![]() |
|
[ Styczeń 1970, Londyn] Porwanie bez okupu | Hjalmar x Pandora - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [ Styczeń 1970, Londyn] Porwanie bez okupu | Hjalmar x Pandora (/showthread.php?tid=1494) |
[ Styczeń 1970, Londyn] Porwanie bez okupu | Hjalmar x Pandora - Pandora Prewett - 18.06.2023 - Wsiadaj. - powiedziała jedynie, otwierając drzwi i wciskając się do środka, rozsiadła się wygodnie na tylnej kanapie, zakładając nogę na nogę, skórę i torebkę rzucając niedbale po jednej ze swoich stron. Przesunęła palcami po paśmie brązowych włosów, nachylając się do przodu do kierowcy, którego obdarzyła ślicznym uśmiechem. - Dobry wieczór! Mam nadzieję, że nie ma Pan żadnego kursu, bo bierze Pan właśnie udział w porwaniu. Jest Pan dobrym taksówkarzem? Wspaniale. Proszę więc zabrać nas w wolną podróż po najładniejszych miejscach Londynu, okrężnie i koniecznie przy pałacu. Pojedziemy po makaron do knajpki przy China Town, a potem zawiezie nas Pan nad Tamizę. I byłabym wdzięczna, jeśli zasłoni Pan szybkę, bo muszę przeprowadzić negocjacje. - zakończyła z udawaną powagą, puszczając starszemu Panu oczko, a ten parsknął tylko śmiechem i zapytał jeszcze o nazwę knajpy. Pandora wytłumaczyła mu mniej więcej to, co pamiętała, a potem podała mu kilka mugolskich banknotów. Kierowca podziękował, odgrodził się od pasażerów i puścił muzykę, wprawiając pojazd w ruch. Brunetka zwilżyła usta, wbijając na chwilę spojrzenie za okno, po czym zsunęła szpilki ze stóp, siadając nieco bokiem, aby mogła wbić w niego wzrok. Czuła, że oliwkowe policzki zarumieniły się, ale mogła to zrzucić na zimno. Pewnie zachowała się brzydko wychodząc tak bez pożegnania. - Myślałam, że Eliza to dobry pomysł. Nie był. To znaczy, może jest ładna i jest w Twoim typie, ale nie, nie widzę tego. Nie powinnam była Ci jej narzucać, chociaż dobrze, że ją poznałeś. Jak poznasz dużo ludzi, nie będziesz się nudził i nie będziesz samotny. - zaczęła w końcu, wzruszając delikatnie ramionami, bo czuła jakąś potrzebę powiedzenia tego na głos. Może nie tylko dla niego, ale również dla siebie samej. Pewnie będzie Liz przepraszała, ale będzie martwiła się tym jutro. Złapała za leżąca gdzieś na butelkę, odkręcając i robiąc łyka, po czym podała mu na szczęście wciąż zimną wódkę, krzywiąc się nieco na cierpki smak. - Nie zagraliśmy w rzutki. Muszę znaleźć inny sposób na nagrodę. I widzisz? Porwałam Cię szybciej, niż myślałeś. Musisz negocjować swoją wolność. - dodała z rozbawieniem, przesuwając palcem po złotej literce, jakby upewniała się, że ta wciąż tkwiła na swoim miejscu. Metal był przyjemnie ciepły, chyba nawet bardziej niż jej skóra. Oczy Pandory przeniosły spojrzenie z Hjalmara za okno, które miał obok siebie. Wydała z siebie ciche “Oh” i przesunęła się bliżej niego, opierając jedną ręką o jego nogę, zerknęła przez szybę. - Patrz, jak ładnie! To już starsza dzielnica Londynu, ta droga prowadzi chyba pod Pałac. W nocy jest tu mniej ludzi, wszystko jest pięknie oświetlone. Za dnia jest mnóstwo turystów, ale jeśli będziesz kiedyś chciał, możemy przejechać się tym piętrowym autobusem mugol..Czerwonym, o takim. - poprawiła szybko, przypominając sobie jego reakcję, gdy wspomniała o Accio. - Mam nadzieję, że lubisz makaron z mięsem lub owocami morze, bo zabieram Cię do takiej fajnej knajpki. Wezmę na wynos coś ciepłego, ciastko z wróżbą i potem pojedziemy dalej, zjemy to nad rzeką. Czy to nie lepszy plan na noc, niż ten pub? - odwróciła twarz w jego stronę, zapominając przez chwilę, jak blisko była przez swoją niezbyt bezpieczną pozycję w samochodzie, ale kierowca jechał wolno. Uśmiechnęła się niesfornie, przez chwilę pozwalając sobie na zatonięcie w jego oczach, zanim grzecznie cofnęła się, chociaż wcale nie uciekła na drugi koniec kanapy. Nie kontynuowała tematu z pubu, nawet jeśli ulżyło jej, że wcale nie traktował jej protekcyjnie dlatego, że była dla niego jak siostra. - Jesteś na mnie zły, że Cię wyciągnęłam takiego zmęczonego do tych wszystkich ludzi? - zapytała tylko jeszcze, bo w sumie chciała to dawno zrobić, ale nie miała jakoś okazji lub po prostu za dużo się działo. Akurat Pandora lubiła chaos, prędkość i bodźce, ale gdy spędzała czas ze swoim ulubionym i w sumie jedynym Niedźwiadkiem, jakiego oswoiło, nie przeszkadzało jej, że wszystko zwalniało i działało zupełnie inaczej, niż wcześniej. Jej dłoń znów powędrowała do szyby, gdy mijali jakąś kawiarnię, obok której stała czerwona budka telefoniczna. - Turyści robią sobie przy nich zdjęcia. A tu mają dobrą kawę i bułeczki, takie z cynamonem. Gdyby była otwarta w nocy, to byśmy się zatrzymali, spróbowałbyś. - wyjaśniła z odrobiną rozczarowania, że lokal nie pracował całą dobę widocznie. Jej głowa znów drgnęła, a twarz obróciła się w jego stronę, aby chwilę później oprzeć się o ramię blondyna, jak wiele razy już to robiła. Wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, jednak ostatecznie tylko uśmiechnęła się, przenosząc wzrok za szybę, zastanawiając się, czy taksówkarz skręci w lewo, czy może w prawo. Prawda była taka, że trudno było zostać tutaj takim kierowcą i słyszała od Katie, że kandydaci musieli znać na pamięć plan całego miasta, aby zawsze być w stanie wybrać najlepszą z możliwych tras. Klienci zwykle chcieli takie krótkie, ale Pandora nie mogła zmarnować takiej okazji, aby mógł zobaczyć, jak najwięcej. Londyn był naprawdę ładny, miał taki swój klimat - znacznie lepszy nocą, niż za dnia. Hyde Park na pewno by mu się spodobał! Myśl ta sprawiła, że zastukała palcami w swoje kolano, zastanawiając się, jak mogłaby to zorganizować. - Wiesz, że po Tamizie pływają takie statki, gdzie możesz kupić bilet i popływać nocą, oglądając miasto z jej perspektywy? - rzuciła ot tak, bo się jej przypomniało, odchylając głowę i spoglądając na niego z dołu. Ściągnęła brwi zaraz na chwilę. - Myślisz, że Liz się wściekła? Spodobałeś się jej. Mam teraz wyrzuty sumienia. I właściwie to też trochę mi ulżyło. - wzruszyła delikatnie ramionami, czując na odkrytej skórze przedramienia materiał jego kraciastej koszuli. Widać było, że puszka Pandory się otwierała, mówiła już teraz absolutnie wszystko, co jej siedziało w głowie i co chciała powiedzieć, tracąc chyba resztki zdrowego rozsądku. Może został na postoju taksówek? Ciemne oczy, które czasem pod wpływem ostrego światła przybierały barwę ciemnego karmelu, zatrzymały się na tkwiącej w siatce za przednim siedzeniem wódce. Zostało chyba pół butelki? Przez kołysanie, nie była w stanie stwierdzić. I nie mogła skojarzyć, czy on ją tam wrzucił, czy może ona, chociaż nie miało to absolutnie żadnego znaczenia. Gdy podniosła wzrok znów na szybę, dostrzegła dwójkę policjantów na koniach, których mijali i uśmiechnęła się pod nosem, bo gdyby o dobrym gilnie w stolicy Anglii świadczyły tylko umiejętności jeździeckie, powaliłaby ich wszystkich na kolana. RE: [ Styczeń 1970, Londyn] Porwanie bez okupu| Hjalmar x Pandora - Hjalmar Nordgersim - 18.06.2023 Posłusznie wykonał zalecenie i tym samym wsiadł do taksówki. Zasiadł przy szybie oraz zaczął przyglądać się kroplom deszczu, które padały na auto. Może coś z tym tańcem jednak jest na rzeczy? Zastanawiał się dosyć krótko, ponieważ zmienił obiekt zainteresowania na rozmowę z kierowcą - Porwaniu... - powiedział pod nosem. Czy Pandora nie zdawała sobie sprawy, że właśnie robiła z tego biedaka wspólnika w zbrodni, gdyby tylko Hjalmar chciał to gdzieś zgłosić? Może nie dostałby takiego wyroku co Prewettówna ale na jakiś mógłby jednak liczyć. Makaron w China Town? Nie brzmiało to źle. Tamiza? Też pasowała - w końcu idealne miejsce aby móc się zemścić za porwanie i spróbować ją utopić. Negocjacje? Pokiwał głową, czekając na ich rozpoczęcie. Był bardzo ciekaw co w tej jej małej, upartej główce siedziało. - Ale ja się nie nudzę bo przecież mam... - nie dokończył, biorąc ciężki oddech. O czym ty w ogóle myślisz Hjalmar... Bo przecież mam Ciebie i Dagura? - Może masz rację - dodał. Tylko czy aby na pewno była w typie Nordgersima? Czy może to była po prostu swego rodzaju sugestia, może wręcz zalecenie dla niego? Albo chociaż próba zmuszenia go aby coś zrobił? Odebrał od niej butelkę z której nie omieszkał pociągnąć łyka - Nie zagraliśmy, prawda - przyznał jej rację. W głębi duszy cieszył się, że do tego nie doszło, ponieważ zapewne skończyłoby to się sromotną porażką dla niego - Porwałaś tylko dlatego, że dałem się porwać - uśmiechnął się w jej kierunku, poprawiając jej wersję wydarzeń - Negocjować? Jaka jest cena abym mógł się wykupić? - zapytał. Wolał wiedzieć o jakiej kwocie jest mowa, ponieważ za wiele pieniędzy przy sobie nie miał, a jednak wizja bycia trzymanym w klatce nie należała do najlepszych. Kiedy Pandora upadła, potknęła się siedząc albo zrobiła cokolwiek innego, co spowodowało, że wydała z siebie ciche "och", nie omieszkał wystawić dłoni, aby jej pomóc w problemie - Wszystko w porządku? - zapytał, przekręcając głowę w jej stronę z niekrytym zainteresowaniem, a następnie obdarzył ją krótkim uśmiechem. Moment później odwrócił się w stronę okna - Tam mieszka królowa? - dopytał, starając się dojrzeć ten pałac, jednak deszcz w niczym nie pomagał - Chyba podziękuje za wycieczkę autobusem. Są przecież ciekawsze rzeczy do robienia, niż takie coś - zauważył. Było tyle możliwości - mogli skakać po drzewach jak małpy, pływać w oceanie albo chociaż pić bimber pod gołym niebem. Czy to nie brzmiało jak dużo lepsza opcja? - No z mięsem pewnie może być. Ale jakieś owoce morza? Kto to widział. Tym się nawet najeść pewnie nie można... Zresztą kto by chciał to jeść na słodko? - zdziwił się. Po kiego licho, ktoś miał zamiar dodawać do makaronu owoce? To miało działać na zasadzie makaronu z truskawkami i śmietanom? Hjalmar nie był w stanie sobie tego inaczej wyobrazić - Od tamtego pubu to chyba wszystko byłoby lepsze - zgodził się. Rzeka brzmiała jak świetny plan - tym bardziej, że będąc nieopodal zbiorników wodnych, miał przewagę nad Pandorą. - Nie. Dlaczego? Skąd miałaś wiedzieć, że akurat będziemy mieli tyle rzeczy do zrobienia dzisiaj? Zresztą to nawet nie Ty mnie tu wyciągnęłaś, a Akane. Ona wspomniała o tym pierwsza - odparł. Był zmęczony ale nie zmieniało to faktu, że to nie była wina Prewettówny. Już prędzej mógłby o to oskarżyć Azjatkę ale ona również nie miała z tym nic wspólnego. Wszystko było dziełem przypadku i nie było niczyją