Secrets of London
[ 04.05.1972 ] – Avelina Paxton & Augustus Rookwood - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [ 04.05.1972 ] – Avelina Paxton & Augustus Rookwood (/showthread.php?tid=1529)



[ 04.05.1972 ] – Avelina Paxton & Augustus Rookwood - Avelina Paxton - 01.07.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Augustus Rookwood - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Rozliczono - Avelina Paxton - osiągnięcie Piszę, więc jestem

Eliksiry Raven'a

Obudziła się gwałtownie, z cichym krzykiem strachu. Resztki koszmaru nadal kręciły się gdzieś w zakątkach jej głowy. Nie za bardzo wiedziała przez to, gdzie jest i co się dzieje. Oczy, zlane gęstą krwią – taki obraz majaczył jej przed oczami. Krew i oczy, strach i obawa, ale też lekka nadzieja i nie wiedziała dlaczego. Czuła ból na szyi i wargi piekły ją ze wstydu, którego nie pamiętała, nie rozumiała. W końcu przetarła zaspane, zaklejone oczy jakby parę godzin temu płakała.

– Która godzina? – mruknęła do siebie i rozejrzała się po pomieszczeniu.

Była w pracy, dostrzegła znajome, nieruszone półki z eliksirami i drobnymi księgami, w których były proste przepisy na niektóre wywary. Pachniało suszonymi ziołami, kwiatami i dymem, ale w taki przyjemny, dobry sposób. Ten zapach ją uspokajał. Na zegarze zobaczyła, że widniała godzina wpół do dziewiątej, więc za chwilę będzie miała otwierać. Zestresowała się, ponieważ nie dotarła wczoraj do domu. Zasnęła w pracy? Miała wrażenie, że wychodziła wczoraj, że szła do domu, ale tam nie dotarła? Może był to sen? Pokręciła energicznie głową, chcąc się rozbudzić. Pozbierała wszystkie swoje rzeczy, ułożyła wszystko na miejsce i zaparzyła sobie pyszną, pobudzającą kawę. Nie miała czasu na powrót do domu, nie miała też czasu na wyjście po śniadanie.

Zauważyła, że wszystko było wcześniej przygotowane do zamknięcia, kasa rozliczona, wszystko ułożone, czyli powinna normalnie opuścić aptekę, ale tego nie zrobiła. Dlaczego? W jej głowie był ogrom wątpliwości, ale nie potrafiła ich rozwiać. Jeszcze pięć minut i będzie musiała otwierać. Ogarnęła włosy, które były w tragicznym stanie, zauważyła, że ma dziwną ranę na szyi, że ma też poranione usta, ale to akurat było u niej normalne. Zawsze w sytuacjach nerwowych, kłopotliwych, zastanawiających gryzła swoją wargę. Nawet czerwona szminka nie była w stanie tego zamaskować ani jej od tego oduczyć. Tak też próbowała zrobić to ponownie – wyjęła swoją ulubioną szminkę w kolorze jasnej, krwistej czerwieni i zaczęła ją nakładać na wargę.




RE: [ 04.05.1972 ] – Avelina Paxton & Augustus Rookwood - Augustus Rookwood - 01.07.2023

