyprowadziłaś... - z udawaną i naciąganą manierą odpowiedział. Zgodnie z pozwoleniem usadowił się w wybranym miejscu. Używek miał już dość, ale zaciągnął się bez skrępowania do pełnych płuc, wonią magi nekromancji która wypełniała każdy centymetr tego pomieszczenia. - Wszedłem tylko w twój pomysł, myśląc że masz jakiś swój plan. Jak widać, też potrafisz działaś pod wpływem impulsu. - dorzucił, być może delikatnie arogancko ignorując to co mówiła do niego dalej. Rzecz jasna dorzucił do tego swój uśmieszek. Nie zamierzał dawać jej przestrzeni do przyparcia go pod ścianą. Wystarczyło, że dał jej zaobserwować wyrywek swoje sekretu, resztę mogła sobie sama do produkować według własnego uznania. RE: [Listopad 1970] Cierpienia | Cynthia & Louvain - Cynthia Flint - 14.06.2023 Zmieszanie się było faktycznie, pewnego rodzaju pęknięciem w tworzonym przez niego obrazie. Na tyle intrygującym, aby skupić na sobie całą uwagę błękitnookiej, która przecież uwielbiała zagadki. I na nic jego słodkie kłamstwa, ona już zauważyła zbyt dużo i mógł być pewien, że to zapamięta. Louvain Lestrange miał w swoim zachowaniu jeszcze więcej kart, których przed nią nie odkrył? Uśmiechnęła się pod nosem subtelnie, jakby rzucił jej pewnego rodzaju wyzwanie. Chciała go zobaczyć więcej, gdy nie kontrolował słów i robił oraz mówił, to co myślał. A Cyna była kobietą upartą, jeśli coś sobie wymyśliła i tym samym, właściciel onyksowych tęczówek podpisał na siebie swojego rodzaju wyrok. Zamierzała więc drążyć, ale nie nachalnie, odpowiednio wykorzystując sytuację oraz słowa, bo w tym była równie dobra, co w sztuce nekromancji lub leczenia. Owszem, ulegała mu często i robiła, to co chciał, bo tak było wygodniej i nie sprawiło jej to większych kłopotów, ale nie znaczyło to, że ją zdominował lub że orbitowała dookoła jego ego. Nigdy za nim nie latała, nigdy go nie podziwiała za osiągnięcia sportowe w sposób, w jaki robili to inni. Dla niej był po prostu Louvainem, trochę takim jej Louvainem, do którego była przyzwyczajona bardziej, niż zdawała sobie z tego sprawę — zwłaszcza od kiedy udało mu się sprowokować ją na tyle, aby odrzucała swoje maski i była po prostu sobą. I nawet jeśli czasem zastanawiała się, czy przez to jej nie porzuci lub mu się nie znudzi, bo nie zachowywała się, jak tego oczekiwał — nic takiego przez tyle lat się jeszcze nie wydarzyło. Dlatego też z początku zupełnie mu nie ufała, bo przecież nie była takim towarzystwem, jakiego pożądał. No, może poza tym, że była całkiem nie brzydka, a on lubił ładnych ludzi, ładne kobiety konkretniej. - Podobasz mi się bardziej, gdy jesteś sobą, a nie wymuskanym jegomościem z pierwszych stron sportowych gazet. - skwitowała jedynie, niby od niechcenia, posyłając mu krótkie spojrzenie spod wachlarza ciemnych rzęs. Być może chciała, aby nie czuł się aż tak odkryty przez to, jak się zapomniał i co jej pokazał. Wiedziała też, że słowo "sekret", zadziała na młodego Lestrange, jak płachta na byka lub też accio na przedmiot. Dziwnie się czuła z tym, że zabierała go do swojej małej pracowni, o której przecież nie wiedział nawet Castiel lub Tori. Zupełnie tak, jakby odsłaniała przed nim fragment siebie, na którego pokazanie wcale nie była gotowa, jedynie sprowokowana narkotykami, alkoholem i dziwnym ciepłem, które roznosiło się po jej przemoczonym i chłodnym ciele z każdym biciem serca. Wyjątkowo głośnym, dudniącym w uszach. Nie czuła się wcale martwa, nie czuła się, jak królowa śniegu, którą zwykle ją nazywano. Wewnątrz, pod ziemią, było ciepło i przytulnie, od razu zrobiło się jej lepiej, zwłaszcza gdy w kominku zatańczyły płomienie, pochłaniając kolejne drewniane