winom - Bułeczki z cynamonem? Chyba podziękuje - przez ułamek sekundy na jego twarzy zagościł grymas, które jednak opuścił ją tak szybko jak się na niej pojawił. Odwrócił się automatycznie w jej kierunku kiedy poczuł jak oparła się o jego ramię. Znowu się potknęłaś? Chciał nawet o to zapytać, ale podążył wzrokiem za Pandorą jakby była jego przewodniczką. W zasadzie była bo to ona znała to miasto. Hjalmar był tutaj w zasadzie dopiero drugi, a może trzeci raz - A wiesz, że z takiego statku można kogoś zrzucić do rzeki? - odbił, unosząc kilkukrotnie brwi. W standardowy dla siebie sposób, uniósł kącik ust jakby wpadł na któryś ze swoich genialnych pomysłów - Umm... Nie wiem? Spodobałem? - po raz kolejny wrócił do Prewettówny. Teraz jednak ich oczy się spotkały - Wyrzuty sumienia? O co? No i... czemu Ci ulżyło? - zapytał widocznie zainteresowany. Nie bardzo rozumiał co chciała mu przekazać ale miała teraz jego całkowitą uwagę. RE: [ Styczeń 1970, Londyn] Porwanie bez okupu| Hjalmar x Pandora - Pandora Prewett - 18.06.2023 Nie spodziewała się deszczu, a powinna. To miasto tonęło większą część roku w ospałych, zimnych kroplach, które wszystkich wprawiły w nostalgiczny nastrój. Było wtedy jednak na ulicach dużo parasolek, ładnych i kolorowych, które zawsze wywoływały uśmiech. Hjalmar nie bronił się na szczęście przed swoim oprawcą, który obecnie nie miał w sobie zbyt dużo przebiegłości, faktycznie dzieląc się wszystkim ze starszym kierowcą, robiąc mu widocznie wieczór — zarówno przez cel i rodzaj kursu, jak i zapłatę, skoro klient chciał najładniejszą i najdłuższą trasę. - Porwaniu. - przytaknęła mu gdzieś pomiędzy konwersacją z ich szoferem, całkiem poważnie i chyba chciała, żeby było trochę groźnie. Zupełnie nie pomyślała o tym, że on też mógłby być winny zamachu na wolność Islandczyka. Im więcej piła, tym mniejsze znaczenie miało to, co będzie jutro. Liczyło się tylko teraz. Dlatego też z uśmiechem oparła się o siedzisko, a gdy kierowca odciął się od nich czarną szybą, mogła skupić swoją uwagę na Niedźwiadku. - Nie nudzisz się, bo co masz? - dopytała, widocznie zainteresowana nowym hobby lub towarzystwem, które zdążył sobie znaleźć w Anglii. Martwiła się o niego, chciała dla niego, jak najlepiej. Gdy wspomniał, że mogła mieć rację, uśmiechnęła się triumfalnie, kiwając głową i sprawiając, że pasma włosów prześlizgnęły się jej po skórze. - Oczywiście, że mam. Zaufaj mi. Eliza nie jest może materiałem na coś więcej, ale mielibyście o czym porozmawiać. - wyjaśniła mu dość pewnie, chociaż zdawała sobie sprawę, że prośba o to, aby jej zaufał, była czymś dużym. To był przecież jeden z najcenniejszych podarunków, które można było komuś podarować. No, Pandora ufała zbyt szybko, bywała naiwna i łatwo było ją wykorzystać, ale niezależnie, ile razy przez to oberwała, nie umiała tego zmienić. Jemu jednak ufała bardziej niż innym. W końcu znał jej sekret i ją uratował, a także dał jej jeździć na swoich plecach. - Nie chciałeś zagrać? Możemy w coś zagrać tutaj, jeszcze jest kawałek po ten makaron, a potem kilka minut nad rzekę. - stwierdziła z delikatnym wzruszeniem ramion, nie chcąc dopuścić do żadnego niezadowolenia, które mogłoby popsuć mu wieczór. I tak był już zmęczony, musiała więc zadbać o to, aby dobrze się bawił. - Wcale nie. Porwałam, bo chciałam porwać. - zaprzeczyła, krzyżując buntowniczo ramiona pod biustem, chociaż robiła to głównie dla zasady, bo wiedziała — teoretycznie - że gdyby się upał i nie chciał, to musiałaby go chyba unieszkodliwić eliksirami lub zaklęciem, aby się udało. Jego uśmiech sprawił, że prychnęła cicho i sama uniosła kąciki ust ku górze w rozbawieniu, ale nie znaczyło to wcale, że miał rację. - Nie wiem jeszcze, wymyślę coś ciekawego. Pieniądze byłyby zbyt łatwe, zbyt oczywiste.. - dodała poważnie, znów próbując brzmieć, jak powinien w jej mniemaniu groźny porywacz. Ruchem głowy odgarnęła kitkę na plecy i zerknęła w dół, na swoją złotą literkę, uśmiechając się pod nosem. Nie zamknęłaby go oczywiście w żadnej klatce. Była chaotyczna, wylewna, jakby coś ciągle sprawiało, że po prostu nie mogła usiedzieć w miejscu. Z pewnością wpływ miała na to wódka i emocje, ale również wciąż krążąca w organizmie, duża dawka jej eliksirów pobudzających. Zacisnęła palce na jego dłoni, posyłając mu przepraszający uśmiech. - Czasem jestem okropnie niezdarna, nie? Za dużo chce robić, za szybko myślę i nie koordynuje ruchów. - wyznała z rezygnacją, sugerując mu tym samym, że pracowała nad poprawą i naprawdę, starała się ćwiczyć, aby poprawić kondycję fizyczną i refleks. Bo nawet jeśli była zwinna i całkiem szybka, to bez refleksu i siły, niewiele to dawało. Oczywiście, że było w porządku, dużo lepiej niż w pubie, ale nie powiedziała mu tego na głos, odwzajemniając jedynie posłany przez niego uśmiech, a potem powędrowała wzrokiem za okno. - Teoretycznie. Wydaje mi się, że mieszka tu tak wiesz, bo powinna, ale nie wydaje mi się, żeby spędzała w tak wielkim domu całe dnie. Dlaczego ten deszcz pada, kiedy nie powinien? Kupię nam parasolki, ale przez mokre szyby, nie zobaczysz wszystkie. - mruknęła z rozczarowaniem godnym nastolatki, której rodzice odmówili kupna czegoś ładnego. Ściągnęła brwi z odrobiną pogardy, zerkając w zachmurzone niebo, które wyjątkowo nie było po jej stronie. - Nie lubisz autobusów? Mogę wymyślić Ci inne atrakcje. Mają tu zoo. I mają piękne parki, ogrody, mnóstwo kawiarni, punktów widokowych, starą twierdzę. - wymieniła, wolną dłonią odliczając na palcach — tą, którą się o niego nie opierała. Przesunęła spojrzeniem po jego twarzy, zaraz łagodniejąc na swojej własnej i uśmiechnęła się niesfornie, wracając grzecznie na kanapę i dając spokój oknu. - Mówią tak na ryby, krewetki, małże i te inne morskie potwory. Azjaci dużo ich jedzą. - wyjaśniła mu pogodnie, uznając chyba tysięczny raz, że był nieprzyzwoicie uroczy. Jej myśli zmieniały się tak szybko, jakby w głowie miała kolorowy kalejdoskop. - Te bez mięsa makarony też mają dobre! Z tofu lub samymi warzywami, ściągają je od siebie z Chin, Shun mi opowiadał. Aż tak źle było w tym pubie? Kurczę, przepraszam. Mogłeś mówić wcześniej, poszlibyśmy sobie godzinę temu. - stukała palcami o swoje nogi, widocznie niezadowolona z faktu, że się męczył, jeśli mu się nie podobało. Zupełnie nie przyszło jej do głowy, że Tamiza mogła przypaść mu do gustu przez to, że mógłby ją utopić. Zamiast tego, Prewettówna układała lub też próbowała ułożyć w głowie jakiś plan, który początek wieczoru mógłby mu wynagrodzić. Upiła z tej okazji kolejny łyk wódki, gdy samochód łagodnie skręcił Wjechali w aleje otoczoną drzewami i ładnymi, jasnymi kamienicami. Wszystkie do siebie pasowały i były holendernie drogie, jak na centrum Londynu przystało. - Akane? Zaprosiła Cię pierwsza? - uniosła brew, zerkając na niego z zaskoczeniem, bo nie mogła sobie tego przypomnieć. Zaśmiała się pod nosem jednak, a na ustach został jej delikatny uśmiech na myśl o swojej przyjaciółce. Znała ją naprawdę dobrze, zawsze umiała wykorzystać odpowiednią kartę i odczytać zachowanie Pandory, nawet jeśli ta starała się niczego nie pokazywać. - Bo ja zwykle dużo wiem. To też powinnam wiedzieć, ale noc się dopiero zaczyna, nic straconego. No, chyba że będziesz śpiący. A jak będziesz, to tym razem mi powiedz, to pojedziemy do mnie. - pogroziła mu palcem, używając tego swojego tonu, który źle znosił jakikolwiek sprzeciw, ale niespecjalnie jej to wyszło, bo zaraz roześmiała się jedynie, cofając dłoń. - Są naprawdę dobre! I sernik i tarta i ciasto Królowej Wiktorii. - wymieniła mu kilka słodkości, chcąc go widocznie zachęcić. Zawsze będzie mogła wstać rano i iść mu coś kupić do śniadania, nie miała piekarni daleko, nawet jeśli nie była to jej ulubiona. Na szczęście długo nie grymasił. Oparła wygodnie głowę, wypuszczając cicho powietrze. Miał wygodne ramię, jak zawsze, co sprawiło, że uśmiechnęła się pod nosem kolejny raz, ale nie było jej dane długo spoglądać w przestrzeń, gdyż poczuła na sobie błękitne spojrzenie. Odwzajemniła je mimowolnie, zastanawiając się, czy może miał coś przeciwko temu, że robiła sobie z niego poduszkę tak nagminnie? Uniosła dłoń, przesuwając palcami po brązowych włosach, rozczesując je powoli. Nie mogła oczywiście długo siedzieć cicho. - Czy Ty znów chcesz mnie zabić? Za ten pub? Tamiza jest śmierdząca i brudna, jak masz mnie już utopić, zrób to, chociaż w ładnym miejscu. - wzruszyła ramionami, widocznie pogodzona ze swoim losem i rychłym końcem w odmętach wody, byle nie tej brudnej. Przyjemnie było na bulwarach posiedzieć, jednak jakiekolwiek zetknięcie się wody Tamizy ze skórą, nie mogło skończyć się dobrze. Szkoda, że nie było pod Londynem gorących źródeł, byłby w sam raz na styczeń. Szturchnęła go delikatnie łokciem w bok dla zasady, kręcąc głową z rozbawieniem. Kontynuowała temat Elizy, bo nie dawało jej to spokoju i nieco zaskoczył ją fakt, że zapytał, patrząc jej bezpośrednio w oczy. Jej głowa przytaknęła delikatnie, bo w jakiś sposób nie mogła przez chwilę nic powiedzieć. Zamiast tego poprawiła się delikatnie na kanapie taksówki, wygodniej układając głowę na jego ramieniu, wcale nie odwracając wzroku. Niedźwiadek był sprytnym i przebiegłym stworzeniem, musiał zauważyć, jak łatwo było z niej wszystko wyciągnąć, jak była już troszkę lub nawet troszkę bardzo zrobiona. Wydała z siebie ciche mruknięcie zastanowienia, jakby nie mogła zdecydować się, jak odpowiedzieć lub od których słów powinna zacząć. -Opowiadałam jej o Tobie, bo uznałam, że w jakiś sposób, nie wiem.. To miła dziewczyna? Nie umie odnaleźć się w Londynie, woli wieś i lasy. - wyjaśniła nieco nieporadnie, ale zupełnie szczerze. Jej palce znów uderzyły w jej uda, na kilka sekund odwróciła wzrok, patrząc gdzieś w przestrzeń, przytakując z delikatnym opóźnieniem na to, że jej ulżyło. Wzięła głębszy oddech, wracając do błękitnych oczu blondyna z tym swoim uśmiechem, bo uświadomiła sobie, że nie miała przecież niczego złego do powiedzenia. - Bo skoro się jej spodobałeś, to pewnie zrobiła sobie nadzieję. Wyrzuty.. No tak. Byłoby źle, gdybyś mnie traktował jak siostrę, bo już Cię przecież pocałowałam i potem już nie mogłabym tego zrobić. Bo jak to, całować brata? - zapytała z delikatnym wzruszeniem ramion, uznając to za niedorzeczną i durną możliwość, zaraz jednak machnęła dłonią, odwracając wzrok za okno. - Nie przejmuj się