Nie przepadałem za pojawianiem się w miejscach publicznych za potrzebami, więc kiedy tylko mogłem, korzystałem z usług służących, asystentów albo innych popychadeł. Niestety, były sprawy, które zamierzałem trzymać we własnych ryzach i nie uzewnętrzniać ich po osobach trzecich, stąd też wczesnym porankiem wybrałem się na niby niezobowiązującą przechadzkę po ulicy Pokątnej, tyle że gdy tylko namierzyłem sklepik niejakiego Ravena, niespiesznie ruszyłem w jego kierunku. Pragnąłem czym prędzej zniknąć w jego półmroku, skryty przed niebezpiecznymi spojrzeniami. Jeszcze tego mi brakowało, bym w Proroku Codziennym czytał o sobie zażywającym psychoaktywne eliksiry.
Byłem przed otwarciem. Pod drzwiami zerknąłem przelotnie na zegar kieszonkowy, co potwierdziło że zostało mi jeszcze niecałe trzydzieści minut na załatwienie spraw, o ile kobieta krzątająca się w środku będzie tak miła i mi otworzy. Musiała mi otworzyć. Jakby nie patrzeć, byłem Rookwoodem, szlachetnie urodzonym urzędnikiem państwowym, a przy okazji jej dawnym, cóż, przyjacielem za potrzebą. Bezparodnowo więc zapukałem w jedną z szybek w drzwiach by zwrócić jej uwagą swą osobą. Niechybnie musiała to być Avelina. Nic się nie zmieniła. Próżnowała.
Ponagliłem ponownym zastukaniem, jeśli zaszła taka potrzeba. Oby nie. Ludzi na Pokątnej z każdą minutą robiło się coraz więcej, aż dziw byłem, że aptekę otwierają dopiero od dziewiątej. Tylko lenie wstają tak późno.
- Witaj - odparłem, całkiem zgrabnie wsuwając się do środka, omijając kobietę... Może bardziej dziewczynę. Nie wyglądała jakoś poważnie. Wyprostowałem się i rozejrzałem po wnętrzu, wypatrując Ravena albo jeszcze innych podglądaczy, ale była chyba sama. Czy to odpowiedzialne, zostawiając biznes w rękach bezbronnego dziewczęcia...? Hmm. Nie zamierzałem sobie udzielać odpowiedzi na to pytanie. Biznes nie mój, nie moje skrzypce, ale zabawnie będzie przeczytać w prasie, że doszło tu do niepowołanego zdarzenia.
Wróciłem spojrzeniem do Aveliny. Nie wiedziałem, czy mnie pamiętała, czy w ogóle rozpoznała. Minęły lata odkąd ostatnio rozmawialiśmy, a na dodatek dorobiłem się klasy, pozycji oraz brody.
- Chciałbym rzec, że dobrze cię widzieć... Ale bardziej mam ochotę zapytać, co się do diabli z tobą stało, Avelino? Użycie krzykliwej szminki nie sprawi, że reszta ciebie zniknie - odezwałem się chłodno, z delikatną nutką wyrzutu. Skrzywiłem się nawet, ale bardziej by jej dojebać. Nie wiem czemu, ale Avelina Paxton sprawiała, że miałem ochotę być chamem roku, mimo że tak naprawdę nic mi nie zrobiła, nie miałem względem niej żadnego urazu. Po prostu była tą... całą taką delikatną pańcią, z wielce niewinną twarzyczką, teraz ewidentnie zmęczoną, ale nie dajcie się zwieść tej dziewusze, gdyż to kocioł wcielony wrzącego jadu.
- Cóż, witaj... - odrzekłem w końcu, ale nie dałem jej jeszcze dojść do słowa, unosząc swoją prawą dłoń z wyprostowanym palcem wskazującym. Jakbyśmy byli w tajemnej zmowie - nic z tych rzeczy. Po prostu napawałem się jej miną. - Potwierdź proszę, że jesteśmy w tym przybytku sami - powiedzmy, że poprosiłem, choć brzmiało to bardziej jak delikatny rozkaz.


RE: [ 04.05.1972 ] – Avelina Paxton & Augustus Rookwood - Avelina Paxton - 01.07.2023

Pukanie w okienko za pierwszym razem zignorowała. Często o tej porze przychodziły jakieś stare kobiety po eliksiry wzmacniające, więc nie miała zamiaru otwierać szybciej. Nie czuła się tak, jakby przespała całą noc. Wręcz miała wrażenie, że spała około dwóch godziny i jej głowa wręcz wydawała się ciężka, jakby wypełniona ołowiem. W jej głowie oprócz pytań dotyczących ostatniej nocy krążył również Godryk poznany na Beltane, atak, który odbył się w tamten dzień i osoby, które straciły tam życie i swoich bliskich. Czuła się podle przez to, więc nie chciała oglądać ludzi, którzy przychodzili za wcześnie. Osoba jednak za drzwiami była zbyt nachalna, aby ją zignorować, więc spojrzała w tamtym kierunku i zobaczyła wysokiego mężczyznę. Zmarszczyła brwi, mając wrażenie, że go znała. Podeszła do drzwi, machnęła różdżką, otwierając je, ale nie miała szansy zagrodzić mu wejścia. Słysząc ten głos, dreszcz przeszedł po jej plecach i karku.

– Rookwood – mruknęła, unosząc brew do góry. Nie przywitała się z nim, tylko uważnie go obserwowała.

Gdyby Rookwood wiedział jak dobrym pracownikiem, była Avelina zapewne sam by prosił ją o to, aby dla niego pracowała. Paxton była pracoholiczką z krwi i kości. Zawsze znalazła czas, aby pracować i wymówkę, aby z nikim nie wychodzić. Praca była jej życiem. Nie pracowała, aby żyć – pracowała, bo to lubiła.