kłody. Milczał, nie pytała, nie komentowała. Bezgłośnie westchnięcie uciekło spomiędzy jej ust, a dreszcz przebiegł ją po karku. Popełniała błąd? Jego twarz jednak wskazywała na coś innego, coś ciemnego i mrocznego, czego jeszcze nie umiała określić. Przesunęła palcami po drewnianym stole, spoglądając na śpiącą dziewczynę. W jednej dłoni zaciskała swoją różdżkę, zastanawiając się, co właściwie z nią zrobić. Nie planowała porwania lub tortur, niczego właściwie z tego, co obecnie się działo, nie planowała. Nekromancja nie była legalna, ale nie była też zrozumiana przez ludzi. Nie musiała być czymś złym i niebezpiecznym, jeśli odpowiednio znało się punkty witalne oraz miejsca, gdzie gromadziła się energia magiczna, działania organów. Owszem, balansowała z nim na krawędzi po raz pierwszy. Jej małe badania zwykle odbywały się na martwych już ludziach, których mogła sobie pożyczać z pracy. - Oh, więc teraz na mnie chcesz zrzucić odpowiedzialność za swoje zabaweczki? - zapytała z uśmiechem, kręcąc głową, jednak nie podniosła na niego wzroku. - Być może. - dodała ciszej, zaciskając mocniej palce na drewnianym patyku. Umiała tak działać? Nie była pewna. Poruszyła różdżką, mrucząc coś pod nosem, przymykając na chwilę oczy. Mugolka odzyskała trochę koloru na twarzy, uśmiechnęła się i zaczęła coś mamrotać pod nosem. Musiała mieć pewność, że tak szybko się nie obudzi, bo Lou sprawił, że pojawiła się w niej iskierka niezadowolenia. A była na tyle wrażliwa na bodźce i emocje, o których istnieniu dawno zapomniała, że nie mogła tego zignorować. Obeszła więc stół, podchodząc do niego i jak gdyby nigdy nic, nachyliła się, opierając nogą o fotel tak, że jej kolano znalazło się pomiędzy jego nogami. Miała w tym cel, ponieważ za jego plecami tkwiła półka, gdzie było kilka książek. Nachyliła się, wyciągając rękę i przesuwając palcami po grzbietach, wbiła w nie spojrzenie. - Nie lubię, gdy ktoś mi nie odpowiada na pytania i odwraca kota ogonem. - wyznała mu cicho, wysuwając tom do przodu, ale nie złapała go jednak. Uśmiechnęła się pod nosem z odrobiną niebezpiecznego błysku w oczach, wciąż trzymając różdżkę w zaciśniętych palcach. Drugą dłonią przesunęła po jego udzie, a następnie przez tors, zatrzymując się w okolicach serca. Skupiła energię magiczną, niewerbalnie rzucając czar, który sprawił, że to zabiło mu szybciej, a po organizmie rozeszła się ciepła fala energii. Nie powinien unikać odpowiedzi na pytania od kogoś, kto mógł odebrać mu siły witalne bez jego wiedzy. Zamiast tego jednak nachyliła się jeszcze mocniej, przesuwając nosem po jego szyi z premedytacją, oddechem otulając płatek ucha. - Hej Lou, byłeś zazdrosny? - zapytała miękko, uśmiechając się pod nosem krótko, aby znów przesunąć dłonią w górę i przemknąć nią ponad jego ramieniem, aby wyjąc interesujący ją tom. Akurat ten nie był o nekromancji, prawiło o zaklęciach modyfikujących pamięć lub zmieniających strukturę mózgu, osobowość. Przytuliła książkę do siebie, prostując się i spoglądając niewinnie na jego twarz, wbiła mu pytające spojrzenie w oczy. Nie naruszała już tak bardzo jego przestrzeni osobistej, ale nie wyprostowała się jeszcze. RE: [Listopad 1970] Cierpienia | Cynthia & Louvain - Louvain Lestrange - 22.06.2023 Kąśliwa złośliwość cisnęła mu się na język kiedy usłyszał jakiego to Louvaina woli Cynthia najbardziej. Ugryzł się jednak w język i zacisnął wargi, by nie wypuścić z siebie zdania które mogłoby popsuć przyjemną atmosferę tego wieczoru. Nie to, że nagle zmienił nastawienie i zamierzał być arogantem, ale źle znosił krytyczne uwagi na swój temat, tym bardziej jeśli wytyka mu się, które jego zachowania są w porządku, a