mną. O, patrz. Będziemy przejeżdżać zaraz obok twierdzy, a potem główną ulicą i kawałek w prawo i będziemy po ten makaron. - wyjaśniła mu, mrużąc oczy, aby dostrzec coś przez spływający po szybie deszcz. RE: [ Styczeń 1970, Londyn] Porwanie bez okupu | Hjalmar x Pandora - Hjalmar Nordgersim - 18.06.2023 A więc jednak dowiodła swego. Hjalmar po raz pierwszy w życiu został oficjalnie uprowadzony i to w dodatku przez Pandorę. Co więcej - nie zrobił nic aby jakkolwiek się przed tym obronić, a to nie wyglądałoby za dobrze w jego aktach jeżeli dalej chciał być uznawany za tego silnego i groźnego. No chyba, że Prewettówna nikomu by nie wspomniała o tej sytuacji, wtedy dalej miałby zachowaną swoją opinię. - Mówiłem coś? - próbował się wybronić aby za wszelką cenę nie musieć tego tłumaczyć. Z drugiej strony Turczynka była uparta jak muł i byłaby go w stanie męczyć pół nocy aby tylko się dowiedzieć o co mu chodzi. Czy w takim razie nie było lepiej odpowiedzieć jej od razu? - Ehh... Nie odpuścisz co? Dobra... No bo po prostu mam ojca, więc nie jest źle... Niedługo pewnie i resztę rodziny tutaj ściągniemy... - podrapał się po szyi, chcąc kupić sobie trochę czasu na kontynuowanie odpowiedzi - No i... Teraz się okazało, że Ty też jesteś... Więc no tym samym mam też Ciebie, nie? - wzruszył lekko ramionami. Może niepotrzebnie to mówiłem? Bił się z własnymi myślami. Jednak prawdę mówiąc cieszył się, że Pandora mieszkała w Londynie. Do Doliny Godryka nie było tak daleko jakby się mogło wydawać, a Prewettówna mogła na spokojnie zastąpić i tuzin znajomych swoją osobowością. - Może więc jest materiałem na koleżankę? - dopytał. Czy ufał swojej oprawczyni? W pewnym względzie na pewno ale były tematy, których wolał na razie nie poruszać przy niej. A już na pewno nie w momencie kiedy to nie było wymagane. Nadal miał pewnie obawy jak mogłaby zareagować na jego dziwną przypadłość. Sam zresztą bił się momentami z własnymi myślami czy powinien jej o tym powiedzieć czy też nie - na razie uznał, że to jeszcze nie czas - Nie to, że nie chciałem... Znaczy... No... Umm... - starał się to ubrać jakoś dyplomatycznie - Preferuję dyscypliny w których można polegać na sile własnych mięśni, niż szczęściu czy zręczności - zaśmiał się, odkrywając swój brzuch niczym pies. Teraz już wiedziała jakie miał podejście do tych wszystkich mugolskich gier i zabaw, gdzie w większości nie chodziło o krzepę w łapach. - Dobrze, dobrze. Nie bij tylko. Chciałaś porwać i to zrobiłaś. I to wcale nie tak, że dałem się porwać - przyznał jej rację. W końcu należało się zgadzać na wszelkie żądania terrorystów, a tym bardziej nie należało ich denerwować. Z drugiej zaś strony bardzo był ciekaw co mogłaby zrobić gdyby jednak spróbował się zbuntować, a nawet obalić władzę na tym porwaniu - No to lepiej wymyśl coś szybko zanim Dagur się dowie... Wtedy obawiam się, że może być za późno na jakieś pertraktacje - pokiwał przecząco głową. Nie było żartów ze starszym Nordgersimem w kwestii ich rodziny - gdyby dowiedział się, że któremuś z jego dzieci dzieje się krzywda, nie miałby żadnego problemu aby rzucić wszystko i ruszyć im z ratunkiem. Na pewno w kwestii swoich córek, chociaż Hjalmarowi też by pewnie pomógł, a na koniec dał mu reprymendę za to, że pozwolił się porwać... I to kobiecie... - Nic się nie stało. To ze zmęczenia pewnie - usprawiedliwił ją bo chciał, bo mógł, bo może po prostu wypadało? Nikt nie lubił kiedy wytykało mu się jego stan podpicia alkoholowego - Z cukru jesteś, że potrzebujesz parasolki? - zapytał, chociaż na usta cisnęła mu się jedna odpowiedź związana z jego pytaniem. Deszcz po prostu dodawał klimatu do ich nietypowej wycieczki - To jednak w Dolinie Godryka jest ciekawej. Są lasy i w ogóle, aż chce się żyć, a nie zwiedzać jakieś... Atrakcje... - odparł. Nordgersim miał na prawdę ciekawsze rzeczy do roboty, niż zwiedzanie muzeów czy parków. Nie wspominając już nawet o fakcie, że historia Wielkiej Brytanii za bardzo go nie obchodziła, ponieważ liczyła się tylko Islandia. A więc to o to chodziło z tymi owocami morza. Lekko się zawiódł, licząc, że chodzi jej o truskawki z sosem do makaronu, a nie o jakieś Merlin jeden wie co. Jeszcze żeby tym się dało najeść - Chorzy ludzie... Zjedli by sobie kotleta, a nie jakieś udawane mięso - przyznał z oburzeniem. Kto to widział zajadać jakieś morskie stworzonka zamiast mięsa z prawdziwego zdarzenia - Nie ma nawet takiej opcji - zaprzeczył, ewidentnie nie zgadzając się z jej opinią na temat dań stricte warzywnych - Aż tak źle nie było przecież... Ale lepiej tutaj, niż tam - zaśmiał się na swoje słowa. Teraz zdał sobie sprawę, że w głębi duszy cieszył się na to porwanie, które uwolniło go od tamtego towarzystwa. - No tak. Wspomniała żebym wpadł jak przyjechałyście do doliny... No Ty wtedy byłaś... - nie dokończył, przygryzając wargi, ponieważ cisnęło mu się tylko jedno - "obrażona" - Wierzę Ci na słowo i zostawię dla Ciebie te wszystkie pyszności - dodał. Gdyby wspomniała o jakimś mięsnym albo festiwalu schabowych, nie omieszkałby zawitać czy nawet jej tam zanieść... No ale jakieś ciasta czy babeczki? To nie było coś na czym by mu zależało. Jeszcze jakby to był festiwal śledzi - mógłby to rozważyć. - Nie zabić... Tak tylko zwracam uwagę. Nigdy nie wiesz kiedy to Ty zostaniesz porwana - kontynuował swój wywód z tym samym uśmieszkiem - Wezmę Twoje słowa pod uwagę. Utopię Cię w ładnym miejscu jak tak bardzo chcesz - dodał, jednak nie długo było mu dane nacieszyć się swoimi groźbami, tudzież "ostrzeżeniami", ponieważ zaraz został potraktowany łokciem, na co zareagował tylko udawanym bólem. - No miła pewnie tak... Ciężko mi stwierdzić po takim czasie... Nie tylko ona nie umie - zaśmiał się. Hjalmar miał całkowitą świadomość, że potrafi się odnaleźć w nowej rzeczywistości, a co dopiero w stolicy Wielkiej Brytanii. Zresztą trzymał się od niej z dala i unikał jak ognia - chociaż to ostatnie już wolał dużo bardziej od pobytu w Londynie - Na pewno znajdzie sobie kogoś lepszego - zapewnił Pandorę, sugerując, że jednak nie był najlepszym kandydatem dla Lizy - Nie wiem skąd wy wszystkie wzięłyście to z tą siostrą... - pokiwał przecząco głową, nadal nie dowierzając na to stwierdzenie. Nie odpowiedział jednak na kwestię "całowania bratania", uznając, że nie ma tutaj po prostu nic do dodania - Jak mam się Tobą nie przejmować jak prawie zabiłem gościa w Twojej obronie? - zapytał, nie odrywając od niej oczu. Jak miał się nią nie przejmować kiedy zawsze patrzył czy nie dzieje jej się krzywda? Tym bardziej, że zawsze był pierwszym chętnym aby ruszyć w jej obronie. RE: [ Styczeń 1970, Londyn] Porwanie bez okupu | Hjalmar x Pandora - Pandora Prewett - 20.06.2023 Była dumna z tego osiągnięcia, doda je z pewnością do listy swoich życiowych sukcesów — skoro on ją wcześniej porwał i to niczym worek ziemniaków, ona też chciała spróbować swoich sił. Wierzyła, że mogła mu dużo pokazać i pomóc, wiadomo, Wielka Brytania nigdy nie zastąpi Islandii, ale mógłby, chociaż spróbować żyć tu dobrze i szczęśliwie, może nawet się zakorzenić? Chociaż w to akurat nie wierzyła, bo doskonale pamiętała wyraz jego twarzy, gdy mówił o tym, aby zostać na wyspie na zawsze. Mógł być jednak spokojny, bo nie zamierzała nikomu mówić o tym pełnym egoizmu występku, jakim było zabranie go z pubu pełnego potencjalnych przyjaciół. Tłumaczyła sobie, że się stęskniła, lubiła spędzać z nim czas. Wbijała w niego uparte spojrzenie, nie zamierzając widocznie odpuszczać, nawet jeśli się wstydził lub musiał zmuszać do odpowiedzi. Nie mogło być tak, że ciągle miał jakieś sekrety i nie mówił połowy tego, co myślał. Stuknęła wymownie palcami o swoje ramiona, przekręcając głowę na bok, przyglądając mu się praktycznie bez mrugania. Gdy zaczął odpowiadać, mógł dostrzec błysk triumfu i radości w brązowych tęczówkach, a także rosnący uśmiech. Odrobinę ją zawstydził, ale to nie było trudne po takiej ilości wódki. Jej policzki reagowały szybciej, niż ona sama przetwarzała zasłyszane informacje. - Nie twierdzę, że tata to złe towarzystwo, ale przydałby Ci się ktoś bardziej w Twoim wieku. Na pewno tęsknisz za kolegami. - zaczęła z delikatnym wzruszeniem ramion, przypominając sobie mimowolnie twarze kampanii, którą widziała podczas Lithy czy na weselu, co spowodowało zaśmianie się pod nosem. Kontynuowała jednak, podnosząc na niego wzrok. - Oczywiście, że masz mnie. Zawsze, gdy będziesz mnie potrzebował lub miał ochotę zobaczyć, po prostu napisz lub przyjedź. Dla niej było to oczywiste, chociaż fakt, że przyznał, to na głos sprawił, że zrobiło się jej zwyczajnie miło. Myślała przecież, że to ona głównie mu się narzuca, faktycznie, przypominając odrobinę kleszcza. Westchnęła ciężko na samą myśl o tym porównaniu, mówiąc coś niezrozumiałego pod nosem. Naprawdę dużo to dla niej znaczyło i na pewno nie było niepotrzebne. Jej palce kolejny raz przesunęły po literce kołyszącej się na szyi. Będzie miała nowy nawyk. - Być może. - przytaknęła, wracając do rzeczywistości, bo na chwilę zdawała się odpłynąć. Łapała się na tym, że coraz częściej zasychało jej gardle, ale nie mieli w tej przeklętej taksówce niczego poza wódką, więc musiała się powstrzymywać. Na pewno weźmie coś normalnego do makaronu. Temat Elizy też ją trochę drażnił, była na siebie zła — nie na nią oczywiście. Sądziła, że musiał trochę jej ufać, bo dał się jej porwać — na pewno nie tak, jak ona ufała mu, ale istniała pomiędzy nimi już czerwona nitka, której nie byłoby łatwo zerwać. - Czekam na moment lub dzień, gdy przestaniesz się tyle zastanawiać nad tym, co chcesz mi powiedzieć. - stwierdziła z uśmiechem, kiwając jednocześnie głową na znak, że zrozumiała, co miał na myśli. Mugolskie gry i zabawy miały jednak kilka asów w rękawie, które prędzej czy później będzie chciała mu pokazać, wierząc, że miał znacznie więcej, niż krzepę w łapach. - Hmmm? Czyli mogłabym zrobić Ci wszystko, co bym chciała i byś mi się tak dał? Interesujące Niedźwiadku. Oczywiście, że nie dałeś. Byłeś zaskoczony, uległeś moje sile perswazji i zapewne pociągnięciu ręki. A to znaczy, że coś tam mi ufasz. - wyjaśniła mu bardzo rzeczowo, zadowolona z takiego obrotu spraw i swojej dedukcji. Nie próbował uciekać, wyglądał na bardziej zadowolonego, niż przed godziną. Czego mogła chcieć więcej? Może zamiast bulwarów, powinna wybrać inne miejsce.. Wspomniał o swoim ojcu, a ona ściągnęła