Gdy jego ciemne oczy spoczęły na niej, uniosła podbródek, zapominając o opatrunku na szyi, który zapewne powinna zmienić, a nawet o tym nie wiedziała, nie była w ogóle świadoma tego, że coś złego wydarzyło się jeszcze kilka godzin temu i, że powinna obawiać się mężczyzn bardziej, niż ostrzegała ją mama. W oczach mógł zobaczyć ten błysk złośliwości, który pojawiał się tylko przy nim. Jego spojrzenie było dla niej ciężkie i niezrozumiałe, bo miał oczy dobre, ale przepełnione dziwną psychozą, złem, które chciało go pożreć, a ona nie potrafiła tego zrozumieć i sobie wytłumaczyć. W każdym z ludzi było dobro albo się je do siebie dopuszczało, albo je zgniatało, a Rookwood robił właśnie to drugie.

Przewróciła oczami na jego słowa i miała mu już coś powiedzieć, ale ten dalej paplał. Był czasami gorszy od kobiet, bo sama Avelina naprawdę mało mówiła. Dlatego otaczała się osobami, które dużo gadały, osobami, które same prowadziły dialogi, a ona mogła słuchać.

– Jeśli potwierdzę, że jesteśmy sami, co się stanie? – zapytała mijąc go i kierując się do lady, za którą czuła się pewniej i stabilniej. Zwłaszcza w pobliżu tego człowieka, jakim był Augustus. – I nie chowam się za szminką, a za kociołkiem i jeśli nie przyszedłeś po zawartość jednego z nich, to tam są drzwi! – wskazała powoli drzwi wyjściowe. Czekała na jego odpowiedź i kolejny ruch.




RE: [ 04.05.1972 ] – Avelina Paxton & Augustus Rookwood - Augustus Rookwood - 01.07.2023

Kociołek wypełniony wrzącym jadem... Nic innego. Uśmiechnąłem się nieznacznie w wyrazie satysfakcji, że miałem tak poprawne stwierdzenia. Jeśli znajdę chociażby chwilę, to w całym geście swojej wspaniałomyślności, inteligencji i geniuszu, zacznę pisać prace specjalistyczne i z działy psychologii, i z fizjologii, i o takich diablicach, co czyhały na biednych pacjentów.
To już ja miałem w sobie więcej współczucia aniżeli Avelina Paxton. Ja - biedny interesant - przyszedłem sobie do apteki, a ona wskazywała mi drzwi. Nie powiem, w tej chwili nie byłem oburzony. Poczułem nutkę satysfakcji, gdyż przez te lata braku kontaktu, ewidentnie nic się nie zmieniło.
Dla teatralności prychnąłem sobie pod nosem, tak ledwo słyszalnie.
- Bezczelna - podsumowałem, po czym podszedłem do lady. Skoro zamierzała bawić się w niezbyt miła ekspedientkę, to ja zamierzałem być niezbyt miłym klientem... Tylko że coś, co miała przymocowane do szyi, jakoś wybiło mnie z rytmu chama, a ciekawość wzięła górę nad złośliwością.
Moja prawa ręka tak szybko znalazła drogę ku różdżce, że byłbym zaskoczony jak szybko ją dobyłem, gdybym chociażbym zwrócił na to uwagę. Brnąłem dalej, wyciągając ją w kierunku szyi Aveliny i jej rany. Bez pytania o zgodę czarem zgrabnie zdjąłem ten opatrunek. Jeśli chciałem potrafiłem być delikatny, a jakby nie patrzeć miałem również magisterium uzdrowicielskie, o czym panna Paxton zapewne nie wiedziała. Miałem to z kolei w głębokim poważaniu, szczególnie że...
Krew. Świeża rana. Pochyliłem się nad ladą, łapiąc za suche skrawki opatrunku i przecierając już własnoręcznie jej szyję. Była smukła, ale nie wężowa. Avelina nie miała nic wspólnego z czymkolwiek, co mogło przywodzić na myśl Slytherin. Och, taka pełna pogardy do Domu Węża...
- Ciekawe - mruknąłem. Wcale nie byłem gadatliwy; po prostu lubiłem zagłuszać tę konkretną osobę by nie musiała żenować mnie własnymi spostrzeżeniami. - Widzę, że miałaś ciekawą noc i miewasz jeszcze ciekawsze znajomości - odparłem i już nie udawanie, ani nie z nutką teatralności, a w całkowitej szczerości, musiał się w moich oczach ukazać błysk podniecenia i ciekawości, jak gdybym złapał w ręce samą eurekę - Avelina miała kolegę wampira. A może to jej partner? Może była aż tak zepsuta do szipku kości, że lubiła być podgryzana w łóżku?
Zmierzyłem ją wzrokiem zdecydowanie oceniającym, ale zaniechałem tego, gdyż czas naglił.
- Powinnaś zmienić te szmaty. Mogę pomóc ci w założeniu świeżego opatrunku. Nieodpłatnie, rzecz jasna - odparłem, odkładając zakrwawione skrawki na blacie. O jeden z czystszych skrawków wytarłem delikatnie zakrwawiony palec. Nie przepadałem za brudem, preferowałem sterylność, czystość. - Ale prosiłbym, hmm, o dyskrecję ze swoim zamówieniem. Najlepiej gdybyś, hmm, zrealizowała je nie przez firmę, tylko prywatnie. Masz ku temu możliwości? - zapytałem ją, już nie drwiąc, bo przeszedłem do rzeczy, gdyż przyszedłem tu interesownie, a niepowaga nie pozwoliłaby mi w pozytywny sposób zrealizować tego tak, jak pragnąłem. Warto zwrócić uwagę, że tym samym nie składałem przysięgi na to, iż do końca naszego nie zadrwię z niej raz czy dwa, czy może po stokroć. Ale znała mnie. Od zawsze taki byłem.