które mógłby odrzucić. Albo brało się go w całości z całym jego skarbczykiem cech zarówno tych szorstkich i tych które potrafiły poruszyć człowieka wewnętrznie, albo wcale. Wykrzywił jedynie usta w niezadowolony grymas i za jej plecami przedrzeźniał ją przez moment, by rozładować frustrację. Nie będzie teraz rozpoczynał jakiejś niepotrzebnej przekomarzanki w momencie w którym Cynthia otwierała się przed nim i zapraszała do swojego ukrytego, małego świata. Milczał, bo już taki był. Nie przepadał za byciem zbyt wylewnym w emocjach, a na niekontrolowane wybuchy euforii pozwalał sobie naprawdę rzadko. Swoje zdumienie w tej sytuacji okazywał w oczach, w których rzeczywiście zapłonęły płomyki fascynacji. Jeśli coś było tajemnicą, sekretem, czymś głęboko ukrytym przed wzrokiem gawiedzi i pospólstwa, już w samo w sobie miało wartość nadaną dla Lestranga. Szczerze był pod wrażeniem tego co niepozorna Flint spowiła tajemnicą pod tą szopą i mogła być w zupełności spokojna o ten sekret, dzieląc się nim z Lou. Musiał zdobyć się na nie lada powściągliwość by dalej tkwić w tej niby niewzruszonej, ale jednak zainteresowanej jak rzadko pozie. W Hogwarcie nie uczą w takim zakresie, dlatego domyślał się jedynie jaki nakład pracy musiała włożyć w zdobycie tej wiedzy, oraz w rozplanowaniu tego miejsca. Obserwował pierwsze zaklęcia rzucane przez srebrnowłosą, a z jego płuc wyrwało się mimowolne westchnięcie z wrażenia, a zaraz potem nagłe, już nieco głośniejsze, wartkie i łapczywe napełnianie płuc wonią nekromantycznych zaklęć. Poziom jego spaczenia był raczej niższy, niż u pozostałych śmierciożerców, ale dzięki temu był bardziej wyczulony na tego typu wachlarz aromatów. Bo tak właśnie pachniał głęboko skrywana tajemnica. Nie chciał tego komentować, bo nic oprócz tanich i przyziemnych pochlebstw nie przychodziło mu do głowy, a wolał milczeć, niż rzucić czymś co w żaden sposób nie odda właściwie tego, co Cynthia mogła mu przedstawić. Choć zapewne to tylko namiastka, wyobraźnia działała, a ogólny zarys tego, gdzie mogły kończyć się jej umiejętności malował się już w jego głowie. - A czego się spodziewałaś? Że zostanie naszą wspólną przyjaciółką i dołączy do naszych rozrywek? - dopytał ogólnikowo, chociaż oboje dobrze wiedzieli, że tak nie było. Nie było dla mugolki innej możliwości, niż podróż w jedną stronę. Zwabiona jak owad do rosiczki, nie miała już żadnej drogi ucieczki, kiedy tylko przysiadła się do nich w klubie. Niestety taki był już los tych niewartościowych. Jednorazowi. Dalej, znowu obserwował jej poczynania i to w jak subtelny sposób próbuje przekroczyć granicę. Urocze i niewinne, co nawet było lepsze bo sam zwykle nie raczył się podobnym tonem w kontakcie. Mocne uderzenie i narzucanie własnego tempa inicjatywy to był klimat, który częściej panował przy tego typu zdarzeniach we wspomnieniach Louvaina. Pozwalał jej w zupełności w naruszaniu jego cielesności, przecież było przyjemne i tak właściwie, między słowami i gestami szukał tego, ale kompletnie nie chciał tego po sobie poznać. Potem stało się coś co lekko wprawiło go w panikę. Lubił tracić kontrolę, ale wyłącznie w warunkach do tego przeznaczonych, a dosłowna manipulacja pracą jego serca, wykraczała po za te normy. Instynktownie chwycił za swoją różdżkę i rozproszył jej zaklęcia, nie pozwalając na dalszą ingerencje w jego witalność. W rozpraszaniu był tak dobry jak zapewne Cynthia w nekromancji, poczuł to kiedy musiał włożyć w to więcej impaktu, niż zwykle potrzebował do kończenia prostych zaklęć. To sprzężenie wywołało chwilową "walkę" tych dwóch energii płynących z osobnych źródeł co efekcie sprawiło, że powietrze wyraźnie