brwi i zacisnęła usta w zaniepokojeniu, zastanawiając się nawet przez chwilę, jak miałaby sobie z jego gniewem za porwanie mu dziecka poradzić. Mogłaby nasłać na niego Marę lub jeden ze swoich mechanizmów, ale jego Tata był tak poczciwym człowiekiem i takie piękne rzeczy tworzył, że nie mogłaby tego zrobić. Nie wspominając już o tym, jak blondyn był w niego wpatrzony. - Obronił byś mnie przed swoim ojcem i powiedział, że sam dałeś się porwać, czy patrzyłbyś na moją zagładę? Bo ja bym nie mogła go skrzywdzić. Nie tylko dlatego, że sięga prawie do nieba. Pandora chciała wierzyć, że jego staruszek chociaż trochę podczas tego wesela Ivana ją polubił, zwłaszcza że sugerował im miłość oraz małżeństwo. Nawet jeśli Hjalmar był oburzony i zniesmaczony tym pomysłem, jej wydało się to całkiem miłe, nawet urocze. - Gdy Cię poznałam, to nie sądziłam, że jesteś tak cierpliwy i łagodny. - stwierdziła na jego słowa z odrobiną wdzięczności, posyłając mu krótkie spojrzenie. No, to ostatnie nie było może zawsze i wobec wszystkich, ale brunetka nie mogła narzekać. - Nie przeszkadza mi, gdy moknę, ale parasolki są śliczne i kolorowe. Lubię patrzeć z okna na ludzi, którzy je noszą. Przypominają mi kwiaty na szarym chodniku. Z cukru nie była, przecież sama wspomniała mu o tańcu w deszczu, który swoją drogą, był naprawdę przyjemnym zajęciem, takim, które się pamięta. W głębi duszy pewnie przyznałaby mu rację, deszcz był zjawiskiem typowo angielskim, pasującym do wycieczki, nawet jeśli obecnie ją irytował, bo zasłaniał mu widoki. - Dobrze, to następnym razem znajdę ciekawe miejsca w Dolnie, skoro Londyńskie Ci nie odpowiadają. Myślę jednak, że do nich dojrzejesz. Nie są fajne w nadmiarze, ale czasem pozwalają docenić inne rzeczy, mniejsze. Ogrom Londynu bywa przytłaczający. Przesunęła palcami po włosach, łapiąc ostatecznie za ciemną frotkę i zsuwając ją. Pochyliła się nieco, nachylając głowę i mierzwiąc brązowe, układające się w loki pasma, aby potem pozwolić im swobodnie opaść na plecy i ramiona. Tak wysoka kitka przez tyle godzin, gdy miało się tak dużo włosów, była ciężka i męcząca. Frotkę zostawiła na swoim nadgarstku. - Ty naprawdę kochasz kotlety, co? Wezmę Ci jednak na spróbowanie też ten z owocami morza, musisz sam się przekonać. - zdecydowała, odwracając w jego stronę twarz z zadziornym błyskiem w oczach, ciekawa, czy istniała szansa, że krewetki mu zasmakują. W jakiś sposób naprawdę lubiła, gdy mogła mu pokazać coś, czego nie znał. - Jest taka opcja, ja sobie wezmę.- droczyła się z nim dalej, robiąc przy tym uroczą miną, próbując za wszelką cenę się nie roześmiać z tego, jaki w kwestii jedzenia był uparty. - Mnie to bez różnicy właściwie, bo zawsze się z Tobą dobrze bawię. Puściła mu oczko, może odrobinę chcąc go zawstydzić. Lubiła ten subtelny odcień różu na policzkach Islandczyka, podkreślał błękit jego oczu. Nie komentowała już Akane, wciąż śmiejąc się w duchu z jej diabelskich działań. I dobrze, że nie wspomniał o jej chwilowej obrazie i złości, bo Pandora wyrzuciła już to z głowy. Było, minęło i nie miało żadnego znaczenia. Miał swoje powody, rozumiała. - Kupię Ci jakieś na śniadanie. Może znajdę mięsne? - odparła na temat bułeczek, nieugięcie, wzruszając delikatnie ramionami. Ruchem głowy zgarnęła brązowe pasma włosów na plecy, czując, jak łaskoczą odkrytą i chłodną skórę. Pewnie powinna była ubrać kurtkę, ale zupełnie nie przeszkadzał jej chłód lub raczej nie był odczuwalny, bo targało nią mnóstwo emocji i wódki. - Planujesz nieoczekiwane porwanie, żeby mnie utopić? - zapytała ze względną powagą na twarzy, unosząc wymownie brew na ten jego uśmieszek, ostentacyjnie odsuwając się na siedzisku, przynajmniej na chwilę. Może jednak nie Tamiza, skoro traktował tę sprawę tak poważnie. - Oh, Pan wspaniałomyślny. Utop mnie na Islandii, tam jest ładnie. Zażyczyła sobie jeszcze, skoro jej los był przesądzony. Pytanie tylko, kiedy nastąpi ten duszący koniec w morskiej głębi. Na myśl o tym ostatnim przeszedł ją krótki, nieprzyjemny dreszcz. Zareagował poprawnie na jej łokieć, nawet jeśli udawał. - Przecież Ty umiesz, tylko się powstrzymujesz. - stwierdziła ze spokojem, świdrując go spojrzeniem. Pewnie nie zdawał sobie nawet z tego sprawy. Był silnym człowiekiem, takim, który mógłby zamieszkać wszędzie i by sobie poradził. Kochał Islandię na tyle, że nie chciał jej zdradzać i być może nawet nie chciał próbować poznać tego, co oferowała Anglia. Właściwie też nie rozumiała, dlaczego dziewczyny go tak onieśmielały, przecież przy kolegach emanował pewnością siebie. To tak, jakby Niedźwiadek sam sobie stawiał jakieś blokady i bariery, jakby bezpodstawnie brakowało mu pewności siebie w niektórych sytuacjach i obawiał się może wyjścia na głupca? Pandorze natomiast to zupełnie nie przeszkadzało, nie była przecież mądra, bo tylko głupiec by tak siebie nazwał. - Kiedyś pewnie znajdzie, ale czy lepszego? Ciężko powiedzieć. Mam wrażenie, że paskudnie siebie nie doceniasz. - kontynuowała z westchnieniem, wcale nie odsuwając się od niego i nie zdejmując głowy z jego ramienia, gdzie było jej przecież wygodnie. Na jego słowa o siostrze nie mogła powstrzymać śmiechu, bo nawet jeśli nie umiałaby mu odpowiedzieć słowami, wiedziała, dlaczego tak myślały. Chciała to jakoś skomentować, ale wtedy też zapytał, jak miałby się nią nie przejmować, patrząc na nią tak bezpośrednio, że odrobinę się zapowietrzyła. Nie drgnęła nawet, odwzajemniając spojrzenie i czując, jak fala ciepła rozlewa się jej po ciele, uderzając jej policzki. Uniosła dłoń, dotykając jednego z nich palcami i pokręciła głową, odrobinę speszona. - No tak, pakujesz się przeze mnie w kłopoty.. - mruknęła pod nosem, łudząc się, że uda się jej odrobinę zamaskować reakcje swojego ciała jakże elokwentnym komentarzem. Niewiele myśląc, przekręciła się nieco — na tyle, ile ta niedorzeczna kanapa w taksówce pozwalała, aby schować nieco niżej twarz, opierając ją gdzieś pomiędzy jego szyją a górną częścią torsu. - Zawsze mnie bronisz. Pilnujesz. - zauważyła w końcu cicho, wbijając spojrzenie w jeden z guzików, bo wydał się jej najodpowiedniejszym punktem. - Chyba Ci nigdy za to nie podziękowałam, jak powinnam. Pandora cofnęła się nieco, unosząc nieco do góry i spoglądając na niego, uśmiechnęła się dość miękko i łagodnie, ignorując opadające na twarz kosmyki włosów. Obiecała sobie coś, czego musiała się trzymać, ale zawsze istniały obejścia zasad. Teraz też tak było. Przesunęła palcami po jego policzku, a drugą dłonią wsparła się delikatnie na jego udzie, aby unieść się jeszcze wyżej i musnąć wargami jego czoło, chociaż przez chwilę walczyła ze sobą, czy nie powinna była wybrać policzka. Cofnęła się, pozwalając sobie na ciche westchnienie, a potem na chwilę oparła swoje czoło o jego. - Tak sobie myś.. Przerwała, czując, jak taksówka hamuje. Uśmiechnęła się więc tylko figlarnie, zsuwając się grzecznie na siedzenie i wciągając buty. - Niech Pan tu chwilę poczeka z moim porwanym, wrócę za pięć minut. - oznajmiła kierowcy, którego głowa pojawiła się po tym, jak opuścił nieco szybę. Złapała torebkę i spojrzała na Hjalmara, pokazując mu dłonią liczbę pięć oraz żeby zaczekał, po czym puściła mu oczko i wysiadła z auta, zamykając za sobą drzwi, aby zniknąć w jednej z knajpek. RE: [ Styczeń 1970, Londyn] Porwanie bez okupu | Hjalmar x Pandora - Hjalmar Nordgersim - 21.06.2023 Niby nie twierdziła, że to złe towarzystwo ale jej odpowiedź miała w sobie coś w wyrzutu. Może pewnego rodzaju uszczypliwości w jego stronę. Jedno jednak można było jej przyznać - nie ważne jak dobrze by się dogadywał z Dagurem, ten nie był po prostu w stanie zastąpić mu jego kompanów. Na jej słowa pokiwał głową z pewną dozą ulgi? Chociaż między młotem, a kowadłem reakcja Pandory była do przewidzenia i działało to w obie strony. Ona też mogła przyjechać lub napisać do niego w każdym momencie. W kwestii "koleżeństwa" z Elizą również się zgadzali. To było całkiem zaskakujące w jak wielu kwestiach się potrafili dogadać i porozumieć. Wiadomo, że były tematy w których byli niczym ogień i woda - to całkiem zrozumiałem. Ale czy w końcu przeciwności się nie przyciągały? Prewettówna była wielką optymistką skoro liczyła, że taki dzień mógłby nastąpić. Sam Hjalmar nie wiedział dlaczego tak było, że zawsze zastanawiał się nad tym co chce powiedzieć. Może w pewien sposób starał się dobierać odpowiednie słowa? Budować poprawną narrację? A może po prostu nie chciał źle przy niej wypaść? Na jej słowa wypuścił tylko ciężej powietrze z nosa. Miał zaprzeczać? Próbować się bronić, że wcale tak nie było? Nordgersim nie widział w tym żadnego sensu - z każdym dniem czy tygodniem, rozgryzanie go, szło jej coraz lepiej. W tym - zawrotnym - tempie minie maksymalnie kilka lub kilkanaście tygodnie, a Islandczyk nie będzie w stanie nic przed nią ukryć albo się obronić - Hmm... Dobre pytanie... - zacisnął wargi, bacznie się jej przyglądając. W pewnym stopniu zapewne nawet oceniając - Mógłbym zrobić mały wyjątek i wziąć to na siebie... - dodał z uśmiechem na ustach. Jeszcze tylko tego by brakowało aby Dagur chciał jej zrobić jakąś krzywdę. - Bo nie jestem... - zaprzeczył. Mało brakowało, a wydałby z siebie pomruk niezadowolenia. Cierpliwy i łagodny? Niedorzeczne... Pokręcił przecząco głową. Czyżby Hjalmar był tylko taki przy Pandorze? Jego koledzy z czasów Durmstrangu, nigdy by się nie odważyli na takie słowa, wiedząc jak to się może skończyć. Prawdę mówiąc, Niedźwiadek był taki tylko dla małego grona osób - takiego, w którym czuł się jakoś pewniej i mógł sobie pozwolić na większy - chociaż nadal ograniczony - luz. - Nie musisz nic szukać. Wystarczy pójść do lasu, a jak już mam iść do lasu to jednak wolę te Islandzkie, niż tutejsze - odparł. Doceniał, że Prewettówna chce mu za wszelką cenę pomóc z aklimatyzacją w nowym miejscu ale problem był chyba w nim samym. To Hjalmar nie chciał dać sobie pomóc, wierząc, że sam da sobie z tym wszystkim radę. Nie trzeba było być jednak geniuszem aby wiedzieć, że sobie z tym nie daje rady o czym mogła świadczyć chociażby jego niepewność kiedy wkroczył dzisiejszego wieczora do tego pubu. - Mięso to podstawa. Bez tego ani rusz. Nie bierz tego z owocami morza bo go i tak nie zjem - wybrzydzał niczym małe dziecko, któremu ktoś próbował podać warzywa. Nordgersim nie był żadnym królikiem aby wcinać zieleninę w kilogramach, a tym bardziej