RE: [ 04.05.1972 ] – Avelina Paxton & Augustus Rookwood - Avelina Paxton - 01.07.2023

Avelina nigdy nie była niemiła dla swoich klientów. Zawsze otaczała każdego troską, ciepłem i zamieniała się wręcz w przemiłą osobę. Lubiła obcować z ludźmi, których nie musiała znać, z którymi nie musiała wychodzić na kawę i martwić się o to, czy ich dzień był miły. Lubiła pomagać, doradzać, być ekspedientką, aptekarką, którą ludzie chwalić będą i polecać swoim znajomu. Rzecz się miała inaczej jeśli chodziło o tego pieprzonego Rookwooda. Wywoływał u niej chęć zamieniania się we wredną jędzę. Miała do czynienia z jego kuzynem, ale ten był mimo swojej odpychającej postawy znacznie innym człowiekiem, ale to może dlatego, że z Saurielem znała się z innej strony. Augustus zawsze był wredny, zawsze wytykał jej błędy i o dziwo ona naprawdę to lubiła. Sama lubiła pokazywać mu, że się myli i ucierać nosa. W szkole, gdy pojawiał się na horyzoncie, sprawiał, że w duchu, nieświadomie się cieszyła. Był jej dziwnym przyjacielem, przy którym mogła pokazać swojego demona i nie zostałaby oceniona źle, nie odepchnąłby jej z tego powodu, że będzie dla niego niemiła.

– Zapomniałeś? – na ustach pojawił się złośliwy uśmieszek, a jedna brew uniosła się ku górze.

Rana powinna się goić, ponieważ została napojona eliksirem wiggenowym, ale wiadome było, że ten tylko wzmacniał jej organizm, aby nie czuła się źle. Avelina o tym oczywiście nie wiedziała, a rana musiała dojść do siebie, bo pomimo magii organizm sam musiał zwalczyć takie rzeczy. Teraz dziewczyna powinna być w domu i spać, odpoczywać, regenerować siły po utracie krwi, ale Paxton tego nie wiedziała. Skąd miała wiedzieć, skoro nic nie pamiętała. Gdy wyciągnął w jej stronę różdżkę, sama chciała zrobić to samo, ale nie zrobił nic złego. Była zbyt wolna, nie miała dobrego refleksu, zawsze była słabsza i drobniejsza w posturze, ale na szczęście mężczyzna nie chciał jej nic zrobić. Opatrunek oderwał się, a zaschnięta krew sprawiła, że dziewczyna cicho syknęła i przyłożyła w to miejsce dłoń. Cofnęła palce, gdy chciał dotknąć jej szyi. Lekko się cofnęła, aby zabrał swoją dłoń. Żaden Rookwood nie będzie jej dotykać, co to – to nie!

– Ciekawe znajomości? – zapytała marszcząc brwi, nie rozumiała jego słów. Szybkim krokiem wyszła zza lady i podeszła do jednej z szafek, która miała wąskie lustro na drzwiach. Spojrzała na ranę, ale nie pamiętała skąd ją miała. Widać było, że ktoś się z nią już zajął, ale kto? Kiedy? Dlaczego? Była świeża. Cholera, co się wczoraj wydarzyło?