zadrżało między nimi. - A ja nie lubię, gdy ktoś pozwala sobie na zbyt wiele wobec mnie. - odpowiedział nieco bardziej srogim tonem, marszcząc przy tym brew. Mówiąc to chwycił mocniej za jej nadgarstek, zostawiając na jej bladej skórze czerwone ślady. - Jeśli chcesz mnie dotknąć, proszę bardzo. Ale to ja jestem na górze. - już nieco łagodniej, z typowym dla siebie uśmieszkiem obrócił sytuację w niewinny żart. W końcu puścił ją i odsunął od siebie, by zrobić lekką przestrzeń między nimi. Miało to znaczyć mniej więcej tyle, by nie próbowała tego więcej, przynajmniej nie bez jego wyraźnej zgody. - Oczywiście, że tak. Skoro wybieram cię na moją towarzyszkę, to jesteś MOJĄ towarzyszką i nikogo więcej. - odpowiedział dosadnie, bez długich namysłów i dobieraniem odpowiednich słów. Nie był przecież rozgniewany, ale cała ta sytuacja sprawiła, że nabrał nieco wigoru. To już nie alkohol, ani palenie tylko nieskrępowana potrzeba dookreślenia siebie, sytuacji i tego co się wokół nich działo. Subtelne półsłówka odstawił na bok, być może tylko na moment, kto wie. RE: [Listopad 1970] Cierpienia | Cynthia & Louvain - Cynthia Flint - 28.06.2023 Czasem przypominał jej dziecko. Chłopca, którego rodzice oraz przyjaciele wynosili na piedestał, przyzwyczajać do kąpieli w blasku przysłowiowych fleszy, odgrywającego główną rolę. I wydało się Cynthii, że to dla niego ważne, dominowanie oraz poczucie wyższości, poniekąd też dlatego mu tak często na to pozwalała, robiąc tak, jak Louvain chciał, bo w niczym jej to nie wadziło. Był egoistą, był rozkapryszony, chciwy i większość ludzi pewnie by sprzedał, gdyby zyskał na tym coś lepszego. Jej przewagą był jednak fakt, że była mu potrzebna trochę bardziej, niż inni. I znała jego czarny sekret, nawet dwa. Dlatego pozwalała sobie na więcej. Osoba postronna zauważyłaby jednak, że było za tym coś więcej, bo nie każdemu blondynka mówiła tak dosadnie to, co siedziało jej w głowie. Nie każdego przestrzeń osobistą naruszała, nie widząc w tym konieczności lub dopełnienia aktualnie granej przez nią roli. Lestrange był widocznie dla niej kimś więcej, niż była tego świadoma i dopiero zaserwowane przez niego używki, chociaż otępiające umysł, jednocześnie trochę otwierały jej oczy na ich relację. Nie był idealny, był paskudny i miał czarne serce, ale było w nim coś, co budowało w niej świadomość, że gdyby faktycznie coś się działo, to Lou by wcale jej nie porzucił, przeciwnie — byłby w stanie się dla niej poświęcić. I pewnie dlatego ona też była w stanie zrobić to dla niego, a co z tym idzie, odczuwać dawno zapomniane, stłamszone emocje. Nie rozumiała również, dlaczego nie pozwalano uczyć się podstaw nekromancji oraz czarnej magii. Jak mieli bronić się przed czymś, z czym doświadczenie mieli tylko w teorii, gdy przychodziło do złowrogich zaklęć? Człowiek nie był w stanie w pełni zrozumieć charakteru inkantowanego czaru, dopóki nie odczuł go na sobie lub sam nie rzucił. Jeśli chodzi o nekromancję, była to dziedzina niezrozumiała i tłamszona równie mocno, co emocje błękitnookiej. Nie polegała przecież tylko na próbie przezwyciężenia śmierci, tworzeniu ghuli czy infernusów, przekształcaniu lub odnawianiu narządów, ale przede wszystkim na manipulacji siłami witalnymi, które można było nie tylko odbierać, a również oddawać. Nie była świadoma, jak Lestrange był spaczony, jak głęboko i dosadnie odczuwał aurę zaklęć, o których wiedzę skrywała przed światem. Nikt nie pozwoliłby jej pracować w Ministerstwie, gdyby te zainteresowania się wydały. Mając pod kontrolą prosektorium, było jej naprawdę łatwo o materiały do badań. Dla Cynthii Flint, ta dziedzina magii powszechnie tępiona