jakieś wodne mięczaki. Jeszcze gdyby serwowali to z jakimiś śledziami to mógłby to rozważyć - Grrhh... - wydał z siebie pomruk niezadowolenia, próbując przechylić szalę zwycięstwa w tej kłótni na swoją stronę. Nie trwał on za długo, ponieważ był po prostu swego rodzaju ostrzeżeniem - Zawsze? - zapytał w Pandory sposób, który można było również określić jako "zadziorny". Koniec końców, nie tylko ona mogła korzystać z jego sztuczek. Nie byłby sobą gdyby jego palec nie powędrował na szyję aby dodać mu trochę otuchy. - Nie przemęczaj się. Nie ma po co - zapewnił. Nie dosyć, że miała go przenocować w tym piekielnym mieście, to jeszcze chciała się fatygować? Nie mógł na to pozwolić. Oczywiście, że był wybredny w kwestii jedzenia ale u kogoś należało być wdzięcznym za gościnę, a nie się dąsać jak małe dziecko - Może? Ale mówisz i masz. Utopię Cię na Islandii w takim razie. Masz słowo Nordgersima - wypowiadając te słowa, wydał z siebie ciche "hyhyhy" pod nosem. Teraz nie było już odwrotu - obiecał jej tak piękną śmierć to będzie musiał ją spełnić. I to za wszelką cenę. Nie skomentował. Coś było na rzeczy w jej słowach. Może bał się spróbować przyzwyczaić do nowego? Wtedy było ryzyko, że jeszcze by mu się spodobało albo stało nową rzeczywistością? Jego wewnętrzne blokady na pewno mu w tym nie pomagały. Sam był swoim katem, który nie brał żadnych jeńców, ani tym bardziej nie stosował żadnej taryfy ulgowej. I to co gorsza - we wszystkich kwestiach - Doceniam... Jakoś? Po prostu stwierdzam, że nie pasowalibyśmy do siebie... Takie... Przeczucie - dodał ze wzruszeniem ramion, ewidentnie nie chcąc kontynuować tematu. Hjalmarowe wewnętrzne "ja" tak mu mówiło, a jemu nie pozostało nic innego jak się z tym zgodzić. Czy przez nią pakował się w kłopoty? Trochę tak, trochę nie. Sam najczęściej tych kłopotów szukał, a zwłaszcza okazji aby komuś przywalić w mordę. A to, że Pandora akurat przyciągała problemy to był tylko dodatek do tej burzliwej relacji - Ktoś musi... - rzucił między jej słowami. Nie miała nikogo innego kto mógłby to zrobić. Nawet jeżeli miała, Nordgersim nie miał o tym pojęcia, więc sam sobie dopowiadał pewną część historii - Nie podzięk... - nie dokończył, ponieważ Prewettówna przesunęła palcami po jego policzku, co oczywiście musiało się skończyć jedyną możliwą reakcją - niedowierzaniem i szokiem lub jak kto woli dalszą nieśmiałością, pomimo faktu, że Turczynka nie zrobiła tego po raz pierwszy. Pocałunek w czoło? Zupełnie jakby widział swoją matkę, Sagę. Ona robiła mu dokładnie tak samo - Hmmm? - wydał z siebie pomruk zainteresowania, którym próbował ją zachęcić do kontynuowania wypowiedzi ale ta ewidentnie miała inne plany - Dobrze mamo - dodał od siebie kiedy ta opuściła taksówkę. Czy powinien skorzystać z okazji i się uciec? A może zaczaić się gdzieś za rogiem i zrobić porwanie według własnej szkoły? Te dwie opcje były świetne ale nie zdecydował się na żadną z nich. Hjalmar zaczął wpatrywać się w szybę, oczekując powrotu Turczynki. W głębi duszy prosił tylko o to aby o nim nie zapomniała... Nie chciał sam pozostać na pastwę swojego lasu w Londynie. RE: [ Styczeń 1970, Londyn] Porwanie bez okupu | Hjalmar x Pandora - Pandora Prewett - 25.06.2023 Nigdy nie chciała i nie była wobec niego chyba uszczypliwa, a już na pewno nie celowo. Zwróciła na to uwagę bardziej z troski, bo przebywanie tylko z ojcem — który był cudownym człowiekiem, ale z innego pokolenia, nie mogło być wystarczające, nawet jeśli był młody. Wierzyła, że ludzie potrzebowali kontaktu z rówieśnikami lub kimś w wieku bardzo zbliżonym, aby zdrowo funkcjonować. Czegokolwiek by Hjalmar nie zrobił lub nie powiedział, nie wyszedłby głupio, czy źle. Najbardziej lubiła, gdy był po prostu sobą. Wierzyła, że na wielu płaszczyznach się uzupełniają, nawet jeśli kontrastowali ze sobą, jak księżyc ze słońcem. I to był jeden z najciekawszych elementów ich relacji, ten kontrast, bo teoretycznie to domyślała się, czego mogła się spodziewać, a w praktyce, to wychodziło zupełnie inaczej. - Nie wyglądasz na zadowolonego z tego powodu, że próbuję Cię pozbawić kilku sekretów. - przyznała z tą swoją bezprecedensową szczerością, unosząc na chwilę brew i posyłając mu krótkie spojrzenie. Działo się tak dlatego, że zawsze poświęcała mu całą uwagę, przyglądała się mu i słuchała tego, co do niej mówił. Nie zauważył? Pandora była go zwyczajnie ciekawa. - Żeby potem mnie utopić lub dostać za mnie okup, lub.. Hmm, nie wiem? - zapytała z rozbawieniem na jego wspaniałomyślność, nie mając jednak pretensji w tonie lub obrazy. W takiej sytuacji, gdy Dagur faktycznie by się wściekł, reakcja członków jego najbliższej rodziny wydała się jej najskuteczniejszą linią obrony. Bezceremonialnie położyła palce na wierzchu jego dłoni, stukając w nią z odrobiną zniecierpliwienia. - To szlachetne, że nawet przed tatą byś mnie obronił. I oczywiście, że w całej tej swojej dzikości i rozsądku, to jesteś. Czy to nie brzmi ze sobą sprzecznie? - pokręciła głową na swoje słowa, wolną dłonią przesuwając palcami po ramiączku sukienki, aby naciągnąć je głębiej na ciało. Ciągle się jej zsuwało. - Pewnie dlatego, że tylko ja Cię nazywam Niedźwiadkiem, a to oddaje Twoją naturę. Tylko ja, prawda? - dopytała się dla pewności, mimowolnie zniżając głos do formy konspiracyjnego szeptu, to też nachyliła się odrobinę w jego stronę, a w brązowych tęczówkach zatańczyły iskierki niepokoju, że mogło być inaczej. Bo faktycznie, jeśli Prewettówna przypomniałaby sobie jego zachowanie przy kolegach, którzy milkli natychmiast pod wpływem krótkiego spojrzenia ze strony Hjlamara, nijak to pasowało to człowieka łagodnego. Na nią to jednak zupełnie nie działało, przynajmniej od czasu spędzenia z nim tej Lithy, bo w lutym, to może jeszcze. Spomiędzy jej ust znów uciekło ciche “oh”, jakby wpadła na jakiś pomysł lub odkryła coś niesamowitego, o czym musiała go oczywiście zaraz poinformować. - Wiesz, że zaraz będzie rok, jak się znamy i jeszcze mnie nie zabiłeś? Te ostatnie słowa brzmiały na pełne zaskoczenia, jakby Pandora zupełnie się nie spodziewała takiego obrotu spraw i takiego rozwoju ich relacji. Owszem, może trochę chciała go w czerwcu spotkać, aby mu podziękować i wybić z głowy wariatkę, ale potem już nie sądziła, że się spotkają. Był pierwszym człowiekiem, który nazwał ją wariatką tak na poważnie. I jednym z niewielu, który znał sekret skrzydlatych koni jej rodziny, samej Mary właściwie, która zdawała się go lubić. - Nie muszę, ale chcę. Przypominasz czasem taki mechanizm, tylko jeszcze nie znalazłam schematu i kluczyka. Walczysz z czymś, zacinasz się uparcie, a potem nie wychodzi, aż tak źle. Nie licząc tego pubu, bo naprawdę wydaje mi się, że nie byłeś zadowolony. - miała odpowiedź na wszystko i to całkiem prędką, mówiła właściwie bez pomyślunku, szczerze i czasem zbyt otwarcie, ale taki był już jej urok. Nie rozumiała, dlaczego sobie nie pozwalał na to wszystko, co dawała swoboda i odrobina ryzyka, na ten dreszcz adrenaliny. Nie chciał pomocy, bo był mężczyzną i musiał sobie ze wszystkim radzić sam, co jej kiedyś zresztą powiedział i utknęło jej to w głowie niesamowicie, bo się z tym nie zgadzała. Bo skoro kobiety nie musiały radzić sobie ze wszystkim same, to dlaczego mężczyźni musieli? Co było takiego złego w złapaniu drugiego człowieka za rękę i poproszeniu o pomoc, że społeczeństwo tak to negowało, gdy robił to facet? Niedorzeczne. Zupełnie jak jego niepewność. I jej gadulstwo, a także pijackie przemyślenia. Westchnęła z rozbawionym uśmieszkiem, znów stukając delikatnie paznokciami w wierzch jego ręki. Lubiła mieć go blisko siebie, to przez to poczucie bezpieczeństwo i fakt, że jej pilnował. - Nie możesz wiedzieć, czy jest dobre, jak nie spróbujesz! Przecież jesteś odważny. Nie nastawiaj się, bo potem nie docenisz tego, jak jest naprawdę i się rozczarujesz. Tak nie wolno Niedźwiadku. - wzruszyła ramionami z miną, która miała go zachęcić. Życie polegało na próbowaniu jedzenia oraz trunków, dobrej zabawie, zbieraniu wspomnień. Warto było się przełamywać. Nie było sensu mruczeć lub warczeć, bo i tak by go skłoniła, gdyby spróbował. I znając Prewettównę, kupi wszystkiego po trochu, wróci ze stosem pudełek. Uwielbiała tworzyć piękne chwile, do których potem mogła wracać po zamknięciu oczu, a robienie czegoś pierwszy raz — jak chociażby próbowanie krewetek, były warte zapamiętania. - Mhm, zawsze. Nawet jeśli wrzucasz mnie do Morza — o czym tak szybko nie zapomnę, ale miało to swoje ładne momenty. - przytaknęła jedynie, wędrując spojrzeniem za palcem blondyna, który jak zwykle znalazł się przy jego szyi. I czym on się tutaj zestresował? Posłała mu krótkie, pytające spojrzenie, przekręcając głowę na bok. - I mnie nazywasz osłem? Na Merlina, nie ma po co, ale mam dla kogo. I nie dyskutuj ze mną, bo i tak zrobię, jak będę chciała. - prychnęła, cofając dłoń z jego ręki, aby przyłożyć mu palec do ust z miną faktycznie, przypominającą trochę matkę, która sprzeciwu by nie zniosła. Nie fatygował jej w żaden sposób, robił jej przyjemność swoim towarzystwem, zresztą, taka perspektywa wieczoru była dużo lepsza, niż w klubie. - To bardzo dziwna obietnica, ale jesteś honorowy, więc podejrzewam, że prędzej, czy później jej dotrzymasz. Dużo zostało mi czasu, czy to niespodzianka? Bo wiesz, muszę trochę jeszcze zrobić przed śmiercią. Miała całą listę, chciała przecież tyle jeszcze rzeczy zobaczyć, tyle spróbować, że gdyby podał jej bliżej określony termin, byłoby po prostu prościej. Jej spojrzenie na kilka sekund dało mu spokój, uciekając za okno. Jakby wiedziała, że po jej słowach tego potrzebował — czy żałowała, że była aż tak bezpośrednia? Nie. Bo naprawdę siebie nie doceniał. Dobrze było żyć w zgodzie ze sobą, ale razem z poznawaniem nowych rzeczy, otrzymywaniem nowych bodźców, człowiek się trochę zmieniał, rozwijał. - Przeczucia zwykle dobrze nas prowadzą. Przyznała jedynie, nie ciągnąć już dłużej tematu Liz, właściwie wyrzuciła ją z pamięci kilka sekund wcześniej, chociaż wyrzuty wciąż się odzywały. Bo co, jeśli zabrała im możliwość na coś fajnego, bo była egoistką? Przygryzła na chwilę dolną wargę, kręcąc głową na własne myśli i wracając uwagą do błękitnych oczu, licząc, że skierują jej myśli w zupełnie inne miejsca. I faktycznie, tak było. - Oh, a więc traktujesz mnie, jak obowiązek? - zapytała zadziornie na jego słowa, chociaż mógł