– Od kiedy interesuje cię to w czym chodzę? – spojrzała na jego odbicie w lustrze, nadal obserwując swoją szyję, a potem usta, które też były zranione, ale zaleczone. Nie była to rana od jej nerwowego zagryzania wargi.

Westchnęła ciężko, słuchając jego propozycji. Za chwilę powinna otworzyć aptekę, a Rookwood jej w tym ewidentnie przeszkadzał. Przeczesała swoje włosy i odwróciła się do niego.

– Dobra. Prywatnie też robię eliksiry, ale nie za darmo – wróciła na swoje miejsce. Nie lubiła jak inni zajmowali się jej ranami, wolała sobie radzić sama, ale umiejętności w leczeniu miała niskie. Potrafiła zrobić eliksiry lecznicze, ale nie potrafiła zaklęć, ani zakładać opatrunków. – Będę milczeć jak kot – uśmiechnęła się lekko, a potem cicho westchnęła. Była zmęczona. – Spotkajmy się w jakimś innym miejscu. Za godzinę przyjdzie mój szef i wtedy będę mogła przyjść i dogadać szczegóły. Nie chce, aby ktokolwiek mnie z tobą widział, więc wybierz odpowiednie miejsce – odpowiedziała zdawkowo, mało konkretnie. Nie wiedziała jak przeprowadzi rozmowę z szefem i, czy uda się jej szybko wyrwać z pracy, ale nie miała głowy do siedzenia tutaj do osiemnastej. Czuła się wyjątkowo źle i potrzebowała kolejnego kubka kawy.




RE: [ 04.05.1972 ] – Avelina Paxton & Augustus Rookwood - Augustus Rookwood - 01.07.2023

Zbyłem chwilowo jej zapytanie o ciekawe znajomości oraz szmaty, choć coś mi w tym nie grało. Zdawała się nie wiedzieć, od czego ma tę ranę, a na dodatek nie kojarzyła faktów za bardzo, tego, co do niej mówiłem. Widać było, że jest zmęczona, mimo że z pewnością napoiła się eliksirowymi wspomagaczami.
Cóż, przyjdzie jeszcze na to czas i wyjaśni się sprawa. Bardziej mnie nagliła kwestia eliksirów. Potrzebowałem ich, kończyły mi się zapasy, a mój dotychczasowy dostawca zniknął. Poza tym nie pijałem byle czego, a jego eliksiry dawały wiele do życzenia.
Pokręciłem głową, jak gdybym nie godził się na zapłatę za jej eliksiry. Tak naprawdę nie mieściło mi się w głowie, że jeszcze śmiała mi sugerować podobne wyłudzenia. Nie byłem pasożytem.
- I dobrze. Nie potrzebuję jałmużny. Mam pieniądze - odparłem oschle. Mogła odczuć nagły spadek ciepła, którym mogłem wcześniej emanować. Powiało zdecydowanym chłodem. - Jeśli się postarasz, to dostaniesz nawet premię. Potrzebuję perfekcyjnych eliksirów, a nie gówna. Słyszałem o tobie dobre opinie, więc mnie nie zawiedź.
Mogła traktować to jako groźbę. Dla mnie po prostu było ważnym, bym płacił za coś, co faktycznie miało jakąś wartość. Miałem już dość zastanawiania się, czy jedna dawka wystarczy, a już teraz czułem, że mógłbym zażyć coś na uspokojenie. Czasami zbyt łatwo było mi się zdenerwować. O bzdety.
Odetchnąłem głęboko. Kilka razy. Nie chciałem robić burdy w sklepiku z eliksirami. Byłem tu bądź co bądź oficjalnie, w swoim typowym ubiorze i za chwilę zamierzałem skierować się do Ministerstwa Magii, do pracy. Wolałem nie być tam eskortowany przez aurorów i - nie daj Merlinie - jeszcze może przez samego Rookwooda Seniora.
Uświadomiłem sobie, że zaciskam dłoń na różdżce, więc ją chwilowo odłożyłem na blat. Wzdłuż krawędzi. Pedantycznie równo.
- Będę rad, jeśli podejmiesz się zlecenia. Nie mówię tego za często, ale, hmm, zależy mi na tym. I na dyskrecji, konkretnie. Bez żadnych żartów, Avelino - mówiłem, pod koniec schodząc do szeptu. Obejrzałem się za siebie, czy nikt się tam nie czaił. Nikogo nie było, więc wróciłem wzrokiem do niej. Oceniłem, że mogłem być z nią szczery. Zdarzały się sytuacje, w czasach Hogwartu, kiedy mogłem na niej polegać. Nie zawiodła mnie, pomimo swej burzliwej natury. - Buduję karierę w Ministerstwie Magii, jestem Antropologiem z szansami na awans... W prasie czy w pracy szukają tylko odpowiedniego tematu by pociągnąć dalej bezduszne plotki czy fakty, a będę potrzebował podobnych eliksirów co w szkole. Szczegóły możemy jak najbardziej obgadać w dyskretnym miejscu, ale to... Myślę, że późnym popołudniem bądź nawet wieczorem. Teraz muszę zmierzać do pracy. Wybierz porę i miejsce. Dostosuję się, byleby była prywatność do bólu.
Wynurzyłem się. Nie przepadałem za tym, bo wedle mego sumienia, nie powinienem ufać nikomu, ale nie można było tak żyć i załatwiać spraw. Czasami trzeba było komuś zaufać i lepiej było korzystać z usług... czy też pomocy osób, które się znało. Niezależnie od tego, czy mi się to podobało, czy też nie.