i wywołująca oburzenie, była czymś więcej, niż zwykłym machaniem różdżką. Ściśle wiązała się ze znajomością ludzkiego ciała i tylko poszerzanie wiedzy na temat anatomii oraz procesów zachodzących, chociażby w mózgu, można było dotrzeć dalej. A ona chciała dalej, chciała więcej i bardziej. - Nie wiem właściwie, czego się spodziewałam Lou. Nigdy nie robiłam takich rzeczy. - odpowiedziała mu wyjątkowo szczerze, tonem zupełnie innym niż zwykle, bardziej może ludzkim i nieporadnym, dalekim od ideału, do którego zawsze pośród dostosowywania swoich masek do okoliczności, dążyła. Jej błękitne ślepia na kilka sekund zatonęły w obsydianowych tęczówkach Śmierciożercy, a spomiędzy warg uciekło ciche westchnięcie. Ubranie wciąż miała wilgotne, podobnie jak włosy i ogień z kominka dość wolno je osuszał. Nie miała okazji używać swoich czarów zbyt często, nic więc dziwnego, że odrobinę ją poniosło. Nie bała się, jego reakcja nie wywołała w niej dyskomfortu, nie zmniejszyła wcale dzielącego ich dystansu i nie uciekła wzrokiem. Zdawała sobie sprawę, że Lestrange przez swoją popularnością i silną prezencję pewnie łatwo wpływał na ludzi, pobudzając w nich te pierwotne instynkty samozachowawcze, ale nie działało to w przypadku Cynthii. Wibracje w powietrzu były wyczuwalne, przyjemny dreszcz przebiegł jej po karku, a ona sama na kilka sekund przygryzła dolną wargę. Nie zrobił wrażenia również mocnym uściskiem, nawet jeśli na jasnej skórze zostawił czerwone pręgi. - Mogę pozwalać sobie na wiele wobec Ciebie, nawet jeśli tego nie lubisz, bo pewnie jestem jedną z niewielu osób lub poza Lorettą jedyną, której to wybaczysz. Bo w swoim ciemnym sercu wiesz, mój Drogi, że w ostatnich dniach, wszystko w naszej relacji się zmieniło. Działa to jednak w dwie strony. Odpowiedziała w końcu, nawiązując do całej serii wydarzeń, która doprowadziła ich do miejsca, w którym byli. Musieli mieć swoje plecy, ryzykowali zbyt wiele, jeśli byłoby inaczej. Zbyt dużo o siebie wiedzieli. Cynthia owszem, zawsze w pewien sposób starała się mu pomóc, bo byli przecież praktycznie przyjaciółmi, ale teraz potrzeba ta zdawała się ewoluować w coś, czego jeszcze określić nie umiała. Tkwiła chwilę w milczeniu po jego słowach, zaciskając wciąż w palcach różdżkę. Mugolka na stole poruszyła się niespokojnie, mrucząc coś pod nosem i lawirując w odmętach swoich marzeń sennych. Zeszła trochę na drugi plan. Odłożyła książkę na swoje nogi, po tym, jak przysiadła znienacka na jego kolanach, dłonią przesuwając po jego policzku, zgarniając z czoła ciemny, wciąż wilgotny kosmyk włosów. Miał ciepłą skórę, co właściwie nie powinno jej dziwić, bo to ona zawsze była chłodna, zupełnie jakby podłapywała temperatury z prosektorium. Być może instynktownie, sama manipulowała własnymi siłami witalnymi, aby tak było, bo wtedy oddech i dotyk śmierci jej nie wybijał z pracy. Przesunęła spojrzeniem po jego twarzy, uciekając na chwilę od ciemnych oczu, kciukiem zahaczając o jego wargę. Wcale nie był na górze, chociaż się tak przy tym upierał. Nie mogła się na tym jednak zbyt długo skupić, zaskoczona siłą, z jaką odezwało się jej serce w piersi. - Sprawiasz, że zastanawiam się, co jest za linią, którą nakreśliłam lata temu. Czy nazwanie Cię "Moim" , byłoby czymś... urwała szept, przenosząc palce niżej, aby unieść nieco jego podbródek i pochylić się do Louvaina. To było nierozsądne, pozbawione logiki, narażające ich relację na zmiany, których wcale nie chcieli, ale pchający ją impuls był czymś z czym, nie umiała lub być może nie chciała nawet walczyć. Nie powinna go pocałować, a jednak jej ciepłe wargi nieśpiesznie i pewnie przylegały do jego. Koniec sesji
|