wyczuć nutę wdzięczności w jej głosie. Pozwalała mu na więcej niż innym. W jakiś magiczny sposób, była w jego towarzystwie bardziej nieporadna i mniej niezależna, niż na co dzień lub po prostu on się bardziej przejmował, niż ona i w ten sposób to postrzega. - Zaczynam wątpić, że kiedykolwiek przestanę Cię zaskakiwać i się przyzwyczaisz. - mruknęła cicho, przesuwając delikatnie po rozgrzanej skórze policzka, gdy przyglądała się wyrazowi jego twarzy. Mogła wybrać inne miejsce, inny sposób i jednocześnie nie mogła, celowo więc wykorzystała coś niewinnego i coś, co mogło mu się kojarzyć z domem i z kimś bliskim. Może trochę, żeby poczuł się lepiej lub żeby trochę dodać mu odwagi? Swobody? Nie miała pojęcia, czy jej pomysł oraz metoda będą skuteczne lub cokolwiek dadzą, ale warto było próbować. Zwłaszcza że jego mruknięcie nie było rozgniewane, a jego twarz nieco złagodniała. -To nic, bez znaczenia. Stwierdziła, tylko żeby później chwilę wydać polecenie kierowcy i wyjść z pojazdu. W wybranej przez nią knajpce już ją znali, często bywała na makaronie lub ryżu, wpadając w gadki z właścicielami lub klientami. Był to lokal mugolski, więc nie było mowy o żadnej magii lub wymyślnych składnikach. I faktycznie, po kilku minutach, może ośmiu lub dziesięciu, pożegnała się z Shunem, odbierając od niego reklamówki z białymi pudełkami oraz jedną, papierową torbę. Wróciła do taksówki, spoglądając w niebo, a nie pod nogi, przez co pewnie prawie dwa razy się wywaliła, ale nie miało to znaczenia. Na chwilę odłożyła torby na dach, aby potem wsiąść i położyć je na siedzenie przy szybie, bo sama usiadła obok niego. Przeczesała dłonią włosy, nieco mokre od deszczu. - Powinnam była wziąć kurtkę, ale zapomniałam. Trochę pada. - oznajmiła mu z westchnieniem, spoglądając na błyszczące na skórze krople. Wiedziała, że paradowanie w sukience bez ramiączek w styczniu nie było mądre, zwłaszcza że para zaczęła uciekać jej spomiędzy ust, jednak nie wyglądała na przejętą konsekwencjami. Uśmiechnęła się więc, kładąc sobie kurtkę na kolanach, znów zsunęła szpilki i powiedziała, aby zabrał ich w stronę bulwarów. Pojazd ruszył, a dla odmiany z ust Pandory uciekło ciche mruknięcie. - Jak to zjemy w deszczu? Były tam kiedyś parasolki, ale nie wiem, czy ich nie składają zimą. Powinny być jakieś daszki przy twierdzy.. - zaczęła z zastanowieniem, pociągając nieco nosem, bo aromat jedzenia uderzył jej w nozdrze. Uwielbiała zapach chińskiego jedzenia. Wskazała jedną z dłoni na torbę, odwracając głowę w jego stronę. - Wzięłam wszystkiego po trochu, bo nie mogłam się zdecydować i mam dla Ciebie prezent, ale dam Ci go później. Zapomniałam, że mama Shuna sprzedaje takie różne rzeczy. Nachyliła się nieco, aby znów oprzeć brodę o jego ramię i być bliżej jego ucha, nie wspominając, że biło od niego przyjemne ciepło. - Wiesz, mogłabym rzucić zaklęcie powiększające na parasolkę i takie, które nam utrzyma cieplejszą temperaturę w jakimś obszarze.. - zaproponowała cichutko, tak, że kierowca nie mógłby ich usłyszeć. Pamiętała, jak wściekł się za Accio i nie chciała psuć mu humoru. Do bulwarów nie było daleko, raptem kilka minut. Może przestanie padać? Niebo zdawało się rozjaśniać, im bliżej zabytkowego mostu byli. Niedługo potem taksówka rzeczywiście stanęła, a Pandora wdała się w krótką dyskusję z kierowcą, dając mu odpowiednią kwotę plus mały napiwek, a także wyjęła jedno z pudełek, sugerując, że pewnie zmarzł i jest głodny w środku nocy. Nie mogłaby go pominąć. Gdy wysiedli, narzuciła rozpiętą kurtkę na ramiona, przyciskając palce do rączek od papierowej torby, a także trzymając w drugim ręku te siatki z jedzeniem. Pachniało błotem, deszczem i jakimś kwitnącym drzewem. Chodnik błyszczał od deszczu, miejscami pokrywały go kałuże. Było mroźno, ale przyjemnie i dzięki pogodzie, a także później porze, nie było wielu ludzi. Bulwar był częściowo drewniany, częściowo kamienny, zamontowanych było dużo świateł, które padały na most i twierdzę, na trawnikach stały armaty, a od wody oddzielała siatka oraz barierka do wysokości pasa. Była to stara część miasta, ładna i zadbana, chociaż na drugim brzegu malowało się znacznie więcej współczesnej architektury mugoli. - Widzisz, prawie nie pada. - uśmiechnęła się, odchylając głowę do tyłu, aby spojrzeć w niebo i zaraz zmrużyć oczy, bo kilka kropel spadło jej na twarz. - Chodź, pewnie masz ochotę się przejść po tym pubie. - spojrzała na niego pogodnie, licząc na to, że po drodze znajdą odpowiednie miejsce, aby usiąść i zjeść. Musiało to szybko nastąpić, jeśli chcieli próbować ciepłych makaronów, bo nawet jeśli Shun zabezpieczył je termicznie, trochę nad wodą wiało. Tafla rzeki była wzburzona i niespokojna, tkwiące na niej łódki kołysały się leniwie. - Mam parasolkę w torebce, nikt by nie widział teraz.. - dodała cicho, rozglądając się dookoła po kilku metrach. Złapała go pod rękę, bo czuła się pewniej w tych obcasach, mając w nim ewentualne oparcie. Było ślisko, a koordynacja ruchowa trochę jej spadła. RE: [ Styczeń 1970, Londyn] Porwanie bez okupu | Hjalmar x Pandora - Hjalmar Nordgersim - 01.07.2023 A jak miał inaczej wyglądać, niż na niezadowolonego? Drążyła go niczym skałę, chcąc dowiedzieć się czegokolwiek, a on i tak starał się za dużo nie mówić. Oczywiście nie zawsze mu się to udawało. Czasem nawet powiedział trochę za dużo lub coś zrobił. Na pewno mógł sobie pozwolić na więcej przy Pandorze ale pojawiało się jedno pytanie - na jak dużo? Pokiwał przecząco głową na słowa dotyczące okupu. To rzeczywiście była dobra myśl ale z pół roku temu jeżeli nie dalej. Z biegiem czasu zaczęła po prostu odchodzić w niepamięć, pozostawiając po sobie jedynie furtkę niewinnego żartu. Dokładnie tak samo jako wszelkie próby utopienia Prewettówny. Te również pozostały tylko jako forma "straszaka", który i tak nigdy nie zostałby wykorzystany. Przed Dagurem to akurat mógł co najwyżej spróbować. Ten w końcu był od niego większy i potężniejszy, więc logicznym było, że miał przewagę. Z drugiej zaś strony byli rodziną i dobrze się dogadywali, więc zapewne nie doszłoby do żadnych rękoczynów, a jedynie wyjaśnienia całej sprawy polubownie przy akompaniamencie butelki dobrego trunku. Starszy z Nordgersimów mógł wyglądać strasznie - zupełnie jak jego syn - ale w głębi duszy we dwójkę byli potulni jak te owieczki... To znaczy chmurki. Zawsze chcieli dobrze dla innych i byli skorzy do pomocy, a tym bardziej do niesienia pomocy uciśnionym. Ale o tym Pandora miała już okazję się przekonać. - Tylko Ty... - potwierdził jej, starając się zachować neutralną minę. Hjalmar nie pozwoliłby nikomu innemu aby tak się do niego zwrócił, a już na pewno nie jeżeli w grę wchodzili jego koledzy. Jakby się nad tym zastanowić to tylko pewnie jego siostry mogłyby liczyć na taki sam przywilej - A powinienem Cię zabić? - odparł, będąc samemu zaskoczonym jej zaskoczeniem. Może i w lutym dawał wrażenie jakby rzeczywiście chciał jej zrobić krzywdę. Ale podczas Lithy było już zupełnie inaczej - był tam całkowicie innym człowiekiem, niż tego którego spotkała w buszu. - Mechanizm? - przejechał po swojej brodzie, powtarzając jedno słowo, które utkwiło w jego pamięci. Szukasz schematu i kluczyka? Uśmiechnął się na te słowa - To źle czy dobrze? - zapytał. Nie do końca miał pojęcie jak powinien był to interpretować. Bo o ile w kwestii walki mógł się zgodzić, ponieważ walczyć ze wszystkim i wszystkimi. Sam nawet szukał zaczepek do bójek. Ale czy się zacinał? Albo był uparty? Może odrobinkę i ani kawałka więcej - Nie było aż tak źle. Nie musisz się przejmować - zapewnił, starając się ją pocieszyć w kwestii tego nieszczęsnego pubu. Bo o ile rzeczywiście ten pub nie był niczym co mu się podobało to tak długo jak była tam Pandora to był to w stanie jakkolwiek znieść. To był instynkt. Nie potrzebował próbować dania aby wiedzieć czy było dobre. Zresztą starego psa nie idzie nauczyć nowych sztuczek, więc wszelkie próby zmiany jego podejścia mogą co najwyżej spełznąć na niczym - Oczywiście, że wolno - dodał, specjalnie się z nią nie zgadzając. I nawet nie chodziło o to, że mówiła źle, ponieważ mówiła najprawdziwszą prawdę. Teraz chodziło tylko o samą ideę wzajemnego wbijania szpileczek. A dodatkowo nie będzie przecież żarł jakichś śmiesznych owoców morza - bo to tak samo jakby chciała mu podać do zjedzenia jakąś sałatkę z rukoli i pomidora, czyli wielka zbrodnia i podstawa do zerwania znajomości. - Nie dyskutuj ze mną... - starał się przedrzeźniać Prewettówne, jednak nie było mu dane robić tego za długo, ponieważ został uciszony jej palcem. A więc Ty zawsze musisz z tym palcem co? Sapnął ciężko - Jeszcze nie podjąłem decyzji ale jak Ty nie będziesz się słuchać to pewnie stanie się to szybciej, niż ktokolwiek z nas o tym myśli - odbił piłęczkę w jej stronę. Nie tylko ona mogła sobie pozwolić na takie zagrywki - To raczej z drugiej strony powinnaś mnie ostrzec. Jeżeli będziesz chciała umrzeć to daj znać. Bo jakby ktoś inny Cię zabił, niż któreś z jezior na Islandii to mógłbym się obrazić - zapewnił, wybuchając chwilowym śmiechem niedługo po swoich własnych słowach. Hjalmar nie mógł pozwolić aby umarła w inny sposób, niż utopienie. Pokiwał głową na zgodę. Przeczucia nas dobrze prowadzą... Trudno się było z tym zresztą nie zgodzić. Czy zabrała mu coś fajnego? Raczej nie. Prędzej uratowała go przed tym w co go sama wpędziła - co w ogólnym rozrachunku wychodziło całkiem uczciwie - Raczej niesfornego bachora, któremu czasem trzeba pomóc... Wiesz obronić... Podać pomocną dłoń... - odpowiedział jej równie zadziornie - Czy to źle? Skoro wątpisz, że przestaniesz mnie zaskakiwać to chyba dobrze? W takim razie nigdy się nie przyzwyczaję, ponieważ zawsze będzie coś czym mnie zaskoczysz - dodał, bacznie obserwując jej palce, jakby zupełnie obawiał się jakiegoś ataku. Grzecznie czekał, aż Pandora powróci. Zupełnie niczym ten pies, który oczekuje powrotu właściciela. Na całe szczęści nie musiał czekać za długo - Powinnaś. Nie rozchorujesz się? - zapytał od razu, nadal mając w pamięci jak to on dostał naganę za wyjście w samej koszuli na mróz. Czy w takim wypadku, nie powinien teraz jej zrobić litanii o dobrym zachowaniu i adekwatnym ubieraniu się do okazji? - Śmiało? Kilka kropli w jedzeniu nic nie zmieni - zapewnił. Daszki nie brzmiały źle ale nie miał nic przeciwko aby po prostu wysiąść z taksówki i zjeść to w