RE: [ 04.05.1972 ] – Avelina Paxton & Augustus Rookwood - Avelina Paxton - 01.07.2023

Uniosła brew ku górze. Pojawił się ten Rookwood, którego znała. Uniosła znowu dumnie podbródek i milczała, gdy ten mówił. Zresztą jak zawsze. Avelina nie należała do gadatliwych osób, zawsze cicha, na uboczu. Obserwowała ludzi z daleka niczym kot dachowiec. Oczywiście nie wspinała się o ironio tak wysoko – nie była masochistką i nie ryzykowała ze swoim lękiem. Jednak zawsze starała się być z dala od ludzi, na uboczu, obserwując, słuchając, patrząc i ucząc się ludzkich obyczajów. Nie lubiła paplać, nie lubiła mówić – nie była w tym dobra, nie miała charyzmy, a jedynie w pracy wyrzucała z siebie odpowiednią ilość słów, tylko dlatego, że rozmawiała o czymś neutralnym i o czymś co lubiła. Zawsze zdawała się być osobą tajemniczą i samotną z wyboru.

– Wiem. – odpowiedziała sucho na jego informacje o pieniądzach. Doskonale zdawała sobie sprawę, że ten był bogaty, dlatego wspomniała o pieniądzach. Wiedziała od kogo je wyciągnąć i wiedziała komu nie będzie żal wydać parę galeonów za dyskrecję. Fergusowi – jej przyjacielowi – podrzucała eliksiry za kubek kawy, ale Rookwoodowi nie zamierzała odpuszczać. Lubiła się z nim gryźć i tak powinno być, nawet jeśli miał ładne oczy i przyciągającą aparycję. – Wszystko, co robię – robię perfekcyjnie, Rookwood. – Avelina nigdy nie lubiła używać jego imienia, wolała zwracać się do niego po nazwisku i zapewne tym go też mogła czasem denerwować, ale sprawiało jej to dziwną przyjemność. Nie przepadała za czystokrwistymi, ponieważ nie potrafiła im zaufać. Nie po tym, co robią ludzie Voldemorta w imię czystości – w końcu idea, którą rozpowiada ten jeden zły człowiek idealnie pokrywa się z niechęcią do mugolaków jaką wykazują ludzie pokroju Rookwoodów.

Danielle kiedyś jej mówiła, że to wina ich wychowania, ale każdy ma swój rozum. Potrafi myśleć, prawda?

Widziała jego zdenerwowanie, widziała jego manewry uspokajające a ona sama poczuła się tym lepiej, że nadal potrafiła go zdenerwować. Teraz jednak byli dorośli, nie byli tymi dziećmi, co rywalizowali o punkty w domu, o lepsze oceny i wyniki w nauce. Byli dorosłymi czarodziejami. On zapewne miał już żonę, może dzieci w drodze, piął się na szczeblach kariery, a ona utknęła w niewielkiej aptece. Tak, to był jej wybór; tak, nie wyobrażała sobie, aby pracowała wśród wielkiej ilości ludzi; ale jednak godziło ją to, że w pewnym sensie nadal była od niego gorsza, a chciała być lepsza. W obliczu Augustusa, Avelina miała potrzebę bycia potężną, aby zmyć mu z twarzy pewny siebie uśmiech.

– W moim życiu niewiele się zmieniło. Nadal nie paplam, Rookwood. Słowa są złotem i nie warto ich niszczyć na taką osobę jak ty. – zerknęła jak jego różdżka wylądowała na blacie, więc podeszła do niego i patrzyła mu wyzywająco w oczy. Czuła się tak jakby miała nad nim w pewnym sensie władzę; w końcu. – Wyślę ci liścik. – chwilę tak na niego patrzyła, a potem zerknęła na zegar. – Niedługo mija godzina otwarcia, zrób ten opatrunek i idź już. – odsunęła się od niego i usiadła na krześle w rogu, gdzie zwykle siadał Ururu, gdy na nią czekał, aby ją odprowadzić do domu. Otworzyła jeszcze jedną szufladę, gdzie była niewielka apteczka.

Czuła się upokorzona, ale wolała, aby nikt nie widział tych dziwnych ran i była też rad, że mężczyzna nie zadawał jej pytań o to, ponieważ nie wiedziała, co miałaby mu powiedzieć. Czuła się skołowana i powinna natychmiast zgłosić się do Danielle, a nie do Rookwooda.




RE: [ 04.05.1972 ] – Avelina Paxton & Augustus Rookwood - Augustus Rookwood - 01.07.2023

Nie uspokoiły mnie jej słowa, ale byłem świadom, że mogę jej zaufać. Gdzieś tam z tyłu głowy miałem myśl, że może ktoś-kiedyś-gdzieś sypnie kasą i wtedy każdy się wygada, ale musiałem zawierzyć. Poza tym mogła wydoić kogoś na kasę za informację i ryzykować niesławą wśród społeczeństwa oraz mą nienawiścią do swojej osoby, a mogła sprzedawać mi eliksiry, zarabiać i spełniać się zawodowo. Nie lepiej? Tak, ten scenariusz egzystencji z pewnością był lepszy dla Paxton, więc jako Krukonka musiała wybrać tę drogą. Nie bez powodu trafiła do Ravenclaw. Tępą pizdą nie była.
- Jestem rad - odparłem, kłamiąc rzecz jasna, ale pragnąłem również siebie utwierdzić w tym kłamstwie. Zresztą, zrobię u niej pierwsze zakupy, sprawdzi się, zrobię kolejne i potem już poleci. Nie będę się zastanawiał, czy mogę jej zaufać, bo wtedy będzie już to dla mnie normą. Tak, jak to miało miejsce lata temu, więc...
- Tylko się postaraj z tym listem i nie bazgrz jak bazyliszek pazurem - poprosiłem, skoro sama przecież postanowiła wrócić do trybu złośnicy. Czasami nóż się otwierał w kieszeni, kiedy tylko ją słyszał, nie mówiąc już o sensie jej słów. Tylko że byłem wciąż wzburzony, jeszcze mi całkowicie nie przeszło, więc też jakoś nie szło mi to przycinanie. Dalej miałem pustkę w głowie, więc ucieszyłem się, że przypomniała mi o tym opatrunku.
- Tylko gdyby ktoś pytał, to wcale tego nie robiłem - burknąłem, zabierając różdżkę z blatu i podchodząc do Aveliny na krześle. I to był ten gorszy temat, który musiałem poruszyć teraz. Nie powinien czekać, szczególnie że nie zdawała sobie sprawy, do czego doszło. Chyba że robiła mnie w konia. Jako sumienny pracownik Ministerstwa, nie mogłem tej sprawy zostawić samej sobie, nawet jeśli zaraz zamierzała mi parsknąć w twarz.
- Avelino, pamiętasz, skąd masz tę ranę? Nie mam zbyt wielu informacji by tę tezę potwierdzić, ale oględziny rany oraz twoje wcześniejsze zmieszanie sugeruje, że zostałaś ukąszona przez wampiry oraz że ów wampir wymazał ci fragment pamięci. Pamiętasz w pełni ostatnią dobę... albo nawet dwie w pełnej krasie? - mówiłem to powoli, obserwując jej reakcję. W międzyczasie, skupiony dokładnie oczyściłem jej ranę, Rzuciłem zaklęcie wspierające gojenie, choć przy wampirzym jadzie raczej nie miało być specjalnie skuteczne i należało z pewnością je wielokrotnie powtórzyć aby rana szybko się zagoiła. Na koniec nałożyłem świeży opatrunek, który nie był przesiąknięty krwią. Spojrzałem na jej wargi, po czym również dotknąłem je delikatnie swoim kciukiem prawej ręki.
Ta rana również mogła być skutkiem ataku. Ciężko było stwierdzić, bo było kilka innych mikro zagojonych ran na jej ustach. Były ciepłe, żywe. Nie takie, jak wargi trupów z kostnicy. Zimne i twarde. Hmm. Byłem blisko, za blisko. Tym samym uświadomiłem sobie, że jeszcze tak blisko Aveliny Paxton nie byłem, więc żeby nie dostać po mordzie, z czego ciężko byłoby mi się wytłumaczyć w pracy oraz w domu, postanowiłem wstać i cofnąć się o kilka kroków. Zabrałem swoją różdżkę, oczywiście. Wrzuciłem ją do specjalnie wydzielonej kieszeni w letniej marynarce, trzykrotnie sprawdzając, czy tam jest i odpowiednio siedzi.
- Kieruję się do Ministerstwa Magii. Jeśli się obawiasz podróżować sama, to możesz iść ze mną... Ale moim zdaniem, powinnaś to zgłosić. Nie wiesz kto to jest.... - odparłem zatroskany. Takiego mogła mnie znać, gdyż tę twarz wyrobiłem w sobie w celach zawodowych. Współczucie, empatia, profesjonalizm.