tym samym miejscu gdzie ten przemiły pan by ich zostawił - Prezent? A za co to? - zapytał, przenosząc zaciekawione spojrzenie na nią. No bo co to takiego mogłoby być? Ciastko z niespodzianką czy inne sajgonki? Kiedy tylko usłyszał jej prośbę, poruszył przecząco głową, automatycznie skupiając całą swoją uwagę na niej, ponieważ zdarzało mu się czasem zerkać w kierunku jedzenia - Nie. Nie możemy... - przekręcił lekko głowę w bok. Jeszcze gdyby byli w magicznej części Londynu to jakoś by to mogło przejść ale w mugolskiej części? Bez szans! - Proszę Cię... Nie ryzykujmy niepotrzebnie... - westchnął. Nadal miał w głowie tę nieprzyjemną wizytę w Ministerstwie związaną ze swoją rejestracją jako likantrop. A bycie skutym i przetransportowanym tam ponownie aby zostać postawionym przed sądem było ostatnią rzeczą o której marzył tego wieczoru.. Wysiadł, pozwalając Pandorze załatwić wszelkie sprawy z taksówkarzem, licząc, że da radę, ponieważ sam i tak nie byłby w stanie tego załatwić. Jakieś samochody, przewozy i Merlin jeden jeszcze wie co - tego było po prostu za dużo jak na jednego Hjalmara - No prawda i bardzo dobrze. Nikt nie będzie przynajmniej próbował rzucać jakichś zaklęć - zrobił wymowny gest twarzą jakby próbował ją przedrzeźniać, a zarazem ostrzec przed kolejną próba przekonania go do użycia magii w tej części stolicy - Teraz to ja bym mógł nawet usiąść w tej wodzie - dodał, wskazując głową na strumyk wody, który spływał po bulwarze - I tak byłoby przyjemnie... Bez gapiów, jazgotu i braku umiejętności śpiewania... - zaśmiał się, przymykając na chwilę oczy, a tam tylko widział ten cały pub i koleżankę Pandory, która starała się za wszelką cenę pokazać jak bardzo nie potrafi śpiewać. - Panno Prewett... Nie... - pokręcił przecząco głową po raz kolejny tego wieczoru. Nie było mowy o żadnych sztuczkach - Inaczej będę zmuszony odebrać ten łańcuszek za złe zachowanie - oznajmił pewnym głosem. Kiedy złapała go pod rękę, wystawił drugą, aby odebrać od niej pudełka. Masochistka... Na dworze deszcz, pora roku to zima, a Pandora wzięła szpilki... No pogratulować odpowiedzialności. RE: [ Styczeń 1970, Londyn] Porwanie bez okupu | Hjalmar x Pandora - Pandora Prewett - 02.07.2023 Próba uzyskania czegokolwiek więcej od Hjalmara faktycznie mogła przypominać drążenie w skale — mozolne, leniwie i zajmujące milion lat, zanim uzyskała go efekt. Nie wymyśliła jeszcze, jak to przeskoczyć, jak powinna go podejść, żeby chociaż na trochę pozbyć się tej jego uroczej nieśmiałości, ale to nie znaczy, że nie próbowała i nie pracowała nad jakimś planem. Gdyby samą Prewettównę o to zapytać, mógł robić i mówić to, na co miał ochotę, a ona nie miałaby z tym żadnego problemu, bo robiła dokładnie to samo w jego towarzystwie. Bardzo podobały się jej te odwrócone role, gdy to ona mogła robić za złego i strasznego porywcza, przynajmniej w teorii, bo w praktyce Niedźwiadek pewnie wcale się jej nie bał. O dziwo, te wzmianki o topieniu zawsze traktowało poważniej niż inne, zwłaszcza po tym, jak wskoczył z nią w Turcji do wody, zupełnie świadom jej wodnej ułomności. Wychodziło na to, że obydwóch przedstawicieli rodu z północy, najłatwiej zrobić było za pomocą dobrego alkoholu, aby porwania i inne takie, puścili w niepamięć. Zdawała sobie jednak sprawę, że obydwoje byli dobrymi ludźmi, których matka natura i los, obdarzyły niebotycznym wzrostem i mięśniami. Łatwo było im stwarzać pozory, dzięki czemu mieli pewnie święty spokój. A przynajmniej Hjalmar, na tyle, ile zaobserwowała jego zachowanie wśród znajomych podczas swoich pobytów na Islandii, gdzie nawet trochę warczał i rzucał groźne spojrzenia. Cały czas ją zadziwia, jak wiele łagodności tkwiło się w siedzącym obok niej człowieku, którego lustrowała spojrzeniem brązowych tęczówek znacznie częściej, niż powinna, za każdym razem dostrzegając coś nowego. Uśmiechnęła się triumfalnie, ale i odrobinę słodko na jego słowa, kiwając głową z zadowoleniem. Nie powiedziałaby mu tego głośno, ale nawet gdyby jego siostry go tak nazywały, wcale by się jej to nie podobało. Traktowała to, jak coś, co było po prostu pomiędzy nimi, podobnie jak osioł. - Czy jeśli tylko ja tak mówię, to jest to chociaż trochę wyjątkowe? - zapytała z nutą zamyślenia w głosie, przenosząc na chwilę spojrzenie w przestrzeń, a jej palce poruszyły się niespokojnie, nie mogąc znaleźć sobie żadnego miejsca. Na jego pytanie i zdziwienie, nie mogła powstrzymać śmiechu i gwałtownego zaprzeczenia ruchem głowy, wprawiając w ruch burzę swoich włosów, które już niestety nie były ładnie proste przez wilgoć w powietrzu. - Nie. Paskudnie byś się nudził beze mnie. No i nadal mamy mnóstwo rzeczy do zrobienia. - odpowiedziała z delikatnym wzruszeniem ramion, mając na myśli chyba dosłownie wszystko, co mogła tylko przez to powiedzieć. Mnóstwo Londynu, jak i Islandii czekało na odkrycie, nie wspominając o zakamarkach Turcji, których mu nie pokazała. Dużo rzeczy jeszcze nie spróbował, a ona miała za mało miodu pitnego w życiu. Na wypowiedziane przez niego słowo, przytaknęła krótko, przenosząc na niego wzrok, a gdy się uśmiechnął, przekręciła głowę na bok nieco zdziwiona, bo nie podejrzewała, że to akurat wzbudzi w nim radość. Przypuszczała, że będzie zaprzeczał i bronił się przed jej słowami, zapierając rękami oraz nogami. Nie lubił przecież, gdy ktoś próbował przedzierać się przez te jego niewidzialną zbroję. - Dobrze. Lubię to, jaki jesteś, ludzie są najpiękniejsi, gdy są po prostu sobą. I chyba jedną z najbardziej intrygujących w Tobie cech jest to, że nigdy się nie dostosowujesz, zawsze jesteś, ale i jednocześnie wcale nie jesteś stały, jak taka rzeka. Wiem, że przez prąd ona wcale nie jest taka sama. - przerwała z westchnieniem, gryząc się w język, zanim powiedziałaby za dużo i jeszcze by się zamknął w sobie. Prawda była taka, że za każdym razem, gdy więcej się uśmiech, pytał lub próbował nowych rzeczy, otwierał się po prostu na jej towarzystwo, sprawiał jej dużo radości. Wiedziała, że czasem bywa nachalna i natrętna, ale wciąż tu tkwił, więc nie mogło mu to aż tak przeszkadzać. - Wynagrodzę Ci to. - puściła mu tylko oczko, widocznie mając już dawno podjętą decyzję na temat tego, czy było tak okropnie bardzo, czy też okropnie tylko trochę. - Nie wolno. - powtórzyła uparcie, a w tęczówkach zatańczyły jej małe, zadziorne iskierki. Była zbyt nietrzeźwa, żeby przypomnieć sobie o droczeniu się dla zasady, więc uznała, że tak po prostu myślał. A nie mogła pozwolić, żeby zmarnował szansę na nowe doświadczenia, nie, kiedy był z nią. Pomidory z rukolą też mogły być smaczne, jeśli odpowiednio się je potraktowało przyprawami. I mógł być pewien, że prędzej, czy później, skosztuje również kuchni wegańskiej i wegetariańskiej. Pomidor nie mógł być zagrożeniem dla ich relacji, był jednym z najlepszych warzyw. Na jego przedrzeźnianie roześmiała się i przytaknęła, sugerując mu widocznie, że cieszy się, że zrozumiał. Palec był niezawodną bronią na niego, a do tego była tak przyzwyczajona do używania jej przeciwko Hjalmarowi, że nie zauważała w ogóle, kiedy wędrował ku górze. - Oczywiście, że nie będę się słuchać. - rzuciła całkiem poważnie, zdziwiona, że w ogóle brał pod uwagę, że będzie. Umiał ją uspokoić, ale poskromić, gdy odpalało się jej uzależnienie od wszelkiej maści bodźców i robienia tego, co chciała? To już była zupełnie inna sztuka, odrobinę przypominająca igranie z ogniem. Wpatrywała się w jego oczy bez cienia onieśmielenia, mając widocznie doskonały humor, nawet jeśli rozmawiali o jej potencjalnej śmierci. Znowu. - Chciałabym żyć wiecznie jak gwiazdy. Jak mam Cię ostrzec, jak staram się uciekać przed śmiercią, gdy mam szansę? Jezioro na Islandii brzmi na dobre miejsce, żeby umrzeć, zwłaszcza nocą i z zorzą na niebie. Tylko naprawdę, wybierz najładniejsze. - zażyczyła sobie, ustalając przy okazji ewentualną porę mordu. Dużo przyjemniej byłoby złapać ostatni oddech lub raczej wypuścić go w postaci bąbelków, mając nad sobą rozgwieżdżone niebo. Panda nie umiałaby chyba się na niego gniewać, nawet jeśli by ją zabił, więc też nie musiał martwić się mściwym duchem. - Nie prowokuj mnie, bo jesteś w taksówce, drzwi są zamknięte, a ja wiem, jak sprawić, żebyś przestał. Dodatkowo trochę wypiłam, kawy i alkoholu i eliksirów, sama dla siebie jestem, jak hazard, więc nie biorę odpowiedzialności. - oznajmiła mu całkiem poważnie, jednocześnie uprzedzając, że wszystko to, co zrobi lub nie zrobi dzisiejszej nocy, nie będzie absolutnie jej winą. Chciała też go trochę postraszyć. Bo wcale się jej nie podobało to, że nazwał ją bachorem i to niesfornym, kiedy ona specjalnie założyła sukienkę i szpilki. Z worka siostry, trafiła trochę do worka matko-bachora, mogło być gorzej? Ściągnęła brwi na kilka sekund, widocznie do swoich myśli, bo miała wrażenie, że o czymś jeszcze zapomniała. - Jak się nie przyzwyczaisz, to i źle i dobrze. Nie wybrać. - rzuciła jeszcze niezdecydowana, podążając za jego spojrzeniem, na swoje palce. Uśmiechnęła się pod nosem, przesuwając nimi zadziornie, jakby szykowała się do ataku, którego się tak obawiał. Naprawdę nie powinien jej tak na wszystko pozwalać, sam był sobie winien. - Jak się rozchoruje, to trudno, nie szkodzi. Trochę deszczu jeszcze nikogo nie zabiło. - machnęła dłonią na perspektywę choroby, bo w gruncie rzeczy niezbyt często ją cokolwiek łapało. Organizm miała przyzwyczajony, zahartowany. Ona oczywiście jego mogła ganiać za chodzenie w minusowej temperaturze po dworze, ale tutaj nie było sensu, żeby w ogóle zajmował sobie tym czas. - Szybciej będzie zimne. - zauważyła po chwili namysłu, gdy zdecydowała, co deszcz mógł zrobić z ich jedzeniem, ale krople nie przechodziły przez torbę i kartonik, wyglądało, jakby się po tym ślizgały. - Bo miałam ochotę. Musi być jakiś powód? Pomyślałam, że do Ciebie pasuje! Jeszcze tego nie wiesz, ale kocham dawać ludziom prezenty, wtedy się uśmiechają. Wyznała mu pogodnie i beztrosko, jakby mówiła najbardziej oczywistą rzecz na świecie. Nie było to jednak nic do jedzenia, papierowa torba kryła zupełnie coś innego, bardziej użytecznego. Aczkolwiek sajgonki i ciastka z wróżbą też były w ich torbach. Zrobiła trochę smutną minę, gdy skupił na niej uwagę tylko dlatego, żeby wspomnieć jej o tym, jakie ryzykowne i niebezpieczne było używanie magii przy mugolach. Czy dzięki temu nie było ciekawiej? Ta adrenalina. Oni