RE: [ 04.05.1972 ] – Avelina Paxton & Augustus Rookwood - Avelina Paxton - 02.07.2023

Avelina niestety miała kompas moralny i pomimo, że nie przepadała za Rookwoodem, zawsze była wierna swoim słowom. Nie zmierzała zdradzić, nawet jeśli ten nie należał w jej oczach do osób godnych i prawych. W szkole, w latach, gdy była nastolatką, Rookwood w jej sercu był osobą z kategorii przyjaciół, ale nigdy się przed nim nie przyznała do takich odczuć i chyba to było jej sekretem. Miała ich w swoim życiu dużo, wiele osób się jej zwierzało (czasami nieświadomie).

– Wyglądam ci jak bazyliszek? – mruknęła. Zawsze potrafiła zachować dyskrecję. Sama nie chciałaby, aby jej sekrety wyszły na jaw. Najgorzej, że kilka z nich poszło w eter do nieznanej osoby, a wszystko przez pieprzoną, nieogarniętą sowę. Ktoś na świecie przeczytał listy z jej pamiętnika, co doprowadzało ją do szaleństwa na samą myśl, ale dawała radę. Ta osoba nie wiedziała, kim była i to tylko trzymało ją przy zdrowych zmysłach.

– Wolałabym o tym nie mówić, dopóki sama nie rozwiążę tej sprawy. Nikomu pod żadnym pozorem o tym nie mów ani nie zgłaszaj. To zostaje między nami, czy to jest jasne? – odchyliła lekko szyję, ale jej oczy już nie spojrzały na niego. Czuła się niekomfortowo, że musiał ją opatrywać, że musiał ją badać, że był tak blisko niej, a ona się na to godziła. Zagryzła nieświadomie wargę, zapominając, że była podrażniona. Szybko pożałowała tego czynu, bo ją zapiekły usta. Przymknęła oczy, aby nie patrzeć na niego i nie czuć się bardziej niekomfortowo. Cicho westchnęła zaskoczona, gdy poczuła jego kciuk na swoich wargach. Otworzyła oczy i spojrzała na niego gniewnie. Odsunęła się od niego i ześlizgnęła z krzesła.

– Skończyłeś? – zapytała i śmignęła obok niego na drugą stronę pomieszczenia, aby nie mógł już jej dotykać. Serce waliło jej jak młotem ze zdenerwowania. Nie lubiła być tak blisko mężczyzn. Nie pamiętała nawet, czy kiedykolwiek była blisko innego mężczyzny. Zgubiła ten etap życia, zatracając się w uczeniu się eliksirów.

– Dam sobie radę. Odezwę się później, a teraz idź. – nie wiedziała, czy był szczery w swojej trosce, ale jemu nie będzie tak łatwo ufać. Na pewno ją teraz mamił. Miał ku temu talent. Było to rodzinne. Czuła to w piersi.

Gdy w końcu opuścił pomieszczenie, wręcz będąc przez nią wyproszonym, poczuła ciche westchnięcie ulgi. Zabrała się za swoją rutynę – czując, że ledwo stoi na nogach ze zmęczenia i nawet kawa nie pomagała. W końcu przybył jej szef i zrzuciła trochę na niego odpowiedzialność za to miejsce, samej zamykając się na zapleczu i dorabiając brakujące eliksiry. Przed dwunastą napisała list, a potem poprosiła szefa o szybsze wyjście do domu. Gdy znalazła się u siebie – odświeżyła się, przespała, zjadła kanapkę na szybko i poszła w umówione miejsce z sercem na karku. Bała się opuścić dom, czuła dziwną obawę przed opuszczeniem bezpiecznego domu, jakby coś miało się czaić, gdzieś za rogiem.


Koniec sesji