i tak byli ślepi, nie rozumiała, jak przez tyle lat mogli nie zauważyć tego, co działo się dookoła nich. - Chciałam się targować o to, że jednak możemy, ale.. - westchnęła bezradnie, mając ochotę rozłożyć ręce. Wyglądał uroczo i wlepiał w nią te niebieskie ślepia, to jak w ogóle miała dyskutować. Chociaż szansa, że Pandora całkiem porzuci ten temat, była bardzo znikoma. -Skoro to dla Ciebie takie ważne.. No dobrze, zero czarowania magicznymi patykami. - westchnęła na jego westchnięcie, nie mając żadnych argumentów. - No już się tak nie martw, pod tym względem będę grzeczna. Zapewniła go jeszcze, dostrzegając jakiś cień, który przemknął po jego twarzy. Odetchnęła głębiej, machając jeszcze taksówkarzowi na pożegnanie. - Nie będzie. - zgodziła się z wywróceniem oczu, których spojrzeniem potem omiotła bulwar. Nocą i po deszczu, nie było tutaj tak wielu ludzi. Wystarczyło znaleźć odpowiednie miejsce. Może kawałek drewnianej promenady lub schodków, które przysłaniało duże drzewo? Tam na pewno było sucho. - Mhm, masz rację. Tak jest lepiej. Nie mogłam nie przyjść wcale, to było dla Akane ważne, nawet jak nie zdążyła. - przytaknęła, przenosząc na niego wzrok, przesuwając nieco posklejane od wody włosy na plecy. Fakt, że się zaśmiał, wywołał u niej uśmiech, a także podsunął nieco diabelski pomysł. - Absolutnie nie, nie oddam Ci go. Żadnych magicznych sztuczek. Inne owszem. - zgodziła się, nieco zdziwiona, że powiedział do niej po nazwisku. Zwykle tego nie robił. Brunetka uśmiechnęła się figlarnie, dając mu w dłoń siatki, jednak zaraz przestała go trzymać pod rękę i zrobiła kilka kroków w przód, stojąc przed nim i blokując mu drogę. - Mam pomysł. Chodź ze mną na randkę. Teraz. I tak wszystko się zgadza! Zobacz, jesteśmy sami, mamy kolację i nawet mam sukienkę i szpilki. Żal to zmarnować. - podniosła na niego spojrzenie, przekręcając głowę na bok. Nie była odpowiedzialna, ale przynajmniej chciała, żeby się dobrze bawił i angielska pogoda nie mogła jej w tym przeszkodzić. Czy oni nie zostawili swojej końcówki wódki w taksówce? Na ułamek sekundy zerknęła w stronę toreb, czy aby tam nie tkwiła butelka. Papierowa torba z prezentem zakołysała się w jej jednym ręku, bo jej mu nie oddała. RE: [ Styczeń 1970, Londyn] Porwanie bez okupu | Hjalmar x Pandora - Hjalmar Nordgersim - 02.07.2023 Pokiwał głową na zgodę, ponieważ było to "trochę" wyjątkowe. Z drugiej zaś strony było całkiem normalne jeżeli nikt inny nie miał prawa do nazywania Hjalmara w ten sposób. A może to była po prostu kwestia braku jakiejkolwiek ksywki do której mógłby się przyzwyczaić? Musiał się zgodzić z tym stwierdzeniem. Nie miał innego wyboru. O ile na Islandii mógłby sobie znaleźć jakieś zajęcie bez niej, tak w kwestii Wielkiej Brytanii, a dokładniej Londynu, nie miała sobie równych w zapewnianiu mu rozrywki. I ten dobrej i tej złej - każdej. Nadal mamy dużo rzeczy do zrobienia? To była bardzo ciekawa kwestia. Czy Pandora miała jakaś listę rzeczy o której nie do końca było dane wiedzieć Nordgersimowi? Hjalmar był po prostu... Hjalmarem i cieszył się z tego, że Pandora akceptowała go takim jakim był. Było to pomocne, a dodatkowo w pewnym stopniu zwiększało szansę na wyznanie małego sekretu, którego bronił jak własnej rodziny. Jej spostrzeżenie, że jest trochę jak rzeka było również trafne. Na ogół był przecież spokojnym człowiekiem, który nie chciał nic złego dla innego. Sytuacja zaś zmieniała się diametralnie kiedy widział jak komuś bliskiemu działa się krzywda - wtedy zaczynał się denerwować, tym samym zmieniając strumyk w agresywny nurt. Islandczyk był niemalże pewny, że potwierdzenie jego słów było tylko na pokaz. Aby się odczepił i nie miał zamiaru jej dłużej. Musiała też postawić na swoim i wspomnieć o tym, że nie będzie się słuchać. Hjalmar nie mógł zareagować inaczej, niż kręcąc przecząco głową na jej - jakże tragiczne - zachowanie. Chociaż czy powinien się tym jakoś bardziej przejąć? Czy to nie była jej typowa zagrywka? Swego rodzaju test jego zachowania? Reakcji? A może po prostu powinien się już przyzwyczaić po roku ich znajomości do tego typu zachowań. - Nie wiem. Wymyśl coś - odparł, wzruszając ramionami. Prewettówna była dorosła i miała całkiem odpowiedzialną pracę - na pewno będzie w stanie coś wymyślić. No bo skoro wiedziała jak działają te wszystkie mechanizmy i jak się je otwiera bez użycia siły, no to czy nie mogła wymyślić jakieś sposobu aby go powiadomić? W końcu była wynalazcą, mechanikiem i jeszcze kilka innych określeń za pewne by się znalazło aby ją opisać w całej krasie. Kiedy wspomniała o najładniejszym jeziorze, pokiwał głową, dając jej znać, że zrozumiał instrukcję i ma to niczym w banku Gringota. Nie prowokuj? No bo co mi zrobisz? Pandora na prawdę sądziła, że takie "ostrzeżenie" zadziała? Nic bardziej mylnego. Takie wypowiedzi tylko prowokowały go do dalszego działania w tej kwestii, a zrzucanie na jakiejś używki pokroju kawy, alkoholu, eliksirów i Merlin jeden wie jeszcze czego, nic nie zmieniały. Wszystko siedziało w głowie - w jej środku. A to, że Prewettównowy umysł został akurat przyćmiony, no to trudno. W końcu Hjalmar nie miał z tym nic wspólnego, a już na pewno nie dużo jeżeli Turczynka chciała brać go pod uwagę jako ewentualnego współwinnego. W kwestii przyzwyczajenia się nie powinna się martwić. Była na tyle nieprzewidywalna aby mu się nie znudzić ale na tyle do przewidzenia aby mógł z nią wytrzymać i momentami rozgryźć niczym jakiegoś orzecha. No tak trochę deszczu nikogo nie zabije, a ja za trochę śniegu to dostałem aferę? Ktoś tutaj ewidentnie się gubił w zeznaniach, a co ważniejsze - nie był to Nordgersim. Z drugiej strony nie miał nic aby jej zarzucić na plecy tak jak ona mu kilka dni temu. W teorii mógł zdjąć swoją koszulę ale wtedy to on by się rozchorował na 100 procent. Zimne jedzenie mu zaś nie przeszkadzało jako, że zawsze można było je podgrzać i to bez większego problemu - No chyba... Niech będzie - odparł, ewidentnie nie zamierzając się kłócić na ten temat. Skoro miała taka ochotę, no to kim był Hjalmar aby jej tego zabronić? Trochę się jednak obawiał co to może być. No bo w końcu co takiego można dostać w jakiejś Azjatyckiej knajpce? W końcu zaczęła mówić jak porządny i rozsądny czarodziej. Co najmniej jakby też ukończyła Durmstrang, pomimo faktu, że tak nie było - a szkoda, wtedy za pewne trafiliby na siebie wcześniej... I pewnie by się już nie kolegowali, zważając na to jak wtedy zachowywał się Nordgersim - Dziękuje - posłał jej łagodny uśmiech, ewidentnie ciesząc się na taki obrót spraw. Mogli się o to pokłócić i sprzeczać przez pół wieczora, a tak się jednak nie stało. Szok! - Ja też nie mogłem nie przyjść - dodał. Czy miał jakiś wybór? Pewnie tak. Czy chciał mieć wybór? Niekoniecznie. Akurat w tej kwestii pasowało mu postawienie go przed faktem dokonanym - Inne owszem? - zdziwił się. Prawdę mówiąc i tak by jej nie zabrał tego łańcuszka. Ten był w końcu prezentem dla niej i nie po to ślęczał nad nim tyle godzin aby go teraz przetopić na coś innego. Za dużo pracy w to włożył aby to teraz zaprzepaścić. Słowa Pandory trafiły go niczym grom z jasnego nieba. Stanął wryty jak jakiś słup. Chodź na co? Na randkę? Przymknął szybko oczy kilka razy jakby co najmniej próbował się wybudzić z jakiegoś snu. Zapewne w innym momencie spróbowałby się uszczypnąć. Czy był aż tak pijany aby mu się to wszystko wydawało? Raczej nie - Umm... - zaczął, próbując coś z siebie wykrztusić. W całej tej bezradności, przetarł po prostu twarz z deszczu, a w międzyczasie kupował sobie trochę czasu na wewnętrzną batalię z samym sobą - Poczekaj chwile... - dodał, oddając jej torby, rozglądając się nerwowo po okolicy - Za niedługo będę - odparł, skupiając przez moment swoją uwagę na jakimś szyldzie. Moment po tym jak wypowiedział swoje słowa, ruszył ile sił w nogach do sklepu, który wypatrzył. A był to monopolowy - no bo jakże by inaczej. Na całe szczęście nie było daleko. Sklep znajdował się około 400 metrów w linii prostej od miejsca w którym się znaleźli. Hjalmar dobiegł do niego w ciągu minuty, może dwóch jako, że uważał na drogę - nie chciał zakończyć tego wieczora ze skręconą kostką. Wpadł do środka zgarniając trzy setki czystej oraz pół litra pierwszej, lepszej wódki. Podszedł do kasjera i zostawił mu banknot pięćdziesięcio funtowy, machając przy okazji, że reszty nie trzeba, ponieważ gonił go czas. Po sprawnych zakupach wyszedł przed budynek i szybkim ruchem opędzlował pierwszą buteleczkę, co Pandora mogła zauważyć bez większego problemu jeżeli tylko chciała. Ruszył w drogę powrotną, jednak poruszał się niczym ślimak w smole. Szedł powoli, kontemplując nad całym swoim dotychczasowym życiu. Nie omieszkał zrobić postoju w połowie drogi powrotnej, gdzie oczywiście skonsumował zawartość drugiej szklanek setki - Nie oceniaj mnie - zwrócił się po cichu do swojego towarzysza, który za wszelką cenę starał się do niego przemówić zza koszuli - To ciężka syth...-uacja - zapewnił go i ponownie ruszył w trasę. Stanął przed Prewettówną ale nie trwało to zbyt długo kiedy ponownie odszedł na bok - Chwilka... - odwrócił się, poprawił włosy, a na koniec odkorkował ostatnią buteleczkę, którą następnie spożył jednym haustem - Arrghhh... - wydał z siebie krótki lecz treściwy dźwięk, który nie do końca było wiadome co oznaczał - zadowolenie czy złość. Po całym procederze, wrócił do niej w pełni gotowości. Nordgersim nie zdawał sobie teraz sprawy, że wypicie tak szybko, takiej ilości alkoholu po takim wysiłku to nie jest za dobry pomysł... No ale tym się będzie martwił jutrzejszy Hjalmar. - Mam pewien pomysł... Ummm... No wiesz... Ja... Ty... - podrapał się nerwowo po karku, zaczynając powoli przy okazji próbując sobie przypomnieć co tam mówiła wcześniej Turczynka - Jesteśmy sami... Eemmm... Mamy ten... No.. Kolację... A ty masz... - przełknął ciężko ślinę, niemal dławiąc się nią, ponieważ odchrząknął. Pierdolona wódka... - Tą no... Sukienkę... I te... - wskazał dłonią na jej buty - No... Eee... Szpilki nie? Szkoda by to było... Umm... Zmarnować? - pokiwał głową jakby zgadzał się z własną wersją wydarzeń, która tak naprawdę była przerobioną wypowiedzią Pandory - To... yyyy... Poszłabyś ze mną... Na tą... - próbował wypowiedzieć tę słowa, jednak mu się nie udało, więc po prostu wyciągnął butelkę zza pleców, która wcześniej miał schowaną za pazuchą. |